Forsycjowe PDF Drukuj Email

27/05/2007 => Odszedł kolejny "nieboraczek" - młody, przystojny, pełen energii i pasji. Pracuję w tzw. budżetówce i płacę składki "zdrowotne", mam 10-letnią śliczną córkę, męża, który ma plany, czuję się źle (ale ja zawsze byłam pesymistką), i wciąż jestem za młoda na darmowe badania. Może po urlopie... Moja koleżanka z liceum - śliczna, zadbana, żona policjanta na stanowisku - walczy z czerniakiem. Skąd się bierze siłę? Dorota z W-wy

Dorotko,
pesymistę i optymistę spotykają w życiu te same tragedie.
Tylko optymista znosi to lepiej.
Tak sobie przypomniałam tę sentencję czytając Twój list.
Nie mamy wyjścia- życie jest zbyt krótkie i zbyt kruche, by pozwolić
sobie na czarne myśli.
A siłę?
Bierze się ze środka.
Też ją masz.
M.

25/05/2007 =>  kilka razy próbowałam napisać wstęp: witam ciebie Marzenko, witam was... itp. i wiele razy próbowałam napisać tu o czymś: o sobie, lub o ważnych sprawach, albo coś śmiesznego, żeby to było po prostu jakieś. okazuje się, że pisanie nie jest taką prostą sprawą, jak mi się na początku wydawało, że to się siada i co w głowie, to klawiatura pod ręką i już.. mam net od niedawna, uczę się go :) słucham R.Zet wiec pierwsze co, weszłam na www.mchelminiak.pl i - ,,zostałam zachwycona" - tą stroną. czytałam, co piszesz ty, Marzenko, co piszą ludzie, myślę, że piszą pod wpływem ciebie, twojego charakteru, bardziej twojej osobowości, wrażliwości i otwartość to ty! piszę więc, i będę pisać, choćby o pachnących bzach i konwaliach (mieszkam pod lasem i mam je w ogródku) moich dzieciach, które przejeżdżając na motorze obok domu zawsze odwracają uśmiechnięte buźki w stronę naszych okien wiedząc, że czekam na te ich uśmiechy, o teściowej, która nie jest taka zła, tylko trzeba szukać w ludziach tych pozytywnych stron-wszyscy takie mają - znajdzmy je najpierw u siebie :), w ogóle o wszystkim będę pisać... a na początku wydawało mi się to takie trudne... wystarczy otworzyć swoją otwartość, klawiatura jak papier, wszystko przyjmie, papier chowamy, do szuflady, a dzięki netowi można swoje myśli posłać, do ciebie Marzenko, do ludzi... baaardzo mi się to podoba! jestem szczęśliwą kobietą po 30ce,bo daję szczęście innym: dzieciom-są pierwsze i najważniejsze, mężowi - bo jest drugi po moich kaciplach ale nie mniej ważny dla mnie ;) i ludziom, którzy mnie otaczają-rozdaję uśmiechy, z tego co mówią-miło jest przyjść do sklepu do Kasi (jestem ekspedientką), przyjaciołom też dałam siebie. siebie tzn. taką, jaka jestem - j.w. Wszystkim życzę, żeby problemy, z którymi się borykamy, nie były najważniejsze, bo przytłumią nas, wystarczy poczuć pachnące bzy, uśmiechnąć się do sąsiada, powiedzieć mężowi / żonie, że się go / ją kocha pijąc rano kawę (banalne?) i mocno przytulić dzieci, gdy wrócą ze szkoły.. problemy są i będą, ale dla mnie nigdy nie będą najważniejsze, mówię wam, wystarczy je rozwiązywać (też banalne?) jesteśmy ludźmi, mamy rozum i serce. i to i to jest potrzebne, do rozwiązywania problemów i do tego, żeby nam się lepiej żyło. pozdrawiam SERDUCHNIE ciebie Marzenko i słuchaczy R.Zet. do usłyszenia i kolejnego ,,napisania" :)
kasia o. z G. Świętokrzyskich.

Kasiu,
mogłabym napisać, że urzekłaś mnie swoim pisaniem.
Zobaczyłam Cię w sklepie, w domu, uśmiechającą się do dzieci, męża, a nawet do mnie samej.
Jest w Tobie tyle harmonii, że aż ją tu poczułam.
Internet daje nam i takie możliwości.
Ściskam i życzę Ci zawsze takiej zgody na życie z jego wszystkimi kolorami.
M.

