Blog – ARCHIWUM

W 2005 roku wykryłam u siebie raka piersi. Swoją drogę do zdrowienia opisywałam w dzienniku. Francuski pisarz Alfons Allais powiedział kiedyś – „Ludzie czasami myślą jak zabić czas, a to czas zabija ich.“

I ja się z tym zgadzam. Dlatego życie cieszy mnie od poniedziałku do niedzieli. Nie czekam na weekend, ani na wakacje. Staram się robić to co ma sens, jakąś wartość dodaną i … sprawia mi frajdę.

Historia zdrowienia zaczyna się wpisem z 9 czerwca 2005

6 lutego 2004 Zaczynam się łapać na tym, że piątki mnie zaskakują. To moje ulubione dni tygodnia. Lubię tę popołudniowa świadomość ,ze przede mną przestrzeń do wypełnienia. I choć obiecuję sobie, że w wreszcie się wyśpię, to zwykle nowy tydzień rozpoczynam z jeszcze większymi zaległościami. Czekam aż ktoś wymyśli sen w pigułce. Mogę testować nawet na ochotnika, po to by zyskać kolejne godziny życia. A na razie jestem jak dziecko, które żeby się wyspać powinno kłaść się po dobranocce. Mój kolega z radia żartuje, że ciągle jestem młoda skoro nie mam problemów ze snem, bo przecież te pojawiają się z wiekiem. 🙂

W piątki łatwo czuć się młodym 🙂 Mój rzadko kiedy zrealizowany plan na to popołudnie jest prosty. Kupić cytrynowy drink. Wybrać jeden z filmów na dvd piętrzących się na parapecie (ostatnio próbowałam obejrzeć Chicago). Wygodnie rozłożyć się na kanapie i przestać patrzeć na zegar. Jeśli uda mi się to dziś – napiszę.

 

9 lutego 2004 Spojrzałam dziś na swój notes. Jest szczelnie wypełniony. Zastanawiam się jak to było możliwe, że kiedyś wystarczył mi kalendarzyk z adresami i telefonami. Albo pamięć była doskonalsza albo życie płynęło innym rytmem. Teraz potrafię się umówić z kilkoma osobami na te sama godzinę (bo nie zapisałam!), a potem główkuje jak to odkręcić, by nikogo nie urazić. Życie bez kalendarza-notatnika jest już niemożliwe.

Ponieważ moi bliscy funkcjonują w podobnym rytmie na towarzyskie spotkania zostają tylko weekendy. Uwielbiam je planować. Są to najgęściej zapisane dni w moim kalendarzu. Jeśli uda mi się wykonać choć połowę z zaplanowanych weekendowych działań to jestem szczęśliwa. Ale tak naprawdę coraz częściej zastanawiam się czy dni muszą być tak okrutnie krótkie, czy filmowcy musza kręcić tyle filmów, a pisarze pisać tyle książek? No i co ja mam robić mając tak wielu fantastycznych ludzi wokół siebie i tak mało czasu na przebywanie z nimi…

 

11 lutego 2004 Rzeczy rzadko kiedy są takie jak je oceniamy na pierwszy rzut oka. Jestem w Rabce. To taki powrót do przeszłości, bo byłam tu na zimowisku jeszcze w szkole podstawowej. Wtedy oczami dziecka widziałam tętniące życiem miasteczko. Teraz zobaczyłam szarzyznę, brud i największą liczbę koszmarków architektonicznych na metr kwadratowy. Domy stoją obok domów i niewiele mają wspólnego z góralską architekturą. Maleńkie ogródki zupełnie jak z krainy hobbitów, gdyby nie to, że u nich rosły piękne kwiaty a tu stoją nikomu niepotrzebne graty. Pensjonat znaleziony w internecie na miejscu okazał się betonowym klockiem z widokiem na inne mu podobne. Poczułam się jak mała dziewczynka na zimowisku otoczona przedmiotami z tamtych lat, tyle że wymagania mam już dorosłej kobiety. Pierwsze wrażenie rozczarowujące. I zaraz potem gospodarze. I tu mogłabym napisać tytuł drugiego rozdziału – „Jak optymistycznie reagować na negatywne zdarzenia w naszym życiu”. Gospodarze swoją życzliwością byli w stanie odmienić moje nastawienie. Może pokoje są jak z „Alternatyw” czy „Misia”, może gumolit na podłodze to nie miękki dywan ale ludzi pełnych pasji i radości życia, tak nastawionych na zadowolenie gości nie spotyka się wszędzie. I w ten oto sposób zamiast narzekać zaczęłam dostrzegać lepszą stronę moich kilku dni w Rabce, skąd serdecznie Was pozdrawiam.

 

16 lutego 2004 Drogie władze Rabki. Spędziłam w Waszym uzdrowisku 7 dni. Skonfrontowałam swoje wyobrażenia o tym znanym miasteczku z rzeczywistością. Jestem zdumiona tym, jak nie wykorzystuje się naturalnych walorów tego miejsca. Wspaniała przyroda, trochę starej, willowej architektury, piękny park zdrojowy i… nieczynny zimą Rabkoland, nieodśnieżane drogi, śmieci, brud, rozsypujące się mostki, rozpoczęte remonty i numer jeden brzydoty – kawiarnia Zdrojowa.

Drogie władze Rabki. Mieszkają u Was wyjątkowi ludzie. Pozwólcie im działać. Gościnni gospodarze w Papierzówce, wspaniali, profesjonalni GOPRowcy, miła obsługa w przytulnej kawiarni Parkowej, gdzie są najsmaczniejsze ciastka. Jeśli wrócę do Rabki to tylko dla tych miejsc i dla tych ludzi.

 

17 lutego 2004 Wczoraj moja przyjaciółka A. napisała mi o tym jak wiele spraw odkłada na „kiedyś”. Pomyślałam wówczas, że lubię słowo „kiedyś”. Wspaniała jest ta perspektywa przyszłości jakie to słowo ma w sobie. Planuję podróże wierząc, że kiedyś nastąpią. Zapisuję rozmaite pomysły wierząc, że kiedyś znajdę czas na ich realizację. Znam już ten mechanizm. Kiedy notatek z planami na „kiedyś” przybywa zabieram się za ich realizację. I w ten sposób kilka spraw z „kiedyś” przechodzi na „teraz”. O stronie WWW też do niedawna myślałam „kiedyś”.

 

18 lutego 2004 Dzwonek do drzwi. Otwieram. Niepozorna sylwetka uśmiechniętego od ucha do ucha księdza chodzącego po kolędzie.

-Pani Marzena Chełminiak?- zerka w swoją kartotekę -z Radia ZET?- pyta,

a ja czuję jak zaczynam się czerwienić od palców stóp po czubek głowy.

-Tak, z Radia ZET, ale to nie jest teraz najważniejsze… mówię z prędkością karabinu maszynowego…

-A ja i tak się cieszę, że mogłem poznać. Dziś nawet Pani słuchałem

Teraz to już chcę się zapaść pod ziemię..

Swoją drogą miło było spotkać księdza, słuchającego nie tylko Radia Maryja.:)

 

19 lutego 2004 Uwaga, dzisiejsze zapiski nie będą wesołe 🙁 Dowiedziałam się właśnie, że jeden ze znanych mi (choć nie osobiście) kolegów ma policzone dni swojego życia. Jakiś czas temu wydawało się, że wygrał walkę z chorobą, teraz okazało się, że jest inaczej. Lekarze już mu o tym powiedzieli. Ja natychmiast uruchomiłam swoja wyobraźnię, zaczęłam sama siebie pytać jak zachowałabym się wiedząc, że został mi np. rok życia. Tak się zapędziłam w tych myślach, że dałam sobie odpowiedź – zaczęłabym podróżować, z rozmachem i bez leku. Ale jak zwykle najbardziej poruszyła mnie odpowiedź A. której zadałam to samo pytanie. Ona spokojnie odrzekła – „Wstałabym jak zawsze i poszłabym do pracy, spotkałabym się ze wszystkimi przyjaciółmi, robiłabym to, co zwykle”.

 

20 lutego 2004 Uroki życia w wielkim mieście.. Jest ich mnóstwo. Przyzwyczaiłam się, że atrakcje są na wyciągniecie ręki, choć nie co dzień z nich korzystam. Wieczorami moje miasto żyje zupełnie inaczej. Stwierdzam to z radością, bo pamiętam prehistoryczne czasy, gdy po wyjściu z kina o 21:00 przemykałam przez opustoszałe ulice rozglądając się nerwowo wokół. Teraz, kiedy umawiam się z kimś na 20:00 słyszę – „co tak wcześnie”?

Warszawa zaczyna pulsować po 21:00, a ja tylko zastanawiam się czy ci, którzy wylegają wtedy do klubów wstają następnego poranka do pracy czy szkoły. 🙂 Wczoraj przejechałam przez miasto wieczorem, miło było popatrzeć na rozświetlone mosty, kolorowe ulice. Pomyślałam – nasze otoczenie się zmienia, nauczmy się z tych zmian korzystać. Ja to sobie właśnie postanowiłam. W niedzielę idę do teatru.

 

23 lutego 2004 Jak powiedziałam tak zrobiłam. W weekend korzystałam z uroków życia w mieście. Miedzy innymi sprawdziłam jak to jest, kiedy na jednym torze w basenie pływa kilka osób i to każda w inna stronę, płacą za te przyjemność sporo pieniędzy. A wieczorem premierowo oklaskiwałam sztukę „Biznes” w Teatrze Komedia. Reżyserował ją i brawurowo zagrał Jerzy Bończak. Śmiałam się nie tylko z popisów aktorów na scenie, ale i… ze śmiechu jednej pani na widowni. Był zaraźliwie śmieszny. Przy okazji poczułam na własnej skórze, że kultura uszlachetnia. Publiczność była wielce uprzejma i życzliwa, na widowni w foyer na parkingu, że aż chciałoby się te atmosferę teatru przenieść na ulicę. Ale może w takie miejsca chadzają rzeczywiście ludzie wyjątkowi – oby byli w większości.

 

24 lutego 2004 Grunt to bawić się swoimi kompleksami – pomyślałam słuchając angielskich językowych występów Patricii Kaas, na jej warszawskim koncercie z okazji otwarcia prywatnej galerii fotografii. Particia ma głos tak niski, że każdy widzi w niej dominującą silną kobietę, a ja nie zdziwiłabym się gdyby był to jej problem, bo w środku jest na przykład słabą wrażliwą dziewczynką.

Wracając do kompleksów. Patricia usiłowała rozmawiać z publicznością po angielsku, co chwila konsultując swą wymowę z perkusistą zespołu. Pomyłkami wywoływała życzliwy śmiech widowni. I nawet, kiedy uparcie mówiła o kolegach z grupy „man’s” wszyscy jej to wybaczali, bo ona sama nie traktowała się serio. Kamień z serca. Nie musimy być perfekcyjni we wszystkim.

 

25 lutego 2004 Były Ostatki …wybaczcie.

 

26 lutego 2004 W radiu trwa konkurs, w którym można wygrać sporo pieniędzy. Lubię ten moment, kiedy mogę powiedzieć- wygrałeś! Trzymam kciuki za tych, którzy grają i żal mi tych, którym się nie udaje. Przedwczoraj 4 tysiące złotych wygrał niewidomy masażysta. SMSa wysłała za niego koleżanka z pracy, obiecał podzielić się wygraną. I na pewno kupi sobie radio, bo to, które ma jest już gratem. Wzruszyłam się. Kiedy powtarzał to swoje „cholewka” czułam, że jeśli przegra to będzie mu przykro ale przyjmie ten fakt z pokorą.

Dawno, dawno temu w Radiu ZET była zabawa zwana „Kuferkiem”. Pożądanie wygranej rosło z dnia na dzień.  Pamiętam ponad 80cioletnią babcię, która poza pieniędzmi wygrała wówczas luksusowe kosmetyki do samochodu, zupełnie jej niepotrzebne. Dziękowała mi tak wylewnie, że poczułam się zażenowana. Od tamtych czasów wiele się w Polsce zmieniło. Konkursy radiowe nie są już traktowane wyłącznie jak pierwsza pomoc socjalna. Ludzie zaczęli się bawić. Ale jest coś, co powraca. Teraz tak jak kiedyś trafiają się słuchacze, którzy na antenie automatycznie sztywnieją i na wiadomość o wygraniu na przykład samochodu mówią zwięźle i rzeczowo-dziękuję. DJ-owi nie pozostaje nic innego jak ucieszyć się za nich:)

 

27 lutego 2004 Pomyślałam o tym, że kiedyś w Środę Popielcową zaczynał się czas pracy nad sobą. W tym roku zaskoczył mnie Tłusty Czwartek, za szybko nastąpiły Ostatki i nawet nie zdążyłam pomyśleć, co mogłabym zrobić dobrego dla siebie samej. A kiedy nie mam czasu na głębszą refleksję to wpadam na sprawdzone stare pomysły. Rzucę słodycze. Nie będę ich jadła do Wielkanocy. Trzymajcie kciuki, przyznam się do zwycięstwa… jeśli nastąpi.

 

2 marca 2004 Zaczął się marzec. Jakoś tak złapałam się na tym, że uczyniłam więcej postanowień reformujących moje życie. Wymagam od siebie więcej, efekt na razie jest taki, że popołudnia stały się jeszcze krótsze, a wieczory błyskawicznie przechodzą w noc. A w nocy najbardziej lubię spać. 🙂 Bywa, że zamiast szklanki mleka na dobranoc czytam którąś z książek Astrid Lindgren. To dla mnie fenomen w literaturze, znacznie większy od fenomenu Harrego Pottera Teraz, po latach nie tylko śmieje się w głos czytając jak dziewczyny z Bullerbyn podkładają chłopakom do puszki ze skarbami baranie bobki, ale i wzruszam się, bo automatycznie zaczynam wspominać własne dzieciństwo. A ono z założenia było szczęśliwe. Kto z nas dorosłych nie tęskni za tym co od dawna nas nie dotyczy czyli wielką beztroską. Ech, lepiej skończę, zanim zupełnie się rozkleję.

 

3 marca 2004 „Co to znaczy kochać? Wstać przed wschodem słońca i przynieść świeży chleb i mleko. Patrzeć i odgadywać, co czuje ktoś, kogo się kocha. Z całą pewnością, kto kocha nie chce posiadać osoby, którą kocha. Przeciwnie, daje wolność i bliskość” – napisał w mailu Janusz. I bardzo mi się to spodobało. Kochajcie – dając wolność. W miłości nigdy nie będzie źle wykorzystana.

 

4 marca 2004 „Uwielbiam twój płat potyliczny”- napisał jeden ze słuchaczy I spokoju mi to nie daje. Co mógł mieć na myśli? Inny regularnie śle mi maile, z których wynika, że jestem jego dziewczyną, choć nie jestem i nie mam pojęcia, na jakiej podstawie sądzi, że jest inaczej. Jakiś czas temu dostałam przesyłkę z więzienia, pełną serwetek, wyszywanych własnoręcznie makatek. Miłe. Ale poza tymi prezentami pełno było też zaświadczeń z danymi więźniów czekających na paczkę żywnościową ode mnie. Wszystko dlatego, że kiedyś taką paczkę słuchaczowi do więzienia wysłałam.

P.S. Pewnego dnia do Radia przyszedł mężczyzna w peruce, pełnym makijażu i na szpilkach. Oświadczył, że jest umówiony z Michaelem Jacksonem, gdyż śpiewa u niego w chórkach i właśnie mają nagrywać płytę. Żądał kontaktu z artystą. Tak długo jak próbowaliśmy mu uświadomić absurd sytuacji upierał się przy swoim. Grzecznie wyszedł z Radia, kiedy przyznaliśmy mu rację. Może zatem i ja powinnam ogłosić, że jestem dziewczyną, każdego kto ma wrażenie, że tak jest:)

 

5 marca 2004 „Dlaczego ludzie lubią sławne osoby?” Tylko dziecko może zadać tak szczere i proste pytanie. Sama zaczęłam się zastanawiać. No właśnie-dlaczego?

Ludzie lubią kogoś, kto nieźle śpiewa, czasem lubią nawet jak śpiewa kiepsko, ale ma na przykład czerwone włosy. Lubią kogoś, bo gra w serialu, a ostatnio lubią także, dlatego, że pokazał się w telewizji, nie ważne w jakiej roli. Kiedy rozmawiałam w Krakowie z Jerzym Stuhrem, a działo się to za czasów wielkiego boomu reality show, opowiedział mi zabawna historie. Otóż pewnego dnia podjechał na stację benzynową, panowie z obsługi wylegli szczęśliwi i wykrzyknęli: „My to mamy szczęście, rano był u nas Gulczas, a teraz pan!” I w ten oto sposób nasz wielki reżyser, aktor, profesor dołączył chcąc nie chcąc do grona Kenów, Frytek i Gulczasów. A to dlatego, że dla niektórych sława i popularność to jedno.

 

8 marca 2004 Lubię świętować. I naprawdę nie mam problemów z urodzinami (kolejnymi), imieninami urządzanymi na kilka razy, Bożym Narodzeniem czy Wielkanocą. Nie mam też problemów z 8 marca. Kiedy kobiety dostawały przydziałowe rajstopy byłam jeszcze mała i tak naprawdę ucieszyło mnie, że nadszedł wreszcie dzień gdy i ja zostałam uznana za kobietę i dostałam pierwsze kwiaty. Od kilku lat 8 marca nie jest modny. Mówią, że stawia mężczyzn w niezręcznej sytuacji, co poniektórym źle się kojarzy. A może by tak mniej ideologii, a więcej wiosny i radości?

P.S. Drodzy Panowie. Nie znam kobiety, która nie lubiłaby kwiatów. Możemy je dostawać z każdej okazji i bez okazji również. Pamiętajcie dziś o tym.

 

9 marca 2004 Czy macie swoje kryterium, według którego oceniacie tzw. publiczne miejsca? Ja robię to po toaletach. Do dziś pamiętam te najpiękniejsze- w niezwykle eleganckiej, rosyjskiej restauracji w Moskwie, gdzie toaleta wyglądała jak dzieło sztuki przeniesione w teraźniejszość z czasów Puszkina, i te najokropniejsze, tez z kraju zza naszej wschodniej granicy. Zwykłe sławojki, albo o zgrozo boksy z ziejącymi dziurami pośrodku ale bez żadnych drzwi, umiejscowione na dodatek naprzeciwko siebie.

Oczywiście negatywnych przykładów jest znacznie więcej niż pozytywnych. Ale i w tej dziedzinie czuć powiew świeżości. Wczorajszy wieczór spędziłam w miłym towarzystwie w stylowej knajpce, z kuchnią inspirowaną Rosją. Dziewczyna o jazzującym głosie śpiewała sentymentalne ballady. Popijałam błękitno-białego drinka, a kiedy postanowiłam odwiedzić toaletę, po otwarciu drzwi zastanawiałam się prze moment czy nie pomyliłam wejść. Ciemne pomieszczenie rozświetlone było przez kilkanaście płomieni małych świeczek, pełne suszonych i żywych kwiatów…..

 

10 marca 2004 Możliwe, że śpiewać każdy może. Możliwe, że w Ameryce aktorkami zostają kelnerki, ale na szczęście w Polsce w filmach wciąż grają głównie dobrze przygotowani do tego profesjonaliści.. Wczoraj z podziwem patrzyłam jak powstaje tvnowski serial Camera Cafe, pod dowództwem Yurka Bogajewicza. Sama z wielka nieśmiałością wzięłam w nim udział. I uprzedzam ewentualne pytania- byłam sobą, czyli Głosem z radia.

Plan filmowy w niczym nie przypomina radiowego studia, w którym jestem sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem (to zwykle zaskakuje odwiedzających radio) Plan filmowy to zgranie i skoordynowanie energii i pracy kilkunastu osób. I tu chylę czoła. Nie wiem jak to działa, ale działa! Dlatego przyglądając się pracy naszych filmowców zrozumiałam tych, którzy wieszają sobie na ścianach plakaty aktorów, patrząc na nich z uwielbieniem, tak jak ja teraz.

 

11 marca 2004 Co kieruje ludźmi, którzy występując w talk- showach rozmawiają o swoich najintymniejszych sprawach, którzy przed kamerami toczą walkę ze swoimi współmałżonkami, bądź przyznają się do dziwnych zachowań jak na spowiedzi? Niezmiennie wprawia mnie w zdumienie i zażenowanie to co słyszę czasami w programie Ewy Drzyzgi. Przecieram oczy ze zdumienia. Rozumiem, że każdy ma potrzebę opowiadania o swoich kłopotach i bolączkach, ale dlaczego od razu czynić to w telewizji. Czy bohaterowie tych programów czują się dowartościowani samym faktem pokazania się przed kamerami? A może czeka nas amerykański styl bycia, gdzie na pytanie „How are you?” zawsze odpowiada się „fine”, choć w środku czasem wrze. Natomiast cała prawdę wyłuszcza się dopiero u Ophry lub jej podobnych, byle w telewizji. Doceńmy naszą instytucję przyjaciela. Dopóki jest. Doceńmy fakt, że my mamy jeszcze z kim rozmawiać. Komu się zwierzać. Ja mam.

 

12 marca 2004 Miałam dziś napisać o czymś zupełnie innym, ale po tym, co zdarzyło się w Madrycie przychodzi mi do głowy tylko fragment piosenki zespołu Raz, Dwa, Trzy- Jutro możemy być szczęśliwi – jeżeli jutro w ogóle może być.

 

15 marca 2004 Czy mieliście w życiu moment kiedy bezpowrotnie utraciliście dziecięcą naiwność i wiarę w czystość cudzych intencji? Przeżyliście rozczarowanie? Wasze ideały zetknęły się z brutalnością świata? Ci, którzy pomimo takich doświadczeń próbują wciąż patrzeć w słońce są może i silniejsi ale są też pozbawieni czegoś bezcennego-ufności.

Zastanawiam się często, pod wpływem osobistych przeżyć, czy złu należy schodzić z drogi, dla świętego spokoju, czy też kosztem własnego zdrowia, czasu i energii walczyć z nim. Wybrałam te drugą drogę. Chcę się przeciwstawić. Powiedzieć – nie, gdy ktoś kłamie, oszukuje, kradnie. Może gdybyśmy wszyscy nie odpuszczali tak łatwo, źli ludzie nie panoszyliby się tak odważnie i tak arogancko.

P.S. Mateusz przysłał mi pewną przypowieść. O chłopcu, który wbijał w płot gwóźdź za każdym razem, gdy kogoś skrzywdził. Kiedy już nauczył się nad sobą panować mógł gwoździe z płotu wyciągać. Zauważył jednak, że dziury pozostały. Płot już nigdy nie był taki jak dawniej. Rany zadane przez człowieka zostają. Tak jak te dziury po gwoździach. I tak melancholijnie zaczynam nowy tydzień.

 

16 marca 2004 Czy Polska jest krajem gentlemanów? Zapewne mamy ich więcej niż gdzie indziej, ale już widać, że im młodsze pokolenie tym gorzej. Z rozbawieniem przyglądałam się scence, jaka rozegrała się w metrze.

Podróżowała grupa dzieciaków, tak na oko z 3 klasy. Zwolniło się kilka miejsc, dzieci rzuciły się natychmiast w ich kierunku. Chłopcy byli lepsi. Jeden z nich skoczył na siedzenie, rozłożył się na pozostałych dwóch i krzyczał to zajęteeee. Dziewczyny zbite z tropu stanęły grzecznie obok i nawet nie próbowały się z kolegami przekomarzać.

Zapytałam z uśmiechem – To wy chłopcy dziewczynom miejsca nie ustępujecie? – Zależy kiedy- usłyszałam rezolutną odpowiedź.

Drogie Mamuski swoich synków. Uczcie ich proszę kultury, tak, żebyśmy za kilkanaście lat wciąż mieli najwięcej gentlemanów na metr kwadratowy.

 

17 marca 2004 Zbliża się północ a ja dopiero wróciłam z zebrania swojej wspólnoty mieszkaniowej. Wiem już, że racje mają Ci, którzy postulują, by zebrania toczyły się na stojąco, wtedy nie będą się ciągnęły w nieskończoność. Moje zebranie odbywało się na siedząco… trwało 4godziny.

 

18 marca 2004 W filmach bohaterowie często dochodzą do wniosku, że czas na radykalne zmiany. Rzucają prace, zmieniają miejsce zamieszkania, zaczynają wydawać zarobione pieniądze. W filmie”Lepiej późno niż później” Jack Nicholson w ramach nowego życia, po zawale, wyjeżdża na Karaiby, podróżuje, odwiedza swoje flamy z przeszłości. Ale i to nie daje mu ukojenia. Dopiero kiedy zaczyna się koncentrować na sobie, swoich myślach, odczuciach, , pragnieniach odnajduje to czego szukał. W filmowych historiach zwykle chodzi o miłość. Pomyślałam, jak ja chciałabym zmienić swoje życie. I co w wyniku tych zmian odnaleźć. Teraz mi się wydaje, że wiem…ale jak już zaszyje się w jakiejś leśniczówce to dam znać czy tam jest to czego szukam. A na razie pozdrawiam z najbardziej hałaśliwej stolicy w Unii Europejskiej.

 

19 marca 2004 Moja przyjaciółka A. ma kłopoty ze snem. Jeśli już uda jej się zasnąć to i tak budzi się po dwóch, trzech godzinach. Druga bliska mi A. ma problemy w pracy. Otaczają ją amatorzy przekonani o swoich kompetencjach i profesjonalizmie. Ona nie może patrzeć jak ciągną firmę w dół. Sąsiadka R. dzień w dzień cierpi, bo za mało czasu spędza z synkiem, który rośnie i rozwija się na oczach opiekunki a nie mamy. Od lat znana mi I. nie widzi sensu bycia w związku z mężczyzną, który kilka lat temu totalnie zawrócił jej w głowie, ale w życiu codziennym nie spełnił oczekiwań.

A ja? Ja jak w piosence Maanamu „czekam na wiatr, co rozgoni, ciemne skłębione zasłony, wstanę wtedy na znak, ze słońcem twarzą w twarz”. Idzie wiosna.

 

22 marca 2004 Za mną weekend. Zwykłej codzienności. Bez wielkich działań i znaczących odkryć. Bez planów i bez realizacji sobotnio-niedzielnego grafiku zajęć. Czas minął. A ja po prostu dzieliłam go z kimś, kto chciał, aby tak było. Czy z takiego bycia ze sobą przez kilkadziesiąt godzin może wyniknąć jakieś dobro? Liczę, że tak.

 

23 marca 2004 Piszecie, że miała to być strona dobrych wiadomości, taka, na której zawsze świeci słońce. A tymczasem w moich zapiskach tyle melancholii. Zastanowiłam się. I postanowiłam zacząć wiosnę. Dziś na niebie była wspaniała tęcza. A przez szaro-bure chmury przedzierały się piękne smugi światła. Nawet wtedy, gdy jest ciemno można dostrzec jasne punkty… zaczynam się rozglądać.

 

24 marca 2004 Przeczytałam sporo artykułów o tym, co nam grozi. W metrze słyszałam już kilka razy, że istnieją telefony alarmowe i specjalne guziki w wagonach gdyby działo się cos niepokojącego należy zawiadomić pracowników olejki. Na Dworcu Centralnym wiszą informacje jak się zachowywać na wypadek zagrożenia wybuchem bomby. Moja rodzina i znajomi ubolewają, że mieszkam w Warszawie. Żyjemy w czasach, kiedy należy się bać. A tymczasem wiosna nic sobie z naszego strachu nie robi. I całe szczęście.

 

25 marca 2004 Zawsze patrz na jaśniejszą stronę życia! Zupełnie niespodziewanie znalazłam się wczoraj w lesie. Było pełno kałuż, ale były też odgłosy jakich nie mam na co dzień. Pamiętam jak kiedyś na wakacjach w cieplejszym kraju zostałam ogłuszona hałasem jaki dochodził zza okna każdego poranka, tam była istna ptasio-owadzia orkiestra a ja przyzwyczajona na co dzień do miejskich dźwięków i zapachów. Tak było i teraz.

Kiedy zobaczyłam bazie, usłyszałam śpiew ptaków, poczułam, że warto choć przez dwie godziny pobyć w tym najprawdziwszym ze światów. Zobaczyłam jaśniejszą stronę życia. Pomyślałam o D. który opiekuje się zabiedzoną i niechcianą bokserką wydając na weterynarzy fortunę. A mógłby na siebie, bo lubi się bawić. Przypomniała mi się A. która zauważa problemy pani sprzątającej jej biuro i sama umawia jej lekarskie wizyty, a ma swoje problemy. Rozczuliłam się wspominając T. który ma dla mnie prezent od Świąt Bożego Narodzenia i właśnie dziś postanowił go przepakować w „neutralny” papier. Pewnie wreszcie uda nam się zobaczyć… Musze częściej chodzić do lasu.

 

26 marca 2004 Jest takie angielskie powiedzenie, że Bóg, kiedy chce człowieka ukarać to spełnia jego marzenia. Brzmi przewrotnie, ale cos w tym jest. Jedna z moich koleżanek przez długie lata marzyła o podróżach. Nie było jej na nie stać. Z czasem znalazła jedną pracę(spokojną, biurową) a potem drugą (niespokojną, ale wciągającą) i zaczęły się jej podróże. Bywa, że w tygodniu, po kilka razy przylatuje i odlatuje. Wiem gdzie jest, bo przysyła lakoniczne smsy w stylu- „piję porto na tarasie hotelowym w Madrycie”, albo „jestem w Turcji, jest tu piękny zachód słońca”. A zatem podróżuje, sypia w hotelowych łóżkach, jada w restauracjach, wożą ją taksówki a potem wypija kolejne drinki w samolotach zastanawiając się, po co jej to wszystko… Pomyślałam o tej historii marząc o jakimś cichym odludziu, … Co będzie jak Bóg spełni to pragnienie?

 

29 marca 2004 Jak się macie po weekendzie? Niewyspani? Niezrealizowani? Zawiedzeni, że było tyle planów a wyszły tylko niektóre? Ja postanowiłam odpuścić. Zdecydowałam, że to będzie weekend miłosierdzia dla mnie samej. Nie będę się spieszyć, nie będę żyć tym, co ma nastąpić tylko zajmę się własną teraźniejszością. I co? Było ciężko. Ale wygrałam. Usłyszałam jak ktoś mówi, że to nie życie zmusza nas do takiego wyścigu, tylko my sami się zmuszamy. A przecież końcowy przystanek dla nas wszystkich jest taki sam, wtedy to, co tak gromadziliśmy i tak zastawiamy. Pokiwałam ze zrozumieniem głowa. To prawda, nie mam się do czego spieszyć

 

30 marca 2004 Przed chwilą przeczytałam piękny list. Piękny, bo afirmujący rzeczy najprostsze, drobne gesty i małe sprawy. Takie, których prawdopodobnie każdy z nas ma pod dostatkiem. Rzecz w tym, aby zamiast czekać na te wielkie i spektakularne, zauważyć te małe. One są, tylko my nimi pogardzamy zapatrzeni w dal. Czas zmienić ostrość swego spojrzenia.

 

31 marca 2004 Co się w nas zmienia, kiedy na dworze robi się cieplej, kiedy zaczynamy dostrzegać odnawiającą się przyrodę, kiedy zachwycamy się powtarzalnością zjawisk? To jest fenomen, bo znam takich, którzy nie lubią świat, czy wszelkich uroczystości, ale nie znam takich, którzy nie lubią wiosny. Ja o tej porze roku zaczynam planować. Myślę o tym, co chciałabym jeszcze zrobić, jakie szczyty zdobyć. Nagle czuje, że mam energie, by zająć się sprawami, które dotąd odkładałam na półkę: „pomyślę jutro.” I tak mnie trzyma to wiosenne ożywienie do pierwszych letnich upałów. Oby przyszły w tym roku jak najpóźniej! Aha, w moim domu wiosna to kwiaty, kwiatowy ogród na stole.

 

1 kwietnia 2004 Pieniądze są dobre czy złe? W Newsweeku niedawno napisali, że w Polsce nie lubimy bogatych. Bo mało kto wierzy, że można się uczciwie dorobić. Nie ufamy bogatym. A ja myślę sobie i mam na to dowody, że pieniądze psują ludzi małych, niedojrzałych i pazernych. Dobrym i uczciwym nie robią krzywdy.

Jeden z moich majętnych przyjaciół wciąż jest przykładem wielkiej delikatności, wrażliwości, dobroci. Sadzę, że byłby takim samym człowiekiem bez swoich wielkich pieniędzy. Ale są też i tacy (też ich niestety znam), którzy potrafią oszukać ,aby się wzbogacić. I wtedy nie pozostaje nic innego jak wierzyć, że sumienie, które pozwoliło im ukraść nie pozwoli im cieszyć się z tego co w ten sposób zdobyli.

 

2 kwietnia 2004 Co mnie nie zabije to mnie wzmocni, powiedział kiedyś Marek Kamiński w trakcie naszej rozmowy na antenie Radia Zet. Patrzyłam i wierzyłam. Bo mówił to dojrzały mężczyzna świadomie kierujący swoim życiem. A co ma powiedzieć 16latek, który został zesłany do szkoły z internatem (najlepszej w województwie) wybranej dla niego przez rodziców i wychowawcę, bo był zdolnym uczniem. Po prostu lekko mu wiedza wchodzi do głowy. I tej lekkości zawdzięcza to, że wylądował w miejscu z dala od domu, w nowym otoczeniu. Z wielkim poczuciem samotności.

Napisał mi o tym, a ja pomyślałam – co doradzić chłopakowi marzącemu tylko o tym by „kochać i być kochanym”. Żal mi się zrobiło kogoś, kto spełnia nie swoje marzenia i żyje zgodnie z wola innych. Wiem, że żyjemy w czasach, kiedy dzieci są profesjonalnie przygotowywane do wyścigu szczurów, ale czy ktoś z nas dorosłych zastanawia się jakim kosztem? Nie napisałam Dawidowi maksymy jaką kieruje się podróżnik, bo tak naprawdę w życiu 16latka nie powinno istnieć nic co, by go mogło zabić. Nie powinno… Trzymaj się Dawidzie.

 

5 kwietnia 2004 To było w piątek. Patrzyłam jednym okiem na „Bar”. Dziewczyny niczym wycięte z pisemek w stylu Bravo Girl. Chłopcy wystylizowani jak modele z katalogów fryzjerskich. Wszyscy jednakowi, plastikowi, pewni siebie, uśmiechnięci, rozkrzyczani, modnie ubrani,a raczej rozebrani. Sztuczny świat sztucznych ludzi z wyimaginowanymi problemami w stylu „on kocha ją nie mnie”. Czy ktoś z oglądających wierzy, że ten świat jest prawdziwy? Ja wolałabym ufać, że to tylko kreacja wymyślona przez sprytnych reżyserów programu, no, bo jeśli nie, to już mnie przeraża, że te blondynki i ci blondyni mogą wyznaczać trendy zachowań. Nastały czasy sponsoringu i lansowania. Oglądając takie programy jak „Bar” wiem już dokładnie, na czym to polega.

  1. Na szczęście weekend spędziłam w Bieszczadach, tam zapomniałam o wszystkim,

co widziałam :). Zdjęcia wkrótce.

 

6 kwietnia 2004 Po raz pierwszy całkiem świadomie nie włączyłam faktów w TVN. A potem nie obejrzałam Wiadomości w telewizji. Pomyślałam, czy coś zyskuję dowiadując się, że Miller to, a Karczmarek tamto, a Cimoszewicz jeszcze coś innego. Czy ich słowa wzbogacają moje życie? Nie. Czy wiadomości, którymi nasiąkam siedząc przez kilka godzin w radiu pozwalają mi zachować optymizm? Nie. Wcale nie namawiam Was do wyłączania radia o pełnych godzinach, ale sądze, że zbyt wielu ludzi pozwala sobie zabierać czas i grać na emocjach. Kiedy politycy bili swoją pianę ja zadzwoniłam do koleżanki i wolałam posłuchać o tym jak jej minął dzień w pracy, napisałam maila do kogoś, kto na niego czekał i poleżałam w wannie pełnej piany. To wszystko zamiast najnowszych newsów.  Jedni emocjonują się wielką polityką, a inni tym czy już przyleciały bociany. To drugie jest mi teraz bliższe.

 

7 kwietnia 2004 Jest północ, właśnie zakończyłam dobrosąsiedzką wizytę. Pełną pachnących albo, jak kto woli śmierdzących serów i francuskiego wina. Proście o wszystko, ale nie o pozbieranie myśli w takiej chwili 🙂 Zrobię to… jutro.

 

8 kwietnia 2004 Niedawno przekonałam się, że bycie radosnym i pogodnym nie jest w ogóle uzależnione od stanu posiadania. Przyglądałam się pewnej rodzinie, mieszkającej w biednej części Polski, tam, gdzie sama natura zmusza ludzi do wysiłku i uczy pokory. Byłam przygotowana na wysłuchanie litanii narzekania a tymczasem zostałam obdarowana taką pozytywna energią, jaką trudno mi było znaleźć u ludzi mających znacznie więcej powodów do radości. Z czego się tam cieszą? Z faktu bycia razem, z czasu spędzanego przy wspólnej pracy, ze spotkań na drodze, z kilku słów zamienionych z sąsiadami z ładnej pogody czy z zabaw kota z psem. To banalne, ale oni doceniają to, że żyją, bo zdążyli już doświadczyć, zarówno chorób jak i tragicznych śmierci wśród swoich najbliższych. Przyjmują codzienność nie kłócąc się z Bogiem i nie zazdroszcząc tym, którzy mają więcej.

Tak też, kiedy młody chłopak oznajmił, że chce ożenić się z dziewczyną z biedniejszej rodziny, wspólnie orzekli, że ubogi też ma prawo do istnienia i przygarnęli ją z miłością do swego domu. Wierzą,że siła nie tkwi w pieniądzu, bo on jest albo go nie ma, ale w trzymaniu się razem w każdej sytuacji. Prawda, że tylko pozazdrościć?

 

9 kwietnia 2004 Jakie macie wspomnienia z przygotowań do Wielkanocy? Pomyślałam z sentymentem o swoim dzieciństwie, o czasach szkolnych, kiedy święta nie zaskakiwały, tak jak to dzieje się teraz. Pamiętam zapach porządkowanego domu, żmudne przeglądanie zawartości wszystkich szuflad połączone z odnajdywaniem zapomnianych skarbów. Mycie okien, zmienianie firanek, wreszcie pieczenie ciast. Narastające czekanie na niedziele. Co zostało z tamtego nastroju? Czy poza opakowaniem, czyli żółtymi kurczakami i kolorowymi czekoladowymi jajkami, palemkami i baziami są jeszcze jakieś treści, jakieś sacrum?

Wszystko się komercjalizuje, święta także. Ode mnie zależy czy w tym roku znajdę czas i odpowiedni nastrój, by się zatrzymać i zastanowić, co tak naprawdę świętuję.

 

13 kwietnia 2004 Było za szybko i za krótko. Pewnie mogłabym zacząć użalać się nad zwyczajnością wtorku. A tymczasem mam ochotę napisać tylko- jeśli święta przyniosły radość zachowajmy ją w sobie na resztę tygodnia, a jak się da to i na dłużej.Ja z takim postanowieniem zaczynam czas po Wielkanocy. Aha, wytrwałam!! Słodyczy nie tknęłam i teraz jeszcze bardziej doceniam smak kajmakowego mazurka.

