Energia

energia, której nigdy za wiele

Energia jest wokół. W ludziach, miejscach, spotkaniach, obrazach, dźwiękach, przyrodzie. Głupio byłoby z niej nie korzystać. Mamy ją za darmo. Biorę ile się da.



Depresja Komika
Kiedy widzę, że za coś nowego zabiera się duet Rutkowski- Walczak idę w ciemno. Do dziś nic nie przebiło tych spazmów ze śmiechu w jakie wpadłam na Chłodnej, gdy grany był stand up "To nie jest kraj dla wielkich ludzi". Dlatego natychmiast dałam szansę "Depresji komika" ciekawa co nowego wyniknie ze spotkania świetnego autora z szalonym aktorem. Rafał ma już taką pozycję, że małą salkę zamienił na wielką scenę Teatru Polonia. Ale takich jak ja chodzących za nim wszędzie jest wielu, zatem spotkaliśmy się wszyscy, tyle, że w bardziej eleganckich okolicznościach. "Depresja" jest popisem dwójki aktorów. Adama Woronowicza i Rafała Rutkowskiego. Panowie robią z nami co chcą. I to od pierwszej minuty. Nie przeszakdzają mi nawet piosenki, za którymi nie przepadam, bo za bardzo zbliżają stand up do kabaretu. Tu wplecione w dobry tekst są integralną częścią przedstawienia. Depresja komika jest o przegrzaniu. O tym, jak mówi Michał Walczak pęknięciu między sceną, a prywatnością komika.O kosztach show. Ale też szerzej- o tym, czy my Polacy czasem nie oswoiliśmy się z depresyjnym, ciemnym klimatem. I czy zwyczajnie się w tej depresji nie pławimy. Podobał mi się ironiczny tekst, w którym siedzący na sali artyści przeglądali się jak w lustrze. To jest sztuka o nich i to było widać po ich reakcjach. Sztuka zaczyna się od wyznania- " Mam zryty mózg. Przepaliłem się. nałożyła się chałtura w Łomży i Chełmie, serial, reklama, pogrzeb kolegi, romans, kredyt, garnki, urząd skarbowy, ZUS..." A na ciąg dalszy zapraszam do Teatru Polonia.
 
Aaa zatrudnimy clowna

Sztuka wystawiona na 15 lecie artystycznych działań facetów z Montownii. Uwielbiam ich, chyba w każdym wcieleniu. Czterech aktorów, którzy po studiach wzięli sprawy w swoje ręce i sami zadbali o swoje zatrudnienie. Nie stronili od działań solowych, bywali w serialach, na scenie, razem, osobno. Trochę jak małżeństwo, często razem, ale z dużym marginesem na realizacje własnych pomysłów. Na swój jubileusz wystawili spektakl rumuńskiego pisarza o czterech bezrobotnych clownach, którzy przyjeżdżają w poszukiwaniu pracy w to samo miejsce i wspominają swoje złote lata. Każdy z aktorów ma swój show. Rafał Rutkowski prezentuje tandetny trick z balonami, Marcin Perchuć rewelacyjnie parodiuje teatr z misją i sztukę wzniosłej recytacji, Maciej Wierzbicki brawurowo odstawia pantomimę doprowadzając widownię do płaczu ze śmiechu, zaś Adam Krawczuk wywraca opowieść do góry nogami umierając na scenie. Lubię teksty, w których śmiech miesza się z zadumą. Tym razem nad czasem, który nas zmienia. Nad sukcesem, który trwa chwilę. "Aaa zatrudnimy clowna" to krzywe lustro dla artystów. Mogą się w nim przejrzeć, zobaczyć swoje lęki, marzenia, żale. Wreszcie zostaje pytanie- czy tam gdzie jest sukces, albo walka o pracę jest przyjaźń, czy może tylko rywalizacja. Widziałam na premierze naszych wielkich aktorów, którzy śmiali się głośniej niż inni, ale też milczeli dłużej niż my w finale tej opowieści. Jeśli będziecie mieć okazję- zobaczcie!

