Dziennik.

Kiedyś były to zeszyty. Teraz już o wyblakłych okładkach, ze zmieniającym się charakterem pisma dorastającej autorki. Najpierw dziecka, potem nastolatki, kobiety. Aż pojawił się Internet. I zeszyty zamieniłam na adres w sieci. Oto moje literki, charakteru pisma nie rozpoznacie, ale mój charakter owszem, tak.

2004 - W moim życiu jest A. Na necie zna się znacznie lepiej niż ja. Na moje lutowe urodziny daje mi oryginalny prezent. Wizje, wyobrażenia zamienia na język Internetu. Dostaję swoja stronę. Zaczynam pisać, a A. zostaje moim adminem.

2005 - Wszystko wywraca mi się do góry nogami. Przy okazji nowotworu- zwanego chorobą śmiertelną- dostaję wielką lekcję życia. Pisząc o tym co we mnie i co ze mną otrzymuję lekarstwo jakiego kupić się nie da- ludzką życzliwość i miłość.

2006 - Miesiące leczenia, rok kończę euforią- mam nowe włosy. I nowy sposób patrzenia na świat.

2007 - Harmonia, frajda, tysiące pomysłów na to, by każdy dzień był niecodzienny.

2008 - Rok symbol. Buduję most. Wróciłam do siebie sprzed lat. Odkryłam swój dawny idealizm, odnowiłam kontakty. Powrót przeszłości ułatwia mi W. Magia zeszytowych dzienników działa.

2009 - Zmiany, zmiany, zmiany. Nie potrafię już wrócić do utartych kolein. Nie mam czasu na czekanie na weekend, ani na spełnianie marzeń. Co wymyślę- realizuję.

2010- Pracuję tak jak lubię. Coś tracę, żeby zyskać coś innego.

2011 - Kończę leczenie. Mija 5 lat. Wstaję przed 5tą rano i znów jestem w radiu codziennie. Mój wybór.

2012- Kiedy wszystko wydaje się być już tylko prostą ścieżką wypadam z zakrętu. Chodzę po rozbitym szkle i próbuję się nie wykrwawić do końca. Boli.



9 stycznia 2013 PDF Drukuj Email
Patrzyłam z góry. Petardy strzelały w niebo, ludzie wpadali sobie w ramiona, butelki szampana przechodziły z ust do ust, wokół było cudownie biało, obok mnie stali ważni dla mnie przyjaciele. Zmieniała się data, a we mnie nic się nie zmieniało. To nie był żaden początek, to był koniec. Minął rok. Znów patrzyłam z wysokości, tyle, że tym razem 19 piętra hotelu w ukochanym mieście odległym w linii prostej od Warszawy o 8 244 km. Petard nie było- bo przecież nie liczę tych puszczonych jakimś cichcem z kilku tarasów. Ludzie, owszem wrzeszczeli radośnie na ulicy, tyle, że po angielsku, kierowcy naciskali klaksony, a statki buczały swoimi sygnałami. Nie było śniegu, aura przypominała tę jesienną. Obok mnie E. Nie ma wszystkich najważniejszych. Choć wiem, że są, istnieją, te tysiące kilometrów stąd. Myślimy o sobie, dopasowując się do innych stref czasowych. Zmieniała się data i wszystko się zmieniło. To jest początek. Początek, który nadszedł po końcu. Minął rok. Nie zmarnowałam czasu. Wierzę, że teraz zbieram owoce, tej całej ciężkiej roboty. I tak jak kiedyś mam świadomość, że nie zawdzięczam tego tylko sobie. Dziękuję za każdą wspierającą myśl wysłaną w moim kierunku. Niech Nowy Rok będzie dla Was początkiem. Nawet jeśli wcześniej był koniec.
 
««  start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 43 - 49 z 932
https://www.facebook.com/Glosmchelminiak
Odwiedza nas 4 gości
Razem:
2003-2015 © Marzena Chełminiak