 

14 kwietnia 2004 Miałam dziś napisać o czymś zupełnie innym. Tymczasem, ktoś poprosił mnie o podanie numeru telefonu do jednej ze znanych osób. Otworzyłam radiowy notes i mój wzrok padł natychmiast na literkę „d”- Daria Trafankowska.

Zawsze znajdowała dla nas czas i zawsze potrafiła mnie zaczarować swoja łagodnością i ciepłem. Już nigdy nie usiądziemy po dwóch stronach radiowego stołu. W tym samym notesie jest kontakt do Jacka Kaczmarskiego. Pamiętam jak chłonęłam jego opowieści o Australii, wtedy, widziałam przed sobą człowieka, któremu do szczęścia nic poza błękitem nieba i widokiem na morze nie było potrzebne. Pisał książki i jak twierdził to było to. Kiedy umarł Grzegorz Ciechowski nikt nie potrafił skreślić jego nazwiska z naszej bazy kontaktów. Tym razem nie mogłam tego zrobić i ja.

 

15 kwietnia 2004 Kiedyś Kora śpiewała-„jest już późno piszę bzdury”.

Aby nie stało się to moim doświadczeniem wspomnę krótko. Wróciłam z kina, z premiery francuskiego dokumentu „Być i mieć”. Recenzja wkrótce na www, a teraz napiszę tylko jedno zdanie, z którym wyszłam z kina. Nauczyciel tłumaczy dziecku sens cierpienia. Mówi- choroby, są częścią życia, nikt z nas nie lubi chorować ale kiedy przychodzą trzeba nauczyć się z nimi żyć.

P.S. Od jutra obiecuję pisać optymistyczniej! 🙂

 

16 kwietnia 2004 Po czym Wy poznajecie, że jest wiosna? Ja zobaczyłam ją wczoraj na ulicach miasta. W twarzach przechodniów, w zabawach  dzieci, w żonkilach sprzedawanych na każdym rogu już po 20 groszy za sztukę. Ale  najbardziej wiosennie poczułam się na widok rudowłosej pani jadącej dumnie na  nowoczesnym bicyklu z koszykiem z zakupami na kierownicy. Co za scena! Na wiosnę można zaszaleć, przefarbować włosy (właśnie to zrobiłam) zmienić styl,  częściej się bawić i robić to, na co wcześniej brak było siły. Przede mną niezwykle  rozrywkowy koniec tygodnia, czego i Wam życzę.

 

18 kwietnia 2004 Poranna Warszawa inna niż zwykle, mogłaby być tak pusta zawsze, tylko policjantów  za dużo i te deski zamiast witryn. W Radiu skacze mi adrenalina, komputer emisyjny przez chwile głupieje,  kilkusekundowa dziura wydaje się być wiecznością. Wiadomość z domu – chomik zwany Ciziem oddał ostatnie tchnienie. Smutek i żal. Zaczynam podejrzewać, że mój zachrypnięty głos to działanie jakiś tajemnych  pyłków, z zapałem sprzątam mieszkanie. Wieczorem w kinie, na premierze filmu „Jego brat”, reżyser, który jest pierwszy  raz w Polsce dziwi się, ze mamy tu taką salę kinową (pokaz odbywał się w jednym z  warszawskich multiplexów). Znów ktoś kto spodziewał się pewnie drewnianych krzesełek zamiast foteli. Wracam do domu. Włączam telewizor, zagrałam w Camera Cafe samą siebie.(Buziaki dla  przesympatycznej ekipy.) Tak minął dzień. Do jutra.

 

 

19 kwietnia 2004  Co? To już poniedziałek? Mam co wspominać, bo weekend obfitował w towarzyskie spotkania, po klubowo  wytańczonych imieninach zostały oryginalne prezenty (koniakowskie stringi, ogrodowe  krasnale, żelowe siodełko do roweru i wiele, wiele innych). Jeśli ktoś z Was usłyszy dziś chrypę w moim głosie to przyznaje od razu –  wszystko przez Małgośkę Maryli Rodowicz, przez Glorię Gaynor i jej „I will survive” i  parę innych piosenek, wyśpiewywanych do 3 nad ranem. Przez jakiś czas zamiast skupionego na prezentowaniu wiadomości depeszowca, będę  go widziała rozbawionego, tańczącego na kolumnie, zaś podczas relacji z Zakopanego  będę miała w uszach siarczystą mowę niesamowitej góralki, naszej reporterki. Ci, którzy solidnie pracują, potrafią też solidnie się zabawić i powiedzcie mi  czy tak nie jest?

 

21 kwietnia 2004 Wiecie jak wyglądają współczesne świątynie konsumpcji? Są wspaniałe, ogromne, często z przezroczysta kopułą, kolorowymi schodami  ruchomymi, obowiązkowo z fontanną w punkcie centralnym. W najnowszej świątyni  konsumpcji w Warszawie fontanna jest dziełem sztuki, wyrzuca wodę na wysokość 5  piętra wprawiając w zachwyt przechadzających się gości. Bo o tych, którzy przychodzą  do świątyni jakoś głupio napisać „klienci”. Oni nie zawsze przybywają, by coś kupić.  Znacznie częściej pojawiają się tam, by popatrzeć i się pokazać. Są odświętnie  ubrani, wręcz wykreowani. Dziewczyny wzajemnie taksują się wzrokiem dokonując  szybkiej oceny. Chłopaki snują się grupkami. Nigdzie nie można też spotkać tylu Yorków pod pachami pięknych pań ile na  korytarzach tychże świątyń. Odkąd przeczytałam, że dzieciaki zrywają się ze szkoły,  by przyjść na wagary do Galerii Handlowej wiem już, że miejsca te stały się tym, czym  do niedawna były pasaże, reprezentacyjne ulice, place miast. Dziś udałam się na zakupy, od razu poczułam, że mogłabym być ubrana bardziej  trendy, że niepotrzebnie się śpieszę, (inni spacerowali) i kupuję za szybko (inni  celebrowali). Ale przyznaje się, dość szybko zapragnęłam wypić ulubioną kawę z  czekoladą. Tym razem, zagryzłam szarlotka i jak inni patrzyłam się ogłupiałym  spojrzeniem na tych, którzy wytrwale przechadzali się za kawiarnianą szybą. Aha. Zakupy zaliczam do udanych. Kolejny raz w świątyni konsumpcji zamierzam pojawić się za kilka miesięcy :).

 

22 kwietnia 2004 10:28 Odkąd obejrzałam film o małej wiejskiej szkole którą prowadził nauczyciel, przedstawiciel wymierającego gatunku pedagogów, jakoś częściej zastanawiam się nad modelem wychowywania dzieci. Wczoraj znajomy rodzic opowiedział mi jak wyglądała edukacja jego 7 letniej córki. Po tej rozmowie wiem już na czym polega wyścig szczurów w podstawówkach. Maluchy na czas rozwiązywały przy tablicy działania matematyczne, te najsłabsze były piętnowane, nazwiska najlepszych wieszało się na ścianach. Już widzę jacy dorośli mogą wyrosnąć z tak hartowanych dzieci. Rodzice sami ulegają presji wymagającego świata. Ich dzieci muszą sobie dać radę dlatego do domu wracają tak jak dorośli po pracy, czyli około 17tej. Wcześniej mają zajęcia, które albo są konieczne albo są trendy. Uczą się języków, grają w tenisa, hokeja, chodzą na pianino, skrzypce, aikido, tańce itp. Itd. Czas zorganizowany i wypełniony co do minuty. Czy ktoś z tymi dzieciakami rozmawia, czy one mają jakieś pytania. Czy też bezwolnie godzą się na takie dzieciństwo bo nie znają innego. Nie mają podwórka, trzepaka, lasu do zabaw w podchody i nikt im nie pozwala jeść na dworze pajdy chleba z masłem i solą. Wiem, że każdy koloryzuje własne dzieciństwo ale czy nie macie wrażenia że współczesnym dzieciakom chyba nie ma czego zazdrościć, choć pozornie mają więcej i lepiej.

 

23 kwietnia 2004 7:43 Co dzieje się niemal z każdą kobietą o tej porze roku? Stwierdza, że nie ma co na siebie włożyć. Poczułam dokładnie to samo i tradycyjnie postanowiłam kupić sobie nowe buty.  Najczęściej robię to w błyskawicznym tempie w sklepiku koło Radia. Tym razem  przymierzałam buty słuchając rozmowy pani właścicielki z inną, zapewne także mającą  sklep na tej ulicy. – Czy zabezpieczasz okna? – Tak, zamówiłam pana, który zakłada styropian. – Oby nie kosztowało za dużo. – Ale przecież to nie mecz piłkarski. – A nie widziałaś zdjęć z poprzednich szczytów? Tak. Sama dziś dostałam mailem kilka krwawych fotografii zmasakrowanego  demonstranta. Czy takie historie będą też miały miejsce w Warszawie? Jak zwykle idealistycznie  wierzę, że nie, że ci, którzy protestują przeciwko jedynie słusznej kapitalistycznej  wizji globalizacji chcą świata sprawiedliwego, a tego nie załatwia się rozwalając  witryny sklepów. Za kilka dni okaże się czy miałam rację.

 

26 kwietnia 2004 Po weekendzie. W narodowym teście na prawo jazdy przeciętny Polak prawidłowo odpowiedział na 36  pytań z 55. Okazało się w ten sposób, że po naszych drogach jeżdżą niedzielni  kierowcy. Jak dobrze, że do radia jeżdżę metrem. A kodeks tez sobie przejrzę 🙂

 

27 kwietnia 2004 Czy posiadanie rzeczy daje szczęście? Banalne pytanie z oczywista odpowiedzią. Nasze samopoczucie tylko na krótka metę poprawiają nowe przedmioty czy upragnione  gadżety. Zarabiając pieniądze przechodzimy łatwo z jednego poziomu życia na kolejny i  nawet nie zauważamy jak obrastamy we wszelakie dobra. Coraz trudniej się wyprowadzić ba coraz trudniej wyjechać. Stajemy się niewolnikami swojego posiadania. Mam znajomych, dla których wakacyjny urlop staje się wielkim problemem, bo  wcześniej muszą znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się ich wspaniałym domem i ogrodem. Kiedyś usłyszałam od zakonnika opowieść o tym jak sprawdzał swoją wolność. Zaproponował koledze, że odda mu swoje rzeczy te, które sobie sam wybierze. I za chwilę uświadomił sobie, że nie jest wolny od przywiązania do rzeczy, bo  kolega wybrał sobie jego ulubioną koszulę no i poczuł, że żal mu się z nią rozstawać. To działo się w klasztorze. My nie ślubujemy ubóstwa, nie musimy pozbawiać się przyjemności posiadania, ale  często jesteśmy niewolnikami tego, co zdobyliśmy. Kto jest wolny? Ci, którzy choć raz w życiu stracili coś cennego, zostali pozbawieni tego, co  było bardzo ważne i musieli dalej istnieć już bez przedmiotów, ale ze wspomnieniami. Doświadczyłam tego i pewnie dlatego bliska jest mi teraz zasada- wszystko, co nie  jest niezbędne jest zbędne.

 

29 kwietnia 2004 Ciąg dalszy raportu z oblężonego miasta. Zrobiłam dziś rundę po ulicach Warszawy. To co zobaczyłam niezmiennie wywoływało zdumienie. Bawiłam się w odgadywanie co kryje się za zabitymi witrynami, jakie nazwy  sklepów, firm, banków są szczelnie opakowane w folie, kto ukrywa się bardziej, a kto  mniej. Na ulicach policjanci, policjanci i jeszcze raz policjanci. Poza tym sporo ludzi z aparatami utrwalających te niecodzienne widoki. A gdzie ci, przeciwko którym przygotowano te armatki wodne i wozy opancerzone? Do jutra.

 

30 kwietnia 2004 Byłam w Krakowie. Na Rynku zgiełk i wielojęzyczny gwar. Jeszcze więcej kawiarnianych parasoli niż ostatnio. Kawa w Camelocie pyszna jak zawsze, Precle ciepłe i chrupiące jak rzadko. Zresztą, co ja Wam będę pisać. Pojedzcie i zobaczcie sami.

 

20 kwietnia 2004 Zbliża się Europejski Szczyt Gospodarczy. A wraz z nim pojawia się coraz więcej efektów urzędniczej pracy. I tak na przykład szkoły otrzymały zalecenie, aby rodzice wyjechali z dziećmi  poza miasto. Te, które zostaną mają prawo się uczyć, co więcej mają nawet zapewnioną  wzmocnioną opiekę. Ale o tym, że przyjdą do szkoły należy wcześniej powiadomić  dyrekcje. Hmm, podobne instrukcje dotarły już do mojej firmy. Są długie i szczegółowe. Wiem jedno. Dowód i legitymacja służbowa maja być pod ręką. Jeśli w te newralgiczne dla Warszawy dni nie usłyszycie mnie na antenie to może  oznaczać, że moja obecność w strefie została poddana pod wątpliwość i przykładowo  tłumacze się z tego policjantom.

P.S. Następny Szczyt proponuje urządzić w Białowieży. Tam jest świeże powietrze, a sama organizacja nie zdezorganizuje życia tak wielu  ludziom.

 

4 maja 2004 Kończy się kolejny w historii długi weekend. Poznaję to po tym, że miasto znów się zaludnia. Pod domy zjeżdżają samochody z rowerami na bagażnikach. Uff. Weekendowa aktywność zakończona. Teraz znów wszystko wróci do dawnego, bezpiecznego rytmu. Zauważyliście jak zmienił nam się sposób odpoczywania? Kiedyś były to spotkania przy stole, teraz należy być w ruchu. Trzeba chodzić, jeździć, pływać, biegać, grać, latać, skakać i co tam jeszcze  możliwe. Nigdy nie widziałam tak wielu grubasów na rowerach ile w ten weekend. (Od razu  zaznaczam, że nie mam nic przeciwko grubasom 🙂 Tyle dzieciaków wciąganych na skałki, tyle żon na obcasikach spacerujących po  Jurze. Sama robiłam to co inni, tak się tym zmęczyłam, że już w poniedziałek usiadłam  przed mikrofonem. Witajcie po wyczerpującym weekendzie!

PS Kto się wzruszył kiedy flaga Unii pojawiła się o północy na masztach? Bo ja owszem, tak.

 

5 maja 2004 Czasami w natłoku słów, zdań informacji udaje nam się wychwycić jedną myśl, przy  której zatrzymujemy się na dłużej. Mnie zastanowiło to co w relacji radiowej powiedziała mama niepełnosprawnego  chłopaka, który dotarł na biegun. To brzmiało mniej więcej tak-„w życiu zdarzają nam się bardzo trudne sytuacje,  ale to nie znaczy, że życie staje się przez to mniej wartościowe”. Mówiła to mama  dziecka nieszczęśliwie okaleczonego, która miała prawo zadać pytanie dlaczego  spotkało to akurat jej syna. Mogła być pełna żalu, rozgoryczenia i frustracji i każdy  z nas znalazłby dla tych uczuć wytłumaczenie. Tymczasem w tej kobiecie była zgoda na  to co dotknęło ich rodzinę, a nawet pogoda ducha wynikająca z faktu, że jednak jej  syn żyje i to życie ma sens. Chylę czoła przed taką postawą… PS. Zastanawia mnie tylko dlaczego dziennikarze o 16stolatku wypowiadają się  zdrobniale „Jaś”. To nie lepiej brzmiałoby „Janek” skoro „Jan” wydaje im się za  dorosłe?

 

6 maja 2004 Kraków nie chce manifestacji gejów. Czytam gazetę z argumentami za i przeciw. Każde jestem w stanie zrozumieć, poza tymi koniunkturalnymi, związanymi z walką o  wyborców. W podręczniku do klasy drugiej znajduję takie oto zdanie: „Inny nie znaczy  gorszy. Szanuj ludzi, nawet jeśli różnią się od Ciebie”. Jestem spokojna o tych,  którzy z takimi treściami stykają się w szkole, a jeszcze spokojniejsza o tych,  którzy podobną edukację odbierają w domu. Zawsze lubiłam wystawiać ludzką tolerancję na próbę. Widziałam zaskoczenie w  oczach tych, którzy widzieli mnie raz w zafarbowanych na czerwono kalesonach, raz w  czarnym grzecznym szkolnym fartuszku, obowiązkowym stroju mojego konserwatywnego  liceum. Pewnie dlatego z dużą życzliwością patrzę na tych, którzy dobrze czują się  zarówno w garniturach jak i t-shirtach. Wiem, że nie są to ludzie jednowymiarowi. Kolega opowiedział mi jak podczas wyjazdu integracyjnego jego szefowie z  prestiżowej firmy consultingowej okazali się być wytatuowanymi wysportowanymi  mężczyznami z konkretnymi pasjami poza zawodowymi. Pamiętajcie o tym zanim potępicie kogoś z powodu fryzury, stroju czy  jakiejkolwiek odmienności.

 

7 maja 2004 Co należy wiedzieć już w maju? Oczywiście to jak się spędzi urlop. Od paru lat obserwuje w Polsce dziwne dla mnie zjawisko. Ludzie zimą wiedzą co będą robić latem. Kiedy u nas gorąco oni rezerwują Alpy na  ferie zimowe, kiedy tu pada śnieg buszują po katalogach z gorącymi zdjęciami z  tropików. Ja zwykle jestem spóźniona. I kiedy ktoś się pyta o moje wakacyjne plany to przypominam sobie, że pora już  działać, choć w radiu wciąż obowiązuje ramówka roku szkolnego i nie istnieje żaden  letni grafik. Za to nigdy nie mam problemów z wyborem miejsca, które chciałabym  zobaczyć. Jest ich całe mnóstwo. Kłopotem staje się dopiero kupowanie biletów,  rezerwowanie miejsc w hotelach, bo zwykle się okazuje, że inni już to zrobili. Wczoraj zadzwoniłam do cudnego miasteczka na Istrii i jakie było moje zdumienie  kiedy się okazało, że w wybranych przeze mnie apartamentach nie ma już miejsc. Sami powiedzcie jak tu żyć z dnia na dzień, w świecie, w którym wszyscy mają dni  zaplanowane na kilka lat do przodu :).

 

10 maja 2004 Zastanawiam się, czy nastały czasy, w których jeszcze za życia trzeba składać  oświadczenia, iż nie życzymy sobie swoich pośmiertnych zdjęć na pierwszej stronie  gazet. W innym razie istnieje prawdopodobieństwo, że nasze ciała będą eksponowane na  bilbordach, na pólkach z prasą na stacjach benzynowych, w najlepszym miejscu w  kioskach. Makabreska? Nie! Rzeczywistość. Nie znałam osobiście Waldemara Milewicza. Ale jeśli od lat patrzę na kogoś, słucham jego głosu to zaczyna on być częścią  mojego życia. Byłam pod wrażeniem solidarności dziennikarzy, którzy od piątkowego poranka  wiedzieli już, kto zginał, ale czekali z podaniem nazwiska do momentu, aż zrobi to  publiczna telewizja. Byłam pod wrażeniem, że nagle przestało być ważne to, że, na co dzień się  ścigamy, że walczymy o newsy, a każdy z nas reprezentuje konkurencyjna firmę. W tym momencie, przestało to mieć znaczenie. Dziennikarze z publicznej telewizji występowali w prywatnych stacjach i  odwrotnie. W piątkowy wieczór mieliśmy się bawić na imieninach u Moniki. Oczywiście impreza  została odwołana. Byliśmy wstrząśnięci, najpierw tym, co się stało w Iraku, a potem tym, co zrobił  w sobotę Super Express.

 

11 maja 2004 Czy pisałam Wam o tym, że istnieją uczciwi ludzie? Nie? To napiszę teraz. Istnieją. Stwierdziłam to ostatnio, kiedy powodowana natłokiem myśli zostawiłam torebkę z zawartością w jednym z warszawskich barów. A było to tak. Raz na jakiś czas mam przeogromną ochotę zjeść po pracy naleśniki z serem i śmietaną. Tym razem naleśniki zjadłam, świeciło słońce a ja miałam w głowie tysiące wiosennych myśli. Wyszłam zostawiając torebkę przewieszona przez poręcz krzesła. O tym, że jej nie mam zorientowałam się pod domem. Minęło dobre pół godziny. Pędem z powrotem. I co się okazało? Torebki na poręczy nie było. Ale znalazła się w szafie kasjerki. Uff. Okazało się, że natrafiła na nią pani sprzątająca i przekazała do kasy. Nieśmiało się uśmiechała oddając mi zgubę. Niezgrabnie wyjęłam z portfela banknot i położyłam z wdzięcznością przy kasie. Nikt nie chciał wziąć, a ja uznałam, że za tak proste i ludzkie odruchy należą się tym paniom choćby ciastka. To nie była zapłata za uczciwość, to była chęć uczczenia faktu, że ona istnieje.

 

12 maja 2004 Sądzę, że w takim natłoku złych informacji, jakie ostatnio sączą się do naszych głów trudno o głębszą refleksję. O torturowanych więźniach w Iraku słyszałam wielokrotnie. Ale dopiero dziś dotarł do mnie tragizm tych zdarzeń. Przeczytałam kilka artykułów z „Forum” zilustrowanych zdjęciami i relacjami uczestników zdarzeń mówiąc prościej-opowieściami brytyjskich żołnierzy, którzy zabawiali się męcząc często niewinnych ludzi. Wydawało mi się niemożliwe, by w czasach, kiedy ciągle żywe są wydarzenia II Wojny Światowej, kiedy pamięta się o obozach koncentracyjnych, Holokauście, o tym, czym był faszyzm, mogły dziać się sceny wyjęte z najbardziej okrutnych opisów tego, co już w Europie było. Niestety sprawdza się to, co wyszło już w niejednym eksperymencie- ludzie, którzy dostają minimum władzy zaczynają czuć się panami, tych, którzy tej władzy nie mają. Tworzy się natychmiastowy podział na strażników i więźniów. Nie wiem, jaka moralność i jakie wychowanie pozwalają jednym poniżać drugich, ale wiem na pewno, że po tym, co przeczytałam znacznie spadła moja wiara w poziom człowieczeństwa w człowieku. Ps. Oto jak swą opowieść o znęcaniu się nad niewinnym Irakijczykiem kończy brytyjski żołnierz. „Nie przejmuję się tym za bardzo, ale wiem, że zrobiliśmy źle.” No comment..

 

13 maja 2004 Tym razem chciałabym pogodnie i optymistycznie, bo sama poczułam się już  przytłoczona liczbą złych informacji. Zaczęłam program w radiu od stwierdzenia Dalajlamy wg którego świat zmienił się w  ciągu ostatnich stu lat na lepsze. Dalajlama ma w sobie taki spokój i harmonie, że  trudno mu nie wierzyć. On sam jest dowodem na to, że mądrość jest . Tak samo jak mój mały 3letni bratanek jest dowodem na istnienie beztroski. Dziś  zażyczył sobie paszczę krokodyla na własność i dopytywał się do jakiego sklepu należy  się po tę paszczę udać. Dowodem na siłę życia jest z kolei mój balkonowy kwiat, który zmarzł, usechł, a  dokładnie w momencie kiedy zamierzałam się go pozbyć wypuścił zielone listki. I jak  tu nie dawać szansy do końca? Popatrzyłam na swój mały świat, sąsiadkę donosząca mi regularnie wytwory własnej  kuchni, przyjaciółkę przysyłającą mi Bilobil na pamięć i koncentracje, po tym jak  zostawiłam w barze torebkę, Cz. dzwoniącego tylko po to, by życzyć mi miłego dnia…  czego chcieć więcej. OK. Wiem. Żeby komputery w studiu nie decydowały za mnie tak jak się to zdarzyło  i nie podnosiły mi adrenaliny emitując niewłaściwy jingiel. Wtedy będzie mi błogo i pogodnie przez cały czwartek.

 

14 maja 2004 Miała duże usta, On był taki umięśniony, A ten Australijczyk, który grał Hektora- jak ci się podobał? Na takie rozmowy natrafiłam dziś rano wchodząc do Radia. Widziałam Troję. Cóż. Kolejne widowisko z cyklu tych, które trzeba zobaczyć. Dla mnie trochę za dużo Matrixa i kiczowata muzyka. Swoja drogą ciekawe czy Iliada stanie się teraz najbardziej poszukiwana książką w  światowych księgarniach.

 

17 maja 2004 Ubyło gazet przy moim łóżku. W weekend udało mi się przerzucić te, na które w ferworze codzienności nie mam  czasu. Często to co przeczytam zmienia mój pogląd na sucho podane w radiu informacje.  Ot choćby wypowiedzi policjantów próbujących uspokoić chuliganów w Łodzi. Było mi ich  żal. Atakowani nie tylko przez agresywnych „kiboli” ale też przez studentów  zrzucających im na głowy butelki z okien akademików. Mówili o tym rozgoryczeni, bo  mieli prawo oczekiwać pomocy ze strony tzw. Normalnych Ludzi. Tymczasem wokół nich  zebrał się tłum gapiów, przyglądających się przedstawieniu, niektórzy siedzieli w  piwnych ogródkach i mieli film sensacyjny na żywo. Pomyślałam od razu, że kiedyś  bycie studentem zobowiązywało. Była to gwarancja pewnego poziomu kultury a nie tylko  wiedzy. Od pewnego czasu lepiej nie uważać że student to ktoś lepszy i mądrzejszy, można  się srodze zawieść. Temat gazetowy numer dwa. Też mnie mocno zaintrygował… Mowa o przyjaznej przestrzeni miejskiej. Podobno w Warszawie takiej ma przybywać. Będą kawiarniane parasole, poszerzone  deptaki, zamknięty dla ruchu Nowy Świat. I bardzo to miłe, że wreszcie dostaniemy to  co od lat maja mieszkańcy innych europejskich miast. Jednak w Polsce zawsze musi być  ktoś kto myśli inaczej. Ze zdumieniem przeczytałam że właściciele sklepów na Nowym  Świecie są przeciwni. Spadnie im sprzedaż. Hmm. A ja mam nadzieję, że jak klimatycznych kawiarnianych ogródków przybędzie to  każdego z nas będzie stać na przeczytanie tam gazet, bo z powodu konkurencji spadnie  cena filiżanki kawy. Oby tak było. Dobrego tygodnia.

 

18 maja 2004 Wróciłam z kina. To było jak podróż do przeszłości. Nie z powodu filmu, ale z powodu klimatu jaki w tym kinie panował. Drewniane trzeszczące fotele,  podłoga pachnąca pastą i szumiący projektor. A może to moja wyobraźnia? Na widowni  nie więcej niż kilka osób. Kiedyś oglądaliśmy filmy tylko w takich miejscach, w mojej rodzinnej Częstochowie  było kino gdzie wedle legendy szczury biegały miedzy fotelami jak tylko zgasło  światło, a raz nawet kiedy grana była komedia przewrócił się cały rząd. Tak było  radośnie :). W kinach z tamtej epoki nikt nie kupuje pop cornu, jakoś nie pasują do tego  zapachu i tego wystroju. Melancholijny wieczór przeniósł mnie w czasie. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, by takie sale kinowe zamieniać na  multiplexy, które notabene też lubię ale z zupełnie innych powodów. Miłego wtorku.

 

19 maja 2004 Tak sobie ostatnio szukam wokół powodów do radości i pozytywnego myślenia. A jak szukam to znajduję. Niedawno pod moimi oknami rozegrała się niemal filmowa scena. Wieczorową porą starsza elegancko ubrana para wsiadła do taksówki. Wyraźnie byli  w stanie wskazującym… po przejechaniu 200 metrów taksówkarz dosłownie wyrzucił ich  z samochodu. Od tej chwili rozkład sił wyglądał następująco. Pani stała nad lezącym mężem, przytomnym ale kompletnie bezsilnym i  kontrolowanymi kopniakami pobudzała go do życia. Bezskutecznie. Z daleka mogło to  wyglądać groźnie. Może zawał, a może jakieś inne nieszczęście. I jak myślicie? Dalej będę opisywać przechadzające się z psami rodziny, przejeżdżające samochody  i udających, że nic nie widzą mieszkańców okolicznych bloków? Otóż nie! Pani średnio co kilka minut była pytana co się stało i czy nie potrzebuje pomocy.  To zachowanie bliźnich rozsierdzało ją jeszcze bardziej, bo wstydząc się zalanego w  trupa męża chciała go jeszcze szybciej ocucić. Pan leżąc na trawniku konwersował z  chętnymi do pomocy i miło acz stanowczo dziękował, pani zaś oznajmiła że po dzieci  (dorosłe) dzwonić nie będzie bo nie mogą ojca w takim stanie zobaczyć. Widocznie jej  opór musieli złamać policjanci, którzy również spędzili przy tej parze kilkanaście  minut. Po godzinie zajechał Polonez, dwaj młodzieńcy zakasali rękawy i wciągnęli  tatusia na siedzenie uwalniając go tym samym od fizycznej przemocy żony. Nie wiem czy pamiętacie czasy, bo ja owszem, kiedy widok pijaka leżącego na  chodniku, czy ławce nikogo nie poruszał. Dziś stwierdzam, że zmieniło się u nas na  lepsze. Albo pijaków mniej albo znieczulica wcale nie taka jak o niej mówią.

 

20 maja 2004 Jestem pełna rozmaitych myśli po swoim babskim spotkaniu. Po zrelacjonowaniu sobie ostatnich wydarzeń, po szybkim wymienieniu się plotkami  zaczęłyśmy rozmawiać o relacjach-matka-dziecko. O tym co jest możliwe teraz, a było nie do pomyślenie kiedyś, gdy my byłyśmy  dziećmi. Istniał respekt przed osobą dorosła, był dystans i szacunek dla dojrzałości.  Dziś dzieci od urodzenia są partnerami. Czy to źle? Nie! Ważne jednak, by wraz z daniem im pełnych praw nie zrezygnować z wymagań ale to  już inna historia. Co się powtarza w każdym pokoleniu? Uczucie niezrozumienia. Zastanawiam się jak to jest, że matki „dręczone” wcześniej przez swoich rodziców,  powielają dokładnie te same błędy. Same były np. wbrew własnej ochocie prowadzane do  szkół muzycznych, i teraz one robią to swoim dzieciom. Z uśmiechem przysłuchiwałam  się perypetiom z odkrytymi w domu papierosami, walce o przyzwoite ciuchy, a nie tylko  szerokie bluzy, obawie, że kult Kurta Cobeina jest na granicy choroby. Historia kołem się toczy… Może pozwólmy dzieciom, tym młodszym i tym starszym mieć chwilę na własny świat  zanim wtopią się z obowiązku w ten odpowiedzialny, poważny, dorosły.

 

21 maja 2004 Rozmawiałam ostatnio z Ł. o radości życia. O tym czy my w Polsce cieszymy się inaczej niż ludzie w innych krajach. Kiedy widzę w Łazienkach wycieczkę emerytów mam niemal pewność, że to Amerykanie,  Japończycy, nigdy Polacy. Nasi emeryci nie podróżują, nie mają pieniędzy. Pomyślałam,  że jest jakaś smutna prawidłowość. Najpierw żyjemy beztrosko pod skrzydłami rodziców, potem szybko zażywamy krótkich  uciech młodości następnie wchodzimy w dorosłość i tu się kończy nasza radość.  Zaczynamy się dorabiać, a nasze życie upływa w małej stabilizacji, która przy  niektórych zostaje już do końca. Tymczasem dobre zdrowie i energia to coś co  przynależy do młodości. Czy siły nie powinny być rozłożone inaczej? Bawimy się kiedy mamy na to ochotę. Odpoczywamy, gdy już nie chce nam się biegać,  skakać, tańczyć. Niedawno redakcyjny kolega zadał mi pytanie- czy mi się jeszcze chce… chce  podróżować, zwiedzać, oglądać… odpowiedziałam, że tak. A on na to „znaczy, że  jesteś jeszcze młoda”. Bo jemu już się nie chce. I nie jest to kwestia tylko i wyłącznie naszych metryk. On marzy o czytaniu książek we własnym weekendowym domku. Ja o wykorzystaniu  każdej wolnej chwili na odkrywanie urody świata. Na razie wydaje mi się, że posiadanie jednego siedliska na wsi i jeżdżenie wciąż  w to samo miejsce jest nie dla mnie ale kto wie, może za jakiś czas będzie to także  i moje marzenie. Nie żałuję pieniędzy wydanych na podróże, nie tęsknię do gromadzenia  i kolekcjonowania dóbr materialnych. To co najważniejsze nosze w sobie i nigdy nie  chciałabym poczuć, że na coś jest już za późno. Dlatego nie odkładajcie realizacji marzeń na potem… Istnieje tylko „teraz”. Słonecznego weekendu.

 

24 maja 2004 Jaki macie stosunek do tzw. uroczystości? Do spotkań przy okazji chrzcin, komunii, ślubów, imienin, takich kiedy zjeżdżają  się ciotki, przyjaciele, rodzina i siadacie przy wspólnym stole? To niezwykłe jak  zmienia się odbiór tego co towarzyszy nam od dzieciństwa. Kiedyś było dla mnie dopustem Bożym uczestniczenie w rodzinnych spotkaniach.  Najpierw wszyscy się dziwili że taka jestem już duża, potem był cykl pytań o szkole  (nikt nie słuchał odpowiedzi) a potem żartobliwe dociekanie czy mam już „kawalera”.  Grzecznie odpowiadałam a potem najchętniej znikałam w swoim pokoju i oddawałam się  przyjemnościom, najczęściej czytaniu. Co ciekawe wtedy nikt nie zapraszał rodziny na  przyjęcia do restauracji, zabawa w remizie czy w sali wchodziła w grę tylko przy  okazji ślubów. Jakoś nie uchodziło pozbawiać gości domowej atmosfery. Nie mówiąc już  o tym, że to co na stole nie mogło być kupioną garmażerką. Każda pani domu gotowała, piekła, podawała a potem jeszcze zmywała. U mnie zmywał   tata 🙂 Minęło trochę czasu. Teraz ja zapraszam, goszczę i cieszę się ze spotkań. Nie zamykam się w pokoju i  naprawdę czekam na chwile kiedy mogę porozmawiać z tymi których widuje rzadko. Nie  denerwują mnie już pytania, czasem banalne tematy. Wystarcza mi świadomość, że  wszyscy którzy przyjeżdżają na moje uroczystości są mi bliscy i zapewne życzliwi.  Słucham zatem komu urodziło się kolejne dziecko, kto choruje i jakie ma kłopoty albo  radości. I nie tylko to się zmieniło. Nie zawsze zapraszam do domu, bywa, że wynajmuje  restauracje (w te niedzielę z kuchnią grecką). I kręcę z niedowierzaniem głową, że  moi rodzice mogli kiedyś prowadzić życie towarzyskie bez tej możliwości. Zacznijcie dobrze nowy tydzień.

 

25 maja 2004 A. opowiada mi o bolącym brzuchu to reakcja jej organizmu na stosunki panujące w  pracy. Czuję jak narasta we mnie złość. A jest lojalnym i uczciwym pracownikiem. Jej pojawienie się w firmie wywołało lęk  przed nowym, słusznie, bo jako jedna z niewielu tam pracujących ma styl i klasę.  Kiedy mówi mi jednak, że już dłużej nie wytrzyma wierzę, że doszła do kresu. Co jej powiedzieć? „Równym bądź”? Jak w piosence Republiki. Miernoty nie lubią tych co nad poziomy wylatują. A. wylatuje i teraz ma za swoje. Nie potrafię jej poradzić – „zostań i przymykaj oko”, wolę przytaknąć, gdy mówi o  ostatecznej rozmowie z szefem. Są cechy, które należy w ludziach pielęgnować a nie  niszczyć dlatego nigdy nie powiem jej – bądź taka jak inni. Dlatego A., proszę- bądź sobą.

 

26 maja 2004 O tym, że tempo życia radykalnie wzrosło przekonałam się sama. Dzień miałam wypełniony co do minuty i tak mi się udzielił pośpiech, że nawet w  miejscach, w których mogłabym głębiej odetchnąć już myślałam o tym, co jest do  zrobienie za chwilę. Po raz kolejny postanawiam sobie planować mniej!!! Po to, by  chwycić pełniej teraźniejszość a nie uparcie tkwić w przyszłości. Wiele minut z cennego czasu uszczknęła mi kolejka do teatralnej kasy. Czy Wy wiecie, że tutaj ludzie stoją w kolejkach po bilety do teatrów,mimo, że te  są tak drogie, że mogą stanowić poważne nadszarpniecie domowych budżetów. Stałam wiec w tej kolejce, przestępując nerwowo z nogi na nogę i przyglądałam się  teatromanom. Starsze panie, eleganccy panowie w prochowcach, Boże, kiedy ja widziałam  prochowiec. Kiedyś podczas wywiadów z aktorami zastanawialiśmy się nie raz, dlaczego w  polskich teatrach są osoby starsze i młodzież. Nie ma „środka”. Wg artystów ten  „środek” zarabia na życie, opiekuje się dziećmi i nie ma czasu na teatr. Coś w tym  pewnie jest. Kiedy jedna z pań w kolejce zaoferowała odsprzedanie biletu na spektakl-inna  szybko odpowiedziała, „dziękuje, już widziałam”. Widać magia teatru wciąga. PS. Polecam Wam „Biznes” w Teatrze Komedia. Niepohamowany śmiech gwarantowany, a do tego znane męskie pośladki w stringach!

 

27 maja 2004 Był Dzień Matki. Nie zdążyłam zobaczyć się z Mamą ale wysłałam jej kwiaty i tort serowy. Wiem, że ją to ucieszyło. Jestem szczęściarą. Mam ciągle jeszcze oboje Rodziców. Wydają mi się nieśmiertelni. Są przecież od zawsze. Tego samego dnia moja koleżanka napisała mi smsa – „to najsmutniejszy dzień w  moim życiu”. Jechała na cmentarz do swojej mamy. Jestem wielka szczęściarą. Dziś zrobię dla swojej Mamy fondue.

 

28 maja 2004 Co, to już piątek? I końcówka maja? Przez te niewiosenne temperatury zupełnie zwariował mój zegar biologiczny. Powinnam czuć zbliżające się wakacje, a tak nie jest. Przypomniał mi o nich zawodowy mail z ponagleniem, by zgłosić propozycje  urlopowe. To znaczy, że radio przygotowuje się do wakacji i ja też powinnam. Może objazd przez Skandynawię? Miałam przez ostatnie kilka dni bardzo wdzięcznych gości. Byli pierwszy raz w Warszawie. I wiecie co powiedzieli? Że to miasto jest takie samo jak pokazują w telewizji. Chociaż raz telewizja nie kłamie 🙂 I podobał im się nocny, oświetlony Pałac Kultury! Niech więc nikt nie planuje go zburzyć, bo robi większe wrażenie niż my tutaj  sądzimy. Popłakali się przy pożegnaniu, bo poczuli się bardzo ugoszczeni, choć ja sama nie  mogłam poświęcić im za wiele czasu. Wniosek- tak niewiele trzeba, by innym dać trochę radości. Ciepłego weekendu.

 

31 maja 2004 Dlaczego warto wydawać pieniądze i poświęcać swój czas na wizyty w kinach,  teatrach, salach koncertowych? Dlaczego miło jest przyjąć zaproszenie do znajomych na  wspólne przedpołudnie albo pośpiewać przy ognisku dawne przeboje? W ten weekend znalazłam odpowiedź na te pytania. Dlatego, że czasem wystarczy chwila wzruszeń i emocji, które ładują akumulatory  na długo potem. (Widziałam „Jezioro Łabędzie” tańczone przez Moskiewski Balet  Kremlowski). Dlatego, że dzieląc swój czas z innymi czuję siłę koleżeństwa, życzliwości, taką  banalnie pisząc wspólnotę dusz (piknik nad rzeką, ognisko pod Warszawą). Wciąż jestem zaskakiwana. Nie podejrzewałam paru swoich kolegów o takie głosy, nie wiedziałam, że kilku z  nich świetnie gra na gitarach. Tak samo jak ich żony, na co dzień poważne panie na  poważnych stanowiskach, w weekend staja się zwariowanymi dziewczynami bawiącymi się w  chórek festiwalowy. To był wreszcie wiosenny, ciepły weekend! Co z tego, że z  komarami. Od dziś częściej myślę o wakacjach.