 
"32 omdlenia" Czechow w Polonii

3 krzesła na scenie, 3 aktorów i 3 żarty sceniczne. Masa znanych na widownii, w pierwszym rzędzie Pierwsza Para.
I ciekawość, czy Czechow grany w Polsce w XXI wieku jest rzeczywiście zabawny, czy raczej zaśniedziały?
"Niedżwiedż", "Oświadczyny" i "Historia zakulisowa" kończąca całość w sposób słodko- gorzki. Opowieść o wadach, lękach, słabościach człowieka, z refleksją o teatrze na deser. Akurat w momencie, gdy w środowisku rozgorzała dyskusja o etyce tego zawodu wywołana sporem Grażyny Szapołowskiej z Janem Englertem. Nie należę do tego świata, ale rozumiem tęsknotę za teatrem czystym, profesjonalnym, odzielonym od byle jakiej, powierzchownej rzeczywistości. Tego wieczoru poczułam, że taki teatr istnieje. I chociaż koleżeństwo aktorstwo chichotało na każde niemal mrugnięcie okiem Jerzego Stuhra,co na początku wydało mi się lekką przesadą- to i ja dałam się wciągnąć. Oklaski wybuchały co kilka minut. Na koniec, choć w trakcie spektaklu nikt nie przebiegł nago przez scenę, ani też nie pojawiło się ani jedno przekleństwo, publika oszalała. Jerzy Stuhr w towarzystwie Krystyny Jandy i Ignacego Gogolewskiego kłaniali się i zbierali hołdy. Choć zdecydowanie to był wieczór Stuhra. Rzadka okazja, by zobaczyć tego krakowskiego aktora w teatrze. I dowód na to, że jednak rola osła w Shreku nie była jego najlepszą rolą jak smutno i ironicznie mi kiedyś powiedział.
Bardzo polecam!

 
Kult MTV Unplugged

"Jadą czterej jeźdźcy jadą..." ile czasu minęło od koncertów, na których słyszałam te słowa? Kiedy ostatni raz widziałam "Jeżyka"? Chyba w naszym pokoju, w akademiku. Gadaliśmy zapewne o świecie i naszym życiu. A Polska? Wyśpiewywana w poczuciu, że wszyscy czujemy to samo? Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy. W Kutnie nie byłam, ale świetnie pamiętam "komfort" podróżowania PKP.
Poprosiłam Mikołaja o płytę z koncertem Unplugged. Choć zwykle nie lubię wymuskanych i przerobionych kawałków, bo przyzwyczajam się do energii i chropowatości pierwszych wykonań. Zamówiłam tę płytę z sentymentów. A potem z dużą nieśmiałością patrzyłam tych, którzy należeli do mojej przeszłości. To naprawdę on? Próbowałam w terażniejszej twarzy zobaczyć tamtą.
A potem już przypomniały mi się słowa, zobaczyłam obrazy i poczułam tamtą, atmosferę nadawnia na tej samej fali. Wówczas nic wielkiego, teraz coś mistycznego. Powstają filmy, ukazują się książki, martyrologiczne wspomnienia. "Grabaż" w jednym z wywiadów słusznie zauważył, że czasami wydaje się, że największymi garażowymi kapelami walczącymi z systemem byli ci grani w radiu, z mainstreamu. Coś w tym jest. Nie miałam pojęcia, że tamten czas będzie kiedyś tak ważny, a ja sama, w gruncie rzeczy bawiąc się i zajmując się tym co lubię biorę jednocześnie udział w czymś istotnym.
W porannej drodze do radia słucham teraz "Jeżdźców" i słyszę ten tekst inaczej. Może to doświadczenie, a może fakt, że kawałek przenosi mnie do przeszłości sprawia, że się wzruszam. Dobrze, że jest ciemno. Można pociągać nosem.
A potem koncert w Och Teatrze. Świetne, kameralne miejsce, scena pośrodku. Jesteśmy jak na domowej imprezie.
Może nie ma tej dzikości dawnych festiwali, panowie równie dobrze mogliby siedzieć za okienkiem w urzędzie, ale gdy zaczynają grać wytwarza się nić porozumienia, w której ani wiek, ani zawód, ani cokolwiek innego się nie liczy.

 
««  start « poprz. 1 2 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 1 - 8 z 13
https://www.facebook.com/Glosmchelminiak
Odwiedza nas 6 gości
Razem:
2003-2015 © Marzena Chełminiak