23/05/2007 =>  urodzinki :)) (moje)
Kochana Marzenko !!!!
Chciałam Ci podziękować za Twoją obecność. Dzisiaj jest moje święto (urodziny) i dziękuję że mogłam Ciebie poznać. Przez radio i elektronicznie.
Buziaczki Karolcia
P.S. Piszę dopiero teraz, bo zmywam naczynia po gościach :) ;) ;0
P.S. II przesyłam Ci zdjęcie jak wyglądałam 27 1/2 lat temu z moją kochaną babcią Helą. Ja po prostu taka właśnie jestem pa pa

Karolciu,
dziękuję za to, że znajdujesz chwile, by tu wpaść i podzielić się urodzinową radością.
Życzę Ci uśmiechu.
Takiego samego jak na zdjęciu, które mi przysłałaś.
M.

23/05/2007 => Witam Pani Marzeno,
Dziękuję bardzo za adres do Aldi. Jakoś zamieszkała ona w mojej głowie. Z niecierpliwością wypatruje mail'a od pani Renaty z info jak Ona się czuje, czy jest cos lepiej. Wierze, że z każdej choroby można wyjść i ze Aldii tez się uda! Znam, z bliskiego otoczenia, zwycięzców walki z rakiem, białaczką...
Moj dziadek miał bardzo złośliwego raka (z przerzutami). Długo wałczył z chorobą. Jednak ani na moment nie stracił nadziei! I wygrał!!! Po chorobie żył jeszcze przez długie lata i gdyby nie fakt, iż w wieku 75 lat jeździł rowerem po najbardziej zatłoczonych ulicach naszego miasta, żyłby pewnie do dziś i nadal gralibyśmy w szachy...
Nawiązując do Pani DZIENNIKA i ostatniego wpisu, musze przyznać ze obojętność ludzka bywa przerażająca - przykład niewidomej pani.
Zresztą sama przeżyłam podobne zagubienie... potworne zagubienie. "Lekcje życia" dostałam juz jako dziecko. To wydarzenie juz na zawsze pozostanie w mojej głowie. Nauczyło mnie jeszcze bardziej kochać bliskich i starać się ich chronić z lwim uporem.
Gdy miałam 9 lat mieliśmy wypadek samochodowy. Do dziś pamiętam ten tłum, wszyscy stali w kołeczku i obserwowali, biernie obserwowali....
Z tłumu wyrwała się jedynie starsza cyganka, ni z tego ni z owego przybiegła z kilkoma pięknymi, lśniąco - białymi ręczniczkami. Jak później mówiła, w tym szoku nie znalazła nic lepszego czym mogłaby nas opatrzyć.
Tylko ona udzielała nam pomocy. Inni stali i przyglądali się - hmmm... pewnie nie chcieli się ubrudzić. (Niedawno wycieli to drzewo, pod którym wtedy mnie położyła).
Karetka długo nie przyjeżdżała... Na nasze szczęście przejeżdżał znajomy. Rozpoznał nasz samochód i to on zawiózł brata i mnie do szpitala. Inni (poza cyganką) nadal stali i obserwowali... Mama dojechała karetką...

Nie ma nic gorszego od widoku cierpienia kogoś bliskiego!
Nie zastanawiałam się wtedy czy cos mi jest, w ogóle nie czułam bólu... W mojej głowie była tylko jedna myśl (aż krzyczałam), że mój brat MUSI ŻYĆ - przez kilka godzin był nieprzytomny. Wiedziałam, że z Mamą jest w miarę OK, skoro chodziła.
Moj ból przyszedł później. W sumie towarzyszy mi do dziś. Ale o tym teraz wie tylko Pani. Chodziłam na "zamrażania" i inne zabiegi, ale niewiele pomogły. Lekarze chcieli mi rozwiercać kość w ręce, by poznać przyczynę ów bólu. Nie zgodziłam się na to. Znalazłam już "mój ból", nie chciałam nowego. Nie uważam tego za chorobę. Dziś traktuje to juz jako normalność i gdy czasem boli to nikomu się nie przyznaje. Dyskretnie wsuwam rękę do kieszeni lub "uwieszam się" na pasku od torebki i po chwili mija... W końcu, przez prawie osiemnaście lat można się przyzwyczaić :)
Ależ ja się rozpisałam. Chyba potrzebowałam tego... Zwykle to ja wysłuchuje i wspieram innych.
Serdecznie pozdrawiam,
Karolina