 

1 czerwca 2004 Jak bumerang wraca do mnie temat tego, czy my nie odkładamy życia pełną piersią  na później. Najczęściej na czasy kiedy się dorobimy. A, że w Polsce trudno się teraz szybko wzbogacić to wciąż czegoś nam brak.  Większej przestrzeni w domu, lepszego samochodu, częstszych podróży, itp. itd. Co  zatem robić? Zgodzić się na sytuacje czy trochę zaszaleć z własnymi marzeniami i potrzebami. Znam ludzi, którzy jeżdżą po świecie mimo, że nie zarabiają wielkich pieniędzy.  Mam koleżankę, która marzyła o terenowym aucie, kupiła je na kredyt. Ale są też i  tacy, którzy nigdy nie zaryzykują. Kto jest mądrzejszy? Ci którzy tułają się po wynajętych mieszkaniach czy ci, którzy pożyczają w banku  pieniądze i przeprowadzają się do własnego domu, by zaznać tej radości urządzania się  jeszcze za młodu. Niemal codziennie stajemy w obliczu wyborów. Małych i wielkich. Rzecz w tym, by z  tym co wybierzemy czuć się szczęśliwym i spełnionym. Trzymajcie kciuki za moje wybory.

 

2 czerwca 2004 Dzień Dziecka. Czyli jak już ustaliliśmy poniekąd święto każdego z nas, dorosłych. Choć nam nikt raczej z tej okazji prezentów nie robi. (Ja mam wyjątkową Mamę i dostałam swój ulubiony wafelek w kształcie serca) To jest jedyny dzień w roku kiedy nie denerwuje się na swą dziecięcą naiwność  ,ufność i prostotę myślenia. Kiedy indziej mam sobie za złe, że łatwo nawiązuje kontakty, że najpierw daje  każdemu ogromny kredyt zaufania a dopiero potem, gdy przeżywam rozczarowania usiłuję  na szybko zweryfikować swój stosunek do bliźniego. Ktoś napisał mi- nie zmieniaj się świat potrzebuje takich ludzi. Prostych, ufnych. Możliwie, że potrzebuje, ale to nie świat ponosi konsekwencje moich „wpadek”  tylko ja sama. W dzień dziecka nie robię sobie z tego powodu wyrzutów. Od środy znów walczę ze swoimi wiatrakami.

 

3 czerwca 2004 Truskawki ucierane z cukrem czy truskawki z bita śmietana? Co wolicie? Zaczęło się! Codziennie wypatruję łubianek z truskawkami i jestem pod wrażeniem jak sprzedawcy  trzymają cenę. Wszędzie po 8 PLN. Jak oni to robią? Objeżdżają miasto i się umawiają? Odkrywam nie po raz pierwszy, że smak truskawek z dzieciństwa był inny. I znów  nie wiem, czy to zgodnie z zasadą, że wszystko z tego okresu jest słodsze czy też  odmiany owoców były zupełnie inne. W weekend przypomnę sobie jak się robi ciasto z truskawkami i galaretką. Zaproszę  koleżankę i znów będziemy się zastanawiać nad tym, czy media musza być aż tak bardzo  komercyjne, czy Tomasz Lis pomoże Polsatowi, czy wierzymy jeszcze politykom i jaką  mamy nadzieję, że w naszym kraju czeka nas lepsza przyszłość. Nie dziwcie się więc, że już myślę o weekendzie. A po truskawkach będą czereśnie…

 

4 czerwca 2004 To niesamowite ile energii możemy przekazywać sobie nawzajem. Jakimś miłym  słowem, oceną, a czasem tylko nieodgadnionym poczuciem więzi. Przeczytałam kilka  listów ze skrzynki… i jakoś tak zbiorowo chciałabym powiedzieć Wam-dziękuję. Bo mi ta świadomość, że jesteście, bardzo pomaga. Nikt nie chce zbytnio uwierzyć, że w radiu może pracować osoba nieśmiała. Niezmiennie wywołuję zdziwienie prosząc innych aby zostawiali mnie w studiu sam  na sam z mikrofonem…bo jakoś tak źle się czuję, gdy jest tam ktoś poza mną i  depeszowcami w trakcie dziennika. Pewnie niektórzy „nowsi” koledzy w Radiu sądzą, że  to wynika z mojej pychy… ech gdyby oni znali prawdziwy powód. 🙂 Nie mam świadomości, ze mówię do milionów i mieć jej nie chce. Inaczej słowa bym  nie wykrztusiła. Radio jest fantastycznym intymnym medium, podobnie jak Internet. Kiedy wchodzę na  www zerkam na ten licznik po prawej stronie i myślę… ktoś tu jest, nie wiem  kto…ale musi mnie z nim coś łączyć skoro tu zawitał i zatrzymał się na chwile. PS. Widziałam nowego Harrego. I nie mówcie mi, że to jest film dla dzieci. Czułam się jak na „Powrocie Króla” w  wersji dla nastolatków wychowanych na grach komputerowych.

 

7 czerwca 2004 Zauważyliście, że w Polsce wciąż jeszcze pokutuje dawny zwyczaj, iż przed  obliczem urzędnika petent powinien bić pokłony? Zapewne każdemu przychodzą dziesiątki przykładów do głowy. Ja sama stałam się ofiara władczego myślenia pań rządzących w spółdzielni  mieszkaniowej. Chcąc tam umówić spotkanie w celu zdobycia informacji zostałam  zaatakowana pytaniem” a kim jest pani dla spółdzielni?” Przerzuciłam w głowie  wszystkie możliwe odpowiedzi i nic mi nie pasowało… nie żoną, nie mężem, teściową  też nie… Zgłupiałam i postanowiłam się dopytać o co chodzi, bo pierwszy raz stykam  się z takim pytaniem w spółdzielni. (do tej pory skojarzenie miałam filmowe- kim pani  jest dla np. oskarżonego… ale dla spółdzielni??) Na to sekretarka prezesa- „no bo  my obcym informacji nie udzielamy. Tylko członkowie spółdzielni są dla nas jak  rodzina.” Nie ważne, że może zamierzam zostać członkiem tej spółdzielni… nie dowiem się o  niej niczego, bo teraz jestem obca. Dość absurdalne przyznacie. Czyżbym brała nieświadomy udział w serialu Alternatywy 4? Wszystkie ważne panie z sekretariatów jeszcze ważniejszych prezesów  najważniejszych spółdzielni mieszkaniowych w Polsce pozdrawiam, wierząc, że jesteście  skamieliną z przeszłości. A innym życzę wyłącznie miłych kontaktów z sympatycznymi ludźmi w tym nowym  tygodniu.

 

8 czerwca 2004 Nie wiem jak Wy ale ja zatrzymałam się na chwile na wieść o śmierci Ronalda  Reagana. Poniedziałkowa Wyborcza poświęciła temu prezydentowi sporo miejsca przytaczając  wiele anegdot i powiedzeń, przy których nie mogłam powstrzymać śmiechu, a czytałam je  siedząc w studiu przy mikrofonie. Zamyka się kolejny rozdział, znów ktoś, wpisany także w naszą przeszłość odchodzi  do historii. A propos polityki, czym się rożni mąż stanu od polityka? Ten pierwszy myśli o interesie kraju, a ten drugi tylko o swoim. Wybory do Europarlamentu się zbliżają. Już wiem, że jest o co walczyć. Dziennikarze Przekroju wyliczyli, że polski poseł będzie mógł wyciągnąć z  Parlamentu Europejskiego prze pięć lat kadencji kilkaset tysięcy euro. Jak sprawdzić czy starający się o mandat nie robi tego wyłącznie dla tej sumy? Nie mam pojęcia, ale głosować będę.

 

9 czerwca 2004 Mój kolega z Japonii napisał, że u nich temperatury w okolicach 30 stopni. I to jeszcze nie lato. Do tego wilgotno i deszczowo. Rozbawił mnie komentując ten fakt zgryźliwym- Welcome to Japan. My jeszcze na upały nie narzekamy ale zapewne będziemy. Generalnie w Polsce największa oglądalność ma chyba prognoza pogody, która i tak  rzadko się sprawdza. Wczoraj np. zaskoczyły mnie ulewy przetaczające się nad miastem. Obcokrajowcy pojawiający się wśród nas zawsze są zdziwieni, że w Polce tak wiele  zależy od pogody i ciśnienia. Źle się czujemy- to złe biometeo. Nic nam się nie chce-za niskie ciśnienie. Boli nas głowa- za silne wiatry. Pogoda jest świetnym wytłumaczeniem każdej niedyspozycji. Ja od kilku dni mam czerwoną kluchę zamiast nosa, kicham, chrypie… to chyba też  przez coś co lata w powietrzu, co niewątpliwie ma związek z tą porą roku a więc także  z pogodą 🙂 http://www.washingtonpost.com/ W Faktach migawka z pożegnania przez rodzinę  Ronalda Reagana. Żona przytula policzek do trumny spowitej flagą, w tym samym czasie kapłan z  dobrotliwym uśmiechem głaszcze wieko. Gdybym miała zobrazować wiarę w życie wieczne  sfotografowałabym ten moment. Uniewinniono matkę utopionego chłopca. Ciekawe co czuje, jeśli była winna…

 

15 czerwca 2004 U Ł. na balkonie, w donicy z kwiatami, na 5 piętrze warszawskiego bloku  zamieszkała gołębica. Postanowiła tam odchować potomstwo. Ł. tak się tym przejął, że  rozpoczął dokarmianie przyszłej matki 🙂 W sobotę podglądałam gniazdo czarnego bociana, nigdy nie sądziłam, że to może być  tak pasjonujące. Na długi weekend udało mi się dojechać wraz z przyjaciółmi do  leśniczówki na Roztoczu. Gościnność z jaką się spotkałam była dowodem na to, że my  Polacy wciąż mamy „to coś” co nas odróżnia od innych. Lubimy się gościć! I to jak! Leśniczy Kazik i jego niespotykanie energetyczna żona pokazali mi świat, który w  mieście nie istnieje. Aktywną, wzajemnie stymulującą się małą lokalną społeczność.  Zamiast zazdrości (to też ponoć nasz narodowy znak szczególny) chluba z tych, którym  się udało. Wszyscy wiedzą o wszystkich prawie wszystko, a słuchanie opowieści o tych  ludzkich losach przypominało czytanie emocjonujących reportaży. I znów ta przewrotność – my z miasta zazdrościmy Wam ze wsi tej pozytywnej  lokalności, Wy tęsknicie za nasza miejską anonimowością. PS. Wczorajsze zdjęcie to nagrobna płyta na jednym z zarośniętych cmentarzy  prawosławnych. Odnajdywanie miejsc, które świadczyły o tym, że kiedyś tętniło tam  życie, a dziś tylko szumią drzewa było niezwykłym przeżyciem.

 

16 czerwca 2004 Lubię te piłkarskie wieczory. Nawet jeśli nie siedzę wpatrzona w telewizor to i tak przybiegam, gdy tylko  słyszę podniesiony głos komentatora. Nigdy nie sądziłam, też że o meczu można tyle  napisać. Tymczasem odkąd zaczęły się mistrzostwa sport zajmuje w gazetach dobrych  kilka stron. Moja znajoma E. Nawet na lekcjach z niemieckiego dyskutuje z lektorem o  mistrzostwach, już zdążyła polubić tę naukę. Sport pozytywnie nastraja. Odkąd pamiętam wszelkie wydarzenia sportowe oznaczały rodzinną fiestę.  Oglądaliśmy relacje z Tatą, doszło nawet do tego, że w podstawówce byłam przepytywana  przez brata ze składów piłkarskich. Specjalizowałam się wówczas w bramkarzach. Jakoś  wydawali mi się najprzystojniejsi i najbardziej charyzmatyczni. Teraz nie jestem już na bieżąco ani z nazwiskami, ani z fryzurami i  osiągnięciami, ale mecze będę oglądać, choćby po to …by pogadać. PS. Niesamowicie ekwilibrystyczny był ten wczorajszy gol Holendra, prawda?

 

17 czerwca 2004 Czy ktoś może mi wytłumaczyć dlaczego w dzieciństwie rok szkolny dłuży się w  nieskończoność kiedy tylko dorośniemy to po wrześniu natychmiast następuje czerwiec  kolejnego roku? Gdyby nie kalendarz miałabym problemy z zauważeniem, że wakacje za kilka dni. Zapewne nie uda mi się spokojnie do wyjazdu przygotować Pewnego dnia wrócę z  radia, spakuje torby i wsiądę do samochodu. Jadąc uświadomię sobie, że znów nie  wzięłam grzebienia(dlaczego zawsze go zapominam !), że nie zdążyłam przelać  wszystkich rachunków, nie zadzwoniłam do paru osób i nie podlałam kwiatków. Będzie mnie to gryzło do momentu kiedy nie rozpakuje toreb już na miejscu i nie  spojrzę w morska dal. Tak jest co roku. Dziś rozmawiałam z D. o tym dlaczego ludzie w Polsce nie poszli na głosowanie. D. wychowana częściowo za granicą nie rozumie, że można nie korzystać ze swojego  prawa do wybierania swoich przedstawicieli Kiedy próbowałam rodaków usprawiedliwiać  rozczarowaniem do polityków i ogólnym zmęczeniem twierdziła, że przecież w tych  wyborach nie chodziło o sprawy wewnętrzne. Myślę sobie, że mimo, iż w Unii jesteśmy to na europejskie myślenie musimy  jeszcze poczekać.

 

18 czerwca 2004 Jest takie cyniczne powiedzenie, że cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych. Jednak po śmierci Jacka Kuronia poczułam, że w moich czasach odchodzą Ci Wielcy a  ja nie dostrzegam, żeby pojawiali się nowi. Czy są jeszcze mężowie stanu, idealiści,  sprawiedliwi, autorytety i wzorce moralne? Jacek Kuroń powiedział – „co zostaje po  nas kiedy dochodzimy do kresu?… Miłość… i to wystarczy”. Monika Olejnik opowiedziała mi w radiu, że kiedy zwracała się do Jacka Kuronia  „proszę pana”, On niezmiennie ją poprawiał – „drogie dziecko, dlaczego nie mówisz mi  po imieniu, tak jak wszyscy?”. Monika na to „do legendy na ty, to niemożliwe!” Korzystajmy z tego, że nam było dane uczyć się od Wielkich. Może jesteśmy szczęściarzami, właśnie dlatego, że to my mogliśmy się im  przyglądać, słuchać i korzystać z ich mądrości? Może na tym właśnie polega  wyjątkowość naszych czasów? Dzień pełen zadziwienia. Obiad jadłam z W. Zaskoczył mnie swoja decyzją. Zostawił dobrze płatna, intratną  posadę, bo poczuł, że cos mu ucieka, że życie mu przecieka między palcami.  Zaimponował mi. Cieszę się, że są jeszcze tacy, dla których ważniejsze jest być niż  mieć.

 

21 czerwca 2004Znacie kogoś komu udało się spełnić marzenia. Albo choć jedno marzenie? W pewnym momencie życia odkryłam, że te moje marzenia nie są już specjalnie  wyrafinowane. Są wręcz sentymentalnie banalne. Dom, ogródek, własne kwiatki, miłość, harmonia, spełnienie praca dla wzbogacenia  siebie a nie wyłącznie dla pieniędzy, podróże, zapach morza, nowe smaki, piękne  widoki, radość bliskich… Nie chcę już czekać, nie mam już czasu, by tylko czekać. Moja radiowa koleżanka Beata Pawlikowska mawia – „nikt lepiej od Ciebie nie wie  co uczyni Cię szczęśliwym” i ma rację. Nie odkładajcie realizacji planów na później. Są rzeczy, które cieszą tylko w danym momencie życia, później mogą już nie być  tak ważne. Dlatego poczyniłam pewne kroki… Dobrego tygodnia, ostatniego przed wakacjami.

 

22 czerwca 2004 „Świat wypadł mi z moich rąk Jakoś tak nie jest mi nawet żal”…. słucham sobie w kółko piosenki Myslovitz i  czuje jak zapadam się w tych słowach. Po wczorajszym blogu zareagowaliście skrajnie. Ktoś napisał o tym, że marzy  podobnie jak ja… a Marek stwierdził, iż zamieniłam marzenia na plany. Czy jednak  marzenia muszą pozostawać tylko w sferze niespełnionych pragnień? Idealistycznie twierdzę, że nie. Temat: marzenia Od: DK Data: Pn 21 Czerwca 2004, 12:45 pm Pytasz o marzenia. Moje częściowo się spełniły. Są koło mnie dwie piękne kobiety  (córcia 9 miesięcy i żonka – trochę starsza). A częściowo marzenia te są podobne do  Twoich, niemal identyczne. Mieszkamy na razie u teściowej, i cały czas marzymy o własnym domku, z ogródkiem.  Moje szczęście jest podwójne, gdyż odwrotnie niż wszyscy, ja się wyrwałem z Warszawy.  Nigdy jej nie lubiłem i tak naprawdę chciałem zawsze się z niej wynieść. Teraz  mieszkam w Olsztynie, gdzie dookoła lasy, jeziora. Nikt tu się nie śpieszy, nie ma  tego wariactwa, a do pracy na pieszo mam 25 minut. Może pieniędzy mniej zarabiam, ale za to ile czasu zyskuję dla moich dziewczyn. Tak więc do pełni szczęścia brakuje mi wspólnych wieczorów z najbliższymi we  własnym domu, przy kominku, oglądając dobry film, słuchając dobrej muzyki (w radiu  ZET muzyka jest na mój gust średnia, KULT w ogóle nie jest puszczany), jedząc  wspaniałe potrawy. Oraz podróże, jeszcze raz podróże. Masz fantastyczny głos, fajnie  się Ciebie słucha, a skoro mówisz, że jesteś głosem, to znaczy że jesteś fantastyczną  osobą. Pozdrawiam serdecznie. ————————– Wiadomość oryginalna ———————— Temat: Cześć Od: „WM” Data: Pn 21 Czerwca 2004, 1:16 pm Witaj Czytając dzisiejszą notkę o marzeniach – mam wrażenie że marzenia zastąpiłaś  planowaniem, może tak jest lepiej, może nie warto gonić rzeczy niedoścignionych i  tracić czas którego każdy z nas ma coraz mniej. A jednak z drugiej strony… Pozdrowienia Marek

 

23 czerwca 2004 Byłam na przedwakacyjnych zakupach. Wpadłam do Empiku. Lubię patrzeć na te wszystkie półki z gazetami, książkami, płytami. Najchętniej kupiłabym wszystkie nowości i ustawiła na kupce przy łóżku- do  przeczytania na potem, do posłuchania później. Wspaniale jest to uczucie obcowania z  nowością. Znam takich, którzy uwielbiają otwierać po raz pierwszy czasopisma,  rozpakowywać je z folii i bardzo się złoszczą, gdy ktoś ich uprzedzi. Zauważyłam wśród wielu tytułów te dotyczące najbardziej aktualnych spraw. Afera Rywina, śmierć Darii Trafankowskiej. Piszą moi koledzy po fachu. Zawsze patrząc na tego typu wydawnictwa myślę o tym, że piszących mamy wielu…  tylko czytających wciąż brak. Zastanawiałam się przez moment patrząc na wspaniale wystawiona autobiografię  Beckhama czy nie przeczytać. Ale po chwili przyszło pytanie- po co? Bardzo lubię biografie, fascynuje mnie podglądanie cudzego życia, odkrywanie  drogi tych, którzy cos osiągnęli, do czegoś doszli. Tym razem jednak poczułam, że uległabym manipulacji. Beckham mimo wielu talentów jest jednak tworem marketingowym, tak jak i jego  książka. Chyba wołałabym poczytać cos o życiu Zidane’a o którym słyszałam, że milczący,  wytrwały, dziwnie wierny swej żonie . Ale on nie pisze. Bo może pokora mu na to nie pozwala.

 

24 czerwca 2004 Są tacy, którzy tworzą i tacy, którzy tę twórczość konsumują. W dużych miastach, są też tacy, którzy bywają na uroczystościach poświęconych  twórczości. Rzadko, bardzo rzadko bywam i ja. I wtedy zamieniam się w bystrego obserwatora. Bo jest na co popatrzeć. Otwarcia, premiery, prezentacje są wspaniałym, miejscem aby się zaprezentować  choć we współczesnym języku powinnam napisać-wylansować się. Kolorowy tłum wystylizowanych chłopaków i dziewczyn, krążących z kieliszkami w  rękach. W poszukiwaniu znanych twarzy, znajomych a może tylko po to, by zwrócić uwagę na  siebie. Wszędzie biegają fotoreporterzy. Wyławiają z tłumu odpowiednie twarze( skąd oni znają te wszystkie „gwiazdki”?) Mamy takich „znanych i lubianych”. którzy niczego poza „bywaniem” od lat nie  dokonali, za to są wciąż obecni w kolorowej prasie. Czy to rodzaj uzależnienia? Pewnie tak. M. którego spotykam chce przedstawić mnie swoim ważnym znajomym. Proszę, by tego nie robił. Jest zdziwiony, przecież to świetna okazja do nawiązania kontaktów. Cieszę się, że jestem tylko Głosem i mogę niepostrzeżenie po występie Sistars  wrócić do domu. Bywania mam dość na kilka miesięcy.

 

25 czerwca 2004 Bywają takie momenty kiedy dzieje się tyle wokół, że zaczyna się żyć poza czasem. Tak właśnie jest ze mną. Na łóżkach porozrzucany wakacyjny ekwipunek w głowie wiele myśli, niepokój o  chorego psa przyjaciółki, głupiutko – radosnego spaniela, który jeszcze niedawno  gonił motyle a teraz walczy o życie po spotkaniu z kleszczem. Odkąd pamiętam w moim domu były zwierzęta. Odchodziły za szybko, a mi trudno było uwierzyć, że odchodzą w nicość, bo nie  mają duszy. Coś jest w powiedzeniu że ktoś kto nie lubi zwierząt może mieć problem z  kochaniem ludzi. Poznałam kiedyś niezwykle obłudnego, złego człowieka, ale moja naiwność i wiara  kazały widzieć w nim dobre cechy… ech. gdyby wtedy moje zwierzęta mogły mówić… Otaczają mnie ludzie z psami, kotami, myszkami czy królikami. Po radiu krążą maile ze zdjęciami bezdomnych psiaków. Czy to oznacza, ze jestem w gronie dobrych ludzi? Mam nadzieję, że tak. Spakuje porozrzucane rzeczy, wrzucę do torby książki, nie przeczytane gazety i  pomyśle o Was kiedy będę się wpatrywać w Adriatyk. Będę tu za dwa tygodnie.

 

13 lipca 2004 Zacznę od banalnego stwierdzenia, że w wyjazdach piękne są powroty. Ten czas, kiedy już myślimy o sprawach pozostawionych tu i teraz, o twarzach,  spotkaniach, ludziach, nawet obowiązkach. Stęskniłam się… to fakt. I kiedy otworzyłam już w domu komputer pomyślałam o  tym jak wiele chciałabym napisać i jak bardzo pędzą moje myśli. Kolory, smaki, słońce  i tyle przeszłości w miejscach, po których stąpałam, w powietrzu, którym oddychałam. Wszystko napiszę… tylko się wyśpię. Ps. Przyznaje się. Nawet wiele tysięcy kilometrów stad dopadły mnie informacje o  polskich psychologach i zawodowej solidarności. Nie mogę przestać myśleć i o tym, bo  poznałam kiedyś Andrzeja S. I też z nim rozmawiałam… Dziękuję za wszystkie wakacyjne życzenia, teraz się odwzajemnię-Wy też pozwólcie  sobie odpocząć, to teraz coraz większa sztuka.

 

14 lipca 2004 Najpierw 16 godzin w jedną stronę. Potem 21 godzin z powrotem. Jeśli jesteście w stanie znieść taką podroż, którą oczywiście można rozłożyć w  czasie,to już teraz namawiam-zobaczcie koniecznie Chorwację. A jak jesteście cierpliwi to poczekajcie aż dokończą tam budowę autostrad. Nie widziałam dotąd takich kolorów. Morze przejrzyste tak, że nie ukryje się żaden jeżowiec. Słońce gorące tak, że opala nawet tych, którzy smarują się kremami z wysokimi  filtrami i chodzą w kapeluszach (pisze oczywiście o sobie). Owoce morza i ryby o smaku, do którego się tęskni, przez cały rok…no i arbuzy. Zimne, soczyste, słodkie. To właśnie tam, w Dalmacji byłam w stanie zerwać się o świcie tylko po to, by  wypić kawę przyglądając się budzącemu do życia Trogirowi, miastu na wysepce, które w  starych murach miesza 2 tysiące lat historii z teraźniejszością. To w tym gorącym kraju miałam siłę, by czekać do północy, by w ludzkich  temperaturach (29 stopni) przechadzać się po wąskich uliczkach i smakować ichniejszą  wersję truskawkowej Margerity. Energia, jaką tam dostałam starczyła i na zwiedzenie wielu miejsc i na  przeczytanie zaległych książek i na wpatrywanie się w morze, po którym majestatycznie  przesuwały się statki, jachty, łódki. Dni niepostrzeżenie się wydłużyły a i noce wcale nie kończyły się za szybko. Czas przestał mnie wyprzedzać. Cdn.

 

15 lipca 2004 Kiedy czujemy, że żyjemy naprawdę, że oddychamy pełną piersią? Myślałam o tym spędzając z przyjaciółką wieczór, słuchając jej zaangażowanych  opowieści o pracy i problemach z tym związanych. Niewielu jest szczęściarzy, którzy robią to co lubią i do tego są otoczeni  inteligentnymi profesjonalistami. Jak zatem funkcjonować, by nie zwariować i nie sprowadzić swego czasu, życia do  walki? Nie wiem. Ale widzę, że łatwo jest zgubić sens i pomieszać hierarchię wartości. Pracujemy by żyć, a nie żyjemy by pracować. Czy nudzilibyście się gdyby z nieba spadły Wam duże pieniądze umożliwiające  rezygnację z codziennego wychodzenia do pracy? Zapewne ci szczęściarze, którzy pracują z pasji dalej robiliby swoje, może już  nie tak intensywnie. a reszta zabrałaby się za realizację porzuconych marzeń. Ja częściej piłabym kawę w różnych zakątkach świata przyglądając się wschodom i  zachodom słońca.

 

16 lipca 2004 Wczorajszą kolację postanowiłam zjeść w Łodzi. Nie byłam w tym mieście wiele lat, a wciąż słuchałam o pięknie wyremontowanej  Piotrkowskiej na którą wróciło życie. Dlaczego by tego nie sprawdzić? Jest sezon na kurki, zjem coś kurkowego i wrócę do stolicy. Jak pomyślałam tak zrobiłam. I po raz kolejny przekonałam się, że w kraju mamy ceny warszawskie i reszty  Polski. Nota bene jak fantastycznie musza się czuć turyści, których u nas stać na więcej,  w przeciwieństwie do Polaków zagranicą (nie mam na myśli Bułgarii) Zdziwiło mnie, że mimo, iż był to zwykły a nie weekendowy wieczór ulica była  pełna spacerowiczów, rowerzystów, rolkarzy i rikszarzy. Otwarte ogródki, lodziarnie i …żadnych policyjnych patroli. Tymczasem doskonale pamiętałam o niedawnych tragicznych wydarzeniach z  Piotrkowskiej. jeszcze dokładniej opisanych mi przez rikszarza. Sos z kurek zaspokoił moje pożądanie, pięknie podświetlane zdobienia w  kamienicach również, atmosfera pubu Łodzi Kaliskiej też…tylko ten brak poczucia  bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że im później tym więcej podpitych nastolatków snuło się po ulicy  szukając przygody.

 

19 lipca 2004 „Marto troszczysz się i niepokoisz o tak wiele, a potrzeba mało”. To zdanie z ewangelii czytanej przez kościół wczoraj. Mam to szczęście że w mojej parafii proboszczem jest wierzący ksiądz, który  działa w myśl bliskiej mi zasady- słowa pouczają ale przykłady pociągają. Mówi pięknie. Ale to co mówi potwierdza swoim postępowaniem. Może dlatego mój kościół jest pełen. Troszczysz się i niepokoisz o tak wiele… Zauważyłam już jak łatwo jest wpaść w fałszywy rytm życia, kiedy to istniejemy  wyłącznie po to, by załatwiać sprawy, robić interesy, rozwiązywać problemy. Nie zastanawiamy się wówczas czy coś jest warte naszego czasu, zaangażowania czy  zdenerwowania. Zwykle po jakiejś chwili potrafimy trzeźwo ocenić, że jakaś sytuacja  niepotrzebnie nas wciągnęła, wyssała emocje, czasem nadwerężyła zdrowie. Co zrobić, by nie żałować czasu poświęconego na byle co? Ja na bieżąco pytam siebie – „czy warto?” PS. Niech nikt nie mówi mi że w Polsce jest znieczulica. W sobotę nie popisałam się jazdą na rowerze i wypadłam z zakrętu, rozcinając  nogę. Od razu było widać, że rana kwalifikuje się do szycia. Zanim przyjechała samochodowa pomoc, by zabrać mnie i rower gospodarze domu, pod  którym siedziałam hipnotyzując lejącą się krew, opatrzyli mnie, zaproponowali „małego  whiskacza” (wybrałam szklankę wody podaną jak w najlepszej restauracji ze słomką  lodem i cytryną) i towarzyszyli mi w bólu 🙂 Nota bene chyba miałam tego dnia złą aurę, bo po chwili woda utleniona i plastry  przydały się kolejnemu pechowemu rowerzyście, który na naszych oczach wpadł do rowu. Uważajcie uprawiając rekreację! Bo możliwe, że nie wszędzie są tak mili i pomocni  ludzie.

 

20 lipca 2004 Byłam na filmie. O lojalności wobec władzy, która zamienia się w lojalność wobec samego siebie i  wyznawanych zasad. Kolejny film o królu Arturze może ma mnóstwo braków ale podobnie jak „Ostatni  Samuraj” pokazuje wyższość własnych zasad i prawd od tych narzucanych z góry. Tak naprawdę ważniejszy jest nasz spokój sumienia niż jakiekolwiek cudze  usprawiedliwienie. Ł. namawia swoją koleżankę do kolejnej rozmowy z mężem. Do ponownego wyciagnięcia  ręki. Ona twierdzi, że to nic nie daje. Chce się wyprowadzić. Ł. ma jeden argument- zrób to dla spokoju swojego sumienia. I ma rację. Być może dziewczyna w przyszłości na wszystko znajdzie  usprawiedliwienie ale nie na to, że nie spróbowała po raz ostatni.

 

21 lipca 2004 Jednego dnia cię kochają, by drugiego znienawidzić. Tak się przyglądam dyskusji związanej z Edyta Górniak i jej pożegnalnym listem i  myślę sobie jak łatwo się spada z piedestału. Uosobienie delikatności i wrażliwości powiedziało z użyciem brzydkich słów, że ma  dość. Co więcej-stało się to na odwiedzanej przez małoletnich fanów internetowej  stronie artystki. Tym razem uwierzyłam Edycie. Dopiero co urodziła dziecko, tabloidy nie dają jej spokoju. Ma prawo nazwijmy to, czuć się „zwichrowana emocjonalnie”. Jest tylko jedno ale. Decydując się na karierę zdecydowała się także na życie w światłach reflektorów. Nic nie poradzimy, że żyjemy w czasach, kiedy więcej pisze się o artystach niż o  ich dziełach. Dopóki znajdą się tacy co chcą czytać, będą tacy co napiszą. Żal mi Edyty. Ale żal mi tez tych, którzy wcześniej widzieli w niej jedynie eteryczna  dziewczynę o niesamowitym głosie. PS. Nie uwielbiajcie gwiazd, uwielbiajcie to co tworzą, tak jest bezpieczniej.

 

22 lipca 2004 Widziałam osławiony film Moora – Fahrenheit 9/11. Czytałam wcześniej sporo o samym reżyserze, pochłonęłam artykuły na temat samego  filmu, słuchałam debat po pierwszych pokazach. Wszystko po to, by nie ulec manipulacji, patrzeć trzeźwym okiem i mieć swoje  zdanie. I co? Na nic to było. Jestem poruszona. Prymitywizmem najważniejszego człowieka na świecie (jak niektórzy nazywają  prezydenta Stanów) ale znacznie bardziej faktem, że my maluczcy jesteśmy tylko  pionkami w grze tych, którzy maja pieniądze i władze. Upraszczając można by po tym filmie powiedzieć, że nieszczęścia jakie nas  spotykają pozwalają innym zarobić, a w skrajnych przypadkach mogą być wywoływane  właśnie po to, by ktoś mógł się wzbogacić .Biznes i polityka, polityka i biznes –  nierozłączna para. To dobrze, że taki film powstał. Powinni go zobaczyć wszyscy, nie tylko Amerykanie, po to, by nie dać sobą  manipulować, by nie wierzyć ślepo w manifesty polityków, by nie przestawać myśleć i  nie bać się pytać- „dlaczego?” Nie mamy wpływu na wywoływane wojny ale mamy wpływ na wybór ludzi, którzy takie  decyzje podejmują. Zobaczcie ten dokument!

 

23 lipca 2004 Uff jak gorąco. Najpierw było za zimno, teraz jest za ciepło. Czy tylko mnie się wydaje, że kiedyś pogoda była mniej zaskakującą? Tydzień kończę smutną konstatacją, że byliśmy okrutni i jesteśmy okrutni. Historia szczeniaka Frodo, który nie spodobał się nabywcy i został w paczce  odesłany do hodowli mocno wybiła mnie z rytmu. Piesek podróży nie przeżył. Skąd biorą się tak bezmyślni i nieczuli ludzie? Pani, która kupiła małego labradora zamierzała go w przyszłości wystawiać. Kiedy okazało się, że ma jakaś wadę ogona zrezygnowała z psa. Reklamowała go jak buty. Co w takim razie jest motorem napędowym dla tych, którzy biorą udział psich  wystawach. Ten przykład pokazuje, że pieniądze. Nie mam zaufania do ludzi, których zwierzęta się boją, jak i do tych, którzy  zwierząt nie lubią. Choć rozumiem tych, którzy z różnych powodów nigdy zwierząt nie  mieli. Wciąż jednak nie mogę pojąć dlaczego- w czasach, w których posiadanie psów nie  jest obowiązkowe pojawiają się one w domach tych, do których nigdy nie powinny  trafić. Historia Frodo przedostała się do mediów. A ile cierpienia jest poza zasięgiem naszych oczu?

 

26 lipca 2004 Nowy tydzień. Nowe sprawy. A we mnie jeszcze mazurskie obrazy. Jak dobrze, że wymyślono weekend. Ten czas można przepuścić przez palce i dziwić się, że tak szybko minął, a można  też wiele przeżyć, sporo zobaczyć i wrócić d o domu z uczuciem jakby nas tu miesiąc  nie było. Proszę się nie śmiać, ale wiele miejsc w naszym kraju to dla mnie wciąż nie  odkryte tereny. Właśnie zachwycam się klimatem mazurskich miasteczek, śledzę historie zamków,  starych kościołów i cmentarzy. Rozmawiam z ludźmi, którzy mieszkają tam „od zawsze”  albo pojawili się kiedy Niemcy opuszczali swe domy. Niezwykle opowieści. Po tym weekendzie spędzonym nad jeziorem Gielądzkim wiem już, że: -na drogach mazurskich łatwo poczuć się „easy riderem, pędzą motocykliści na  swych super- drogich motorach, jeżdżą jeepy, stare UAZ-y wszyscy z obowiązkowymi  chorągiewkami -wreszcie i do nas przyjeżdżają zagraniczni turyści. Słyszałam język rosyjski, szwedzki, angielski włoski, francuski i oczywiście  niemiecki -karczmy i tamtejsze restauracje karmią świetnie i to za połowę warszawskich  cen(hurra) -Piknik Country w Mrągowie wylansował modę na westernowe kapelusze wreszcie nikt tam się nie wstydzi, że mieszka na wsi, być z Mazur jest cool! -ale z drugiej strony dawno nie widziałam imprezy na której czułabym się tak nie  komfortowo. (fanem country nie jestem, przyglądałam się z boku, jak większość  turystów z tą różnicą, że ja byłam trzeźwa 🙂 Za dużo pijanej młodzieży, wakacyjnie rozochoconych małolatów szukających  zaczepki Wierzę, że wyrosną z takiej formy spędzania wolego czasu. Wniosek-żyjemy w pięknym kraju, w którym mamy wszystko, morze, góry, jeziora. Przypominają nam o tym ci, którzy do nas przyjeżdżają i są zachwyceni. Ja też jestem.

 

27 lipca 2004 Przeczytałam gdzieś, że w Krakowie się cieszą, bo do tej pory przyjechało tam  więcej turystów niż w roku ubiegłym. Przy okazji przypomniano, że obcokrajowcy narzekali głównie na stan publicznych  toalet i brak koszy na śmieci. Czyli zauważyli to, do czego my jesteśmy przyzwyczajeni. I tak np. pokornie płacimy złotówkę lub więcej za toaletę w restauracji czy  kawiarni, mimo, że wcześniej byliśmy tam gośćmi. Nie dziwi nas widok „babć klozetowych które wydzielają skrawki papieru  toaletowego zupełnie jakby wciąż był to towar deficytowy. Przeszliśmy szkołę w poprzednim ustroju- kiedy to toaleta była luksusem. Nie wspominając o czystej toalecie! Nie zapomnę jak pewna mała dziewczynka dorastając odkryła, że „za siusianie też  się płaci” i nie mogła pojąć dlaczego. Może jej dziecięcy umysł wydumał, że to ona  powinna dostać pieniądze 🙂 Ja sama lubię nowe miejsca oceniać po toaletach. Pamiętam chyba wszystkie, od tych w wagonie kolei transsyberyjskiej, po te  „carskie” w moskiewskiej stylowej restauracji. Swoją drogą to niesamowite, że te  najohydniejsze i najpiękniejsze znalazłam w tym samym kraju. Jestem pod wrażeniem skandynawskiego zwyczaju zgodnie z którym każdy w potrzebie,  ma prawo poprosić o udostępnienie toalety. Za darmo! Aaa, jeszcze jedno. Najwięcej dobrego w „temacie toalet” robią stacje benzynowe. Moje ulubione są na Statoilu i BP.

