|
Dziś są moje urodziny.
Tak zaczyna się jedna z piosenek Edyty Bartosiewicz.
Tak zaczęłam swój dzień w Bieszczadach. Stojąc rano w oknie i myśląc sobie- dziś są moje urodziny.
Ale wcześniej powiedziałam w radiu“pa,pa“i po kilku godzinach przywitałam się już z gospodarzami ulubionego dworku.
Mama jeszcze poźnym wieczorem nakazała- przygotuj się na narodziny.
Przygotowałam się.
Jestem.
Z każdym rokiem jestem bardziej.
Patrzę na czapę śniegu na cerkwi, zasypany stary cmentarz, ptaki przylatujące do karmnika i wiem, że warto żyć.
Rano odebrałam najważniejsze telefony z życzeniami, był jeszcze zasięg, potem odpisywałam na smsy, kiedy zasięg się pojawiał.
Przygodowo zetknęłam się z lokalnym kolorytem- bieszczadnicy o fioletowych dłoniach i takim samym kolorze twarzy wyciągali mi samochód z zaspy. Co w podzięce? Nie, nie pieniądze. "Nie chce nam się z tymi pieniędzmi schodzić na dół do sklepu." Od razu lepiej flaszkę. Ale i bez flaszki, by pomogli. Dobrzy, tutejsi ludzie.
Potem 2 godziny na biegówkach. Fajny ślad na zasypanych torach wąskotorowej kolejki. W nagrodę pyszny kaczy obiadek w jednej w chat z bali w Wetlinie. Jazz, wino. I droga do cukierni. Długa. Ale przecież urodziny trzeba uczcić ciastkiem. Dwoma. W tym samym miejscu co zawsze, w Lesku. Co jeszcze? Może przypomnę sobie, czy potrafię jeszcze zjeźdżać na nartach. Na jednym z oświetlonych wyciągów- coś w stylu oślej łączki na drżących nogach zaliczam jeden zjazd. Szalony, lokalny kamikadze wpada na moje narty, szczęśliwie nie na mnie. Trochę odbiera mi to chęci na powtórkę. Jutro. Dziś już nie. Przydałby się zeszłoroczny instruktor Riet.
Kończę piękny urodzinowy dzień sącząc piwo z gospodarzami, w ich kuchni.
Gdzie będę za rok?
Nie ważne. Ważne, abym była.
|