Karolino,
jesteś wspaniała.
Ze swoją dzielnością, wrażliwością i mądrością.
Dziel się tym co masz, bo masz wiele.
A ból... czasem myślę, że znacznie gorszy od bólu ciała jest ból duszy.
I obyśmy jego nie musieli doświadczać.
Ściskam
M

23/05/2007 => list od Aldi
Kochani,
Kiedy piszę ten list widzę przez okno piękne zielone drzewa. A zieleń to kolor nadziei. Tu, w szpitalu, jest mi ona bardzo potrzebna.
Chciałam serdecznie podziękować za listy i wsparcie od Bywalców strony Marzeny. Ciągle się w nie wczytuję, ciągle mnie wzruszają. Łzy nie raz zakręciły się w oczach, a kiedy stąd wyjdę będę je wszystkie znała na pamięć.
Dziękuję za świeczki, ciepłe myśli, modlitwy, pozytywną energię. Dziękuję za wszystko. Zdrowieję, ale przede mną jeszcze długa droga. W szpitalu widzę tyle cierpienia , tyle bólu... Kiedy patrzę na to wszystko mój ból wydaje się być bardzo małym. Ciągle więc uczę się pokory. Parę dni temu poznałam wspaniałą dziewczynę Magdę. Jest młoda (24 lata), dzielna, silna. Razem dzielimy pokój. Dwa miesiące temu cukrzyca odebrała jej wzrok i nerki. Teraz ja bardzo Was proszę o wsparcie i pozytywną energię dla Niej. Jest jej bardzo potrzebna. Przeczytałam Jej na głos Wasze listy dla mnie. Była pod wrażeniem.
Jeszcze raz za wszystko dziękuję.

P.S. Ten list napisałam na kartce, a mailem wyśle go moja kuzynka Renata.

Aldi

Te słowa odbyły długą drogę.
Ze szpitala w Radomiu, na tę stronę.
Przekazywane w przestrzeni wirtualnej, są świadectwem na to, że nigdy
nie jesteśmy sami i opuszczeni.
Zawsze znajdą się tacy, którzy bezinteresownie dają wsparcie.
Dziękuję, że tacy jesteście.
Wrażliwi i ciepli.
M.

15/05/2007 => Witam! Dawno nie pisałam..
W mojej rodzinie jest chłopak, który ma raka. Już trzy razy go "atakował" i jakiś miesiąc temu znowu o sobie przypomniał i bardzo się "zawziął" na tego chłopaka. Jego stan zdrowia nie pozwalał nawet na operację, za słaby organizm. Lekarze powiedzieli że jak się uda go wzmocnić to będzie zabieg, a jak nie... Rodzice czuwali przy nim w szpitalu, żadnych szans. Zamówili mszę św. za jego zdrowie, sami na tej mszy nie mogli być... Msza zaczyna się o godz. 17 w tym momencie maszyny pokazują że on umiera, kreska na monitorze itp., płacz rodziców a on siada i pyta dlaczego oni płaczą, maszyny działają już normalnie, on jakby wstąpiły w niego nowe siły, duża poprawa, zdziwienie lekarzy.
Gdyby ktoś mi to opowiedział pewnie bym nie uwierzyła.
Pozdrawiam!
M.

Kiedy czytam takie świadectwa pokornieję.
Bo jasno widzę jak mało wiemy.
I przypomina mi się cytat z lekcji polskiego - są rzeczy na niebie i ziemi, które nie śniły się żadnym filozofom.
Niech Aldi o tym pamięta.
Pozdrawiam Cię Gosiu.
M.