 

28 lipca 2004 Miałam dzień wymiany poglądów na temat kruchości związków międzyludzkich. Czy winić należy czasy w jakich teraz żyjemy, pośpiech, konsumpcyjne nastawienie  do rzeczywistości, które sprawia, że uciekamy od jakichkolwiek trudności i  cierpienia? Nie sądzę. To byłoby za proste. Przecież warunki są tylko warunkami… Jedna z moich koleżanek, piękna dziewczyna często staje się obiektem męskiego  polowania. Ma powodzenie. Cóż z tego, skoro po pierwszym zauroczeniu po szybko złożonych wyznaniach słyszy  – „przepraszam, chyba zakochałem się w twoim wyobrażeniu, a nie w tobie”. Przykre. Jak to było kiedyś? Łatwiej godziliśmy się na wady tej drugiej strony, mniej idealizowaliśmy bycie w  związku. Potrafiliśmy iść na kompromis? Nie napiszę, że znam tylko szczęśliwe pary, które są ze sobą od zawsze, ale mogę  napisać, że znam wielu mądrze i odpowiedzialnie zakochanych ludzi. Kto teraz jest smutny z powodu źle ulokowanych emocji niech nie traci wiary, że  najlepsze wciąż jeszcze przed nami 🙂

 

29 lipca 2004 Dzień w dzień wyszukuje sobie jakiś krótkich pozytywnych „złotych myśli” żeby  nimi się przywitać kiedy rano mówię dzień dobry na antenie radia. I ostatnio wpadła mi w ręce taka, która brzmiała mniej więcej tak-„.W życiu  dostajemy tyle ile odważymy się chcieć.” Proste i jakże często prawdziwe. Są ludzie bez marzeń, ze smutną rzeczywistością i permanentną walką o  przetrwanie. Miałam kiedyś kolegę, który nie dość, że kompletnie w siebie nie wierzył to  jeszcze cały świat widział w czarnych kolorach. Był w tej swojej negacji zabawny, dla nas, którzy wierzyliśmy, że w życiu spotka  nas także to co dobre. Teraz po latach widzę, że jego pesymizm był samo spełniającą się przepowiednią. Chłopak jest sam, niedawno stracił pracę, z której zresztą był niezadowolony, nie  wiem czy już ma nową. Pamiętam jak w 8 klasie podstawówki napisałam w wypracowaniu, że chcę być  dziennikarzem, bo to zawód pełen przygód. Nie dążyłam do tego za wszelka cenę. Fakt, że jestem w Radiu był następstwem moich pasji. Podobnie jak podróże w czasach kiedy wyjazd gdzieś dalej był sporym wyzwaniem i  jeszcze większym wydatkiem. Dostawałam tyle ile odważyłam się chcieć.

 

30 lipca 2004 Dużo się teraz mówi o Powstaniu Warszawskim, niektórzy puszczają te treści mimo uszu, bo przecież tak jest co roku o tej porze. Ale nie wiem czy zauważyliście, że tym razem jest jednak inaczej. Także za sprawą Normana Daviesa, który opisał „nasze” powstanie bez naszego martyrologicznego polskiego skrzywienia.

Czytałam wywiad z tym historykiem, w którym obnażył mechanizm wojny, polityki, układów .Dotarł do nowych dokumentów. Wysnuł nowe wnioski. Teraz do przyjaźni i sympatii z walczącymi przyznają się wszyscy z dawnej koalicji. Faktycznie, jeśli mieliśmy tylu przyjaciół dlaczego powstańcy przegrali? Po 60 latach na plakatach poświęconych tamtym bohaterom pojawia się pytanie: „A, ja czy poszedłbym? „Młodzi odpowiadają, że tak! A pewna starsza pani, która poszła, bo to było patriotycznym obowiązkiem, teraz z perspektywy czasu wie, że zrobiła swojej ukochanej Warszawie wielką krzywdę. Nie ma już jej Warszawy, pięknych kamienic, niezapomnianego klimatu. Jest nowe Stare Miasto i prawie nowy Nowy Świat. Czy cena nie była za wysoka? – zastanawia się ta pani. Chciałabym bardzo aby taki list, z takim smutnym wyznaniem przeczytali niektórzy Niemcy, którzy teraz są bardzo skupieni na losach wypędzonych (tak jakbyśmy to my maluczcy narysowali granice i dokonali podziału na strefy wpływów ). Oto cytat z artykułu z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”-„Skąd w Polakach ta gotowość, by zniweczyć wszelkie inicjatywy na rzecz porozumienia z Niemcami?”. Skąd ta głęboka nieufność wobec wypędzonych, którzy chcą im podać rękę?” Może gdyby poczytali więcej świadectw powstańców takie pytania w ogóle by się nie zrodziły.

 

2 sierpnia 2004 Mogę już podsumować weekend. Po raz pierwszy Warszawa uczciła swoich bohaterów z takim rozmachem. Imprezy, kwiaty, przemówienia, odznaczenia, apele, msze itd. itd. A jednak o godzinie W kiedy zawyły syreny miasto nie stanęło. Warszawa po 60 latach pędziła dalej. Zatrzymali się nieliczni. Trochę żal, że nie ma w nas takiej solidarności jaka była kiedyś. Z drugiej strony jakbyście zobaczyli wczoraj rozświetlone lampkami pomniki i miejsca pamięci, plakaty poszukujących wiadomości o tych co zaginęli przed laty- to łatwo się wzruszyć. Mnie przychodzi to z łatwością w takich chwilach. Zaczynamy nowy tydzień, oby był dobry.

 

3 sierpnia 2004 Czy myśleliście kiedykolwiek, że Wasze życie może się radykalnie zmienić? I to nie jak w bajce. Ale jak w złym filmie. Pewnie nie, bo ja też nie myślę. Za to coraz częściej dostrzegam to co dobre i coraz chętniej wzbudzam w sobie wdzięczność za to co mam. Pewna samotna matka czwórki dzieci dowiedziała się niedawno, że jej dwudziestokilkuletnia córka cierpi na stwardnienie rozsiane. Rokowania są kiepskie. Dziewczyna, co zabrzmi paradoksalnie, odetchnęła z ulgą na wieść o tej diagnozie, bo wcześniej próbowano podważać jej złe samopoczucie, leczyć ją z innych chorób. Teraz już wiadomo. I co w tej sytuacji robi matka. Nie załamuje się ,nie woła- dlaczego mnie to spotkało, tylko przygotowuje się na przyjęcie najgorszego. Wie, że na nią spadnie ciężar opieki nad córką. Nie miałam pojęcia o tragedii tej kobiety. Kiedy ją zobaczyłam była uśmiechnięta i pełna energii.

Przyjechała zwiedzać Warszawę, chłonęła wszystko, chciała wciąż więcej i więcej wydawało mi się ,że nigdy nie jest zmęczona. Teraz, kiedy poznałam tajemnicę już wiem. Ona po prostu korzystała z tego, co być może za jakiś czas przestanie jej dotyczyć. Korzystała z przyjemności życia. Mam za co dziękować. Także za spotkanie z tak dzielnym człowiekiem.

 

4 sierpnia 2004 Mam wiele złego do powiedzenia o prasie bulwarowej, o tym jak chętnie rzucają się na każdą sensację, bez wgłębiania się w temat a już na pewno bez zastanowienia się czy jakimś pochopnym materiałem nie wyrządza się komuś krzywdy. A jednak jest coś dobrego co przyniosła wolność prasy. Wreszcie możemy zaglądać do kieszeni urzędnikom, kontrolować posłów, przyglądać się od kuchni pracy rządu, domagać się rozsądnego wydawania naszych pieniędzy. No właśnie. Pieniądze podatników. Bulwersuje mnie to, że w naszym niezbyt przecież bogatym kraju dojście do władzy oznacza dojście do pieniędzy. Bo pojawiają się nowe możliwości, układy itp. itd.

Kiedy czytam do czego posłowie wykorzystują służbowe samochody to złość się we mnie wzbiera. Żony do fryzjera, psa do weterynarza, czasem po flaszkę do sklepu, na grilla do sąsiadów… Za panowania poprzedniego premiera nie raz byłam świadkiem tryumfalnego przejazdu kolumny wiozącej premiera do pracy (mieszkamy niedaleko siebie). Oczywiście na sygnale i z dużą agresją ,gdy tylko jakiś zaspany kierowca błyskawicznie nie ustępował drogi. Raz panowie BOR-owcy tak się zdenerwowali, że wyskoczyli ze swojej limuzyny i pogrozili niezdyscyplinowanemu kierowcy bronią. Cóż,. to była lekcja arogancji władzy. Dlatego cieszą mnie pytania stawiane w gazetach-dlaczego musimy płacić za wakacje prezydenta, kto korzysta z luksusowych ośrodków wypoczynkowych, dlaczego nikt nie sprawdza ile posłowie wydają na benzynę …można by tak pisać w nieskończoność. A chodzi tak naprawdę o jedno – o uczciwość. Dość zapomniane słowo w kręgach władzy.

 

5 sierpnia 2004 Wczoraj zupełnie spontanicznie zapytałam słuchaczy na antenie – „na co czekacie?” I natychmiast posypały się maile. Czekam na żonę i nigdy nie myślałem ,że na żonę można tak czekać, albo czekam na męża i dzieci, które są na wakacjach. Czekam na spotkanie z ukochanym ,który jest Słowakiem, albo czekam aż narzeczony,  który jest z Wybrzeża Kości Słoniowej powie, że zostaje ze mną w Polsce… To czekanie wiąże się z drugim człowiekiem. I nikt mi nie napisał, że czeka na podwyżkę. Przyjemnie było się dowiedzieć, że harmonijna, spełniona miłość jest tym co daje nam siłę by żyć, wszystkie inne pragnienia staja się mniej ważne. I niech mi ktoś powie, że jesteśmy wyłącznie materialistami!

 

6 sierpnia 2004 Chciałam dziś znów napisać o tym co mnie bulwersuje, O pieniądzach, które prałat Jankowski hojnie rozdawał grupce nastolatków. O tym jak bardzo zmienił się kościół wchodzący coraz częściej w jakieś ciemne interesy, co już prawie nikogo nie dziwi, choć do niedawna było nie do pomyślenia. Ale stwierdziłam, że dość już. Informacji o przekrętach, korupcji, nieodpowiedzialności. Moje myśli mają prawo odpocząć. A ja sama mam ochotę zauważyć to co czyni mnie szczęśliwą. Rano w metrze, dwa psy sznaucer i york obserwują się z bezpiecznej odległości i robią tak zabawne miny, że nie mogę od nich wzroku oderwać.

W radiu czytam informacje o ziarnach najdroższej kawy, które swój wspaniały smak zawdzięczają dzikim kotom. Te zwierzęta cudowne ziarna przeżuwają a potem wydalają. Śmiałam się w głos ,a kawy już nie dopiłam Wieczorem czuję wielką ochotę na coś słodkiego ,najlepiej o smaku wiśni. Od czego jest Internet, odszukuję najprostszy na świecie przepis i zaczynam produkcję wiśniowego deseru. Pierwsze utarte z cukrem jajka źle mi pachną. Pozbywam się ich. Drugich na wszelki wypadek już nie wącham- nie mam jednak doświadczenia w zapachach ciast. Po 30 minutach pieczenia z lekką obawą zasiadam do degustacji. Pycha! Potem spacer i oczekiwanie na ewentualne skutki uboczne. Nic złego się nie dzieje. Dzień kończę w błogim nastroju. Ciepły wieczór z kojącą muzyką w tle ,wcale nie przebojową (słyszeliście płytę Ani Dąbrowskiej? Naprawdę warto pobyć z nią choć w jedną letnią noc). Jutro też postaram się zauważyć coś pozytywnego w tym naszym oszalałym świecie.

 

9 sierpnia 2004 Po weekendzie. Ciepłym i wakacyjnym. Tym razem poznawałam Mazowsze, jeździłam wzdłuż wylanej Wisły, oglądałam najstarszy w naszym województwie romański kościół w Czerwińsku, dziwiłam się gargamelowym domom, których pełno w naszych wsiach i miasteczkach. Spacerowałam po ścieżkach pięknego parku w Żelazowej Woli. I zajadałam się sushi po pełnym świeżego powietrza dniu. Po raz pierwszy też zobaczyłam, czym zachwycają się zagraniczni turyści. Pewna pulchna pani z wielką radością biegnie zasapana za wozem z sianem, żeby zrobić zdjęcie. Uczynny gospodarz widząc jej wysiłek zatrzymuje konia i pozuje do sesji (mam nadzieję, że bez wynagrodzenia).

Może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale te zwyczajne obrazki, do których my jesteśmy przyzwyczajeni odchodzą w zapomnienie, a już na pewno w wielu miejscach świata odeszły na zawsze. Czyż, zatem nie powinniśmy poczuć się dumni, że na naszych wsiach wciąż mieszkają ludzie, którzy potrafią upiec chleb, zrobić masło i wyciągać wodę żurawiem ze studni? Zawsze, kiedy widzę jak inni jeżdżą po świecie szukając prawdziwej natury myślę sobie- przyjedźcie do nas, zobaczcie polskie wsie. Może już wkrótce, co przedsiębiorczy gospodarze będą zapraszać do swoich domów oferując jako atrakcje- pomoc w pracach w polu, czy domu. Już widzę tych zachwyconych Niemców rozrzucających siano, karmiących zwierzęta i naszych rolników bujających się w tym czasie w fotelach na gankach :).

 

10 sierpnia 2004 Podobają mi się czasy w których żyjemy. Wiem, kiwacie głowami ze zdziwieniem. Piszę to jako kobieta. Pomyślałam o tym patrząc na samotne panie w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie. Same spacerują, wygrzewają się na słońcu, czytają książki, piją kawę… i co najważniejsze nikt im się nie przygląda, a one same nie czuje się inne. A jeszcze do niedawna samotna kobieta w restauracji mogła być tylko panią lekkich obyczajów czekającą na klienta.

Albo bezwstydnicą chętną na wszelki podryw. I choć nie wierzę niemieckim kobietom, które pytane odrzekły, że w samotności żyje im się fantastycznie to cieszę się, że nikt już na nas nie patrzy przez pryzmat mężczyzny. Same na siebie tak nie patrzymy.

 

11 sierpnia 2004 Ale dzień. Raz na jakiś czas sytuacje utrudniające życie pojawiają się hurtem. Taki był mój wtorek. Najpierw poranna walka a urzędami (zawsze, kiedy się spieszę tam jest kolejka). Potem odmawiający współpracy komputer emisyjny w studio (adrenalina skacze w sekundę) Do problemów z komputerem dochodzi po chwili problem z odsłuchem. Mówię coś na antenie, ale kompletnie tego nie słyszę, nie mogę ustawić poziomów innych dźwięków, czuję jakbym chodziła po omacku. Iza czyta dziennik, a ja mam za plecami informatyków i techników walczących ze sprzętem. Prowadzę program jak gdyby nigdy nic i tylko ci, co mnie znają wyczuwają jakąś inną barwę w głosie. Napięcie rośnie. Żywe radio, a ja prawie nieżywa. Całe zamieszanie trwa kilkanaście minut a po wszystkim czuje się jakbym przerzuciła wagon węgla. Marzę o spacerze, ale nic z tego. Do wieczora walczę z rzeczywistością. Na szczęście jutro nowy dzień.

 

12 sierpnia 2004 Najpierw liczyłam gole w meczu Realu z Wisłą (przystojny ten Figo), potem liczyłam spadające gwiazdy (wypatrzyłam 14,nie nadążając z wypowiadaniem życzeń) a teraz zamierzam już liczyć tylko barany. Dobrego czwartku.

 

13 sierpnia 2004 Ostatnio mam wrażenie, że to rozmaite urzędnicze sprawy rządzą moim czasem a nie ja sama. Gorzej, że zaczęły tez mieć wpływ na moje emocje. „Tylko się nie denerwuj” powtarzałam sobie, kiedy okazywało się, że znów muszę stać w kolejce, albo zdobywać kolejne zaświadczenia, kupując przy tym następne znaczki skarbowe. Jestem ofiarą systemu anonimowego urzędnika zasłaniającego się w pracy przepisami. Tam gdzie nie ma zdrowego rozsądku zawsze można powołać się na prawo i paragrafy. A zatem doświadczam tego, z czym styka się każdy z nas jak już musi coś załatwić. W końcu dzięki tym absurdom Janusz Weiss wciąż ma, co robić w swojej audycji. 🙂 Marzy mi się dobrze zorganizowany urząd, gdzie pracuje się dla petenta, tak, aby mu pomóc a nie by komplikować i tak już skomplikowane życie. Wypowiem chyba to życzenie patrząc dziś w niebo.

 

16 sierpnia 2004 Poniedziałek. W weekend znów zobaczyłam takie miejsca w Polsce, że pozazdrościłam tym, którzy mają je na co dzień. Tym razem odkryłam dla siebie skrawek Kaszub. Byłam w gospodarstwie w Alpach Kaszubskich, nad wjazdem wisiał tam napis- „złu wstęp wzbroniony” i rzeczywiście tak było. Gospodarze stworzyli enklawę, w której i ja poczułam się uwolniona od wszystkich codziennych spraw i zawirowań. Ważne było tylko tu i teraz. Rosa na trawie, a nocą spadające jeszcze gwiazdy, na zupełnie innym niż to warszawskie niebie Przyszło mi teraz do głowy, żebyśmy wymienili się swoimi polskimi odkryciami. Napiszcie mi o zakątkach, które są tylko Wasze (obiecuję, że nie opublikuje tego rankingu na łamach gazet) ale jeśli pozwolicie może i ja ucieszę nimi oczy. 🙂

P.S. Zaczynam dziś urlop. Na stronę będę wpadać tak często jak to będzie możliwe. A na dobre wracam we wrześniu Dobrych chwil dla wszystkich.

 

1 września 2004 Właśnie w moim życiu realizuje się powiedzenie, że coś się kończy aby mogło zacząć się coś nowego. Dwa tygodnie wakacji w domu,  tym razem z krótkimi tylko wypadami nad morze i na Kaszuby (ile ja miejsc jeszcze nie widziałam!). Czas kiedy przekonałam  się nie po raz pierwszy, że mam co robić kiedy nie pracuję. Moje poranki i moje wieczory. Zmalał stos nie przeczytanych gazet, znalazły się chwile na niespieszne telefony do dawno nie widzianych znajomych, wiśniówkę wypijaną z sąsiadką, olimpijskie wzruszenia( widok tryumfujących Polaków łzy ze mnie wyciskał) i długie filmowe wieczory.

Kończę swoje wakacje. Z poczuciem, że teraz przyjdzie nowe. Lubię energie nowości. Czułam ją w zapachu czystych zeszytów przygotowywanych do szkoły i nie otwieranych jeszcze książkach. Pamiętam ,że od powąchania zaczynałam każdą nową lekturę ,do dziś wiem jak pachniał radziecki papier w książeczkach dla dzieci i jak zmieniały się zapachy gum do żucia Donald. Nowa zaczynam wrzesień. Z planami, pomysłami i obietnicami, że będzie to piękny miesiąc, kończący lato a zaczynający jesień. Bo kto powiedział, że jesień ma być nijaka? Witajcie na progu nowego.

 

2 września 2004 Dziś myślę o przypadku, który towarzyszy nam od urodzenia. Jestem w Polsce. Bywam zła na ten kraj, rozczarowana, poirytowana. Ale kiedy wyjeżdżam zaczynam widzieć z daleka to, co z bliska jest niezauważane. Teraz, gdy to pisze, gdzieś tam w Rosji w szkole czekają na cud rodzice z dziećmi. Są zakładnikami terrorystów. Specjalista od konfliktu czeczeńskiego Wojciech Jagielski stwierdził, że dla tamtych dzieciaków, wychowywanych w makabrze wojny nie ma ratunku. Nie ma przyszłości. Brzmi to w moich uszach. Jedyną ich winą jest to, że rodzą się w tamtych górach? I dlatego zamiast kwiatków rysują płonące miasta? A ich rówieśnicy staja się ofiarami wojny dorosłych? Mieszkam w Polsce. To przypadek. Mogłam przyjść na świat w Czeczenii… albo Osetii.

 

6 września 2004 Dostałam SMSa, by w niedzielę o 21 zapalić świece. Na znak solidarności z rodzicami dzieci z Biesłana. Możemy tylko tyle. Mój mądry proboszcz nie odniósł się bezpośrednio do tej tragedii ale zacytował pewną rozmowę z Matka Teresą, która zapytana o to czy nie przeraża jej bezmiar nędzy, tłum ludzi, którym trzeba pomóc odpowiedziała, że ona nigdy nie widzi więcej niż jednego człowieka i nim się zajmuje. Kiedy zaspokoi jego potrzeby, pomaga kolejnym i kolejnym. Inaczej nie dałaby rady. Tak też myślę… co możemy zrobić w obliczu tragedii, zła i nieszczęść? Zająć się tym co najbliżej nas.

 

7 września 2004 Dorosłość to umiejętność radzenia sobie z rozczarowaniami, których odkrywamy coraz więcej i więcej. Rozczarować potrafią także ci powszechnie uznawani za osoby godne zaufania. A. opowiada mi o wspólnym znajomym powtarzając jak mantrę – „Marzena, ty nie wiesz kogo znałaś. To ktoś kompletnie inny.” Ile twarzy może mieć jeden człowiek? Zazdroszczę tym, którzy rodzą się z dystansem do świata. Ich zbyt łatwo dotknąć nie można, oni niczemu się nie dziwią i za blisko do swego świata nie dopuszczają.

Ja zostałam wychowana w przekonaniu, że ludzie są dobrzy. Ciężko znoszę odkrycia, że tak nie jest. Ponieważ jednak zwykle staram się dostrzegać jaśniejszą stronę każdych zdarzeń to sprawiedliwie napisze – o tym, że obok nas istnieją źli ludzie przekonałam się na własnej skórze późno.

 

8 września 2004 Mam dziś urwanie głowy. A to oznacza, że kiedy usiadłam przy komputerze patrząc na „białą kartkę”, poczułam, że jest mi dobrze i mogłabym tak siedzieć i siedzieć łapiąc wirujące myśli. Ale nie mam czasu. Dlatego znikam w świecie dzisiejszych obowiązków. Dobrego dnia wszystkim.

 

9 września 2004 Czy dążyliście kiedykolwiek do czegoś, a gdy to zdobyliście poczuliście smutek i rozczarowanie? Tego doświadczam. Może to lekcja, dowód na to, że nie cel ale droga jest ważna? Czasem w niecierpliwości, by mieć coś jak najszybciej biegniemy na skróty, w jakimś szaleńczym tempie omijamy przeszkody, ale kiedy jesteśmy na mecie zamiast ulgi opanowuje nas stres i zmęczenie.

Przyglądając się sobie z boku (co staram się czynić) mogę powiedzieć jedno. Warto zdobywać wyznaczone przez siebie szczyty. Jednak najlepiej robić to w swoim tempie. Nie skracając sztucznie drogi jaką mamy do przebycia. Jest wiele mądrości w powiedzeniu – „ na wszystko przyjdzie czas”. Tylko dajmy mu przyjść.

 

10 września 2004 Dzięki Bogu już piątek. Jak miło to napisać wieczorem, kiedy pośpiech dnia już za mną. Po ostatnich tekstach do dziennika moja przyjaciółka zaniepokojona napisała zza granicy, że chyba musi przyspieszyć powrót z urlopu. Miedzy wierszami wyczytała, że zaczyna być mi w życiu źle. A ona potrafi czytać jak nikt. Oświadczam zatem, że na szczęście to moje schodzenie w dół nie trwa długo. Znów widzę, że szklanka jest w połowie pełna, a słońce świecąc nie razi w oczy tylko przyjemnie grzeje. Wszystkim przeżywającym gorsze chwile proponuje pamiętać o tym, że po nocy przychodzi dzień. Dla mnie przyszedł.

 

13 września 2004 Nawet nie zauważyłam, że ten poniedziałek mógł być pechowy ze względu na 13 w dacie. Zresztą i tak nie jestem przesadna. Akurat 13ego spotkało mnie coś pięknego i nie potrafię bać się tej liczby. Tym swoim ignorowaniem przesądów wywołuje czasem trochę zamieszania. Walczy ze mną fryzjer Daniel, kiedy wpadając do niego zawsze stawiam torebkę na podłodze, a on z cierpliwością anioła znajduje jej miejsce na fotelu. Kto wie, może dlatego pieniądze wciąż są w moim portfelu? 😉

Weekend spędziłam z dobrymi ludźmi. Tak ich nazwalam wiedząc, że w naszym świecie to prawdziwy ewenement trafić na bezinteresownie życzliwych. Zjadłam z nimi specjalności z grilla (pyszne ziemniaczki w ziołach), porozmawiałam o urodzaju na śliwki i gruszki i wywołałam duże zdziwienie opowiadając, że miewam takie dni, kiedy jest szaro i ponuro, a ja zastanawiam się cóż warte jest moje życie. Wówczas usłyszałam-„ależ Marzenko, kiedy ja byłem w twoim wieku takie myśli w ogóle nie przychodziły mi do głowy”.

Tak, grzeszę nie doceniając swoich małych szczęść… Cieszmy się ciepłym wrześniem!

 

14 września 2004 Poranek. Spacer z psami. Słońce już grzeje. Przedpołudnie. Zakupy. Niby wszystko dla domu, a ja nie mogę znaleźć tego czego szukam. Angielskojęzyczna dysputa o Polakach za granicą, drożyźnie w Europie i obcokrajowcach, „królach życia” w Polsce. Nadzieja, że będzie lepiej i przestaniemy czuć się ubodzy w Paryżu czy Londynie.

Popołudnie. Radio. Jestem u siebie. Lubię i miejsce i ludzi.

Wieczór. Pyszna szczawiowa i kino. Pozytywne zaskoczenie. Młody Machulski znów kreci filmy jak dawniej. „Vinci” ma to czego w polskim kinie brakuje. Jest dobrze zrobioną rozrywką.

Noc. Spacer z psami. Już chłodno.

Tak minął dzień.

 

15 września 2004 Żyję w mieście, które zmienia się na moich oczach. Gdy nie pojawiam się długo w jakiś miejscach odkrywam ze zdumieniem jak wypiękniały, nabrały charakteru i życia. Ostatnio przeczytałam w gazecie, że wymarły do niedawna Plac Trzech Krzyży stał się miejscem modnym. Czyli powinnam napisać- jest trendy. Tu wypada bywać.

Przechadzać się oglądając witryny najdroższych w Warszawie sklepów i przesiadywać w kafejkach czy restauracjach. Wracałam wczoraj z R. z radia i kiedy przejeżdżaliśmy przez rozświetlony już plac zadaliśmy sobie jednocześnie to samo pytanie- kto tu bywa? Kto ma na to czas? Bo o pieniądze przecież nie chodzi. Ludzie z tych kafejek muszą je mieć. To widać po strojach i cenach drinków. Czy wszyscy oni, doskonale wystylizowani to przedstawiciele artystycznych zawodów? Mamy aż tyle modelek, piosenkarek, tylu wizażystów, stylistów, kreatorów fryzur? Najwyraźniej tak szybkiego rozwoju „tych branż” nie doceniliśmy. Może dlatego my wracamy zmęczeni po pracy do swoich domów, kiedy oni zaczynają się bawić.

 

16 września 2004 Zapewne znacie cytat „tam skarb Twój, gdzie serce Twoje”. Przypominam sobie o nim kiedy za bardzo mi na CZYMŚ zależy. Na co dzień nie otaczam się bibelotami, nie kolekcjonuję słoników z podniesionymi trąbami, ani nie zbieram dzwoneczków. Rzeczy jednak mam sporo. Dostaję, kupuję, ale raz na jakiś czas próbuję je segregować. Staję wtedy przed szafą i zadaję sobie pytanie- kiedy ostatni raz założyłam te sukienkę. Podobno ubrania nie wyciągane z szafy przez trzy miesiące nadają się już tylko do oddania. Podczas tej selekcji zapakowałam kilka kartonów rzeczami, którymi obdaruje tych, którzy zechcą wziąć, Odkryłam z satysfakcją, że coraz łatwiej przychodzi mi rozstawać się z rzeczami. Przyjęłam zasadę: potrzebuję tego czego używam. Żadnych wystaw z kryształowych kieliszków, żadnych sztućców schowanych w pudelkach. Być może wzięło się to stąd, że już wiele straciłam i choć na początku cierpiałam z żalu za tym co kiedyś było moje, to teraz widzę, że to niemiłe doświadczenie zaowocowało w przyszłości. Jestem ,próbuję być wolna od miłości do przedmiotów. Jeśli kochać to ludzi!

 

17 września 2004 Wypisałam sobie co mam zrobić w sobotę. Sporo tego jak na wolny dzień. Ale z pozytywnych wydarzeń: pewnie uda mi się wypić kawę z koleżanką, a wieczorem spróbuję nalewki z malin, domowej produkcji mojej Mamy. Dobrego weekendu.

 

20 września 2004 Ten kto kocha czuje sens życia na każdym kroku. Przeczytałam dziś to zdanie ks. Mieczysława Puzewicza z Lublina i natychmiast przepisałam je do notesu. Co chwila robię jakieś notatki, wpisuję je do kalendarza, zeszytu, notesu, tego co akurat mam pod ręką. A potem trafiam na nie ponownie przeglądając te swoje zbiory. Pamiętam jak córka Czesława Niemena powiedziała mi kiedyś, że jej rodzinnym skarbem był zeszyt, w którym mama zapisywała rozmaite mądrości. Piękny skarb, prawda? Może niedoceniany. Każdy z nas nosi w sobie powiedzenia, z którymi dorastaliśmy. Jakieś „złote myśli” rodziców lub dziadków.

Ja w swoim domu często mówię, także do siebie, że żadna przykrość, żaden smutek i żadne niepowodzenie nie trwają wiecznie. Jak jest pod górę to musi być i z górki. Oby w tym tygodniu wszystkim nam było z górki.

 

21 września 2004 Zaskoczenie z dziś – w Polsce możliwe jest trzęsienie ziemi. Zdziwienie z przedwczoraj. Są takie bankiety, na których goście nie okupują stołu jak wygłodniale wilki. Obejrzałam „Belfra”, monodram, w którym Wojciech Pszoniak wciela się w postać sfrustrowanego nauczyciela. Na widowni licznie reprezentowana polska scena. Aktorzy, reżyserzy, krytycy, dziennikarze, znajomi, przyjaciele. A po spektaklu poczęstunek i rozmowy z bohaterem wieczoru. I wiecie co było w tym szokujące?

Nikt się nie przepychał by chwycić najlepszy kąsek, nie było dobrze mi znanych „gości” z premier kinowych, którzy w jednym reku trzymają talerz, w drugim kieliszek i brakuje im trzeciej kończyny do przechowania zapasów, tego co odkładają na później. Tu każdy mógł się częstować bez wyścigu. Kelnerzy donosili dyskretnie kolejne tace, a ja z ulga stwierdziłam, że nasze teatralne elity maja klasę. Uff.

 

22 września 2004 Musiałam wyjechać. Chociaż pogoda podróżom nie sprzyja. Wolałabym czytać książkę popijając herbatę. Ale na razie to tylko jesienne marzenie. Do jutra.

 

23 września 2004 Ciąg dalszy mojego zadziwienia. Na krakowskim Kazimierzu w pubie o niezwykłym klimacie drink z herbatą kosztuje 10 pln!! To miasto żyje od wczesnego ranka do późnej nocy. Tylko dlaczego ci, którzy tam mieszkają chcą wyjechać do Warszawy, a niemal cała stolica jeździ do Krakowa? Pomyślę o tym jak odpocznę. Byle do piątku.

 

24 września 2004 Pomyślałam jak miło by było, gdyby urzędnicy, sprzedawcy, wszyscy pracujący z klientem dostawali podwyżki za …uśmiech i poczucie humoru. Ostatnio mam szczęście trafiać na życzliwych ludzi. A już szczytem pozytywnego zaskoczenia był konsultant w Ikei, który na pytanie czy może nam pan pomóc odrzekł- ależ ja już nie pracuje, zapraszając w ten sposób do dalszej gry. Zostałam nie tylko świetnie obsłużona ,ale przy okazji też rozbawiona.

Przypomniał mi się pewien warszawski pub, w którym z założenia kelnerzy mieli dokuczać gościom. W sposób inteligentny, dowcipny i z wyczuciem. Szybko znalazłam godnego przeciwnika utarczek słownych, który przyjmując zamówienie stwierdzał -ależ na to cię nie stać, a potem dopytywał -czy nóż będzie potrzebny? Niewtajemniczeni musieli być wstrząśnięci taka formą obsługi gości. Nie wiem czy pub przetrwał, ale wiem ,że czasem trafiają się dowcipni klienci. A to z kolei wybija z rytmu znudzonych sprzedawców. Raz Wojtek Jagielski na standardowe pytanie- czy mogę w czymś pomóc? Odpowiedział- tak, chciałbym pożyczyć trochę pieniędzy- wzbudzając tym ogromne zdumienie i konsternację. Zabawnego, zaskakującego weekendu.

 

27 września 2004 W weekend z premedytacją dałam sobie czas na oddech. Zaprosiłam tych, których lubię na obiad, innych na deser- galaretkę z truskawkami, z niektórymi wypiłam poranną kawę, zjadłam też serowe fondue. Wszyscy ci bliscy mi ludzie w ocenie zewnętrznej osiągnęli sukces. Są popularni. I kiedy tak rozmawialiśmy pojawiło się pytanie o cenę. Jest nią przede wszystkim brak anonimowości. Każdy może ocenić, skrytykować, niepochlebnie obśmiać. Nie wiem czy zauważyliście, najwięcej brutalnych wypowiedzi jest na wszelkiego rodzaju portalach internetowych. Mój kolega, który starał się z założenia nie czytać opinii na swój temat tym razem to zrobił. I choć spodziewał się jakiego rodzaju wypowiedzi tam znajdzie i tak jest w szoku. A bynajmniej nie łatwo go urazić, ma poczucie humoru na swój temat , ma dystans a i tak poczuł się zdruzgotany bezinteresowną ludzką podłością. Tak to nazwał. Podłością. Może właśnie wiedząc, że nie miałabym siły, aby poradzić sobie z tą stroną popularności, wybrałam bycie Głosem. Aha, jedną dobrą rzecz powiedziała jedna „sławna” koleżanka. Każdy z nas ma po drodze swój sukces. Dlatego nie zazdrośćmy go innym.

 

28 września 2004 To dzisiaj. Zawsze ta rocznica mnie zaskakuje choć nadchodzi tego dnia od 14 lat. Mamy dziś święto w Radiu. Co pamiętam sprzed 14 lat? Ogromne napięcie towarzyszące godzinie zero. Najpierw losowanie kto z nas zacznie i pierwszy powie na 67 UKF dzień dobry. Padło na Rafała Korsaka. Ja wylosowałam kolejny dyżur. W nocy nie zmrużyłam oka, bolał mnie brzuch. A potem ogromna radość, że nas słychać. Krzysiek Skowroński, który nadbiegł z wiadomością, że taksówkarze na Nowym Świecie już nas słuchają. Emocje, emocje, jeszcze raz emocje. Dziś uczcimy je tortem. Tylko szkoda, że z tamtej atmosfery już tak niewiele zostało.

 

29 września 2004 Były sobie dwie przyjaciółki. Ta sama szkoła, te same studia, te same pomysły, ci sami znajomi. Nawet ubrania miały takie same. Tak żyły do czasu kiedy jedna z nich się zakochała. Dla drugiej to było jak zdrada. Ich drogi zaczynały się rozchodzić. Kiedy w Polsce zaczynały się zmiany jedna wyjechała szukać szczęścia zagranicę. Druga, jakby niesiona falą przemian zaczęła robić karierę mimo woli, tu w kraju. Tamta wróciła z podróży. Było już za późno, aby znaleźć ciekawą, atrakcyjną pracę. Zaczynała od zera. Jej dawna przyjaciółka wyprzedziła ją we wszystkim. Kiedyś łączyło je tak wiele. Czy ich ścieżki mają jeszcze szanse się zejść? Czy odnajdą w sobie żar dawnej przyjaźni czy też te odmienne doświadczenia oddaliły je od siebie? Kiedyś były takie same. Dziś różni je niemal wszystko.

 

30 września 2004 Byłam wczoraj świadkiem zabawnej scenki w metrze. Zaczytana usłyszałam jakieś zamieszanie obok. To młody mężczyzna zerwał się z miejsca na widok pani, która weszła do wagonu z kulami pod ręką. Pokazał jej siedzenie a ona z zażenowaniem zaczęła się tłumaczyć, że to tylko tak groźnie wygląda. Kule owszem są, ale nie dla niej, dla syna. Zaczerwieniona usiadła, a reszta pasażerów włączyła się do rozmowy. I tak jedna z niemłodych kobiet przypomniała sobie kiedy i ona wiozła komuś łaskę i też jej ustępowano miejsca… Pomyślałam, jak trudno nam przyznać się do ułomności, do starości do jakiejkolwiek niemocy. A tymczasem jest sporo osób, które w naturalny, zwykły sposób okażą pomoc, ustąpią miejsca. Swoja drogą ta pani z metra z kulami dla syna powinna się cieszyć, ze ktoś zrywa się na widok kul…bez względu na to czy są jej czy dla syna.

P.S. Pamiętam pewnego pomysłowego menela ze swojego rodzinnego, świętego miasta. Zawsze miał kule, zawsze siadał w autobusach, a gdy tylko widział następny , do którego miał się przesiąść chwytał kule pod rękę i biegiem, na zdrowych nogach wybiegał z autobusu ku zdziwieniu reszty. Po jakimś czasie wszyscy już go znali.

 

1 października 2004 W piątek powinno być radośnie i optymistycznie a tymczasem ja się złoszczę. Na moment, w którym znalazł się nasz kraj. Na tych ,którzy rządzą, na tych, od których zależy więcej niż ode mnie. Coraz częściej z różnych stron słyszę, ze ktoś mi bliski lub dalszy stracił pracę, szuka pracy, Albo pracuje za symboliczne wręcz pieniądze. Znam świetnie wykształconych młodych ludzi. Nikt ich nie chce. Może są lepiej wykształceni niż ewentualni pracodawcy? Dużo mówi się, ze w Polsce dobra pracę dostaje się tylko dzięki układom. Zawsze reagowałam na to stwierdzenie bojowo- to nieprawda! A teraz myślę, że może tak właśnie jest tylko ja w swoim idealizmie nie chcę tego dostrzec?

 

4 października 2004 Ale mglisty zimny poranek. W weekend zauważyłam, że zaczęła się jesień. Jechałam w stronę Gór Świętokrzyskich i im dalej od Warszawy tym więcej kolorów. Piękny moment, tylko szkoda, że tak szybko mija. Zauważcie tańczące na wietrze liście zanim zupełnie spadną z drzew. I ten zapach wilgoci…

Obejrzałam film „Godziny”. Obawiałam się wcześniej jego depresyjnej, smutnej tematyki. Tymczasem zasypiałam z jedną myślą w głowie. Wypowiada ja Virginia Woolf grana przez Nicole Kidman. „Ktoś musi umrzeć, żeby pozostali docenili życie. Tak dla kontrastu.” Doceniajcie życie jakie stanie się naszym udziałem w tym tygodniu.

 

5 października 2004 Ostatnio robię wszystko, by nie dać się pochłonąć szarościom. Wraz z jesienią wracają te same pytania, o ludzką uczciwość, o znaczenie słowa prawda, o moją własną ufność, którą mam dla wszystkich ALE nie wszyscy odpłacają tym samym.

Dlaczego rodzice nie uczą swych dzieci, że krzywdy wyrządzone należy naprawiać? Skąd w niektórych tyle energii i pomysłowości, by układać sobie życie cudzym kosztem? Raz, tylko jeden raz miałam do czynienia ze złem. Ale za to od razu na dużą ,filmową skalę. I choć minęło kilka lat to tkwi we mnie mocno. Na szczęście tak samo mocno wierzę, że dobro zwycięża. Choć czasem na to zwycięstwo trzeba cierpliwie czekać.

 

6 października 2004 Kiedy będziecie z niedowierzaniem patrzeć na termometry, ciesząc się słońcem i spadającymi z drzew liśćmi, ja będę w podróży. I spróbuje też zauważyć, że jest złota polska jesień, a fakt, że wszystko płynie należy uznać za pozytywny element życia. Skoro wszystko płynie to przykrości tez kiedyś się kończą. Do jutra.

