28 lipca 2010 PDF Drukuj Email

Dzwoni komórka. Wyświetla się numer prywatny, zaraz potem słyszę nastrojową muzykę, a po chwili: "Czy to pani Marzena Chełminiak?" Niezbyt to kulturalne zaczynać rozmowę bez przedstawienia się, ale za to z wypytywaniem rozmówcy.
Zwykle przekornie odparowuję : a przepraszam kto pyta? Tym razem odruchowo potwierdzam. "Czy zechce pani poświęcić chwilę na rozmowę o francuskiej bieliźnie?" Czy ja śnię? Jakiś aksamitny, niski kobiecy głos chce o poranku rozmawiać ze mną o bieliźnie? Gdy ja jedną ręką przewracam omlet, a drugą niezdarnie trzymam słuchawkę przy uchu?
Nie, akurat teraz nie mogę. Odpowiadam i czuję absurd całej tej sytuacji.
Pani zapewne zamierzała przedstawić mi ofertę uszytą na miarę, dzięki której mogłabym zakupić jakąś bieliznę o rewelacyjnych właściwościach, może nawet nie wychodząc z domu. I to z rabatem! Nie skorzystałam.
Tego dnia jeszcze dwukrotnie potwierdzałam, że ja to ja. Mój bank też zintensyfikował kontakt z klientem. Za każdym razem ma dla mnie propozycję cudownego kredytu, oprocentowania, albo częściowej spłaty karty. Brzmi jak prezent, w rzeczywistości jest zwykłą formą sprzedaży produktu.
Uodporniłam się na te handlowe telefony, tylko czasem, gdy dzwoni wydawnictwo książkowe, które na dodatek sprzedało moje dane jakimś biurom finansowym nękającym mnie cudownymi propozycjami, tyko wtedy mam ochotę zamiast "dziękuję, nie jestem zainteresowana" powiedzieć coś niecenzuralnego. Bo telefoniczni akwizytorzy też już się uodpornili... na grzecznie odmawiającego klienta. Brną dalej.
Ciężka robota.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Odwiedza nas 2 gości
Razem:
2003-2010 © Marzena Chełminiak