14/05/2007 => Hmmm... sądząc ze zdjęć byłaś na Hvar.
Ja również uwielbiam Hrvatską a Hvar jest zupełnie odlotowy (tzn. lawendowy).
A propos filmów - wymieniłaś tylko filmy z ostatnich lat (być może wynika to z Twojego młodego wieku ;-) ) A jaki film zabrałabyś z sobą na bezludną wyspę? No, powiedzmy - pięć filmów.
Pozdrawiam
Marek

Marku
wiadomo już, że łączy nas sympatia do lawendowej krainy.
A co do filmów - na www zamieszczam wrażenia, po tych bieżących, aktualnych projekcjach.
Zadałeś mi bardzo trudne pytanie... o filmy na bezludną wyspę.
Na pewno byłby to Forrest Gump z powodu przesłania, że w życiu wszystko zdarzyć się może... a co jeszcze... niech pomyślę.
Pozdrawiam
M.

11/05/2007 => Witaj Marzenko!
Nie pisałam wiele tygodni. W ogóle nie pisałam. Nie prowadziłam samochodu, nie myłam naczyń i nie grabiłam ogródka. Połamałam sobie prawą rękę tak paskudnie, że długi gips nie pozwalał mi na wykonywanie najprostszych czynności.
Ale się dzięki temu nauczyłam! Nie tylko lewą ręką jem i myję zęby, ale też robię kanapki i zapinam guziki. Nauczyłam się prosić o pomoc i wymagać samoobsługi od mojej rodzinki. Wbrew pozorom - odpoczęłam. Nie jestem na szczęście niezastąpiona w kuchni, a mój mąż pierwszy raz od kilkudziesięciu lat robi zakupy. (A dobrze mu tak!) Przeczytałam mnóstwo książek, obejrzałam wiele filmów, nagadałam się przez telefon i opaliłam na tarasie.
Kiedy lekarz ściągał mi w czwartek gips, powiedział: no, nareszcie, tyle się pani wycierpiała!
Nawet nie zaprzeczyłam, bo i tak by nie uwierzył. Z żalem patrzyłam, jak mój wybawca ląduje w śmietniku. Szkoda!
Z drugiej strony - czy trzeba się połamać, aby zrozumieć, ze można się obyć bez tylu zbędnych rzeczy?!
Na pewno nie będę prasowała ścierek i ciuchów synów i męża. Nie będę pucowała podłogi i latała w sobotę ze szmatą. I będę siebie kochała-nawet z dwiema zdrowymi łapami.
Obcięłam włosy - bo wygodniej, zmieniłam pościel na "korową" - nie wymaga prasowania, codziennie robię listę zakupów - dla męża.
Jestem z siebie bardzo dumna!
Pozdrawiam Cię bardzo wiosennie, serdecznie i z wiarą, że tak jak Ty uczę się odróżniać w życiu ważne rzeczy od bzdur czyniąc swoje życie nie tylko znośniejszym, ale przede wszystkim-piękniejszym!
Dziękuję za Twoją obecność
Dorota

Dorotko,
tak właśnie!
Czasem trzeba połamać ręce, żeby otworzyły się oczy.
Masz wokół siebie, tych, którzy Cię kochają, a teraz do tej gromadki dołączyłaś i Ty.
Kochaj siebie i już nigdy niczego sobie nie łam.
Lekcja odrobiona :)
Ściskam
M.

11/05/2007 => wzruszenie i radość
Zaciekawiło mnie dziś kim jest kobieta, której głosu i śmiechu tak lubię słuchać. Co lubi, czego nie, o czym marzy. I tak trafiłam tu i już tu pozostanę. Czytam wszystko, czasem nawet jeden wpis kilka razy.
W oczach mam łzy, a jednocześnie czuję, że gdzieś w środku mnie rodzi się wielki uśmiech. Uśmiech do Ciebie, do Was, do Wszystkiego i Wszystkich. Twoja postawa budzi we mnie chęć zgłębiania świata, dzielenia się wszystkimi przyjemnościami, nawet tymi najmniejszymi.
Mam ochotę wyjść na dwór i krzyczeć, że życie jest piękne tylko trzeba umieć z niego korzystać!
Wspomnę tu słowa P. Coelho: "Nikomu nie wolno drżeć przed nieznanym, gdyż każdy jest w stanie zdobyć to, czego pragnie i to, czego mu potrzeba"
Jesteś jak Promyk Słońca- i za to chciałam Ci podziękować :)
Madzia

Madziu,
dbaj o ten uśmiech.
I czerp z życia pełnymi garściami.
Dziękuję za Twoje literki.
M.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
https://www.facebook.com/Glosmchelminiak
Odwiedza nas 2 gości
Razem:
2003-2015 © Marzena Chełminiak