 

7 października 2004 Przeczytałam kolejną książkę Romy Ligockiej „Kobieta w podroży.” To krótkie opowiastki z jej obserwacjami świata, opisem przeżyć emigrantki i Żydówki. Jak zawsze poruszające. Utkwiła mi zwłaszcza historyjka o zakupach, kiedy jakiś bezwzględny klient wpychał się brutalnie przed nią w kolejkę do kasy.Roma Ligocka zareagowała krótkim – „umrzesz”. I nie była to groźba czarownicy lecz tylko stwierdzenie, tak mocno związane z jej wspomnieniami z holokaustu. Pchasz się walczysz, a przecież umrzesz. Teraz zastanawia się czy ten młody wówczas człowiek jeszcze żyje… Słowa maja wielka moc.

Pomyślałam, że ostatnio tylko ten wyraz przychodzi mi do głowy jako komentarz do zachowania pewnego, złego człowieka. Mam ochotę powiedzieć mu- umrzesz. Umrzesz, tak jak wszyscy umierają, tylko Ty będziesz miał ze sobą bagaż wyrządzonych innym krzywd.

 

8 października 2004 Ktoś napisał, że nie znosi jesieni. Ja dziś stojąc przed garderobą i zastanawiając się co ubrać, pomyślałam już o zimie. O tym, że nie wybiegnę z domu bez rękawiczek, czapki, dwóch swetrów. Najpierw będę się kilka minut ubierać, by potem przez kilka minut się rozbierać, brrrr. Zima jest piękna w górach. I o poranku. Ale przecież nie spędzę tych miesięcy w swoim ulubionym pensjonacie w Zakopanem, i nie będą to tylko poranki. Zauważyliście ,że dzieci nie mają takich problemów? Zapytajcie je o ulubiona porę roku. Powiedzą, że i lato i wiosna i zima ,no może jesień ma najmniej fanów, ale to zrozumiałe. Przygotowuję się psychicznie na nadejście zimy. A w weekend wybiorę się na poszukiwanie kasztanów.

 

11 października 2004 Odkąd mamy Internet i łatwość komunikacji, mamy też nowy sposób na komentowanie wydarzeń. Jakoś wyraźniej do mnie dociera, że anonimowość sieci wyzwala w ludziach niskie instynkty. Zobaczcie jakie opinie znajdują się pod artykułami. Nie daj Boże informacja dotyczy kogoś znanego, wtedy się zaczyna. Epitety, złośliwości ,wylewana żółć. Właśnie przeczytałam, że Jolanta Pieńkowska odchodzi z telewizji publicznej. Gdyby jej obecność w dzienniku zależała od opinii internautów nie znalazłaby się tam ani na minutę. Komentarze niszczące, z których te w stylu” dosyć szczura na ekranie”, były najłagodniejsze.

Nie znam Jolanty Pieńkowskiej. Nie mam osobistych powodów, by stawać w jej obronie ale kiedy czytam z jaka łatwością inni „przejeżdżają się” po niej to cierpnie mi skóra. Czy autorzy tej anonimowej krytyki mieliby odwagę powiedzieć komuś w twarz, to co wypisują w sieci? Jakim prawem oceniając nową kampanię reklamową Radiostacji ktoś pisze, że to stacja z folwarku szefa Radia Zet,” tego lachociąga”. Przepraszam za drastyczne cytaty.

Chciałabym wierzyć, że opinie jakie znajduję w Internecie nie są typowymi poglądami Polaków, bo to by oznaczało, że żyjemy w kraju pełnym jadu, zawiści, frustracji i kompleksów

 

12 października 2004 Sikorki zwariowały. Dają mi wyraźnie do zrozumienia, że zima się zbliża. Widzę jak siadają na gałęziach drzew, a ja zgodnie z zasadą „nie dokarmiać ptaków dopóki nie ma śniegu” tylko im się przyglądam. Zazdroszczę tym, którzy maja wokół siebie więcej ptaków, zwierząt, więcej przyrody. Czasem mam ogromna ochotę rzucić to pędzące miasto i zamieszkać w Puszczy Białowieskiej, Bieszczadach, gdzieś gdzie życie płynie swoim powolnym rytmem i nikogo specjalnie nie obchodzą newsy z pierwszych stron gazet. Wiem, że nie jeden mieszczuch tak zrobił. Teraz, gdy mamy Internet pracować można w każdym, nawet najbardziej „zabitym deskami” miejscu. Może trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok…

 

13 października 2004 Najpierw przeczytałam, a potem trafiłam na nowe reality show w naszych telewizjach. Pamiętacie zamieszanie jakie wywołał Big Brother? Wtedy wydawało nam się, że to szczyt ekshibicjonizmu, nie wiedzieliśmy ,że to nie koniec. Teraz możemy popatrzeć jak rywalizujący ze sobą uczestnicy programów (skąd producenci wynajdują takie typy charakterologiczne?) jedzą robaki, wypijają zmiksowany krwisty koktajl mięsny, pływają w śledziach itp. itd. My jesteśmy bezpieczni. Siedzimy przed telewizorami i co najwyżej zamykamy oczy albo odwracamy się z obrzydzeniem. W tym wszystkim zastanawia mnie jedno – jak łatwo tym ,którzy dostarczają nam tej rozrywki przychodzi manipulowanie bohaterami reality. Ci ludzie stają się marionetkami w rękach speców od rozrywki i mam wrażenie, że dla swoich 5 minut poświęcą wiele.

Ich życie na czas trwania programu przestaje należeć do nich. Mają zaprogramowane przez producentów konflikty, problemy, im ostrzejsze tym lepiej. Czekam, aż ktoś pokaże nam losy uczestników reality po tej telewizyjnej przygodzie. Ilu z nich odnalazło się w prawdziwym życiu, gdzie co prawda rzadko kiedy trzeba jeść robaki, ale za to czekają równie silne wyzwania. Za nimi jednak nie stoją nagrody i pieniądze.

 

14 października 2004 Dzisiaj o dzieciństwie. Kto z Was po szkole siedział w domu? Wybiegaliśmy na podwórko, a tam już czekały Anki, Iwony, Beaty, itd., czyli wszystkie inne dzieciaki z sąsiedztwa. Padało hasło i już była zabawa, podchody, kapsle, wyścigi na rowerach, chowanego ,a nawet ze wstydem przyznaje- wojna. Pamiętam siebie w otoczeniu innych dzieci. Mieliśmy swój magiczny świat, w który wkraczali rodzice wracający z pracy. Wtedy rozchodziliśmy się do domów ,by nazajutrz znów się wywoływać wyklaskiwanym hasłem. Patrzę na teraźniejsze dzieciaki i jest mi ich żal. Ich dzień (myślę tu o dużych miastach) jest ściśle zorganizowany. Szkoła, zajęcia dodatkowe, lekcje, chwila zabawy w domu pod okiem niani, babci, mamy a potem już sen. Wizyty kolegów muszą być wcześniej zaplanowane i umówione. Podwórek brak. Trzepaków brak. Na placach zabaw tylko maluchy z opiekunkami. Może kiedyś nie mieliśmy całych kolekcji lalek Barbie i Kenów, nie było tych fantastycznych filmów, na które moglibyśmy chodzić do kina z rodzicami ale była przygoda. Teraz nasze dzieci są świadomie lub nie przygotowywane do wyścigu szczurów. I czy mają beztroskie dzieciństwo?

 

15 października 2004 Mamy coraz więcej możliwości wyboru. We wszystkim. Tylko czy wybieramy? Zauważyłam, że często z wygody bierzemy jak leci. Zewsząd otaczają nas reklamowe hasła w stylu- to musisz mieć, to musisz zobaczyć, którym bezwolnie ulegamy, wyłączając własne myślenie. A teraz należałoby zadawać sobie pytanie- czy naprawdę jest mi to potrzebne? Czy ten program z telewizji, film obejrzany w kinie czy na dvd rzeczywiście coś zmienia w moim życiu? Czy kupno super modnej bluzki to rzeczywiście mój wybór i moja decyzja? Mamy coraz mniej wolności i niezależności w podejmowaniu codziennych decyzji. Sama śmiałam się z siebie, kiedy poszłam do kina dwa razy z rzędu na filmy promowane hasłami- wydarzenie ,najważniejszy film roku itp. itd. Byłam rozczarowana ,a to pokazało mi ,że muszę wciąż myśleć, czytać i zbierać własne informacje i na ich podstawie podejmować decyzje.

 

18 października 2004  Nowy tydzień. Nowe siły. Znów jakiś symboliczny początek. Miałam napisać o czymś innym, o tym co chodzi mi po głowie od paru dni, że jesteśmy stworzeni do radości i szczęścia i czasem wystarczy przewartościować kilka spraw, odwrócić myślenie i zacząć inaczej patrzeć na to co nas spotyka, wtedy przychodzi duża ulga.

Przestajemy walczyć a zaczynamy żyć. O tym miało być dzisiaj ale przeczytałam przejmujący list pewnej nastolatki, która opisuje mi losy swej koleżanki. Dziewczyna popadła w anoreksje, do tego bierze narkotyki i jest jej obojętne jak długo pożyje. Zaczęła ,żeby zwrócić na siebie uwagę, a teraz już nie ma siły by z tym walczyć. Nena to widzi, nie wie co robić jak jej pomóc, ale czuje, że musi. Zastanowiło mnie jedno. Dziewczyna chciała, by ktoś się przejął nią i jej problemami. Jej mama była zajęta. Swoimi sprawami, miłością, układaniem sobie życia, pewnie pracą. Dziecko już odchowane, prawie dorosłe. Tymczasem to wciąż ktoś kto potrzebuje czułości, troski i rozmowy. Nie wiem o ile dramatów było by mniej gdybyśmy zamiast żyć obok żyli ze sobą. Dobrze że przy tej nieszczęśliwej nastolatce jest Nena. Ale czy uda jej się dotrzeć do koleżanki, która zmierza ku samozagładzie?

 

19 października 2004 Co warte jest nasze gromadzenie tylko dla faktu gromadzenia? Nic. Nie posiadam w domu przedmiotów użytkowych tylko do oglądania. Wychodzę z założenia, że mamy coś po to, by z tego korzystać. Jeśli coś ma leżeć na dnie szuflady tzn. że jest niepotrzebne. Nie mam zbyt wielu bibelotów i kolekcji, nie wystawiam w witrynach porcelany, która należy tylko podziwiać. Kawę piję w ulubionych filiżankach, mieszając ją srebrną rodową łyżeczką. Poczucie, że jesteśmy tu na krótko sprawiło, że korzystam z tego co mam tu i teraz. Nie czekam na okazje, święta, już nie czekam. Bo oczywiście tego cieszenia się tym co mnie otacza powoli się uczyłam. Nie ogłoszę wszem i wobec, że nie ma we mnie przywiązania do przedmiotów, ale z pewnością to już nie ja jestem dla nich ale one dla mnie.

Przeczytałam niedawno fragment buddyjskiej pieśni, bardzo mi się spodobała. Przeczytajcie i Wy. „Wszystko co dziś jest mi drogie i do czego jestem przywiązany , pewnego dnia będę musiał zostawić. Jedyne co mogę ze sobą zabrać to owoc moich czynów- myśli, mowy i czynności ciała.” Dobrego wtorku.

 

20 października 2004 Nigdy nie myślałam o sobie, że jestem patriotką. Mam w sobie wiele przywiązania do Polski, popłakuję ,gdy grają hymn, jestem dumna, gdy moi rodacy coś zdobywają, odkrywają, kocham polskie krajobrazy itp. itd. Jednocześnie jednak mam w sobie kosmopolityczne myślenie i z chęcią pomieszkałabym dłuższy czas w Paryżu, albo w Pradze. Ale kiedy przeczytałam w „Forum” artykuł pewnej rosyjskiej dziennikarki poczułam złość na to, że ktoś obraża mój kraj. Wg tej pani Polska zatrzymała się na etapie reform jakie w Rosji wprowadzono na początku lat 90,a za własne zacofanie wini Moskwę.

Jesteśmy „spsiałym tygrysem Europy” w którym jest bardzo mało sklepów, a jak już są to głównie spożywcze ze średnim wyborem. W Domach Towarowych Centrum są wariacje na temat wiejski dom towarowy w zamożnej wiosce. Polacy maja ponure, nieprzyjemne, nieprzystępne twarze i żyją w starej radzieckiej rzeczywistości, której w Rosji od dawna nie ma. Więcej cytować nie będę.

Pogardliwy ton artykułu wyzwolił we mnie chęć prostowania, tłumaczenia, argumentowania. Byłam w Moskwie. Widziałam tę światową stolice z wieloma luksusowymi sklepami kreatorów mody. Ale w tym samym mieście nie sposób wejść do metra, bo najpierw należy przecisnąć się przez tłum straganiarzy i podejrzanych typków spod ciemnej gwiazdy. Nie wspominając o zwyczajach kierowców-piratów. Tam każdy pędzi nie zważając na pieszych, światła i przepisy. A jeśli jedzie w terenowym aucie z zaciemnionymi szybami to może być albo z rządu albo z mafii, w Moskwie wie to każdy kierowca. Przejście przez szerokie ulice to nie lada wyzwanie, wymagające dużego sprytu. Podobnie jak wymiana pieniędzy w kantorze, gdzie trzeba mieć oczy na około głowy. Wiem, że w moim kraju nie dzieje się najlepiej ale sto lat za Sowietami na pewno nie jesteśmy, a taki jest wydźwięk tego artykułu.

 

21 października 2004 Szczęśliwi w pracy są tylko ci, którzy potrafią być szczęśliwi bez niej. Według tej opinii ja jestem szczęśliwa. Potrafię zapełnić sobie wolny czas i nie mam problemów z wymyślaniem co będę robić na wakacjach, czy w wolne popołudnia. Mam farta, pracuję nie tylko dla pieniędzy. Robię to co sprawia mi radość. Ale kiedy rozmawiam z kimś sfrustrowanym mam ochotę zapytać- dlaczego nie zaczniesz robić tego co lubisz.

Zwykle słyszę wtedy, że to pieniądze trzymają w tej znienawidzonej firmie. Tymczasem ktoś z moich bliskich zrobił ten krok, zostawił głupiego szefa, zarabia mniej ale częściej widzi go syn, żona i reszta rodziny. A przede wszystkim on sam jest szczęśliwszy. Pamiętajmy, że pracujemy żeby żyć, a nie żyjemy żeby pracować.

 

22 października 2004 Wczoraj w ciągu szybkiej, 5 minutowej rozmowy z D. zadaliśmy sobie pytanie czy jesteśmy ciągle jeszcze kreatorami własnego życia czy raczej pędzimy rozpędzeni kierunku jaki kiedyś obraliśmy albo „sam” się obrał. Zauważyliście, że bardzo łatwo traci się kontrolę nad własnym życiem. Przestajemy wtedy sami dzień w dzień dokonywać wyborów tylko bierzemy to co jest, to co nam dają, bo już jesteśmy rozpędzeni i wszystko toczy się swoim rytmem. Tylko czy zawsze wtedy robimy to co nas cieszy?

A czas mija. Podziwiam ludzi, którzy potrafią się zatrzymać, zadać sobie pytanie, czego chcą, o czym marzą, a potem zmieniają swe życie czasem o 180 stopni. Mam wiele szacunku dla kobiet zaczynających wszystko od początku, od zera, bo np. mąż odszedł i trzeba zacząć żyć od nowa. Fascynują mnie ludzie, którzy mają odwagę kierować swym życiem. Sama musze się jeszcze tego nauczyć.

 

25 października 2004 Idealny wolny czas to znaleźć chwile dla siebie, dla bliskich, niczego nie musieć robić, na wszystko patrzeć mrużąc w słońcu oczy, sączyć grzane piwo przyglądając się szalonemu wirowaniu liści i planować swą przyszłość w najjaśniejszych kolorach. To już za mną. Przed nami kilka ciepłych dni. Piękna perspektywa. Trwajmy w tym po weekendowym rozleniwieniu jak tylko długo się da.

 

26 października 2004 Nie jesteśmy jak Amerykanie, nie uśmiechamy się od rana, odpowiadając na pytanie co słychać zawsze miło, zawsze pozytywnie. Nie utrzymujemy może tak jak oni fikcyjnych, powierzchownych związków ,nie chodzimy do psychoterapeutów, wciąż mamy przyjaciół, którym możemy się wygadać, a oni za to wysłuchiwanie nie biorą od nas pieniędzy. Ale chyba przydałoby nam się więcej pogody ducha. Takiej bezinteresownej radości, która bierze się tylko z odkrycia, że mamy nowy dzień. Przeczytałam, że chwila spędzona z człowiekiem pogodnym i zadowolonym daje nam więcej niż połykane pigułki.. I coś w tym jest. Dziś rano minęłam mężczyznę uśmiechającego się do siebie. Ja też się uśmiechnęłam.

 

27 października 2004 Podziwiam ludzi, którzy nie mając problemów sami je sobie stwarzają. Nie potrafią stanąć z boku i zauważyć, że niczego im do szczęścia nie brakuje. Zjadłam dziś śniadanie z E. Opowiadała mi o swoim życiu, o planach budowy domu, o tym, że wreszcie znalazła mężczyznę do którego chce jej się wracać. Widziałam jak jej dni oparte dotąd tylko na pracy i wyścigu szczurów nabrały innego sensu. Jest tylko jedno ale. Mężczyzna jest chorobliwie zazdrosny. W czasie naszego godzinnego śniadania zadzwonił 11 razy, na jej wyciszoną komórkę. Kiedy oddzwoniła ,pytając spokojnie co się stało, już był zdenerwowany. Stracił nad nią kontrole. Nie wiedział co robi i wyobraźnia zaczęła działać. Ona już, jak twierdzi przyzwyczaiła się, że jest kontrolowana i nie obdarzana zaufaniem. Z kolegami spotyka się w tajemnicy, wiedząc jak wielką groziłoby to aferą. Pomyślałam, jakie to smutne.

Ludzie, którzy chcą być ze sobą, mają wspólne plany, jest im dobrze i zamiast trwać w tym i tylko to szczęście konsumować stwarzają sztuczne problemy. Od razu zrobiłam swój rachunek sumienia, czy i ja nie tracę własnej energii na nikomu niepotrzebne smutki i strachy.

 

28 października 2004 W radiu usłyszałam reklamę korkofonu, a to oznacza, że listopadowe święto już coraz bliżej. Ludzie zaczynają się przemieszczać. Jadą często tam, gdzie ich serce. Zauważyłam to patrząc na swoich rodziców. Chętnie odwiedzają swoją rodzinę, ciągnie ich do miejsc własnych wspomnień. A 1 listopada to pragnienie bycia tam, skąd się „wyszło w świat” jest szczególne.

Kiedyś nie lubiłam tych świąt. Teraz do nich dorosłam. I wiem, że w polskiej tradycji są wyjątkowe. Przypomniał mi się nekrolog jaki po śmierci historyka Tomasza Strzembosza zamieściła jego rodzina. „Był człowiekiem wolnym. Żył w zgodzie z Bogiem, ludźmi i samym sobą, bo tak wybrał.” Piękne.

 

29 października 2004 Obiecałam sobie, że dziś zatrzymam chwile. I sfotografuję te coraz szybciej kończącą się jesień. Coraz mniej liści na drzewach, coraz więcej na ziemi. To byłaby najcudowniejsza pora roku, gdyby nie nadchodzące zaraz po niej zimne i za krótkie dni bez słońca. Jesienią możemy mieć więcej czasu. Dla siebie, dla przyjaciół, dla swoich ulubionych czynności. Przysyłacie mi swoje zdjęcia jesieni. Znajdę dla nich miejsce na www. Dziękuję, że zauważacie to co niby takie zwykłe.

 

2 listopada 2004 Mamy dzień zaduszny ale wiadomo, że po 1 listopada wszystko znów zaczyna wyglądać tak samo. Jesteśmy w pracy, w szkole, mamy te same obowiązki co zwykle. Wczoraj słuchacze radia dawali mi jasno do zrozumienia, że to święto ,mimo melancholii i smutku ma też jasną stronę i optymistyczny przekaz. Zmierzamy w jednym kierunku, od śmierci nie ma odwrotu, kiedy to do nas dociera zaczynamy żyć świadomie. Nie stać już nas na trwonienie cennych chwil, na udawanie, że żyjemy, na powierzchowność w kontaktach. To jedno.

A druga rzecz, która przyszła mi do głowy w te święta, kiedy patrzyłam na morze światełek przy ważnych grobach pisarzy, piosenkarzy, znanych ludzi. Coś po nas zostaje. Dobro, które uczyniliśmy innym. Dobro w postaci tego co stworzyliśmy. Efekt aktywności za życia. I jeszcze coś. Ewangelicy maja piękne cmentarze i wciąż piszą na nagrobkach epitafia. To zatrzymuje.

 

3 listopada 2004 11: 06 Słońce mnie dziś obudziło. To dobra wiadomość. Gorsza- na dworze już jesienny chłód. Otwieram kolejne słoiczki z sokiem malinowym, jak tak dalej pójdzie to na zimę niewiele mi zostanie.

Wczoraj słuchacze pisali maile opisując swe wpadki językowe. Najbardziej mi się podobała dziewczyna, która zapytała swojego kolegę motolotniarza czy ją przeleci jak zrobi się cieplej. Iza Szumielewicz, nasz depeszowiec ,słynie ze swojego przestawiania liter w pisanych dziennikach. I tak gabinet owalny jest u niej gabinetem olanym, a grupa to dupa. Zawsze czekam w napięciu kiedy nie zdąży sama się poprawić i przeczyta na antenie to co sobie napisała.

Dziś spotykam się z dawna koleżanką, czy będziemy miały o czym rozmawiać, czy czas odcisnął na nas swoje piętno? Trochę się obawiam. Dobrej środy.

 

4 listopada 2004 9:11 Czymże innym jest dojrzałość jak nie odpowiedzialnością za swoje życie? Przyjęciem przeszłości i otwarciem się na przyszłość? Mamy prawo się zmieniać, ewoluować, wyciągać wnioski. Mamy prawo nawet popełniać błędy jeśli tylko robimy potem wszystko, by ich nie powtórzyć. Spotkanie z koleżanką z dawnych lat zakończyło się odkryciem, ze wrażliwość dawnych dziewczynek w nas pozostała, ale doświadczenia dorosłości mamy inne. Jestem ze świata, którym moja dawna kumpelka pogardza, bo jest to według niej świat ludzi bez zasad, zepsutych, liberalnych i zdemoralizowanych karierą czy pieniędzmi. Takie ma założenie.

Nie potrafię z tym walczyć. Tak jak nie potrafię walczyć z fałszywymi oskarżeniami, stereotypami, schematami w myśleniu. Przecież bycie uczciwym nie ma nic wspólnego ze stanowiskiem jakie się zajmuje i ze stanem konta. Truizm. Kiedyś chciało mi się tłumaczyć, dyskutować, wyjaśniać, tym razem jednak poczułam, ze nie muszę zmieniać czyjegoś spojrzenia, że nie jestem odpowiedzialna za cudze postrzeganie świata. Nie zależało mi po raz pierwszy co sobie pomyśli moja koleżanka.

 

5 listopada 2004 9:44 Wychodzi na to, że najlepiej jest za dużo nie myśleć. Nie analizować swego życia, nie zgłębiać powodów dla których pojawiliśmy się na tym świecie w tym konkretnym czasie. Dlaczego? Dlatego, że na końcu takiego poszukiwania jest zwykle …pustka. Wiem, że nic nie wiem. Bezsens. Kiedy raz na jakiś czas moja przyjaciółka odkrywa, że jej istnienie jest właściwie bez sensu, to razem wiemy to samo. Chwile, codzienność, szybko mijający wspólny czas oto sens. Więcej nie ma co szukać. Pesymizm wiąże się z inteligencją, optymizm z wolą. Chciejcie być optymistami. Wyruszam dziś do Turcji. Na kilka dni. Poczekacie?

 

10 listopada 2004 10:13 Na warszawskim Smyku zawisły już świąteczne ozdoby. Świeci się choinka i brakuje tylko napisu „do siego roku”. Coraz szybciej handlowcy zmuszają nas do myślenia o prezentach, A ja jeszcze z nastrojem bliższym 1 listopada niż 24 grudnia. Kąpałam się w morzu, leżałam w słońcu, nie odważyłam się jedynie wejść do basenu, bo po nocnym deszczu woda wydawała mi się za chłodna. Podziwiałam góry z hotelowego balkonu i wzbudzałam podziw zjadając kolejne słodkie tureckie ciastko. Odkryłam dla siebie przyjemność korzystania z łaźni tureckiej. To był mój pierwszy raz w tym kraju. Zmieniający dotychczasowe schematyczne myślenie. Tam jest i Europa i Azja. Fascynujący mix.

Wróciłam z przekonaniem, że ludzie w każdym miejscu na świecie chcą cieszyć się z tego co mają. Nasłuchałam się wezwań do pokoju, do miłości, do pozytywnego myślenia. Nasz turecki przewodnik Omar przekonywał, że wszyscy jesteśmy ludźmi bogatymi. Ci co są w szpitalach mają wolność ale nie mają zdrowia, ci co są w więzieniach mają zdrowie ale nie mają wolności. My mamy i jedno i drugie, a to są największe skarby życia. Czy nie miał racji?

 

15 listopada 2004 12:22 Jakie są najpiękniejsze miejsca w Polsce? Wróciłam właśnie z Zakopanego i mogę jasno napisać, że to magiczne miasto. Wcale się nie dziwię, że do podróży tam wcale nie zniechęca ani wąska zakopianka, ani ceny niektórych pensjonatów, ani lanserskie towarzystwo na Krupówkach. Tatry czarują i kto raz się zakocha będzie to miłość na cale życie.

Jechałam na swój długi weekend z mieszanymi uczuciami, że znów trafię na tłok na drogach, ścisk w restauracjach i kolejki w schroniskach. Ale po pierwsze warszawiacy i krakusy wjeżdżające do miasta jakoś się po nim rozjeżdżają ,a po drugie cała reszta niedogodności zostaje szybko wynagrodzona. Zapachem, kolorami, widokami, spotkaniami z zakopiańskimi dobrymi znajomymi, smakiem smażonych rydzów i grzanego wina. Teraz, kiedy powstaje Księga na Dobry Dzień, chciałabym, aby znalazł się w niej rozdział o magicznych miejscach. Napiszcie proszę o Waszych miejscach, które są Waszym odkryciem, w których czujecie się szczęśliwi, do których wracacie. Miłego początku tygodnia.

 

16 listopada 2004 11:20 Jestem za demokracja. Za tym, abyśmy rządzili się sami i o ważnych sprawach decydowali sami. Tymczasem ci, których wybieramy bardzo szybko nadużywają naszego zaufania. Nie wiem czy mam jeszcze na kogo głosować. Słowo polityk oznacza nieuczciwość, prywatę, demoralizację. Frustruje mnie polityczna rzeczywistość kraju. Dlatego ze zdziwieniem wysłuchałam opinii kolegi, który przekonywał, ze jego cieszą afery ostatnich dni. Bo to oznacza, że szumowina wypływa, całe to zło wychodzi na jaw, jest wg niego szansa na zrobienie porządków. Oby miał rację.

I jeszcze jedno- w szkołach będą lekcje antykorupcyjne. Wygląda na to, że będziemy uczyć dzieci ,że łapówek nie należy dawać. Wydawało mi się, że dzieci nie wpadają na takie pomysły, to świat dorosłych pokazuje im takie rozwiązania…a może czasy się zmieniły i ja nie nadążam. Słonecznego wtorku.

 

17 listopada 2004 12:13 Zaraz po 1 listopada witryny angielskich sklepów zmieniły wystrój. Jak na komendę. Wszystkie rozbłysły lampkami, zazieleniły się choinkami, są pełne Mikołajów, krasnali, bombek, tego wszystkiego co może sprawić, ze klient skuszony wejdzie i już w listopadzie zacznie wydawać pieniądze na świąteczne gadżety.

Mniej więcej tak opisał marketingowe działania kolega ,który mieszka teraz w Anglii. Z jego perspektywy tam rządzi pieniądz…a u nas jeszcze jest miejsce dla innych wartości. To mnie zastanowiło. Własną inność dostrzegamy najczęściej dzięki cudzym ocenom. Było mi niezwykle miło, kiedy siedzący obok mnie w samolocie zagraniczny przedsiębiorca opowiadał o swoich wrażeniach z Polski. Pracował i mieszkał w wielu krajach i na tle tych narodowości jakie poznał my mamy to coś co nas wyrażanie odróżnia.

Zgadnijcie o czym mówił? O naszym romantyzmie, o naszym mistycyzmie. My unosimy się lekko nad ziemia, nawet jeśli tego nie zauważamy na co dzień to jednak jesteśmy uduchowieni. Za tym idzie nasza gościnność, otwartość, życzliwość. To dla nas normalne, odpowiadałam, nie widząc w tym nic niezwykłego. Ale w duchu rozpływałam się z dumy. Jestem z kraju w którym ludziom wciąż zależy na pielęgnowaniu sacrum. Pieniądz? Owszem – ważny . Ale wciąż istnieją inne wartości. Jesteśmy im jakoś tak automatycznie wierni. Czy to nie wystarcza, by poczuć dumę?

 

18 listopada 2004 Czy dzieci wiedzą co to kindersztuba? Dobre wychowanie ogranicza się teraz do dobrej edukacji. I faktycznie, dzieciaki są coraz mądrzejsze…i coraz mniej kulturalne. Dorośli w niczym ich nie peszą. Koleżanka w radiu opowiadała o swoich wrażeniach ze świetlicy szkolnej. Jej obecność nie przeszkadzała dzieciom obrzucać się wyzwiskami. ”Jak się nie zamkniesz to cię palnę w łeb” takimi „prośbami” zwracają się do siebie pierwszoklasiści. Ofiarami tego wychowania a raczej jego braku jesteśmy my sami. Z dzieci wyrastają dorośli. Ostatnio w metrze spotkałam swojego fryzjera. Siedział, kiedy ja weszłam do zatłoczonego wagonu.

Kiedy spotykamy się w eleganckim salonie, on rzuca się z pomocą przy zdejmowaniu płaszcza, grzecznie podsuwa fotel, pyta czy nie zrobić czegoś do picia, wydaje się być gentelmanem najwyższej klasy. Tymczasem w tej nowej dla niego sytuacji jest inaczej. Mój zawodowo super kulturalny fryzjer dalej siedzi i z tej pozycji prowadzi ze mną rozmowę. Nachylam się nad nim, czując jednocześnie jak ta sytuacja mnie żenuje.

Uświadamiam sobie, że w pracy ten chłopak został profesjonalnie przeszkolony, w życiu niestety nie. Nikt mu nie wytłumaczył, że mężczyźnie nie wypada siedzieć przy stojącej znajomej kobiecie. Cóż, chwała moim radiowym kolegom. Oni kindersztubę mają we krwi.

 

22 listopada 2004 9:50 Wiecie kiedy najbardziej dociera do mnie, że powinnam chwytać chwile i nie narzekać na teraźniejszość? Wtedy, gdy staje się świadkiem cierpienia, choroby ,śmierci. Nie znam odpowiedzi na pytanie dlaczego małe dzieci chorują ,a młodzi mężczyźni umierają. W takich momentach czuję, że nikt tego nie wie, nie pojmuje. Co zostaje? Afirmacja czasu, który jest. Radość z każdego dnia pełnego małych smutków i nic nie znaczących problemów.

Odpowiednia hierarchia wartości. Co ważne ,co mniej. Ilekroć czytam w nekrologach wezwanie ”śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Myślę o tym, by nie dać się zaskoczyć. By kochać kiedy jest na to czas, bo jutro bywa niepewne. Żyjmy dziś i teraz.

 

23 listopada 2004 Postanowiłam bardziej pielęgnować swoje życie towarzyskie. Nie dlatego, że opuszczają mnie przyjaciele i znajomi tylko dlatego, że żal mi, że tak niewiele dla siebie robimy. Wymówka podstawowa brak czasu. Choć sobie i wam przypomnę, że najmniej na brak czasu narzekają ci, którzy robią najwięcej. Tak to już jest.

A zatem urządzam pijama party. W strojach nocnych. Rodzinna zabawa. Także z dziećmi. Właśnie usiłuję sobie przypomnieć gry i zabawy, które były główną rozrywką kolonii ( butelka się nie nadaje, chusteczka haftowana chyba też nie).Kalambury będą ok. Wszystko po to, abyśmy się mogli razem powygłupiać a nie tylko rozmawiać o Pęczaku, Dochnalu, Orlenie i Millerze. Ostatnio też o Ukrainie. Mam już pomysł na szybkie przekąski, ktoś ma zrobić pizze, ktoś inny popisową sałatkę. Postaram się nawet o ciasteczka z karteczkami-niespodziankami, kupię nagrody, wszystko po to, by sprawdzić czy jeszcze potrafimy się bawić bez skrępowania i zahamowań. Tak więc zanim zaczniecie tęsknić do czasów, kiedy ludzie spotykali się dla zabawy a nie wyłącznie po to, by załatwiać interesy, urządźcie jakąś imprezę, choćby miała tylko polegać na zawodach w scrabble.

 

24 listopada 2004 Czy Wy też macie ochotę zjeść tabliczkę czekolady (w moim przypadku kokosowej) i wsunąć się pod ciepłą kołdrę? Nie wiem jakim cudem udaje mi się zmusić ciało do jakiejkolwiek aktywności. Najgorsze są te ciemne poranki. Wyżaliłam się a teraz zaczynam dzień. Jedyny, niepowtarzalny, wyjątkowy 🙂

 

25 listopada 2004 Dziś nie będę pisać o przesypianiu zimy. Dziś wykorzystam każda minutę dnia. Zadbam o swój czas. Obejrzałam wczoraj pożegnanie Marcina Pawłowskiego.. Jego koledzy siadali przed włączoną kamerą i mówili, o nim, do niego, do siebie. Patrzyłam i nawet nie usiłowałam powstrzymać łez. Myślałam o tym, jak za każdym razem kiedy ktoś z bliskich odchodzi na zawsze zarzucamy sobie, że było za mało spotkań, głębokich rozmów, smsów. Zostajemy z poczuciem winy. Co mogę zrobić, żeby tego uniknąć? Mieć czas.

 

26 listopada 2004 Żyjemy w pewnym rytmie wyznaczanym nam przez święta. Zawsze na cos czekamy i do czegoś się przygotowujemy. Teraz mamy w perspektywie Boże Narodzenie. Słuchacze już pytają o świąteczne piosenki, chcieliby zacząć świąteczne przygotowania od zbudowania nastroju. Nie ma nic złego w wymienianiu się przepisami na pierniki (dostałam fantastyczny od bywalca tej strony), ani w planowaniu tegorocznego wystroju choinki.

Gorzej jak te przedświąteczne chwile ograniczają się tylko do obowiązkowego kupienia prezentów. Nie wiem jak u Was, ale ja lubię ten przedświąteczny czas za energię jaką niesie. Można znów zacząć cos od początku, z wiarą, że się uda. Dlatego kiedy usłyszycie (za jakiś tydzień) w Radiu Zet pierwsze świąteczne utwory, to nie dlatego, że chcemy Was posłać do sklepów ale dlatego, że chcemy znów zaczarować zwykłą codzienność i przypomnieć, że są chwile na które warto czekać cały rok.

 

30 listopada 2004 Ktoś zapytał o to jak udały się piżamowe party. Ach tak, zapomniałam je skomentować. Otóż, było warto. Spędzić przedpołudnie w kuchni wiążąc szczypiorkiem wędlinę na paluszkach, Nabijając na wykałaczki koktajlowe pomidory, kulki z  mozzarelli i kawałki ogórka, było warto. Biegać po sklepikach z ładnymi rzeczami żeby znaleźć prezenciki dla dzieci biorących udział w zabawach. Było warto.

Po tym wieczorze wiem już, ze dzieci uwielbiają rywalizacje, ale źle znoszą przegraną. Dorośli, choć uprzedzeni, że to pijama party czasami boją się ośmieszyć innym niż oficjalny strojem. Metody wychowywania potomstwa bywają skrajnie różne, od zezwolenia na wszystko, co nie zagraża życiu (malowanie kredkami po podłodze, wrzucanie kredek do akwarium) po pełną kontrolę. Bawiliśmy się razem, śmiejąc do łez, z siebie, z dzieci z opowiadanych historii. Następna impreza w karnawale. Aha, nie zapomnieliście, że dziś Andrzejki?

 

1 grudnia 2004 Czy egoizm jest pozytywny? Czasem myślę, że tak. Wtedy kiedy zauważamy siebie ,a nie tylko potrzeby innych. Nie mogę się wypowiedzieć za panów, ale na pewno kobiety mają we krwi uszczęśliwianie innych a na samym końcu dopiero myślenie o sobie. Znam rodziny, gdzie każda zarobiona złotówka idzie na edukacje i przyjemności dzieci. Gdzie jeśli ktoś wychodzi z domu to na pewno jest to mężczyzna, bo przecież kobieta ma jeszcze tyle do zrobienia. A ile jest par, które od momentu ślubu prawie nigdzie razem nie bywają?

Pamiętam swoje zdumienie, gdy ktoś ze znajomych tak planował wakacje ,by dziecko jak najdłużej oddychało morskim powietrzem.2 tygodnie z mamą, kolejne 2 z tata, potem z dziadkiem itd. Co z tego, że tym sposobem rodzina nigdy nie była razem? A małżonkowie nie mieli szansy razem odpocząć? Mówili- siła wyższa. Nie wierze, raczej własny wybór.

Każdy woli przebywać w otoczeniu ludzi spełnionych, zadowolonych niż wiecznie sfrustrowanych ponuraków. Ile możemy zrobić dla siebie? Czasem, jak napisał mi jeden z Was- wystarczy poranny zapach espresso.

 

2 grudnia 2004 Kiedy tak naprawdę przestajemy żyć? Kiedy przestajemy chcieć. Kiedy nie ma w nas siły do planowania, do marzeń, nie wspominając już o ich realizacji. Marcin Pawłowski żył do końca. Ze swoim słabym ciałem codziennie toczył walkę, by jednak posłuchało silnego umysłu. Przychodził do pracy. Nie dla chwały TVN-u tylko dla siebie.

  1. opowiadała, jak tłumaczył kolegom, że musi istnieć ten obowiązek, bo jeśli i on zniknie przyjdzie śmierć. A tak zmuszał się do wstania z łóżka. Żeby pożyć. To wielkie. Patrzę na Papieża, starzeje się na naszych oczach, A jednak powala swoja siłą. On ciągle chce. Zawstydzając tym samym tych, którzy choć młodsi i silniejsi już niczego nie chcą. Postanawiam świadomie przeżyć ten dzień.

 

3 grudnia 2004 Dzięki Bogu już piątek- ilu z nas tak właśnie zacznie dzień? Kolejny piątek, a przecież nie tak dawno też był piątek. Tydzień wcale mi się nie dłuży. Nie wiem na czym to polega ale tylko w dzieciństwie czas się wlecze. Wtedy zawsze się na coś czeka, na Święta, na Mikołaja, na wakacje. Potem już Święta zaskakują, Mikołaj przychodzi znienacka. W nowym roku męczę się przy pisaniu dat, mylą mi się cyfry.

