|
Armia i przyjaciele. Kryzys, Izrael, Moskwa, Deuter, 2Tm 2,3.
To święto mojej przeszłości.
Okazja do podpatrzenia jak się ma dawna miłość, dawny bunt, wiara i dawna muzyka
To konfrontacja tego co było, z tym co jest.
I chęć popatrzenia na chłopaków, którzy teraz są mężczyznami.
Jak się zmienili.
Co wyrył na ich twarzach czas. Kto ich teraz słucha i czy rozumie, czuje.
Czy oni sami są wciąż autentyczni z tamtym buntem w nowych czasach.
Chciałam żeby była tam ze mną towarzyszka z tamtych lat.
Nie zdecydowała się. Czy takie dotknięcie siebie dawnej boli?
Bo przecież niemożliwe, że nie chce się pamiętać...
Niektórych twarzy nie widziałam od tamtych festiwali, koncertów i tamtych spotkań. Zostały we mnie takie jakie były wtedy.
Z zadziornym, swobodnym spojrzeniem, pomimo małej liczby swobód wokół.
Pierwsze wzruszenie dopadło mnie, gdy pod scenę wylegli bardzo młodzi ludzie i zaczęli pogować do bardzo starych kawałków.
A potem już liczyło się wszystko. Nie tylko muzyka.
Obserwowałam dawnych załogantów, którzy na te okazję założyli czarne t-shirty. Możliwe, że teraz mają w szafach głównie garnitury. Patrzyłam na ich dzieci, które wychowane na muzyce rodziców przeżywały ją tak, jak ich "starzy" kiedyś tam. Do tego punks not dead. Dla starych i młodych.
Dla wszystkich liczy się to samo, zupełnie jak w pięknym filmie "Wszystko co kocham"- miłość, przyjaźń, muzyka. Te wartości nie ulegają przeterminowaniu. Fajnie jest popatrzeć na przekazywanie pałeczki.
A ci ze sceny?
Podziwiam tych, którzy zostali wierni muzyce i nie oceniam tych, którzy wybrali inaczej,albo za których wybrało życie.
Jakoś szybko wszyscy dorośliśmy...Nie wiedziałam co z nimi, co u nich, każdy poszedł w swoją stronę.
Niektórych nie poznałabym na ulicy. Niektórych już nie ma.
Żal mi było stamtąd wychodzić.
Przypomniałam sobie jak ważna od zawsze była muzyka i jak dużo w jej świecie było wolności, którą oddychałam.
|
|
|
Był rok 1994. Razem z kumplami z radia, między innymi Wojtkiem Jagielskim i Jurkiem Jabraszko jedziemy do Pragi.
Mamy bilety na koncert. Nie jestem wówczas wielkim fanem zespołu, którego mam oglądać na stadionie Strachow.
Pink Floyd wydają mi się zbyt pompatyczni, jak na moje ówczesne rockowe, surowe upodobanie.
Cieszę się jednak i jestem mocno podekscytowana, bo koncerty, zwłaszcza te duże, z jeszcze większymi legendami na scenie to wciąz wydarzenia. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Byłam wygłodniała.
Maszerujemy więc razem z falą ludzi na stadion. Idzie nas tak wielu, że ochroniarze nie nadążają ze sprawdzaniem biletów. Nikt od nas nie żąda pokazania zaproszeń. Wchodzimy na murawę, trochę zdziwieni. Atmosfera jaką pamiętam z festiwalu w Jarocinie.
Powietrze wibruje. Czujemy wszyscy, że jesteśmy szczęściarzami.
Zespół zaczyna grać. I od tego momentu opada mi szczęka. To AŻ tak, myślę sobie i odpadam.
Pink Floyd, zespół, którego nigdy namiętanie nie słuchałam zaczyna swoje misterium.
I już wiem, że czegoś takiego nie widziałam jeszcze w swoim życiu.
Nie było Watersa, był Gilmour. Wspaniały chórek, nadmuchana świna ze świdrującymi, czerwonymi oczkami, cudownie zaśpiewana wokaliza w "Great gig in the sky". Stałam w ulewnym deszczu i już wtedy byłam pewna,że to koncert mojego życia.
Jest rok 2010. Zespół pasjonatów z Australii odtwarza pink floydowe show z wielką dokładnością.Są już znani na świecie, gdy po raz kolejny trafiają do Polski. Postanawiam iść, żeby troszkę przenieść się w czasie. Może poczuć namiastkę tego, co czułam wtedy w Pradze, jedna ze 130 tysięcy widzów tego wielkiego koncertu.
Widzę, że nie ja jedna mam ochotę pobyć w przeszłości. Na Torwarze jestem jedną z najmłodszych:)
Najpierw trochę nieufnie patrzę na to co robią Australijczycy. Mięknę stopniowo, a gdy Polka Ola Bieńkowska śpiewa "Great gig" wiem, że ten tribute jest świetny.
Żal tylko tych nieobejrzanych koncertów. Nieobejrzanych w nieosiągalnych czasach. |
|