Open'er Festival 2010 PDF Drukuj Email

W zeszłym roku o mały włos, a prawie by się udało. Została płyta Kings of Leon, często odtwarzana w samochodzie. Prezent- zadośćuczynienie.
W tym roku usłyszałam, że koncert na Openerze mieli taki sobie, ale wcale nie przestało mi być żal.
Tym razem wcale się tam nie wybierałam, jest przecież codziennie tyle do zrobienia, aż do momentu, gdy coś poza mną zdecydowało, że będę. Postanowiłam nie walczyć z życiowym flow i tak oto poddałam się fali.
Akcja w pełni spontaniczna, łańcuszek dobrych ludzi uruchomiony, to co nie udało się rok temu stało sie tego lata.
Stanęłam na wysuszonej trawie lotniska, zobaczyłam te zachody i wschody słońca, jadałam śniadania słuchając organów z Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, ale przede wszystkim podłączyłam swój krwioobieg pod tamten, złożony z wielu tysięcy ludzi.
Nie przepadam za tłumami na Monciaku, ani na plażach, ale tamten tłum festiwalowy ma kompletnie inny charakter.
On nie przeraża, nie wkurza i nie jest groźny. On się wymienia, często bez słów ogromną radością istnienia.
Ta wolność, znana mi z Jarocina tu się odrodziła i to od razu dla wielu pokoleń, ludzi z różnych krajów.
Ten fenomen Openera polega zapewne na atmosferze, a ta przecież jest czymś nienazwanym, nieuchwytnym, nie do podrobienia.
Muzyka z płyty, z radia, z małej klubowej sceny to nie to samo co muzyka z ogromnej festiwalowej sceny grana dla tysięcy ludzi.
Każdy szuka tam swoich dźwięków, ale też daje się zaskoczyć- tak jak ja świetnemu występowi Kasabian, Skunk Anansie, The Hives, czy The Dead Weather.
Za rok, już wiem- też chcę poczuć ten zapach wysuszonej trawy...skoro udaje się to co nie udało się kiedyś, to znaczy, że wszystko się może zdarzyć.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
https://www.facebook.com/Glosmchelminiak
Odwiedza nas 5 gości
Razem:
2003-2015 © Marzena Chełminiak