Znów muszę dodać sobie rok do lat życia. To i tak jest abstrakcją, kiedyś wydawało mi się ,że w tym wieku to już wszystko co najlepsze ma się za sobą. Dzięki Bogu już piątek. Spróbuje z niego wycisnąć ile się da…

 

6 grudnia 2004 Mikołajki. Lubię ten czas, choć pamiętam też dziecięce rozczarowanie odkryciem, że tym Mikołajem to są rodzice. Koleżanki mnie uświadomiły! Magia dodaje jednak życiu smaku. Jeśli tylko możemy nie odzierajmy codzienności z tych czarów, Mikołaja, Świąt, itp.

W weekend udało mi się wyprodukować dziesiątki pierników. To dzięki Mateuszowi z tej strony, który zainspirował mnie przepisem i samym pomysłem obdarowywania bliskich przed świętami czymś własnoręcznie zrobionym. Tak więc razem z A. która wpadła z mikołajkowymi prezentami ugniatałyśmy ciasto, wycinałyśmy choinki, serduszka i po kilku pierwszych blachach miałyśmy już w sobie tyle złości na pierniki, że chyba tylko dlatego dokończyłyśmy dzieła. Teraz kuchnie mam piernikową. Czekają na etap końcowy, czyli ozdabianie. Dziś odkryłam, że smakują o wiele lepiej niż wtedy, gdy je robiłyśmy. Aż strach pomyśleć jak bardzo będą mi smakować podczas wieszania ich na choince 🙂

 

7 grudnia 2004 Jest coś o czym chciałam napisać już dawno. To dotyczy związku miedzy stanowiskiem w pracy a naszą pozycją towarzyską. Jest to relacja niezwykła, silna i mocno absurdalna. Oceniamy się wzajemnie po tym jaką karierę zrobiliśmy. Nie po tym jak się zachowujemy, co myślimy, co mówimy, jacy jesteśmy. Najbardziej po tym gdzie pracujemy.

Ludzie garną się do tych, którzy „coś znaczą”. Nie są zainteresowani znajomościami z kimś bez zawodowej pozycji. Rzecz jasna uogólniam, bo nie dzieje się tak zawsze i wszędzie. Na szczęście! Co mam jednak pomyśleć kiedy słyszę, że do dziewczyny, wcześniej otoczonej znajomymi, nikt nie dzwoni. Straciła prace, jej pozycja spadla. Nie trzeba już się z nią widywać ,bo i po co. Przestała być towarzysko atrakcyjna choć to wciąż ta sama wartościowa osoba. Co mam pomyśleć o tych, którzy mogą mijać mnie z krótkim cześć ale kiedy dowiadują się kim jestem i gdzie pracuję natychmiast próbują się zaprzyjaźnić, są wylewni i przemili. W niedziele piłam kawę z nowymi sąsiadami. Przez kilka godzin rozmowy nikt z nas nie zapytał gdzie pracujesz? Jakie stanowisko zajmujesz?

A jednak rozmawiało nam się super. Pomyślałam, jak to przyjemnie spędzić z kimś czas nie warunkując tego jego zawodową pozycją a tylko najprostszym odczuciem, że jest nam razem dobrze.

 

8 grudnia 2004 Muszę to napisać. Jesteśmy chyba jedynym cywilizowanym krajem, gdzie na ruchomych schodach nie obowiązują cywilizowane zasady. U nas przyjęło się, że można stać gdzie się chce, na całym świecie lewa strona zawsze jest wolna, dla tych, którzy po ruchomych schodach, czy ruchomych chodnikach po prostu idą.

Dużo jeżdżę metrem. I rzadko kiedy trafiam na „uświadomionych” którzy po lewej stronie idą. Wystarczy jedna oporna osoba, wtedy cała reszta stoi. Bo z kultury nikt nie zwraca uwagi. Pomyślicie zapewne, że może to wynikać z niewiedzy. Otóż nie. Kiedy tylko metro się pojawiło Gazeta Wyborcza w dodatku stołecznym przeprowadziła cala akcję uświadamiającą pasażerów. Do dziś wiszą plakaty jak w metrze, na ruchomych schodach zachowywać się nie powinno. I co? I nic. Co ciekawe, kiedy jesteśmy zagranicą jakoś się podporządkowujemy, nawet w Moskwie wszyscy, którzy na ruchomych schodach chcą tylko stać są po prawej stronie. No ale tam każda nieprawidłowość jest natychmiast prostowana przez panią w służbowym mundurku, która ze swojej budki przez megafon wzywa do trzymania się prawej strony. Czy tego nam trzeba? Przypomniała mi się koleżanka z radia, która wchodząc na schody, na których wszyscy stoją krzyczy donośnym głosem-LEWA WOLNA, przepychając się skutecznie miedzy zdziwionymi ludźmi.

 

9 grudnia 2004 Co to jest małżeństwo? Jeśli myślicie, że to związek kobiety i mężczyzny żyjący w tym samym domu, to może się okazać, że to owszem też ..ale nie tylko… Pojawiła się nowa forma małżeństwa. Para po ślubie, z dziećmi, jakimiś zobowiązaniami wobec siebie ale mieszkająca osobno. Dla zdrowia psychicznego, wolności, niezależności. Pytam zatem- a co jeśli druga strona się zakocha? Słyszę: nie obiecywaliśmy sobie monogamii. A zatem małżeństwo bez wierności, bez wspólnego pokonywania różnic charakteru, bez codzienności, za to z możliwością flirtowania, a może nawet przelotnego seksu. Pociągające? Kiedyś szokowała mnie Hanna Bakuła, która zapewne dla efektu moich rozszerzonych ze zdumienia oczu przekonywała, że nie wyobraża sobie dzielenia sypialni z mężczyzną. Bo to przecież takie obrzydliwe. Może na zawsze odebrać fizyczny pociąg. Teraz wiem, że niektórzy w wyniku trudności we wspólnym życiu wybierają mieszkanie osobno, bywanie osobno, coś co do niedawna nazywano separacją, teraz znów nazywa się małżeństwem. Ot jak można żonglować nazwami.

  1. Zerknijcie na stronę główną na WWW. I kliknijcie na choinkową gwiazdę. Namawiam Was tam do składania sobie życzeń. Znajdą się potem pod bombkami. Do Świat już 15 dni.

 

10 grudnia 2004 Kiedy tak wczoraj podglądałam w telewizji debatę Kamila Durczoka pomyślałam ze smutkiem, że bardzo się różnimy. My ludzie. Po jednej stronie studia Młodzież Wszechpolska, dwudziestoparolatkowie w czarnych koszulach, ciemnych marynarkach, z dumnie podniesionymi głowami, a z drugiej ich rówieśnicy. Kolorowo ubrani, z kolczykami w uszach, tak samo przekonani do swych racji.

Temat. Tolerancja i jej brak. Wobec gejów, niepełnosprawnych, tych innych. Tak łatwo jest kogoś oskarżyć, zniszczyć, rzucić kamieniem. Zanim się go tak naprawdę pozna. Bo co ja mogę wiedzieć o tym chłopaku w czarnej koszuli, poza tym, że przeczytał kilka ideologicznych książek, które go zafascynowały. Co mogę wiedzieć o modnie wyglądającym przystojniaku, broniącym praw gejów? Czy bez tej wiedzy jakimi są ludźmi mam prawo osądzać? Na jakiej podstawie? Przecież kryterium wydaje się proste. Ludzie są dobrzy albo źli. A tego raczej nie da się rozpoznać po preferencjach seksualnych czy sposobie ubierania.

 

13 grudnia 2004 Mam przedświąteczny wyścig myśli. Udziela mi się atmosfera grudniowych przygotowań. W zeszłym roku święta mnie zaskoczyły, obiecałam sobie, że nigdy więcej. Są tak krótkie że warto poczuć adwent, skupienie, oczekiwanie a potem radość z ich nadejścia. Ci, którzy tak jak i ja pracują niemal do pierwszej gwiazdki mają najtrudniej. Ale jest na to sposób, wszystko rozłożyć w czasie. Dlatego namawiam Was abyśmy się tu wymieniali pomysłami na Boże Narodzenie. Zajrzyjcie do działu listy ,tam są już sprawdzone pomysły.

A ja? Dziś sprawdzę jak Szwedzi obchodzą wielkie święto Łucji. W krajach skandynawskich, Danii i Szwecji -choć protestanci odrzucają kult świętych – w dniu jej wspomnienia najpiękniejsza dziewczyna, w koronie z siedmiu świetlistych gwiazd na głowie, wędruje w orszaku z innymi pannami od domu do domu, rozdając podarki. W Ikei będą to zapewne szwedzkie pierniczki, cieniutkie listki, też wysoko w rankingu moich ulubionych słodkości. Podpatrzę świąteczne aranżacje, zrobię wszystko aby nie skusić się na gotowe pudełka. Są mi potrzebne, bo pierniki już ozdobione czekają na opakowania. Udało mi się wczoraj obkleić kilka pudełek świątecznym papierem, nie jest to może produkcja fabryczna ale za to jaka satysfakcja!! Polecam. Wypróbowałam też szablony i śnieg na szybie. Przestrzegam za to przed nowym wynalazkiem pt. Mróz w sprayu. To co zobaczyłam, miało w zamyśle twórcy przypominać choinkę ,a wyglądało jak pozostałości po ścierce, na dodatek wzbudziło agresje psa, który szczekał na tak „ozdobione” okno. Życzę Wam pięknego tygodnia.

 

14 grudnia 2004 Jestem za tym co piękne. Sądzę, że Wy również. Tymczasem nie mogę pojąć dlaczego nasze otoczenie, tak zwana przestrzeń publiczna zmienia się tak wolno. Wystarczy porównać urodę stolic europejskich i wszystko jasne. Warszawa nie tylko nie ma magii ale też nie ma wielkomiejskiego charakteru. Są owszem miłe miejsca, zwykle oddalone od siebie ,tak, że bez samochodu ani rusz. Lubię to miasto, od wielu lat jest moje i dlatego tak denerwuje się na władze czy urzędników, którzy wolą wałczyć z powstającymi centrami handlowymi niż zadbać o to co już mamy. Otoczenie Pałacu Kultury. Konkursy architektoniczne, zaangażowanie mediów, dobra robota Gazety Stołecznej i co? I nic. Blaszane budy jak stały tak stoją. W zeszłym roku miało nawet nie być świątecznej iluminacji na Nowym Świecie, z braku pieniędzy. W ostatniej chwili znalazł się sponsor. A sama Starówka? Takie miejsca przed Bożym Narodzeniem tętnią życiem błyszczą feerią świateł. Tu ciemno. I dlatego nie dziwi, że aby zobaczyć świąteczny wystrój i nacieszyć się ozdobami, światłami wyjeżdżamy na przykład do Paryża. Jeśli zatem macie choć minimalny wpływ na to, żeby wokół było ładnie- zadbajcie o to. Szczególnie teraz przed świętami.

 

15 grudnia 2004 9:49 Wśród nas są szczęściarze. Wczoraj mój radiowy kolega opowiadał jak telewizje kuszą go propozycjami programów. Usiłują ściągnąć do siebie sprawdzoną gwiazdę, kogoś, kto już odniósł sukces i wiadomo, że przyciągnie przed ekrany miliony. Tymczasem on nie chce. Mierzi go popularność, rozpoznawalność i telewizyjne rzemiosło. Żeby jednak nie palić za sobą wszystkich mostów odpowiedział sprytnie; ”przyjmę taką pracę, która będzie mi sprawiała przyjemność”. Teraz i ja z ciekawością czekam ,czy znajdzie się ktoś i coś co go zaspokoi 🙂 A Wam na rozmowach kwalifikacyjnych nie radzę używać tego argumentu, chyba, że macie ten komfort i z zarabianiem pieniędzy możecie poczekać.

 

16 grudnia 2004 Co to jest asertywność? Mam z tym wyraźny problem. W cudzej sprawie mogę walczyć ,w swojej jestem speszona i skonfundowana. Wole stracić niż przeżywać upokorzenia tłumacząc, że zostałam wykorzystana itp. I tak płacę więcej niż się umawiałam, bo w moim poczuciu godności nie mieści się nerwowe dochodzenie swych racji. A potem żałuję, że znów ktoś zarabia na mojej naiwności. Dzień zaczęłam właśnie od uświadomienia sobie, że znów ktoś na mnie żeruje. I przygotowuję się aby tym razem powiedzieć: nie. Trzymajcie kciuki.

 

17 grudnia 2004 Co jest ludziom potrzebne do szczęścia? Dobra praca. Dobra żona. Sława i uznanie. Dobre pieniądze. Znam kogoś kto ma to wszystko. I choć w oczach innych uchodzi za kogoś komu żyje się lekko, łatwo i przyjemnie to sam na pytanie czy jest szczęśliwy przecząco kręci głową. Piszę o tym, żeby przekonać także samą siebie, że cele jakie w życiu wyznaczamy, wcale nie zawsze przynoszą nam spełnienie. Ścigamy się z ambicjami, oby tylko naszymi! I nawet jeśli coś osiągamy nie czujemy radości.

Dlaczego tak się dzieje? Bo najwyraźniej szczęście jest w nas i to wyłącznie my oceniamy kiedy nas coś cieszy a kiedy nie. Tylko jak sprawić by to szczęście w sobie odnaleźć i poczuć? Może na początek najlepiej uwierzyć biblijnemu -szukajcie, a znajdziecie? Pomogę mu szukać…

 

20 grudnia 2004 Czy to nie jest tak, że największe dzieła tworzą ludzie nieszczęśliwi? Wrażliwość wyostrza zmysły? Co w takim razie jest ważniejsze dzieło czy jedyne, niepowtarzalne własne życie? Ja pewnie odpowiedziałabym, że życie. Co z tego, że będą o nas pisać w encyklopediach skoro w środku nas samych jest tylko głęboki smutek? Może Ci, którzy coś budują i tworzą nie są w stanie istnieć w zwykłej codzienności. Chcieliby połączyć swoje szalone życie z małą stabilizacją, a to chyba jest największą sztuka. I udaje się nielicznym. Cena pięknych zdjęć, mądrych wierszy, wspaniałych ról i wielkich przedsięwzięć to samotność. Czy warto ją płacić? Nie wiem.

 

21 grudnia 2004 Nie tak dawno ktoś z bywalców tej strony napisał, że nie przepada za świętami. Od Bożego Narodzenia woli święto zmarłych. Żart? Nie do końca. Wielu ludzi z naprawdę rożnych powodów nie lubi świąt. Ci, co uciekają przed Bożym Narodzeniem uciekają też przed jakąś prawdą o samych sobie. Nie mnie wnikać w cudze dusze ale kiedy słyszę, że ktoś nie cierpi tych świąt to wiem, że musi istnieć powód. Nie zawsze uświadomiony, nie zawsze nazwany albo odkryty. Wierzący nie mają problemów z Bożym Narodzeniem. Jest to święto narodzin, początku, radości ponownej szansy. Gorzej z tymi, którzy żadnej treści poza zakupami i prezentami nie dostrzegają. Na argument, że jest to czas rodziny, ciepła, spokoju zawsze istnieje kontrargument, ze każdy weekend przecież może być taki. Fakt. Co dobrego może zobaczyć w świętach ktoś, dla kogo nie ma sacrum? Może odezwą się Ci, którzy przed świętami uciekają.

 

22 grudnia 2004 Zauważyliście, że przed świętami poziom życzliwości w narodzie wzrasta? Mam tego dowody już od paru dni. Zaczęło się od supermarketu, gdzie w jakiejś kolejce wszyscy się grzecznie przepuszczali, uśmiechali i rozmawiali. Młody kasjer żartował i zabawiał mnie opowieściami o swoich rozmowach z karpiami, które klienci wrzucają mu na wagę. Było późno, a on miał dobry humor. Potem pojawił się bezdomny, który uparł się aby odstawić mój wózek. Ponieważ zamiast monety używam żetonu tłumaczyłam, że nic na tym nie zarobi, ale on swoje, że odstawi i już. Wtedy użyłam ostatecznego argumentu i zdumionym głosem zapytałam-„tak za darmo będzie pan go odstawiał ?”A on na to, że tak, że chce za darmo. Ujął mnie tym całkowicie, oddał żeton, nie czekając na żaden datek, a kiedy wcisnęłam mu 2 złote, to przez kolejne minuty składał mi świąteczne życzenia.

Wczoraj kupowałam choinkę. Chłopak cierpliwie przerzucał kolejne świerki, w których ja dopatrywałam się albo za długiego czubka, albo za rozłożystych gałęzi. Nie krzywił się i nie komentował, najwyraźniej na tym poziomie handlu najszybciej działa zasada klient nasz pan.

Życzę Wam cierpliwości i uśmiechu na ten dzień.

 

24 grudnia 2004 Szaro za oknem. Ciepło i deszczowo. Wiadomo, że nie będzie to białe Boże Narodzenie. Ponieważ dziś pracuję nie mogę powiedzieć, że już tylko czekam. Mam jeszcze sporo do zrobienia. Wciąż wysyłam SMSy, dostaje SMSy, odbieram telefony, nie mam czasu zadzwonić. Nie wiem czy ryba w galarecie się udała, śledzie chyba wyszły za słone. Dobrze, że jest mama , jej grzybowe uszka i pozostałe specjały. Brakło mi papieru do pakowania prezentów, może to dobry znak. Uświadomiłam sobie właśnie, że te święta są tak globalne, ze nawet nasz poczciwy Mikołaj stracił już pastorał, a kiedy byłam mała jeszcze go miewał. Cóż. Zmiany. Ich nie unikniemy.

Ale jeśli chcemy mieć z tych świat coś więcej niż tylko prezenty i smak potraw to zadbajmy o ich świętość. Czerpmy radość z tego co dostajemy za darmo. Może jutro narodzi się i w nas nowa miłość, nowa nadzieja, nowa wiara. Bądźcie szczęśliwi. I dziękuje ,że jesteście.

 

27 grudnia 2004 Witajcie po świętach. Nie wiem z jakimi myślami zaczynacie normalną codzienność, Po cichu liczę, że te krótkie dwa dni coś zmieniły, czegoś dotknęły, może coś naprawiły, albo do czegoś zmobilizowały. Nie minęły ot tak bez znaczenia. Dlatego zamiast wzdychać święta, święta i po świętach czerpmy z nich siłę do niecodziennej codzienności.

 

28 grudnia 2004 Kiedy byłam w drugiej klasie podstawówki zaczęłam pisać pamiętnik. Ten pierwszy zeszyt rozczula mnie teraz do łez. Poznaję w nim samą siebie i wcale ale to wcale nie wydaje mi się, że to było tak dawno temu. Zeszytów przybywało. Za każdym razem na koniec roku czyniłam podsumowanie roku. Całkiem serio zastanawiałam się nad swoimi znajomościami, oceniałam siebie i czyniłam nowe postanowienia. Wszystko w euforii, że znów jest szansa na zmiany. Pomyślałam, ze fajnie byłoby do tego wrócić. Znaleźć chwilę na własne podsumowanie roku. I nowe cele. W myśl zasady, że na dobre zmiany nigdy nie jest za późno.

 

29 grudnia 2004 Uczciwość rzecz względna? Honor również? Pewien minister w Anglii nadużył stanowiska pomagając załatwić swojej kochance prawo stałego pobytu dla jej gosposi z Filipin. Zamiast czekać na rozpatrzenie sprawy rok, miała wszystko załatwione w 19 dni. Czytam, że ujawnienie tego oznacza dla ministra gwałtowną śmierć polityczną. Tymczasem w Polsce dzieją się rzeczy o zupełnie innej skali, mamy kłamców w sejmie, skorumpowanych polityków w rządzie, a jakoś nikt nie zostaje gwałtownie od swojego stanowiska odsunięty. Toczą się dyskusje, sprawy się dziwnie rozmydlają i potem mało kto pamięta o co chodziło na początku. Dzieci ważnych urzędników państwowych unikają kar za popełniane przestępstwa, sądy boja się sądzić, policjanci udają ,że nie widzą, a kiedy jakaś sprawa zostaje ujawniona to tylko dlatego, że robią to media. Dzięki nim dowiadujemy się, że władze nic nie robią, by ukarać winnych. Jestem rozczarowana. Tym, że nikt u nas nie zostaje zepchnięty na margines politycznego życia choć powody do tego są o wiele poważniejsze od tych sex skandali w innych demokracjach.

 

30 grudnia 2004 Dobrze. Przyznam się. Gorzej sypiam. W ramach nie wiedzieć czym tłumaczonego masochizmu włączam w nocy TVN24 oglądam kolejne wydanie magazynu poświeconego trzęsieniu ziemi w Azji. Przerzucam na CNN tam maja nowe zdjęcia, też z amatorskiej kamery, dodaje im to tragizmu. Słychać przerażone krzyki ,płacz. Potem widzę opalona twarz Jerzego Urbana, który z cynicznym uśmieszkiem opowiada na lotnisku dziennikarzom, że wszystko było po prostu mokre.

Gazeta drukuje zdjęcia dzieci, które pogubiły rodziców. Wakacje, odpoczynek, rajski krajobraz. Aż boje się pytać dlaczego? Dlaczego w święta? Czy takie chwile nie uświadamiają nam po raz kolejny kruchości życia? Nie odkładajcie niczego na później.

 

31 grudnia 2004 Od Świąt do Nowego Roku, życie toczy się nieco innym rytmem. Mam wrażenie, że połowa miasta wyjechała. A ci co zostali też są trochę jak z innego świata. Wczoraj pan sprzedający oscypki życzył klientce wesołych świat, A gdy się zorientował, że już po Bożym Narodzeniu skomentował, że właściwie to do sylwestra świętujemy. Coś w tym jest. W supermarketach oblężenie. Od razu widać, jakimi sałatkami będziemy się raczyć. Półki z ananasami, ogórkami, pieczarkami przetrzebione. Podobnie kiepski wybór chipsów, orzeszków, kolejki po alkohol. I co chwila przeraźliwy dźwięk trąby. To kolejny klient wypróbowuje gadżety ze stoiska z sylwestrowymi akcesoriami. Sama kupiłam błyszczące czapeczki, serpentyny ale na brokat w sprayu już się nie decydowałam.

Listonosz życzył mi dziś szczęśliwego nowego roku. Był taki zadowolony! Skoro ta jedna noc ma nam dostarczyć tyle radości, zaszalejmy w taki sposób w jaki lubimy. Choćby to szaleństwo miało polegać tylko na leniwym oglądaniu telewizji. I zanim przyjdzie dzień jak co dzień wymieńmy się najlepszymi życzeniami. Ja mam dla Was chińska wróżbę „Tylko ten co podejmie się robić to co absurdalne, jest zdolny do osiągnięcia tego co niemożliwe”.

3 stycznia 2005 Najlepsza część życia ludzkiego to małe, bezimienne i zapomniane akty dobroci i miłości W. Wordsworth Witajcie w Nowym Roku. W Sylwestrową noc było sporo czasu aby porozmawiać. O tym co mamy za sobą, a co jeszcze wciąż w planach i marzeniach. Ktoś powiedział: ”ja nie marzę, ja sobie wyznaczam cele”. Ktoś inny orzekł, że to co po nas zostaje to wcale nie osiągnięcia zapisane w książkach ale to jakimi byliśmy ludźmi. Stąd ten cytat na górze. Zastanowiłam się nad tym, bo sama raz na jakiś czas wyrzucam sobie, że za mało robię. za płytko żyje, za dużo śpię, co zatem dobrego i istotnego czynię dla świata? Nie czynię żadnych odkryć, jeśli wyważam jakieś drzwi to są już one dawno otwarte. Może zatem rzeczywiście podstawowym powołaniem każdego z nas jest być dobrym człowiekiem. Ot tak, na co dzień. Mój sąsiad ma uśmiechniętą twarz. Uważa, że to co on sam daje, potem wraca do niego. Także ten uśmiech. Jego żona też się śmieje. I pies również. Może dlatego spełniają się im marzenia?

 

4 stycznia 2005 Życie sztuka wybierania. Ustawiania niemal codziennie piramidki z tego co istotne i mniej istotne. Wartościowania. Czas dla dzieci, czas dla mężczyzny, czas na prace, czas dla przyjaciół, czas dla siebie. Na nic nie robienie. Znam małżeństwo z 14 letnim stażem. Wciąż chce im się rano razem zjeść śniadanie. Wybrali ten czas na wyłączność dla siebie. Krystyna Janda zawsze chętnie opowiada o tym, że w jej domu też świętym wspólnym posiłkiem jest śniadanie. Bo tylko wtedy udaje się wszystkich zebrać na wspólne kilkanaście minut. Podziwiałam ją, że nawet po nocnych powrotach z pracy rano wstaje, aby być z innymi. Dzień w dzień te same wybory. Nie zawsze mi się udaje wybrać najlepiej.

 

5 stycznia 2005 Czy istnieje psychologiczna bariera wydatków, której przekroczyć nie chcemy? Każdy ma inną. Od pewnego czasu widzę, że pojęcia „drogie, tanie” jest względne. Kiedyś w rozmowie w większej grupie orzekłam, że nocleg w Nałęczowie, w starej willi Prusa jest szalenie drogi, w stosunku do standardu (nie pamiętam dokładnie, ale to było około 180pln). Na to ktoś, kto usłyszał tylko cenę skomentował –”tak, tam jest bardzo tanio”. Głupio było mi podkreślać, że wg mnie wręcz przeciwnie. Bo faktycznie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wczoraj pani kosmetyczka zaproponowała mi krem za 550pln, zdecydowanie powiedziałam, że nawet gdyby było mnie na niego stać to i tak uznałabym, że to nieprzyzwoite tyle płacić za słoiczek czegoś co służy tylko upiększaniu (i to też nie jest takie pewne). Usłyszałam, że mają tam kremy i po 1000pln, ale dla mnie znalazły się tańsze. Nie będę pisać o głodujących dzieciach w Afryce, o ofiarach tsunami w Azji. Mam tylko nadzieje, że dzięki takim psychologicznym barierom dotyczącym zbędnego luksusu, wciąż będą się trafiać ludzie, tacy jak mój znajomy. Kiedy znalazł się w ekskluzywnym hotelu, gdzieś w Ameryce Południowej, wynosił co rano na eleganckich serwetkach, wędliny ze szwedzkiego stołu i karmił nimi biedne, wychudzone psy, których w okolicy było pełno. Ten kontrast wystawności z bieda kazał mu zobić cokolwiek. Pieniądze to możliwości. Niech będzie to też możliwość wyboru na co je przeznaczamy.

 

6 stycznia 2005 Czym jest pomoc. Niech twoja lewica, nie wie co czyni prawica. Pomaganie w błysku fleszy, zawsze może podejrzanie łączyć się z marketingiem, tworzeniem wizerunku itp. itd. Świat pomaga Azji. Świat też kłoci się kto ma tę pomoc rozdzielać. Dziwne, prawda? Czy dając myślimy gdzie nasze pieniądze trafią. Ja ostatnio zaczęłam. Po to, by na mojej dobroczynności nie zarabiali oszuści. Zasada pierwsza- nie daję na ulicy. Wyjątek -Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Nie wierzę tym, co sprzedają krzyżówki, zbierają na dzieci z domów dziecka albo na niepełnosprawnych. Nie daję się nabrać pani koczującej z fajnym kundlem i zbierającej na jedzenie dla psa. Wszystkie te sztuczki jak zmiękczyć przechodniów zostały już szczegółowo zanalizowane. Wolę pomoc bezpośrednią. Po co uspokajać swoje sumienie złotówkami wrzucanymi do podejrzanych puszek skoro można bez trudności znaleźć w swoim otoczeniu kogoś potrzebującego, nie zawsze pieniędzy, czasem tylko zainteresowania. Ale to już wysiłek. Nie każdy chce się go podjąć.

Wczoraj w radiu mieliśmy dzień solidarności z Azja. Namawialiśmy do pomagania. Jeden ze słuchaczy wkurzony napisał, że ma dość tego p…Chciałby, żeby prezes odmówił sobie 5 cygar i zamiast nich wpłacił pieniądze dla ofiar. A słuchaczom dał spokój. Nie wiem ile dał prezes i czy w ogóle dał. Ale pomyślałam sobie, że radio to tak jak każda firma grupa ludzi. Ja niejednokrotnie przekonałam się, że ta grupa reaguje o wiele szybciej niż jakakolwiek fundacja. Nie będę Wam pisać o zrzutkach, które regularnie są tu oddolnie przeprowadzane. Tak więc zamiast oglądać się na to co zrobią wielcy, działajmy według odruchów serca, może z tą odrobiną kontroli komu pieniądze przekazujemy.

 

7 stycznia 2005 Nosi mnie. Już od dłuższego czasu nigdzie nie wyjechałam. Czuję, że akumulatory domagają się doładowania. Najchętniej Paryż albo inne europejskie miasto. Ktoś przysłał na www zdjęcia z Londynu, znam go tylko z filmów, trochę obawiam, może Londyn? Najbardziej oswojony jest Paryż. Wciąż nęci mnie Barcelona, Wojtek twierdzi, że to najpiękniejsze miasto w jego rankingu. Do Berlina można by na weekend, pociągiem. A niech tam, może być nawet Nałęczów. Byle by wyjechać i pooddychać innym powietrzem, zapatrzeć się w inne krajobrazy, wypić kawę w innym miejscu.

 

10 stycznia 2005 Jeszcze w zeszłym tygodniu mnie nosiło… a dziś zaniosło mnie do łóżka. Ten tydzień przeznaczam na doprowadzenie swojego gardła do stanu używalności. Już kiedyś zastanawiało mnie, dlaczego ludzie używający głosu jako narzędzia pracy chorują głownie na gardło. Gdybym była sportowcem zapewne łamałabym regularnie kończyny. A tak mam zapewniony ostry nieżyt co jakiś czas. Leczy się go nie mówieniem, dlatego cieszę się, że piszę. Każdy ma w swoim gronie jakiegoś malkontenta. Malkontent, nawet jeśli bywa fajnym dowcipnym człowiekiem to zawsze znajdzie coś na co będzie narzekał. Wczoraj byłam na obiedzie w towarzystwie malkontenta. Znajomi cieszyli się niedawno odkrytą przez nich restauracją w stylu góralskiej chaty. Malkontent najpierw zauważył, że ława jest niestabilna. Potem inne stoły określił mianem obrzydliwe. Nie wstrzeliły się w jego gust. Sufit, zauważył to natychmiast, zamiast z szerokich desek zrobiony był z boazerii, a przecież miało to przypominać prawdziwą góralską chatę. Podobnie ściany komina. Kamienie wg. malkontenta były gotowymi kafelkami, tylko imitacją takich ręcznie ułożonych. Wcale się nie zdziwiłam, kiedy na jego talerzu oscypek był spalony na węgiel, ale położony tą lepszą stroną w kierunku klienta, ani kiedy okazało się, że zachwalanych buraczków już nie ma., ani kiedy musieliśmy wymieniać niedomytą łyżkę, a zamawiane zasmażane ziemniaczki okazały się grubo pokrojonymi frytkami z oleju. Po prostu w towarzystwie znalazł się malkontent. To nie był dobry obiad. Obawiam się, że nawet gdyby był, to malkontent i tak wynalazł by jakieś wady i wyszlibyśmy niezadowoleni. W nowym tygodniu, uważajcie na malkontentów. Potrafią rzucić cień na każdą radość.

 

11 stycznia 2005 Nigdy, ale to nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu tylu osób. z problemami emocjonalnymi, gdyby nie radio. Mam świadomość, że idąc ulica mijam ludzi, o których nic nie wiem. Nie wiem też czy należą do tego świata czy też żyją w krainie własnej imaginacji. Może przeżyli coś strasznego, a może tacy już się urodzili. Piszą do mnie do radia. Dla niektórych jestem tylko kimś komu można wylać żale, podzielić się nowymi odkryciami zbawiającymi ludzkość. Dla innych bywam żoną, dziewczyną drugą połówką. Oczywiście tą z ich wyobraźni. Problem tylko w tym, że ja wciąż nie chcę w to uwierzyć, bo oni już to wiedzą na pewno. Czekają na mój przyjazd, albo sami przyjeżdżają pod radio. Tam dowiadują się od ochrony, że nie są umówieni. Przesyłają przez sekretarki kwiatek, czekoladki, bo przecież dobrze mnie znają, a ja wiem kim oni są. Jedna dziewczyna ma pretensje, że ją podsłuchuję i śledzę. Ostatnio na basenie. Wszystko to za pieniądze prezesa. Czy jestem normalna –pyta? Inny chłopak, zresztą niezwykle inteligentny przysyła na zmianę miażdżące krytyczne maile z tymi pełnymi uwielbienia. Z nim też mam mieć dziecko. Kiedy dłużej nie pisze zaczynam się martwic. Co z nim, czy nic się złego nie stało. Tak naprawdę wszystkim im bardzo współczuję i chciałabym aby znaleźli miłość, zainteresowanie i opiekę w swoich domach, w swoich środowiskach, by nie musieli tego szukać, gdzieś daleko na Żurawiej w Warszawie. I nie zawsze bywa mi do śmiechu.

 

12 stycznia 2005 Często czytam stare gazety. Bo na bieżące brakuje czasu, zwłaszcza teraz kiedy nie jeżdżę metrem i nie mam tych 20 minut na prasę. Do śniadania przerzuciłam dziś wczorajszą Wyborczą. A w niej opowieść o strażniku strzelającym do swej rodziny, zapamiętałam-do dziecka 3 razy. Wypowiedzi sąsiadów. To była taka miła para. Wyglądali na szczęśliwych. Żeby więcej tak spokojnych ludzi żyło w tym miasteczku. Co my wiemy o innych, o sąsiadach a nawet o bliskich z rodziny? Szanujemy cudzą prywatność, czasem za bardzo. Jesteśmy delikatni i dyskretni, czasem za bardzo. Teraz to się nazywa dobre wychowanie. Czy to jest to samo co znieczulica? Nauczycielki w szkołach słyszą coś o molestowaniu dziewczynki, niedowierzają. Czy sprawdzają dalej tę sprawę czy są delikatne i zostawiają problem rodzinie. Mężczyzna bije na ulicy kobietę. Ktoś reaguje, para rzuca się na niego, czy to znaczy, że już nigdy nie powinien się wtrącać widząc tego typu zamieszanie? Kiedy kilka lat temu nasz kolega wyskoczył z okna wieżowca wszyscy zadawali sobie pytanie-czy zrobiliśmy coś wcześniej, żeby temu zapobiec. Wielu z nas żyje do teraz w poczuciu winy, że zbagatelizowaliśmy sygnały.

 

13 stycznia 2005 Zauważyliście, że są ludzie, którzy milkną, gdy się u nich źle dzieje? Uważają, że ze smutkiem i problemami należy się schować w mysiej dziurze. To pewnie świat sukcesu, wmówił nam, że kiedy się nie uśmiechamy nie ma tu dla nas miejsca. Bo w świecie sukcesu potrzebna jest euforyczna radość, energia. Nie może być żadnych problemów. No chyba, że są to problemy w stylu, pryszcz na nosie, trudny wybór w sklepie, lub dylemat do jakiego klubu wybrać się weekend. To, że staram się dostrzegać lepsze strony życia nie znaczy, że nigdy nie dotknęłam tych ciemnych. Wręcz przeciwnie, znam je za dobrze, kto wie, czy dlatego nie doceniam jeszcze bardziej tych jasnych. Prawem kontrastu. Tymczasem M. napisał, że milczał tak długo, bo u niego nie wesoło, nie chciał burzyć mojego humoru i zamęczać swoimi żalami. Zasmuciło mnie to. Bo przecież nie jesteśmy dla siebie tylko wtedy, gdy się dobrze dzieje. Zamykanie się w sobie pogłębia chyba tylko uczucie osamotnienia. To nie prawda, że na widok cudzych kłopotów uciekamy gdzie pieprz rośnie. Czasem porada kogoś, kto patrzy na nas z pewnej odległości daje więcej niż godziny spędzone na samotnym rozmyślaniu. A zatem, nie uciekajcie, gdy jest wam źle. Szukajcie kogoś, kto wysłucha. Bywa, że wystarczy tylko tyle. A ja z radością stwierdzam, że jeszcze nie żyjemy w świecie cyborgów bez uczuć.

 

14 stycznia 2005 Dziś do śniadania stara Viva. Gruba i ciężka. Nie wiem dlaczego, chyba tylko po to, by panie poczuły wagę wydanych na nią pieniędzy. Kilka stron samych zdjęć „modowych” i kilka z opisem kosmetyków. I tu zdziwienie zmieszane z podziwem. Ktoś potrafił opisać nowy tusz do rzęs w artykule na pół strony. To jest mistrzostwo świata! Ile przymiotników, ile barwnych porównań. A wdawało by się, że kobiety potrzebują jedynie odpowiedzi na pytanie czy ta mascara jest dobra i nie skleja rzęs. Ciekawe czy gdyby Reymont żył zajmowałby się teraz pisaniem reklamowych tekstów. W opisach przecież był niezły. No może ścigałby się z Marią Dąbrowską. PS. Jestem wstrząśnięta wiadomością, że pomoc wysyłana do Azji może się zmarnować. Jest jej po raz pierwszy w historiach kataklizmów za dużo. A ja jeszcze dwa dni temu coś tam przekazywałam…

 

17 stycznia 2005 Tak się porobiło, że przymiotnik katolicki wcale nie oznacza tego z czym zwykliśmy go łączyć. Można się rozczarować stawiając obok niego inne przymiotniki np. przyzwoity, uczciwy, skromny, otwarty, życzliwy. Od jakiegoś czasu mam porównanie. Dwa warszawskie kościoły i dwóch proboszczów. Jeden mówi na Trzech Króli, że kredę i kadzidło „można nabyć” w kościelnym sklepiku, drugi zachęca –„proszę wziąć ze sobą do domu.” Jeden przez 10 minut wygłasza nabożnym tonem nudne ogłoszenia parafialne, drugi przez ten sam czas potrafi opowiedzieć w kazaniu mocno refleksyjną historię. Jeden „sprzedaje” witraże po 5 tys. pln, drugi delikatnie wskazuje, że gdyby były pieniądze mógłby dokupić np. stół ping -pongowy dla ministrantów. Takich zestawień mogłabym przedstawić więcej. Szkoda, że i w tej dziedzinie nie działają mechanizmy rynkowe. Proboszcz prowadzący przedsiębiorstwo handlowe zamiast świątyni powinien ponosić konsekwencje tego, że ludzie przychodzą tam jak do sklepu. Ale o czym ja Wam pisze w poniedziałek! Powinnam raczej się zachwycić lekkim mrozem! Wreszcie zimowo. Oby wykurzyło wszystkie bakterie.

 

18 stycznia 2005 Cieszę się, gdy się okazuje, że ktoś wchodzi na tę stronę jak do innego świata. Chyba bez używania nazwy i szafowania nią wszyscy, my stąd, jesteśmy zwolennikami ruchu slow-life. Nawet nieświadomie. Bo czyż nie chodzi nam o zatrzymanie chwili, o prawo do zachwytu, radości, odpoczynku. Bez rezygnowania z obowiązków i pracy. Bez uciekania od codzienności. Wciąż idealistycznie uważam, że dorosłość co prawda zdejmuje nam z oczu łuski, pozbawia wielu złudzeń ale daje też narzędzia do realizacji marzeń. Do świadomego wybierania. Kiedyś decydowali za nas rodzice (ja miałam to szczęście, że robili to dyskretnie). Teraz sami wybieramy co dla nas dobre. I nie dajmy sobie wmówić, że na nic nie mamy wpływu. Od tego krok do bezwładu. Czy z życia przeżytego bez naszego udziału można być zadowolonym? Muszę się dziś zastanowić czy sama nie biegnę przed siebie siłą rozpędu. Na razie zaczęłam planować wiosenny wyjazd do Barcelony. A to już dobry znak.

 

19 stycznia 2005 Scenka z windy w budynku Radia. Na 3 piętrze dosiadają się dwaj panowie w garniturach. W naszym biurowcu mieści się smsowa telewizja i tv i jakieś inne firmy. Panowie zajęci rozmową ze sobą, nie mówią dzień dobry. Winda się zatrzymuje, jeden z mężczyzn usuwa się delikatnie, żeby zrobić mi przejście i wypuścić mnie pierwszą z windy. Drugi pcha się przede mną, cały czas mówiąc, pyta zdziwiony -A Ty co, jedziesz na dół, do garażu, przyjechałeś samochodem? -Nie. Odpowiada wyraźnie skonfundowany kolega. Głupio było mu po prostu tłumaczyć, że przepuszcza w drzwiach kobietę, zamierza wysiąść ale po mnie. Zabawna scenka. Tamten nawet nie skojarzył, że zachowanie kolegi wynikało z faktu, że w windzie poza nimi byłam ja. Cóż. Panowie w najlepszych markowych garniturach, z plikiem złotych kart kredytowych w portfelach mają problem z zachowaniem się w windach. Najwyraźniej tego nie omawiali na szkoleniach. A w domu? Pewnie mama zawsze za nich mówiła i dzień dobry i do widzenia.

 

20 stycznia 2005 Usłyszałam od swojej mamy, że kiedyś ludziom żyło się radośniej. Bawili się, spotykali, chodzili potańczyć. Teraz jest karnawał i czy ten fakt coś zmienia? Czy ktoś z Waszych znajomych organizuje jakąś szaloną zabawę, bal, imprezę? Ci co wychodzą się zabawić w każdy weekend robią to bez względu na porę roku. Karnawał, post –im jest wszystko jedno. Oficjalne bale to też rozrywka dla nielicznych. Fraki, muchy, duże pieniądze nie każdy się w tym odnajduje. A co z resztą ludzi? Czy oni nie potrzebują karnawału? Może moja mama ma rację wzdychając do dawnych lat, kiedy ludzie żyli bliżej siebie, według uporządkowanego rytmu, wyznaczanego przez święta i to co następuje po nich i jest przed nimi. Zostały nam tylko elementy, nazwy, symboliczne zwyczaje. Mamy więcej niż nasi dziadkowie czy rodzice, ale czy to więcej oznacza:– więcej radości?

 

21 stycznia 2005 Miałam o tym nie pisać ale co chwila trafia się ktoś kto pyta. I jak ten film? Pytanie dotyczy bollywoodzkiej produkcji, którą już na świecie zobaczyło półtora miliarda osób, a do Polski zostaje teraz wprowadzana do normalnego kinowego obiegu. Poszłam na premierę „Czasem słońce, czasem deszcz” bo zadzwoniła koleżanka od Gutka i namawiała: -zobacz koniecznie. Wydawało mi się, że mix wenezuelskich seriali z tematyką kanału telewizyjnego Romantica nie jest zdecydowanie dla mnie. A jednak nie wyszłam po pierwszej części (cały film trwa ponad 3 godziny). Siedziałam porażona innością. Wszystkiego co zobaczyłam. Od mimiki aktorów po siłę muzyki, która w sposób przejaskrawiony podkreślała każde ekranowe emocje. Byłam zdumiona rozmachem produkcji, kolorami, tempem realizacji, językiem (bohaterowie mówią mieszaniną angielskiego z kilkoma co najmniej językami używanymi w Indiach). Potem dotarło do mnie przesłanie filmu. W tej opowieści chodzi o to, by rodzina była pełna. Miłość jaką darzą rodzice dzieci powinna być otwarta, przełamująca schematy, a nawet tradycyjne zwyczaje. Inaczej prowadzi do zerwania więzów. Mezalians sam w sobie nie jest tu najistotniejszy. Ważniejsze są relacje miedzy dziećmi i rodzicami. Każdy kto zaliczał na tym polu problemy może poczuć ulgę oglądając ten film, trochę jak na seansie psychoterapeutycznym. Bo tu usłyszy, że czasem jest słońce, czasem deszcz, ale rodzina w każdej sytuacji powinna trzymać się razem i dawać sobie wsparcie, a nie odrzucenie.

 

24 stycznia 2005 Ile energii zużywamy na utrudnianie sobie życia. Ile czasu poświęcamy na to, by uwypuklić to co złe, słabe, kiepskie. Moja koleżanka zakochała się w pewnym dorosłym od dawna mężczyźnie. Cały świat się dowiedział, jak jest im dobrze…by po chwili zobaczyć, że owszem, bywa im dobrze, w przerwach miedzy coraz częstszymi momentami kiedy jest bardzo źle. Ona -niezależna, zadbana, pewna siebie, przebojowa z racji zawodu wciąż otoczona mężczyznami. On-skupiony, wyciszony, jakiś w sobie zacięty, z nauczycielską pensją i chyba kompleksami, już bez swoich znajomych. Piekielnie zazdrosny. Jednego dnia snują małżeńskie plany, drugiego się rozstaja. I tak w koło Macieju. Masochizm? Żal zainwestowanego czasu? Wstyd przed innymi? Z boku patrząc ta para ma wszystko co powinno być potrzebne do radości. Dlaczego z tego nie korzystają tylko tworzą wyimaginowane problemy? Czy z nami nie jest podobnie? Doszukujemy się drugiego dna, tam gdzie go nie ma, czytamy miedzy słowami, choć nikt nic nie szyfruje. Może trzeba żyć prosto. Wychodzić rano z domu z uśmiechem, nie widząc zawiłości świata, dopóki one same nie zaczną nam się pchać przed oczy. Bez naszego czarnowidztwa bywa i ciężko i smutno, po co zatem sobie dokładać czarnych barw.

 

25 stycznia 2005 Dziś o pracy, a raczej jej braku w naszym rozpędzonym gospodarczo kraju. Najpierw przeczytałam, że w Japonii bezrobocie jest tak małe, że każdy ma zapewnione życie na bardzo przyzwoitym poziomie. A potem kolega uświadomił mi, że w Polsce większość ogłoszeń zamieszczanych w najbardziej popularnej „Gazecie o Pracę” jest fikcyjna. Firmy mające wakat muszą dać anons do prasy, robią to, choć na stanowisko już dawno został upatrzony np. krewny i znajomy królika. Poszukujący pracy ślą tymczasem maile, które nigdy nie są otwierane albo dostają z miejsca etykietę spamu i będą przy kolejnej próbie blokowane. Smutna, brutalna rzeczywistość. Szukający stają się coraz bardziej zdesperowani. Ostatnio otworzyłam mail z cv pewnego pana, napisał je w trzech językach, a zaczynało się od zdania: oboje moi rodzice są Polakami. We wczorajszej gazecie czytam, że jakaś firma szuka executive assistant do nowego biura. Wymagania: kobieta lub mężczyzna, wiek do 35 lat. Oczom nie wierzę. A jest jakaś inna ewentualność? Dzieci w Polsce jeszcze nie zatrudniamy. No, chyba, że tu chodzi o obronę przed kimś w stylu Miriam.

 

26 stycznia 2005 Jestem czasem bezradna. I bardzo nie lubię tego uczucia. Bezradna wobec ludzkich kłopotów i tragedii. Wielokrotnie otrzymuje maile z prośbami o pomoc, żadnego nie wyrzucam bez przeczytania. Skoro ktoś zadał sobie trud napisania listu należy mu się moja uwaga i chwila skupienia nad jego sprawą. Kiedyś przejmowałam się każdym mailem z dramatycznym wezwaniem o wpłaty na leczenie, dopóki koleżanka nie wyjaśniła mi, że to sprytny rodzaj spamu. Zrozumiałam, ale wciąż kiedy czuję, że sprawa jest prawdziwa dumam jak pomoc. A co mogę? Czasem wystarczy odrobina zainteresowania, czasem nie. Wczoraj jakiś pan lakonicznie napisał, że rodzina z 5 letnim niepełnosprawnym dzieckiem jest w kłopotach, grozi im eksmisja. Chce odpracować każdą pomoc. Tu telefon jego nazwisko, adres mailowy. To uczciwe, nie prosi o pieniądze, szuka po prostu jakiś sposobów na przetrwanie. Zastanawiam się czy ktoś zaoferuje mu pracę. W takich sytuacjach zawsze przypomina mi się chińskie przysłowie, które mówi, że nie sztuka dawać komuś ryby, sztuka nauczyć je łowić.

 

27 stycznia 2005 Byłam tam raz. Z jakąś wycieczką. Miałam jedenaście lat. Weszłam, choć wpuszczają od 12 roku życia. Po obejrzeniu tego miejsca w autokarze pełnym dzieci długo panowała cisza. Nikomu nie chciało się gadać. Potem zaczęłam czytać, nie tylko obowiązkowe lektury, ale niemal wszystko co dotyczyło TEGO co zobaczyłam. Po „Medalionach” było mi niedobrze. Odmówiłam jedzenia. Długo myślałam. Chciałam zrozumieć. Znaleźć odpowiedź chociaż na jedno z wielu pytań zaczynających się tak samo-dlaczego? Minęło wiele lat. Przeżywałam Tootsie, Hutu, Srebrnicę, WTC, Czeczenię, Palestynę, Biesłan…i wciąż nie wiem – dlaczego? Dawid Warszawski w „Wyborczej” wspaniale napisał, że chciałby aby nasz prezydent potępił w TYM miejscu przemoc z jaką spotykają się w Polsce homoseksualiści, by Putin zdobył się na skruchę za zbrodnie w Czeczenii, by prezydent Izraela wyraził swą solidarność z dyskryminowanymi Arabami, a gazety arabskie czy inne nigdy nie pisały już o tym, że Holokaust to żydowskie kłamstwo. Wtedy może „nigdy więcej” przestałoby być czczym sloganem. Ale te słowa TAM nie padną. I publicysta Gazety pyta” Skoro tak, to czy jakiekolwiek inne słowa w TYM miejscu mają sens?” PS Kocham Władysława Bartoszewskiego za jego reakcje na głupie dziennikarskie „pomyłki” światowych gazet piszących o polskich obozach koncentracyjnych. „Jeżeli polityka ma polegać na tak wielkim kłamstwie to ja będę mówił, że do Oświęcimia wpakowali mnie Francuzi”.

 

28 stycznia 2005 Realizować swoje pasje, robić to co się lubi. Czy udało Wam się to w dorosłym życiu? Pamiętam, że kiedy byłam w podstawówce imponowali mi nauczyciele, byli autorytetami a ich zdanie traktowałam jak świętość. Na podwórku bawiłam się też w sklepową, czyli ekspedientkę. One z kolei miały władzę. Kładły na ladę chrupiący chleb (dlaczego już takiego nie ma) i cukierki (teraz są lepsze). No i kroiły na kawałki z ogromnej bryły masło solone (może to z dzieciństwa ten mój podwyższony cholesterol?. W ósmej klasie na polskim pisałam wypracowanie o tym kim chcę zostać. I wtedy sprecyzowałam marzenia. Zdecydowałam, że będę dziennikarką. Uzasadniłam to ciekawością świata. A ten świat oferował tyle, że trudno było się skupić na jednym. Robiłam zatem kilka rzeczy na raz, bo wszystkie były realizacją pragnień, dawały frajdę. Nikt mi w tym nie przeszkadzał, na studia poszłam delikatnie mówiąc mało przyszłościowe (bo były ciekawe wykłady) nigdy nie brałam udziału w żadnym wyścigu szczurów (bo może jeszcze tych szczurów do ścigania się nie było), nie warunkowałam swych zajęć wysokością pensji. A jednak gdybym teraz miała powtórzyć swą drogę wybrałabym taką samą. Kiedy słyszę jak ktoś ubolewa nad nijakością swojej codzienności mam ochotę zapytać-a próbowałaś żyć inaczej? Zrobiłaś coś w tym kierunku, by było ciekawiej? Nie dajmy sobie wmówić, że na zmiany może być za późno. PS. Słyszeliście, że więcej Amerykanów wierzy w UFO niż w Holokaust…

 

31 stycznia 2005 Zanim zaczęłam dziś pisać przejrzałam pocztę. Jeden załącznik zawierał mobilizujący pokaz slajdów z optymistycznym przesłaniem, które sprowadzało się do jednego. Jeśli poprzedni tydzień przyniósł rozczarowanie i nerwy to teraz można już o tym zapomnieć, bo zaczyna się nowy. Życzę Wam tego, bo sama borykam się z pytaniem na ile jesteśmy odpowiedzialni za życie i wybory naszych przyjaciół… Ale nie o tym teraz. W sobotę na urodzinach koleżanki, zaczęliśmy dyskutować na „świeżo” o Holocauście, o tym dlaczego świat tak często nas do tego miesza i doszliśmy do jednego wniosku. Wszyscy w Europie mieli 60 lat na wytłumaczenie historii, my z własną wersją pojawiliśmy się niedawno, wcześniej byliśmy bez głosu, żyjąc za żelazną kurtyną. I zastaliśmy przekonanie, że Polacy nie pomagali, przymykali oczy, albo mordowali wespół z Niemcami. Jeden podpis w ważnym dzienniku CNN Auschwitz -Poland, ma taka siłę rażenia, że pozostaje w świadomości milionów. Polski obóz. Nikt się nie zastanawia, że to my Polacy zostaliśmy postawieni w sytuacji tragicznej, gdzie pomoc groziła śmiercią całej rodziny. I tak jak wszędzie byli ci, którzy podjęli to ryzyko i ci którzy się bali. Ale do licha, pozostałe narody nie musiały wybierać! Żeby jednak nie kończyć trudnym tematem jedna z imieninowych anegdot. Prawdziwa historia. Pracownik naukowy odsyła interesanta do kolegi, który nazywa się Jasiobęcki. Mówi-„Tą sprawą zajmuje się pan Jasiobęcki”, na to interesant- „Dla pana może i Jaś, dla mnie pan Jan Bęcki.” Dobrego tygodnia.

 

1 lutego 2005 Ela z Zakopanego napisała, że musi przestać narzekać na zimę, zabrać się za siebie, swoje sprawy, na dowód tego zapisała się na siłownię. Siłownia to jakiś kobiecy fetysz (może mężczyźni mają podobnie, nie wiem). Do fitness klubów zapisujemy się w ramach postanowień noworocznych, powodowane wyrzutami sumienia, po świętach, wiosną po to, by dobrze wyglądać latem w bikini itd. itd. Mamy wewnętrzny imperatyw, który mówi nam, że należy o siebie dbać, kupujemy karnety, wybieramy najlepsze w okolicy miejsce, a potem walczymy ciężko, by ten zapał nie okazał się słomianym. W większości przypadków na poprawę samopoczucia wystarczy wykupiony karnet. Mam koleżankę, która regularnie zapisuje się na siłownię, po czym nigdy nie znajduje czasu aby tam dotrzeć. Najwyraźniej chudnie od samego wydawania pieniędzy na ćwiczenia. Siłownie przeżywają złoty okres. Wszyscy chcieliby dbać o formę. Zajęcia mają przedziwne nazwy, coraz to nowe kombinacje ćwiczeń, do nich oczywiście dopasowana jest odpowiednia ideologia. Ja też uległam magii fitness klubu. Już na pierwszych zajęciach TBC odkryłam, że układ choreograficzny serwowany na rozgrzewkę jest mi kompletnie nieznany. Instruktorka rzucała obco brzmiące hasło a dziewczyny wirowały, podskakiwały, wymachiwały wszystkimi możliwymi kończynami. Zanim się zorientowałam w którą stronę jest obrót one przechodziły już do kolejnej figury. Bawiło mnie to niezmiernie. I czułam się jak słoń w składzie porcelany (choć postury słonia nie mam). Podziwiałam panie i czułam się jednocześnie jak w chórku Michaela Jacksona, brakowało tylko, żebyśmy jeszcze zaczęły śpiewać. Teraz już do klubu nie chodzę. Za to mam kilka urządzeń w domu. A poza tym brzuszki można na szczęście robić bez układów choreograficznych na rozgrzewkę.

 

2 lutego 2005 Może czasem lepiej jest nie wiedzieć, nie czytać gazet, nie włączać radia, nie oglądać telewizji. Wieczorem wróciłam z kina (świetny film „Bezdroża”) i przeczytałam w TVN 24 w newsach wyświetlanych na ekranie, że Papież trafił do szpitala. Informacje, które wypuszcza w świat Watykan są skąpe. Generalnie brzmią jak oficjalne komunikaty o stanie zdrowia wielkich przywódców, którzy zawsze musza czuć się dobrze, niektórzy pamiętają, bo już to przerabialiśmy w dawnym systemie. Tak naprawdę trudno było wyczuć na ile ten pobyt w szpitalu jest oznaką niebezpieczeństwa. Telewizja CNN wiedziała więcej ale też bez szczegółów. Dziś rano bałam się włączyć radio.

 

3 lutego 2005 W moim mieście żyje sporo ludzi bogatych. To, że mają pieniądze widać po ich samochodach, po tym gdzie i jak się bawią, po domach (choć te przecież zawsze można kupić na kredyt). Bogatych widzimy w wyjątkowo drogich sklepach, restauracjach, hotelach. Bywa, że zastanawiam się kogo stać na dłuższy pobyt w Zakopanem w hotelu, w którym nocleg kosztuje 500-700pln. Wiem, to głupie pytanie. Stać wielu. Jedno jest pewne, nie patrzę na bogatych jak na złodziei. Domyślam się, że niektórzy nimi są, ale takim generalizowaniem nie chciałabym skrzywdzić tych, którzy dorobili się swoją pracą przy odrobinie szczęścia. Przemiany ustrojowe ułatwiły wiele karier. Dały szansę zarobić wielu ludziom, którzy tego sukcesu nie powtórzyliby w teraźniejszych warunkach rynkowych. To, że ktoś ma pieniądze nie znaczy jednak, że jest kimś bez serca, bez uczuć wyższych, a takie czarno- białe myślenie bardzo mnie irytuje. Przeczytałam artykuł w Tygodniku Solidarność, z którego wynikałoby, że prawdą jest stare porzekadło -bogactwa przybywa, cnoty ubywa. Otóż nie! Tak samo jak wszędzie, wśród bogatych mogą trafić się ludzie głupi i źli. Ale nie można postawić znaku równości między bogactwem a wieśniactwem (wybaczcie kolokwializm). Znam jednego bogatego, który całą swoją wysoką pensję przeznacza na firmowe ciuchy, a na nic więcej już mu się starcza, ale znam też i takiego, który anonimowo wspiera schroniska dla zwierząt. W gruncie rzeczy powinniśmy cieszyć się z cudzych sukcesów, bo im więcej bogatych, tym lżej żyje się pozostałym.

 

4 lutego 2005 Nawet się nie spostrzegłam, a już prawie po karnawale. Tłusty czwartek –uczczony! Nie jestem fanką ani faworków ani pączków, ale lubię okazję, do spotkań. Biesiadowaliśmy długo, a ciastek ze stołu nie ubywało.Za to mój eksperymentalny drink z bacardi, sokiem porzeczkowym i lionką był strzałem w 10tkę. Najważniejsza jest okazja, by pobyć razem. Teraz rozumiem dlaczego moi rodzice z takim pietyzmem przygotowywali się do imienin, które zwykle, w tych dobrych czasach kończyły się tańcami w przedpokoju niezbyt dużego mieszkania w bloku. Ale przynajmniej z sąsiadami nie było problemów, bo i oni bawili się na tych imprezach. Teraz sama lubię zapraszać. Nie ukrywam, że właśnie znów mam kolejne urodziny (to już za 3 dni!), potem imieniny, po drodze jeszcze kilka jakiś okazji. Nawet te komercyjne Walentynki mi nie przeszkadzają, bo to przecież my sami decydujemy czy dajemy się wciągnąć specom od marketingu czy też wybieramy z tego święta to co dla nas dobre. Sobotnią noc spędzę na urodzinach A., która zapraszając napisała w mailu, że postanowiła nie wstydzić się swojego wieku i swoje 34 urodziny spędzić z nami. Miłe. Kończy się karnawał, może zaprosicie kogoś do siebie, jeśli nikt nie zaprosił Was?

 

7 lutego 2005 Okazuje się, że nawet w dorosłym życiu można się dowiedzieć czegoś nowego o swojej przeszłości. Dziś tacie zebrało się na wspominki, jak to w poniedziałek właśnie, dowiedział się, że ma córkę, która niestety długo nie pożyje, bo jest dzieckiem konfliktu serologicznego, co chyba w ówczesnych latach było medycznym wyzwaniem. Zareagował prośbą, by odesłać noworodka do kliniki, jeśli szpital sobie nie daje rady, a działania lekarzy wsparł gotówką. Dzieciak dwukrotnie miał przetaczaną krew, na sama myśl już mu współczuję, ale przeżył. By po latach uznać, że nie ma nic piękniejszego od życia i możliwości jakie ono niesie. Najpierw było totalne poczucie bezpieczeństwa i panowania nad własnym losem, wynikające zapewne z ochronnych skrzydeł rodziców. Potem cudna świadomość, że wszystko ma się przed sobą, a świat stoi otworem (nie tak jak Krystyna Janda nagrała w radiu-„przed moim otworem”). Wszystko szło jak z płatka, wybory były samodzielna decyzją, zło nie miało wstępu do budowanego świata. Ale w myśl zasady, że w życiu bywa i dobrze i źle pojawiły się chmury. Zaskakując, bo przecież idealizm był wielki a poważne problemy dotyczyły tylko innych. Zmieniły się kolory, było dużo szarości, potem czerni. Dotykania gorszej, najciemniejszej strony życia. Wychodzenia na powierzchnię i ponownego wpadania w dół. Falowanie i spadanie, falowanie i spadanie. Jak w piosence Maanamu. Być może wszystko działo się po to by prawdziwie móc docenić wagę uczciwości, normalności, dobroci? Co cię nie zabije to cię wzmocni. Jestem. Jak śpiewała A.M Jopek-oto jestem. I to jest najpiękniejsze, co mogłam dostać. Życie i możliwość poznawania wszystkich jego smaków. PS Tyle pięknych słów w życzeniach. Dziękuję za wszystkie. I za Wasza obecność tu i teraz.

 

8 lutego 2005 Przeczytałam zaległe Wysokie Obcasy. Wracałam z radia i zaczęłam przerzucać gazetę, a zaraz potem wciągnął mnie reportaż pod tytułem. „Ukarana”. To była historia molestowanej dziewczyny, która napisała list z prośbą o pomoc, bo nikt jej nie wierzył, nawet matka. Czytałam i włosy stawały mi dęba. Opis 17letniej gehenny dziewczyny, która na zewnątrz musiała być zabawną inteligentną córką swoich rodziców, a zwłaszcza córeczką taty, podoficera z jednostki wojskowej. Nie mogę pojąć, że istnieją ludzie, którzy przez swe otoczenie postrzegani są jako normalni mili sąsiedzi, czy pracownicy a za drzwiami swoich domów stają się potworami. Dziewczyna od najmłodszych lat była karana, pamięta jak w przedszkolu tatuś wieszał ją przywiązaną ręcznikami do kija od szczotki położonego miedzy fotelami, bił kapciami, gumową rurką. Kiedy podrosła do zestawu kar doszły przysiady w masce gazowej, spętana szerokim wojskowym pasem…tatuś miał mnóstwo pomysłów, a za każdym razem kiedy córka spocona po karach szła do łazienki mył ją, tłumacząc, że chce dla niej dobrze i jeśli nie powtórzy więcej tego co zrobiła to kar nie będzie. Oszczędzę Wam opisu molestowania. Dziewczyna dzięki pomocy rodziny swojego chłopaka, złożyła zeznania na policji. Rozpoczęła się sprawa w prokuraturze garnizonowej szybko umorzona na podstawie jednej opinii bieglej sadowej. Rodzice natomiast napisali do sadu, że ich dziecko jest zdemoralizowane, stracili nad nim kontrolę. Dziewczyna w wieku 17 lat trafiła do domu dziecka, nie chciała zresztą wrócić do domu. Matka na pytanie dziennikarki dlaczego nie wierzy córce odpowiada- bo męża znam dłużej. Nie wiem, jak po takim odrzuceniu dziewczyna odnajdzie się w życiu. Została ukarana, za odkrycie rodzinnej tajemnicy, a do tego jasno dorośli pokazali, że nie ma sprawiedliwości. Ojciec nie poniósł żadnych konsekwencji swojego zachowania, matka nadal żyje w zakłamaniu poddając się przemocy męża. I kiedy kończy się ten reportaż we mnie buzuje potężna złość. Jak to możliwe, że my przyzwalamy na takie sytuacje. Ci wszyscy biegli sadowi, którzy za łapówkę są w stanie napisać każdą opinię, ci prokuratorzy uwikłani w zależności towarzysko -zawodowe, ci sędziowie ze swoimi zatwardziałymi sercami-to są ludzie?? Bywa, że życie jak dla mnie jest zbyt ekstremalną przygodą, tak napisał kiedyś kolega M. Podpisuje się pod tym.

 

9 lutego 2005 Nie trzeba przywdziewać worów pokutnych, ale jak sugeruje Ewangelia- umyć twarz i rozweselić oblicze. Napisał te słowa w Tygodniku Powszechnym o. Wiesław Dawidowski. Lubię trafiać na mądre artykuły o wierze, to mnie uspokaja, przekonuje, że w kościele tak często nas rozczarowującym są ludzie światli, za których głosem warto pójść. Zaczynamy Wielki Post. Dzieci w szkołach wpisują jakieś zobowiązanie, w serce, zaklejają, a potem na Wielkanoc mają szanse sprawdzić czy wytrwali. Fajny sposób. Ja zobowiązania w serce nie wpisuje ale na www mogę ogłosić swoje wyrzeczenie. Nie będę jeść słodyczy. Tak, wiem to już było. Dla mnie będzie to coś w stylu walki z pokusą konsumpcjonizmu. Demonstracją swojej silnej woli. Może namiastką przygotowania się do wyrzeczeń, które mogą nastąpić wcale nie z mojego wyboru tylko zostaną mi narzucone przez życie. Dziś usłyszałam, że starość jest takim wyrzeczeniem. Wyrzeczeniem od sprawności ciała, od lekkości bytu. Nie myślimy o tym, dopóki jesteśmy młodzi, prawda? PS Myśl, która mnie oświeciła tego dnia. We wszystkim co robimy najlepiej być sobą. Na 100% i na całej linii. Bo cóż znaczy sukces osiągnięty w obcej skórze, w której sami nie czujemy się najlepiej?

 

10 lutego 2005 „Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem” piosenka Chłopców z Placu Broni. Czasem wracają do mnie te słowa, gdy zaczynam się zastanawiać nad własnymi granicami. Jestem wolnym człowiekiem. Ktoś z zewnątrz może próbować na mnie wpływać, może mieć inne niż ja zdanie, ale to nie zmienia faktu, że myślę według własnego sumienia i własnych wartości. Z wiekiem coraz trudniej mi się naginać do zachowań, które nie są z mojego świata. A takie sytuacje zdarzają nam się wszędzie, zwłaszcza w pracy. Kto ma wyłącznie mądrych szefów? Otoczony jest myślącymi i czującymi ludźmi? Jeśli nie możemy zmienić myślenia innych to chociaż zachowajmy swoje, skoro zgodne jest ono z naszym systemem wartości. Nie musimy udawać kogoś innego niż jesteśmy. PS. Dziś rozmawiałam w radiu o nagłej śmierci 26 letniej dziewczyny. Zachorowała niedawno na białaczkę. Jeden z asystentów powiedział, że sam ma 26 lat, to tak jakby wszystko co zrobił, było już za nim. Zaczęłam się zastanawiać ile ja zdążyłam zrobić…

 

11 lutego 2005 Po pierwsze – jestem zaskoczona, że tak wiele osób postanowiło powalczyć z nałogiem objadania się słodyczami. Co ciekawe, z reguły postanawiają to Ci, którzy nie mają problemów z nadwagą. Czyli robimy to bardziej, by ćwiczyć wolę, niż by męczyć ciało.:) Po drugie – wszelkie posty i wyrzeczenia są bez sensu jeśli nie sięgają głębiej czyli nie dotykają tego co najważniejsze. Podobało mi się, jak odważnie myślący ksiądz z Lublina napisał -Panu Bogu nie potrzebne jest twoje nie zjedzone mięso, za to głodnemu bliźniemu może się przydać. Po trzecie – kończę tydzień z refleksją, że nie w każdych sytuacjach prawda absolutna ma szansę ujrzeć światło dzienne, rozmywa się w przepisach, kiepskim prawie, ale istnieje nadzieja, że zło nigdy nie ma ostatniego słowa. Weekend ma być deszczowy, a ja zaplanowałam podróż. Do poniedziałku.

 

14 lutego 2005 Padał deszcz, wiał wiatr a ja uparcie chodziłam z mapą po Poznaniu i wyszukiwałam zaznaczone miejsca warte zobaczenia. Skoro już tam jestem muszę widzieć. Na szczęście wszędzie kuszą też kawiarnie, w których można się rozgrzać. To miło utwierdzić się w przekonaniu, że mamy w Polsce ważne zabytki, atrakcje turystyczne (ach te powolnie majestatyczne koziołki) i niezłe knajpy. Dziwi tylko, że informacja turystyczna w rynku jest zamkniętą w weekendy, a do podziemi katedry można tylko wchodzić w grupach zorganizowanych, a jak tak nie lubię być organizowana przez kogokolwiek. Wieczór miałam szabasowy. Był koncert, spektakl i degustacja potraw. Mądrości żydowskie się nie starzeją. „Nie martw się o jutro, skoro nie wiesz, co jeszcze dziś może się zdarzyć.” „Nie módlmy się o to, by skończyły się kłopoty, bo wraz z nimi kończy się życie.” Słodkiego poniedziałku życzę. PS Zagadka dla poznaniaków. Czym jest myszka gotowana ze zdjęcia. Dla ułatwienia dodam, że promocja była anonsowana na wystawie sklepu mięsnego. Ja nie wiem…

 

15 lutego 2005 Czy można kochać życie mając na swym koncie rozczarowania, przeżyte krzywdy, boleśnie odkrytą rzeczywistość? Co i rusz zadaje sobie to pytanie, by odpowiedzieć- można. Ale to nie przychodzi samo. O odczuwanie szczęścia trzeba wówczas powalczyć. Nie muszą tego robić ci co fruwają jeszcze lekko ponad ziemią a ich jedynym problemem jest jak zaplanować weekend. Z perspektywy czasu widzę, że niedoceniamy czasu beztroski. A takim okresem w życiu jest z pewnością dzieciństwo i młodość, kiedy ktoś inny ponosi odpowiedzialność za nas, a my tak naprawdę niewiele jeszcze musimy. Rozmawiałam dziś z kimś mi bliskim o tym jak bardzo zamyka nas rozczarowanie drugim człowiekiem, kiedy komuś ufamy, a w zamian zostajemy oszukani. Co wtedy? Czy przestajemy wierzyć, że na świecie są dobrzy ludzie? Nie, nie przestajemy, nie jesteśmy też bardziej ostrożni. Ale już wiemy więcej. I ta wiedza siedzi głęboko. A potem z jeszcze większą radością przeżywamy cudzą życzliwość, uczciwość i wszystkie drobne gesty. Bo wiemy już, że to szczęście spotkać na swej drodze dobrego człowieka. Jestem przekonana, że mam w swoim otoczeniu takich. Tym wyraźniej teraz to widzę. PS. Myszka gotowana to jak poinformował mnie Maciek z Poznania, nic innego jak rodzaj szynki. Taka mała kulka. Odetchnełam z ulgą.

 

16 lutego 2005 Róbmy swoje. Także wtedy, gdy wydaje nam się, ze jest to nikomu nie potrzebne. Róbmy dla siebie. Dla własnego dobrego samopoczucia. Tymi słowami mobilizuje się dziś do życia. Choć najchętniej wyciągnęłabym stare pamiętniki i poczytała o bezpiecznym świecie z przeszłości, kiedy to rodzaj problemów był rozkosznie inny. Wypiję kawę. I może jeszcze tu wrócę 🙂

 

17 lutego 2005 To jest niesamowite. Świadomość, że kiedy dzieje się źle są ludzie, którzy trwają w gotowości by pomoc. Nie lubię być w centrum zainteresowania, nie chcę nikomu zawracać głowy swoimi sprawami. Nie narzucam się i nie domagam wsparcia. A ono jest. Po wczorajszym ciężkim popołudniu przyszedł nowy dzien. A ja znów dostrzegłam przyjaciół, bliższych, dalszych, tych co dobrym słowem a czasem tylko pytaniem- „czy mogę pomóc” dają wielką siłę. Dziękuję im wszystkim. Dziś nie świeci słońce, pada mokry śnieg, ale mnie cieszy każda pogoda. Bo wiecie co w życiu jest najważniejsze? Abyśmy zdrowi byli! Jeśli to mamy, to nie narzekajmy na nic więcej tylko weźmy się do roboty, aby swój czas tu na ziemi dobrze wypełnić. PS Już dziś życzę pięknego weekendu. Odezwę się w poniedziałek.

 

21 lutego 2005 Promienie słońca padają mi wprost na klawiaturę laptopa. Zapowiada się ładny dzień. Podobno Polacy są ponurzy, bo brakuje im słońca. Chyba za proste wytłumaczenie. Za to posiedliśmy wyjątkowy dar szukania energii w samych sobie. Jestem spokojna. Mam szczęście. W weekend byłam w domu ludzi, którzy tego szczęścia nie maja. Czują że ich biedne życie, przypominające raczej wegetacje jest zdeterminowane a oni sami nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Tak musiało być. Mam szczęście, że tak nie myślę.

 

22 lutego 2005 Chwile szczęścia, absolutnej nirwany, albo tylko słodkie momenty kiedy świat zewnętrzny przestaje istnieć. Zdarzają mi się w teatrze, w kinie, na koncertach, wystawach, wtedy gdy dotykam sacrum. Za każdym razem, gdy już siedzę w teatralnym fotelu zadaję sobie pytanie-dlaczego tak rzadko korzystam z tego co mam przecież na wyciągnięcie ręki. Artyści są ludźmi błogosławionymi. Potrafią dotknąć w nas strun od dawna nie dotykanych, albo nawet takich o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Ile łez wyciskało ze mnie „Jezioro Łabędzie” słuchane na zmianę z mocno garażową muzyką z Jarocina. Ile dziękczynnych myśli posyłałam do nieba moknąc na cudnym koncercie Pink Floyd w Pradze, czy bawiąc się na energetycznym Moby’m. Dla jednego momentu utraty tchu w piersiach warto przejrzeć mnóstwo fotograficznych albumów, odwiedzić wiele wystaw. Pomyślałam o tym kiedy leczyłam nerwy po ostatnich przeżyciach patrząc na wygłupy chłopaków z Państwowego Baletu Męskiego z Sankt Petersburga. Na te moje półtorej godziny relaksu oni ćwiczyli latami. Widziałam w nich nie gwiazdy baletu ale zwykłych bardzo młodych chłopców, którzy cały swój czas spędzają na ciężkich ćwiczeniach…po co? Dla moich chwil szczęścia.

 

23 lutego 2005 Nie iść za prawdą to jak wyrzec się siebie… Takie zdanie napisała mi kiedyś A. Dziś do mnie wraca, bo gdzieś tam ważą się losy sprawiedliwości. Czy ona zawsze wygrywa? Pewne nie. Zatem liczy się to, by być w porządku wobec samego siebie. Mój kolega I. ma racje twierdząc, że źli ludzie nie śpią spokojnie. Wyobrażam sobie jaki strach musza czuć przy końcu życia. Kiedy byłam mała, ktoś mocno zadziałał na moja wyobraźnię tłumacząc mi, że nic się przed Bogiem nie ukryje, on widzi wszystko i choćbym miała ochotę coś ukryć, w czymś skłamać to i tak kiedyś to zostanie odkryte. Pomyślałam wówczas- ale będzie wstyd. Od tej pory zawsze o tym pamiętam. PS Ranking najlepiej zarabiających zawodów wg moich obserwacji: prawnik, stomatolog, weterynarz w dużym mieście. Teraz rozumiem dlaczego ludzie ze swoimi problemami nie idą do sądów, nie leczą zębów, ani nie stać ich na prawidłową pielęgnację zwierząt.:)

 

24 lutego 2005 Zaczynam dzien. Silniejsza, jeszcze bardziej przekonana, że nie ma kilka odmian prawdy. Jest jedna prawda i jedno kłamstwo. Mam spokojne sumienie. Zrobię wszystko co w mojej mocy, by zachować wartość słów uchodzących już za przebrzmiałe. A resztę zostawię ocenie Nieba… Usłyszałam dziś, że wszyscy jesteś w coś uwikłani. W zależności, od których nie ma ucieczki, a które nie pozwalają nam samodzielnie podejmować decyzji. Głęboko w tle są pieniądze. Straszy pan mówiąc mi o tym, był szczerze zdziwiony, że jak dziecko oburzam się na czyjąś nierzetelność, brak uczciwości itp. Bo ja wierzę. Że są ludzie, których nie można kupić. Zostanę sobie z tą wiarą i zacznę swój pełen naiwności i idealizmu dzień. Będziecie ze mną?

 

25 lutego 2005 Kiedy już dochodzimy do tego, że jesteśmy inni, to trzeba z tej inności uczynić atut. Pamiętacie piosenkę Republiki „Równym bądź”? Kiedy dzieci wyrastają odkrywają, że istnieje coś takiego jak różnorodność, wyglądu, poglądów, myśli. Rzecz w tym, żeby odpowiednio wcześnie im uświadomić, że one nie muszą być takie same, jak reszta świata. W różnorodności siła. Ostatnio przyglądam się młodym dziewczynom na ulicach Warszawy. Nigdy dotąd nastolatki nie były tak ujednolicone! Najwyraźniej siła młodzieżowych gazet jest wielka. Dziewczyny ubierają się tak samo, malują tak samo, nie daj Boże myślą też tak samo. Wiem, nie jest łatwo w tym wieku być innym. Z drugiej strony kiedy ja chodziłam do liceum, w zuniformizowanych czasach, robiliśmy wszystko, by się wyrwać z szarości i odcieni granatów. Czerwone spodnie przerobione z kalesonów dziadka koleżanki były naszym klubowym strojem na popołudnia. To miało też wyrażać inność naszych myśli. Oryginalność była zauważana i doceniana. Warto mieć swoje zdanie.

 

28 lutego 2005 Zupa cebulowa ma co najmniej 100 twarzy. Wciąż number one to ta, która jadłam pod wieżą Eiffla. Religia i wychowanie sprawiają czasem, że ludzie składają swe szczęście w ofierze, rezygnują ze swoich praw w imię źle pojętej ustępliwości i wiary. Korzystanie z przyjemności wymaga odpowiedniego nastawienia. Nauka radości dla niektórych powinna być obowiązkowa, wszystko jest dla ludzi! Zacznijmy dobrze ten tydzień.

 

1 marca 2005 Tyle się dzieje. A. powiedziała, że przestaje włączać telewizję, bo jest zmęczona światem. Tym z newsowych jedynek. Czyli ostatnio zdrowiem Papieża. Nie macie wrażenia, że ulegamy zbiorowemu otumanieniu i szaleństwu. Domagamy się stale gorących wieści ze szpitala, co jadł, jak oddychał, dziwię się, że jeszcze nikt nie zapytał o regularność wizyt w toalecie. (a może już pytał?) Papież jest człowiekiem całkowicie odartym z intymności. A ponieważ Watykan niechętnie mówi, to dziennikarze robią newsy z niczego. Potrafią opowiadać i opowiadać, pokazywać obrazki modlących się ludzi, przeprowadzać wywiady z przyjaciółmi Papieża, osobami z jego otoczenia, wszyscy zajmują się wróżeniem z fusów. Kiedy zaczęłam mieć problemy z głosem z powodu jakiejś przedłużającej się infekcji, pani doktor realnie zauważyła, ze dwa dni zwolnienia nic nie dadzą. Trzeba znaleźć czas na chorowanie, minimum tydzień. Wtedy dzień był podobny do dnia, wcale nie czułam radykalnej poprawy, ciało regenerowało się bardzo powoli. Tymczasem teraz, gdy choruje Ktoś Bardzo Ważny świat domaga się wiedzy, co kilka minut. Najlepiej, by można było powiedzieć; „czuje się lepiej”. Wiem, jest osobą publiczną, kochaną, ale przede wszystkim jest kimś cierpiącym, komu ciało odmawia współpracy. W tej sytuacji nam potrzeba więcej pokory. I ciszy.

 

2 marca 2005 Praca dla ludzi czy ludzie dla pracy? Jasne, że to pierwsze. Ale najczęściej tylko w teorii. Ile czasu dziennie tracimy na opowiadanie sobie o zawodowych problemach, rozkładanie na czynniki pierwsze cudzych zachowań czy decyzji, przejmowanie się, nerwy. A czas pracy ?U niektórych tak długi, że zastanawiam się kiedy żyją. Przyjrzałam się ostatnio codzienności młodego chłopaka, który nocami jest cukiernikiem niemal na głodowej pensji, w dzień próbuje się uczyć do egzaminów, bo zaocznie studiuje, wierząc, że nauka pomoże wyrwać mu się z kieratu. Na razie zarabia tyle, że wystarcza na opłacenie czesnego. Ci, którzy wiedzę już posiedli, mają nawet kilka tytułów, też odczuwają na własnej skórze recesję. Jak wygląda codzienność człowieka spędzającego dzień przed monitorem komputera. Czy fotografia żony i dzieci jaką stawia sobie na biurku jest całym jego rodzinnym życiem? Nie dajmy się pochłonąć takiej bezwzględności pracy. Bo dzień, który mija jest już nie do odzyskania, no chyba, że istniejemy wyłącznie po to, by zbliżyć się jak najszybciej do wieku emerytalnego, naiwnie sądząc, że wówczas znajdziemy czas na wszystko co za młodu nam uciekło.

 

3 marca 2005 Dzieci widzą świat bez jego złożoności i na zdrowie im to wychodzi. Często zabieramy im czyste dzieciństwo zbędnie wprowadzając w swoje sprawy. Dziwią mnie dzieciaki świetnie zaznajomione z rodzinnymi konfliktami, troskami itp. Ja biegałam po lekcjach po podwórku z resztą towarzystwa i naprawdę nie w głowie było mi przeżywać sprawy rodziców. Dziś jest inaczej. Szkoda, bo beztroska dzieciństwa to coś nieodwracalnego, jeśli nie zdarzy się wtedy, to nie przyjdzie już nigdy. Kiedy chcę zresetować umysł przypominam sobie siebie z tamtych lat. Leżę w przerwie jednego z długich spacerów z koleżanką na wysuszonej słońcem trawie, wystawiam twarz do słońca, czuje się szczęśliwa, przede mną wszystko, życie, najważniejsze wybory, porażki, o których wtedy nie mam jeszcze pojęcia. Mam taką perspektywę, że wydaje mi się, że jestem na początku drogi. Teraz od dawna już tak ani nie myślę ani nie czuję.

 

4 marca 2005 Przeczytałam wczoraj, jak zawsze z opóźnieniem wywiad z Leszkiem Balcerowiczem w Sukcesie. Jestem pod wrażeniem zaangażowania człowieka, który przecież od zawsze zbiera baty za swe reformy, bo gdzie kocha się reformatorów, a jemu wciąż się chce. Jest w tej rozmowie wiele zdań o odpowiedzialności za państwo, za nasza gospodarkę. Oczekiwanie na to, że ktoś przyjdzie i zrobi coś za nas jest według Balcerowicza czekaniem na Godota. Jeśli nie ja to kto ?-pyta, chcąc, by takie samo pytanie zadawali sobie i inni Polacy. Spotyka się z młodzieżą, by im powiedzieć, że wszelkim cynikom politycznym i szarlatanom trzeba pokazać gest Kozakiewicza i wziąć kraj we własne ręce. Tymczasem u nas panuje moda na bezczynność w sprawach państwa. Rozczarowanie polityką sprawia, że nikomu już nie wierzymy. Ekonomistę irytuje narzekanie bez jakiegokolwiek zaangażowania w sprawy publiczne. Rozmowa kończy się przekonaniem, że jeśli wystarczająco wielu rozumnych ludzi poczuje się odpowiedzialnymi za kraj, w którym mieszka i wyciągnie z tego praktyczne wnioski to Polska szybko zacznie doganiać Zachód, warunki życia będą się szybko poprawiać a my staniemy się dumni z własnego kraju i to będzie narodowy sukces. Uff. Dobrze, że to przeczytałam przed obejrzeniem programu Lisa z udziałem m.in. Romana Giertycha. Nie przejęłam się aż tak bardzo cynizmem tego człowieka, licząc, może naiwnie, że jeszcze znajdą się tacy co nasz kraj uratują przed zastojem i zamętem. Może są wśród Was?

 

7 marca 2005 Po weekendzie skrystalizowała się we mnie jedna myśl. Są osoby, które w obliczu trudnych chwil potrafią wykrzesać z siebie tyle siły, że koniec z końcem swoje życie zmieniają na lepsze. Zauważyłam, że większość z nas nie lubi zmian. W tym co oswoimy i znamy czujemy się pewnie i bezpiecznie. Tymczasem tylko zmiany wyzwalają nową energię. Wiedzą to ci, którzy zmieniają pracę i muszą stawiać czoło nowym wyzwaniom. Z radością odkryłam, że dawni znajomi z radia po odejściu z firmy rozwijają się dalej. Czasem zmieniają branżę, czasem przechodzą do konkurencji albo zaczynają pokazywać się w telewizji, ale każdy na swój sposób zdobywa szczyty. Piszę o tym, by przekonać samą siebie, że zmiany nie są złe, dają nową perspektywę i nawet jeśli w danej chwili świat widzimy na czarno, to kto wie, czy po jakimś czasie nie będziemy jeszcze bardziej zadowoleni. Mała stabilizacja usypia.

 

8 marca 2005 Co czują dziś panowie przychodząc do pracy, do szkoły albo do domu pełnego kobiet? Przecież nie sposób kupić naręcza tulipanów i rozdawać tym wszystkim codziennie spotykanym paniom. Oj chyba Wam nie zazdroszczę.:) A z drugiej strony jest jak w naszej autoreklamie, każda kobieta uśmiechnie się dostając kwiaty czy słysząc miłe słowo. Ogłaszam zatem wszem i wobec. Nie mam nic przeciwko temu świętu, tak jak nie ukrywam swojego wieku obchodząc z roku na rok coraz huczniejsze urodziny. Lubię każdą okazję która daje nam szanse na wspólny czas. I podziwiam naszych mężczyzn, którzy wciąż na tle reszty Europy pozostają gentelmanami. Bo gdzie indziej panowie wstają z krzeseł jeśli kobieta stoi obok, gdzie przepuszczają w drzwiach i podają płaszcz? Jeśli zatem mogę mieć jakieś życzenie na Dzień Kobiet to niech ono dotyczy mężczyzn. Bądźcie wciąż po staroświecku inni.

 

9 marca 2005 Nie mogę patrzeć na pierwsze strony tabloidów. Tytuły informują o największych okropnościach, ilustrowane są zdjęciami, dla których można urządzać konkursy na najstraszniejsze. Dzieciom wypadałoby zakrywać oczy, ale nie sposób, bo te pisma są wystawiane w witrynach każdego kiosku. Zastanawiam się jakie jest samopoczucie ludzi karmiących się taka informacją. Dostają porcję codziennej tragedii. Nigdy nie sądziłam, że mamy tylu wyrafinowanych morderców, rodziców dręczących dzieci, oszustów i innego rodzaju zboczeńców. Świat przedstawiany przez te gazety jest mroczny. Często czytam w trakcie posiłków. (wiem niezdrowo). Nigdy nie otwieram tych gazet przy kawie. Bo jak może smakować ten napój, gdy oczy zatrzymają się na zdjęciu wisielca, twarzy oblanej kwasem czy innych zwłok. Czy ludzie kupujący taką prasę to masochiści? Ja po kilku dniach przerzucania w pracy tych dzienników czułam, że zaczynam czarno widzieć świat. Tylko nieszczęścia i wyłącznie problemy. Przerzuciłam się szybko na babskie magazyny. Tam z kolei zawsze jest kolorowo i słodko. Teraz złapałam złoty środek.

 

10 marca 2005 Dzieci i rodzice. Zgadzacie się z tym, że dziecko jest jak walizka, co w nią włożymy to po latach wyjmiemy? Wysłuchałam opowieści o niewdzięcznych dzieciach, które mając już własne rodziny nie tylko nie interesują się swoja matka, ale po przejęciu marnego zresztą majątku czynią jej złośliwości, przyczyniając się skutecznie do jej zgorzknienia i rozczarowania. Idealistycznie oceniłam, że w tej rodzinie coś musiało być nie tak już wcześniej. Kochane dzieci nie odpłacają rodzicom niewdzięcznością. Owszem bywają zbuntowane, miewają „kiełbie we łbie”, ale kiedy same dorastają widzą już pewną prawidłowość życia. Najpierw coś dostajemy, by potem coś oddać. Nie wierzę, że staruszkowie zasilający domy spokojnej starości (jaka ona spokojna) są tam z własnej woli. Trafiają tam z samotności. Miejscem starzenia się i przemijania jest dom.

 

11 marca 2005 Dostałam ostatnio kilka listów o rozstaniach. Kończyły się młode związki młodych ludzi. Pozostawiały smutek i rozbicie. Przypomniałam sobie swoje pierwsze uczucia. Bałam się nazywać je miłością. I słusznie, bo jak się okazywało, z miłością nie wiele miały wspólnego. Flirt, zakochanie, zauroczenie, podniecenie, zafascynowanie, jest tyle słów na określenie tego co dzieje się między ludźmi. Tymczasem ostatnio, gdy coś się dzieje pomiędzy dziewczyną a chłopakiem od razu mówimy o miłości. Zostawmy to wielkie słowo na czas dojrzałego kochania. Na czas relacji męsko-damskich. Pozwólmy sobie dorosnąć także w emocjach. Przecież pierwszy chłopak i pierwsza dziewczyna nie muszą stać się mężem i żoną. A słowo kocham zobowiązuje…

 

14 marca 2005 Ładne zdanie z niedzielnego kazania- wierzysz w Boga czy wierzysz Bogu? To wbrew pozorom nie to samo. Idę dalej tym tropem. Czy wraz z upływem czasu wierzysz, że możesz żyć pełną piersią? Nawet w dorosłym świecie, w którym liczą się głównie kompromisy i umiejętność dostosowywania się? Czy masz w sobie siłę, by mimo tego co uwiera i gniecie wierzyć w swoje prawo do szczęścia? Kiedy ostatni raz czułaś się szczęśliwa? -zapytałam swoja koleżankę, która w każdym mailu pisze o tym co złego jej się przystawiło, pokazując swą codzienność jako jedno wielkie utrapienie i krzyż. Jest sfrustrowana i niezadowolona. Mam ochotę zadawać to pytanie wszystkim zgorzkniałym, często na własne życzenie. Najpierw zrób co możesz, aby było ci dobrze, a dopiero potem zacznij narzekać na świat.

 

15 marca 2005 Zaczyna się powszechne wyglądanie wiosny. I. widziała piękne czerwone buciki, w sam raz na wiosnę, ja nie zobaczyłam w swojej szafie nic nowego, znów nie mam co na siebie włożyć, jak każdego roku wiosną. Mój pies Lucek zwany Luckiem ponownie się zakochał i biega rozkojarzony po okolicy, bo wiosna. Co my byśmy bez tej wiosny zrobili? Bez przesilenia i rozmów o osłabieniu organizmu. Na wiosnę udaje się dokonać tego z czym zwlekaliśmy całą zimę. Mój przyjaciel na wiosnę zmienia życie. Moja koleżanka podjęła odważne decyzje. Na wiosnę mamy siłę, by się odnawiać i dawać sobie znów szanse na spełnienie. Kiedyś w moim domu na wiosnę trzepało się dywany i robiło generalne porządki. Pachniało świeżością. Mam ochotę zrobić tak samo tej wiosny. Wyrzucić kurz. Strzepnąć go z siebie.

 

16 marca 2005 Co dobrego słychać? To jest bezpieczne pytanie, które powinniśmy zadawać jeśli nie chcemy być zasypani złymi wiadomościami. Takie pytanie zobowiązuje do zastanowienia się i zmusza do wyszukania czegoś pozytywnego spośród ostatnich zdarzeń. W ostateczności możemy usłyszeć krotką odpowiedź- „nic”. Co u mnie dobrego? Niech pomyślę. „Księga Na Dobry Dzień” wchodzi w fazę graficzną. To niesamowite widzieć jak zbiór literek z komputerowego monitora zaczyna żyć osobno, na kartkach, obok wymyślnych rysuneczków grafika Pablo. Po jakiejś przerwie znów przeczytałam teksty z Księgi. Ile tam optymizmu i wspaniałych Waszych słów. Bałam się banału, zbytniej prostoty. Tymczasem tak jest chyba od zawsze, o sprawach najprostszych, tych najbardziej oczywistych zapominamy najszybciej. Dlatego lubimy o nich słuchać. To moja dobra wiadomość z wczoraj. PS Znam kogoś kto pytając – co słychać, jak życie- nie czeka na odpowiedź, pędzi dalej. To amerykańskie pytanie zupełnie nie pasuje do naszej rzeczywistości. Nie potrafimy bowiem tak jak Amerykanie z powierzchownym uśmiechem odpowiedzieć krótko- dziękuje, wszystko ok. My chcemy opowiadać, mówić, rozmawiać. I całe szczęście, bo ja sama nie lubię tego pytania, które jest wyrazem tylko pozornego zainteresowania. Co dobrego u Was?

 

17 marca 2005 Na co dziś czekam? Na weekend, na spacer w Łazienkach, na wiosnę na kilka dni w Barcelonie, na wakacje. Ojej, ale mogłabym pisać i pisać. Plany dają perspektywę. Mam po co żyć, bo wciąż tyle do zrealizowania. Wczoraj przeczytałam wspomnienie o tym co wydarzyło się 14 marca 1980 roku. Samolot z Nowego Jorku nie wylądował na Okęciu. Spadł tuż przed początkiem pasa startowego. To w tym samolocie leciała Anna Jantar, ale też 14 amerykańskich bokserów ich trenerzy, lekarze, masażyści. Jak zwykle w takich sytuacjach dopadło mnie natręctwo myśli. A co by było, gdyby przede mną nie było jutra. Czy moje życie, do tego momentu jest satysfakcjonujące, czy jestem spełniona? Nagle na nowo odkrywam siłę powiedzenia- żyj tak jakby to miał być Twój ostatni dzień. Nie czekaj na jutro, zrób dziś to co daje szczęście, radość, uśmiech. A życia chyba nigdy za wiele. Zapytajcie bliskich, tych wiekowych, czy oni uważają, że swoje już przeżyli. Nie sądzę, zawsze mamy po co zaczynać nowy dzień.

 

18 marca 2005 Życie to walka. Trzeba przyjąć, że nie wszyscy wokół nas są tak samo mili, grzeczni, uczciwi. Zawsze znajdzie się ktoś kto podstawi nogę .Będzie chciał wykorzystać. Ponieważ świat ma przed sobą znacznie dłuższą perspektywę niż człowiek, należy patrzeć na to co się dzieje ze stoickim spokojem. Zło, dobro, odwieczna przepychanka. Te prawdy usłyszałam dziś od kogoś kto swoje przeżył. Może dzięki takiemu podejściu, bliskiemu Heraklitowi („wszystko płynie”) udaje mu się żyć z wyrokiem choroby, nie narzekać, nie buntować się, traktować całe to zło jako coś wpisanego w ludzkie istnienie. Czy gdyby tego uczono dzieci w domach oszczędzono, by im rozczarowań w dorosłym życiu? Tymczasem ja przeżywam każdą niesprawiedliwość, zadaję sobie dziesiątki pytań zaczynających się od słowa -dlaczego? Szukam wytłumaczenia dla cudzych zachowań. Nie jestem pewna czy tego rodzaju wrażliwość jest w naszej rzeczywistości potrzebna. Za późno zorientowałam się, że zło istnieje bardzo blisko dobra. Może gdybym wiedziała wcześniej nie dałabym pola do popisu paru oszustom na jakich się natknęłam? Lepiej późno niż wcale:) Choć w tym przypadku nie miałabym nic przeciwko „wcale”.

 

21 marca 2005 Wiosna? Ileż słów dziś na jej temat padnie. Ja nie czekając na zapowiadane od środy ocieplenie kupiłam kilka doniczek z narcyzami, krokusami, hiacyntami, przypomniałam sobie, że pisanek robić nie potrafię, ale dekoracje świąteczno-wiosenne owszem. I jak swe fantazje na temat sfotografuje to się pochwalę, bo zamiast kupić gotowe stroiki miałam satysfakcje z własnych dzieł. Rzeżucha też już zasiana, tylko czy wyrośnie skoro na opakowaniu znalazłam datę ważności do 2001 roku. Swoją drogą sprytny sposób upłynniania starych produktów. Starocie gratis. Rzeżucha była dodatkiem do glinianego naczynia, w sam raz do ”uprawy” ziół w domu. Po niedzieli palmowej znów odrywam, że Wielkanoc już za kilka dni. Wygląda na to, że będę miała przyjemność przygotować te święta sama. Jak na razie znalazłam przepis na jajka przepiórcze z rucolą. A reszta? Dam radę, byleby nastrój zwycięstwa życia nad śmiercią, wiosny nad zima, nowego nad starym mnie nie opuszczał. Czego i Wam życzę.

 

22 marca 2005 Dlaczego kobiety maja jeszcze coś co można by nazwać wstydem, a obce to jest mężczyznom? Wiem generalizuję. Ale sami przyznacie mi rację. Jeśli ktoś załatwia swoje potrzeby fizjologiczne w publicznych miejscach to jest to facet. Najbardziej znany kierowcom obrazek to pan siusiający na trasie, zaraz przy samochodzie, choć kilka kroków dalej gęsty las i sporo krzaków. Wystarczy że się odwróci tyłem do przejeżdżających aut i już jest ok. On nie widzi innych, to zapewne sadzi, że i jego nie widzi nikt. Bo jak to inaczej tłumaczyć? Ekshibicjonizmem? Wczoraj wracając ze spaceru z psami wpadłam wprost na chłopaka sikającego na alejce między blokami, w środku osiedla, obok przechodzących ludzi. Zachciało się, postawił butelki z piwem obok, rozpiął rozporek. Byłam tak zdumiona, że nie zareagowałam, bo w gruncie rzeczy to ja poczułam się zawstydzona. Ot paradoks, peszą się nie ci co powinni. Teraz rozumiem, dlaczego toalety na dworcu we Lwowie nikogo z mieszkańców nie szokowały. Co z tego, że każdy załatwiał się na oczach pozostałych, przecież nic co ludzkie nie jest nam obce.

 

23 marca 2005 Wiosna. Ile achów i ochów, że to najładniejsza pora roku, najbardziej wyczekiwana, najwięcej nam dająca. Jednogłośnie kiwamy głowami, nawet alergicy, którzy prychają i smarkają wiosnę lubią. Po porannym spacerze wiem, że już nadchodzi nieodwołalnie. Ławki zaczynają być używane, przechodnie zwolnili kroku, jakaś beztroska unosi się w powietrzu. Poluzowałam szalik, rozpięłam kurtkę, przypomniałam sobie, że w szafie mam tyle spódnic. I marzę sobie po cichu- aby za szybko ta nasza ulubiona pora roku nie zamieniła się w lato. Nacieszmy się ciepłym wiatrem zanim nadejdą upały. Co byście powiedzieli na wiosennie spędzony dzień? Z nastawieniem, że nic i nikt nie odbierze nam dobrego nastroju. Ruszam do swoich spraw.

 

24 marca 2005 Na studiach lubiłam zajęcia z etnografii. To były jedyne wykłady, na które udawało mi się rano dotrzeć mimo, że zaczynały się bladym świtem. Słuchałam na nich opowieści, które w gruncie rzeczy sprowadzały się do mówienia o sacrum i profanum. Przypomniałam sobie teraz o tym, bo w powietrzu unosi się zapach świat. Wchodzimy w czas sacrum. Niedawno dzieliliśmy się opowieściami o bożonarodzeniowych przygotowaniach, a tu już pora na jajka. Co my byśmy bez tego podziału na czas zwykły i świąteczny zrobili. Słyszałam jak ktoś narzekał, że znów trzeba się przygotować, bo rodzina, bo odwiedziny, bo zakupy. pomyślałam. ilu ludzi dałoby wiele za taki czas sacrum i możliwość świętowania. Może do świąt tez trzeba dorosnąć.

 

25 marca 2005 Kto zdążył tu wpaść przed Wielkanocą może przeczytać tylko jedno. Życzenia, którymi pozytywnie zaklinamy rzeczywistość. Dziękuję za wszystkie. Przeczytałam ich dużo, były mocne, piękne, pełne nadziei. A najbardziej urzekły mnie te od I. „Zacznij od Zmartwychwstania/ od pustego grobu od Matki Boskiej Radosnej/ wtedy nawet krzyż ucieszy (.) zacznij od pustego grobu/ od słońca ewangelie czyta się jak hebrajskie litery od końca” ks. Jan Twardowski Na Triuduum Paschalne oraz święta Wielkiej Nocy życzymy zdziwienia Weroniki, zadumy Szymona i radości Piotra oraz Jana. Cieszmy się tymi świętami, sobą i wiosną.

 

29 marca 2005 Dobrze jest najpierw przygotowywać się do świąt, potem je przeżyć najlepiej jak się potrafi, pozwolić im minąć, i już zająć się planowaniem tego co będzie. Tak właśnie robię. Już moje myśli wybiegły do ciepłych letnich miesięcy. Do niedawna fascynowało mnie, że właściwie jeszcze zimą już są tacy, którzy wiedza co będą robić latem. Chyba i ja włączam się do grupy planujących z wyprzedzeniem. Grzecznie ulegam specom od sprzedaży którzy ogłaszają- do końca marca taniej! Ułatwiam pracę kolegów ustawiających grafik urlopowy, bo już wiem kiedy chcę wyjechać. Oglądam katalogi, przerzucam strony, by po pewnym czasie stwierdzić, że wszystkie te oferty są tak do siebie podobne, że szkoda papieru na drukowanie tylu identycznych obrazków plaż hoteli-molochów i basenów z lazurową wodą. I tak ten kto jeździ wie, że często na miejscu okazuje się, iż hotel owszem stoi ale przy ulicy, obok budowy a basen na zdjęciu długi i szeroki w rzeczywistości mieści 10 osób. Szukam dalej. I życzę dobrego, krótszego tygodnia. PS Po zmianie czasu dzień nam się wydłużył!

 

30 marca 2005 Kiedy człowiek staje się faktycznie dorosły? Wtedy, gdy zaczyna brać odpowiedzialność za swoje życie. Gdy nie przerzuca tej odpowiedzialności na rodziców, przyjaciół, nieprzyjazny świat, gdy radzi sobie i z sukcesami i z porażkami. Tak myślę. Tymczasem na moich oczach dzieje się filmowa historia. Para po kilku miesiącach burzliwego narzeczeństwa wybiera datę ślubu. Włączają się w to ich rodziny, jedni chcą małżeństwa, drudzy nie. Para się kłóci, rozstaje, schodzi, przeprasza znów kłóci, ale daty ślubu nie zmienia. Na wszelki wypadek nie kupuję prezentu bo po co mi dodatkowy robot kuchenny w domu. Sklepy są otwarte także w soboty, zadziałam w ostatniej chwili. Stoję z boku i widzę jak trwa wymiana obraźliwych smsów, walka, przeciąganie liny. Zadaję sobie, ale chyba tylko ja, podstawowe pytanie- po co w tym wszystkim ślub. Młodzi nie są już tacy młodzi, żyją w dużym mieście, nikt ich nie wytyka palcami, że mieszkają razem, ona nie jest w ciąży. Nie znajduję odpowiedzi. Może za mało wiem o zakamarkach ludzkiej duszy. Może oni po prostu to lubią, te łzy, te nerwy, ten stres. Może szybciej podejmuje się decyzje o podpisaniu aktu niż dochodzi do dojrzałości. Może nie powinnam w ogóle się nad tym zastanawiać.

 

31 marca 2005 W tym samym momencie pomyśleliśmy o tym samym. O anonimowych bohaterach naszej codzienności. Spotykamy ich codziennie, mijamy się, czasem uśmiechamy, czasem odważymy się powiedzieć dzień dobry. Wróciłam z porannego spaceru, otworzyłam skrzynkę a w niej taki list od Kasi. „Każdego dnia, wracając z pracy, spotykam miłego, starszego Pana z pieskiem. Czy na dworze jest mróz, czy pada deszcz zawsze o tej samej porze i w tych samych miejscach. Ale nie to jest istotne. Ten starszy Pan będąc na spacerze ze swoim psem opowiada mu, co się wokół nich dzieje. A to żeby uważał, bo właśnie przejeżdża TIR i żeby się nie przestraszył, a to, że chuliganie wysypali śmieci na trawnik I tak każdego dnia. Zanim się do tego przyzwyczaiłam minęło trochę czasu. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale to takie trochę dziwne. On przecież rozmawia ze swoim psem jak z drugim człowiekiem. Aż pewnego dnia dotarło do mnie, że to zapewne SAMOTNY starszy Pan, który być może gdyby nie jego wierny przyjaciel to nie miałby się, do kogo odezwać. Muszę bardziej przyjrzeć się swoim sąsiadom, może jest ktoś, dla kogo wymiana kilku zdań jest czymś więcej niż krótką, miłą rozmową.” Uśmiechnęłam się. Bo właśnie o tym chciałam dziś napisać. Te same postacie. babcia z wnuczką, zagadane, rozszczebiotane, w drodze do przedszkola, pani w dresie z dwoma suczkami, zawsze dokarmiająca ptaki, mijający mnie samochód z dzieciakiem nieprzepisowo siedzącym na przednim fotelu, to tata wiozący syna do szkoły. Pani w sklepie, zawsze pogodna, jak ona to robi? Teraz rozumiem to atawistyczne pragnienie życia w małych społecznościach. Takich, w których krótka wymiana zdań daje nam energie, jedno dzień dobry rzucone przez kogoś kogo znamy tylko z widzenia może odmienić nasz dzień.

 

2 kwietnia 2005 Kiedy kończy sie Takie Życie, kończy się też jakiś etap mojej własnej historii.

 

4 kwietnia 2005 Tyle słów, tyle łez, tyle obrazów, tyle wspomnień, tyle obietnic, tyle przemyśleń. Moja żałoba niech będzie ciszą i milczeniem.

 

5 kwietnia 2005 Kolejny dzień żałoby. W radiu, w czasie mojego programu pada dużo słow. Pozwólcie, że tu pomilczę.

 

6 kwietnia 2005 Ostatnio najczęściej słyszę apele, wezwania, prośby. Dotyczące Polaków, narodów, świata. A jak tak bardzo czekam na skromne i małe świadectwa zmian pojedynczego człowieka. Kiedy o takich słyszę, lub czytam wzruszam się najbardziej i wiem, że to jest najpiękniejszy owoc życia i śmierci Papieża.

 

11 kwietnia 2005 Jesteśmy. Niby tacy sami a jednak inni. Z nowym zadziwieniem, że są wydarzenia, które tak nas potrafią poruszyć. Możliwe, że inaczej patrzymy i na siebie i na to co obok. W poniedziałek wracamy inni. I nie ważne, że kibice już rozczarowali, a polityce pewnie rozczarują. Najważniejsze jest to co w sercu. W tym osobistym małym świecie, w którym coś zależy od nas samych. Nie zamierzam dywagować na jak długo starczy mi energii. Czuje sens tej śmierci i bardzo chce mi się żyć. Witajcie.

 

12 kwietnia 2005 Nie wiem jak Wy, ale ja znów odkryłam, że mam tyle do zrobienia. Cudze życie pokazało, że człowiek sporo może. Nie ma co tłumaczyć się okolicznościami, warunkami itp. W moim świecie decyzje należą do mnie. Proste i oczywiste ale jakże miło ponownie to zobaczyć. Mam swój sposób na wewnętrzną mobilizację- czytam biografie. Skoro inni mogą przeżywać piękna lata to i ja też mogę! Panie i Panowie, książki czekają, świat czeka, tyle miejsc jeszcze nie odkrytych, Wasze marzenia czekają! PS. Moja Barcelona też czeka, już niedługo 🙂

 

13 kwietnia 2005 Ależ interesująca dyskusja przechodzi teraz przez nasz kraj. Pomniki czy stołówki dla biednych, nazwy ulic i placów czy fundacje imienia Papieża? Kościół dla ludzi czy ludzie dla kościoła? Nigdy wcześniej nie było tak ciekawie. Wolność, którą mamy już jakiś czas spowodowała, że zmienia się nasz sposób patrzenia na samych siebie. Wstaliśmy z kolan, a teraz się prostujemy. Poczuliśmy się ważni, dopuściliśmy do głosu własne potrzeby. Chcemy, by rządzili nami uczciwi i mądrzy ludzie, a naszymi duszami zajmowali się światli duchowni. Nie będzie lekko, bo mamy wreszcie jakieś wymagania. Czas miernot już się kończy. Obyśmy już nie obniżali poprzeczki!

 

14 kwietnia 2005 Zawsze kiedy mam się spotkać z kimś z głębokiej przeszłości przeżywam rozterki. Czy warto odbywać taką podroż do przeszłości, czy nie lepiej zostać ze wspomnieniami? Ile to już razy okazywało się, że fajna kumpla z podwórka po latach była nobliwą mieszczanką z którą w żaden sposób nie dało się odtworzyć tamtych radosnych chwil. Boję się i chcę tego. Bo jest cos fascynującego w odkrywaniu kogoś po latach. Móc sprawdzić, jak się ktoś zmienił, jakich słów używa, jak z chłopca stał się mężczyzną. Wreszcie jakich dokonał wyborów życiowych, kim jest, czy jest szczęśliwy? Nie wiem czy więcej będzie w tym spotkaniu rozczarowania czy radości wspomnień, nie wiem czy się odważę. Napiszę po powrocie, a na razie wyruszam do Świętego Miasta (w Polsce) regenerować siły nadwerężone ostatnimi wydarzeniami. PS Magnolia coraz bardziej w białych płatkach.

 

18 kwietnia 2005 To było niesamowite. Twarze jakby znajome, uśmiechy jakby te same, wreszcie miła konstatacja, że to są ci sami ludzie. Starsi, mądrzejsi, z wieloma doświadczeniami na koncie, karierą zawodową i rodzinami albo nie, ale ci sami! A najbardziej obawiałam się, ze zobaczę kogoś kto nijak nie będzie pasował do wspomnień z jakimi zostałam, że rozczarowanie zabierze mi czystość tego co zapamiętałam. Ale od początku. Zadzwonił jakiś czas temu do radia kolega z podstawówki, zostawił swój numer. W ósmej klasie przytulaliśmy się do siebie na szkolnej zabawie. Wcześniej w ramach zwracania na siebie uwagi oblewał mnie śmierdzącymi perfumami mamy (wtedy wszystkie śmierdziały), albo tłukł workiem z kapciami. Nękana wyrzutami sumienia, nie chcąc być podejrzewana o gwiazdorstwo, pychę itp. wyjęłam karteczkę z telefonem i po paru miesiącach (on twierdzi, że po pół roku) oddzwoniłam. Była okazja, jechałam do rodzinnego miasta na weekend. Umówiłam się na spotkanie, powtarzając sobie, że przecież może być milo. Spotkanie z jednym kolegą okazało się na miejscu spotkaniem prawie klasowym. Pojawiło się na nim 8 chłopaków i dwie dziewczyny. Kiedy ich zobaczyłam byłam przerażona. Co będzie jak nie dopasuje imion do nazwisk, nazwisk do twarzy a twarzy do zdarzeń. Po chwili to już nie było istotne. Popijaliśmy piwo i co kto chciał, opowiadając po kolei o swoim życiu, wybuchając co rusz śmiechem, rekonstruując ten czas jaki spędziliśmy bez siebie. A było co opowiadać, każdy zaczynał zdaniem: ”A po podstawówce.” Wszystko pasowało. Pozostaliśmy sobą! Ale najbardziej uderzyło mnie to, że kiedy pytałam ich po kolei o poziom zadowolenia z życia w skali od 1 do 10 to każdy był blisko 10. W mieście, w którym bardzo dobre zarobki to te w okolicy 2 tysięcy pln, gdzie nie liczy się za bardzo, czy ubranie pochodzi z markowego sklepu, czy przyjechało z Turcji itp. itd. I tak oto siedzieliśmy przy jednym stole, tak jak kiedyś siedzieliśmy w jednej klasie. Na pewno to nie koniec naszych spotkań. Odważyłam się i wiem, że było warto.

 

19 kwietnia 2005 Miało nie być o przemijaniu, ale jakoś tak dopadły mnie myśli, że to kolejna wiosna i znów na nowo zaczynają swe życie roślinki, które mam wokół. Cud odnawiania. Nawet drzewo, które nie rokowało postanowiło zawalczyć. Sucha korona, ale zielone listki odważnie wyglądają z pnia, czekając na decyzje ogrodnika. Nie mam serca pozbywać się tego drzewa. Ono wciąż istnieje. E. napisała, że co jakiś czas robi sobie życiowy bilans. Po to, by nie przebudzić się nagle w wieku 60 lat i nie stwierdzić z przerażeniem, że czas minął bezsensownie. To samo jest we mnie. Nie chcę powierzchowności, prześlizgiwania się po zwykłych zdarzeniach, nie mam potrzeby istnienia na niby, na chwile, w niby związkach. Chce głębiej, prawdziwej. Znów pytam siebie o czas. Czy dobrze go wykorzystuje? W Częstochowie mój ulubiony paulin powiedział, że po śmierci Papieża wszystko robi lepiej. Ja też spróbuję.

 

20 kwietnia 2005 Umarł król, niech żyje król. Życie toczy się dalej, jesteśmy świadkami historycznych zdarzeń, przyglądamy się, dyskutujemy, choć jak zawsze w takich momentach jedyne na co mamy wpływ to własna codzienność. A w niej też nie jesteśmy sami. Czasem myślę, że to do czego mam fart to ludzie. Ale z drugiej strony mogłabym napisać, że przyczyną wszelakich moich nieszczęść też byli ludzie. Na szczęście nie ci sami. Grunt to widzieć szklankę pełną do połowy, ale ja lubię też mieć świadomość tej pustej polówki. Bez niej radość byłaby niepełna. Ile energii poświęcamy na kontakty miedzy ludzkie, ile czasu zabiera nam rozwiązywanie konfliktów, tłumaczenie, prostowanie. Marzymy o bezludnej wyspie ale wiemy, że tam też nie znaleźliśmy spełnienia. Żyjemy wśród ludzi i dla ludzi, bardzo to ciężka sprawa nauczyć się takiego współistnienia. Zachować swoje granice, nie krzywdząc innych. Odnaleźć szczęście i spełnienie, nie zabierając go nikomu obok. Takie są moje myśli po porannej rozmowie z koleżanką.

 

21 kwietnia 2005 Dziennikarze to hieny, lekarze to łapówkarze, a prawnicy to krwiopijcy. A nauczyciele? Frustraci. Uogólnienia, stereotypy, złośliwości. Ale pokażcie mi kogoś kto nie zetknął się choć raz z łapówkarzem, krwiopijcą i frustratem. Są wszędzie. I to oni psują wizerunek zawodów jakie uprawiają. Bo o tych którzy z pasją, solidnie robią swoje nie mówi się tak często. Miałam to szczęście zaczynać swą zawodową pracę patrząc jak to robią inni. Żył Andrzej Woyciechowski, był zawodowym autorytetem. A ilu z nas może teraz wskazać jakiś autorytet w swoim otoczeniu? Podobnie w szkole. Uczyli mnie ludzie pasji. Nie wykładowcy z przypadku, tylko nauczyciele, o których spokojnie można powiedzieć –pedagodzy, wychowawcy. Czas mistrzów minął?

 

22 kwietnia 2005 Byłam wczoraj w klubie na miłej uroczystości wręczenia złotej płyty Krzysztofowi Kiliańskiemu za 35 tysięcy sprzedanych egzemplarzy jego płyty, tej z przebojem „Bez ciebie nic”. Kayah wprowadziła Krzysztofa na rynek, wypromowała i zaśpiewała z nim piosenkę, która szybko stała się ulubionym wyciskaczem łez. Co ciekawe, wcześniej mało kto wierzył, że w Polsce jest wyrobiona muzycznie publiczność, której spodoba się takie granie. A zatem, żaliła się Kayah szefowie muzyczni kręcili nosami, a kiedy już zgodzili się zagrać, to szybko się okazało że ta publiczność piosenkę poczuła i polubiła. Tak sobie głośno myślę o tym, jak często ktoś za nas decyduje. Polacy nie zrozumieją, nie lubią, nie chcą. A potem zaskoczenie, bo Polacy zrozumieli, poczuli, zechcieli. Telewizja tłumaczy się, że nie może nadawać ambitnych programów, bo elity są u nas w mniejszości, radio nie wprowadza audycji, bo podobno większość chce tylko przebojów. I tak oto, poprzeczka zamiast być podnoszona, jest obniżana, a raz na jakiś czas, gdy jakiś ambitniejszy projekt się przebija okazuje się, że nie tylko komercja znajduje swoich odbiorców.

 

25 kwietnia 2005 Świat się zmniejszył. Wystarczy w porywie spontanicznych emocji zarezerwować bilet, nie wychodząc c domu poszukać sobie hotelu, przeczytać co piszą i czym kuszą inni, a potem wyskoczyć na weekend do innego miejsca na świecie. Kiedy Wy będziecie czytać te słowa ja będę już na pewno po swojej pierwszej hiszpańskiej kawie, może już po kieliszku porto, z pierwszym wrażeniem, które mocno wryje się w pamięć. Na razie już spakowana zaczynam czuć miłe emocje odkrywania zupełnie nieznanego mi kawałka ziemi. Czy to namiastka tego co przeżywali kiedyś wielcy odkrywcy? 🙂 Odezwę się po powrocie.

 

27 kwietnia 2005 Gdybym była tam, założyłabym koszulkę z krótkim rękawem, spodnie z wieloma kieszeniami, wcisnęłabym czapeczkę na głowę i już wybiegałabym na ulice. Tam znalazłabym jakąś jasna kafejkę z szumiącymi ekspresami, gazetami i świeżymi bułeczkami. Zamiast gazety otworzyłabym książkę, którą dostałam na wyjazd. „Cień wiatru” to wciągająca powieść, w której tłem zdarzeń jest Barcelona, ale jakim tłem!! Potem wybrałabym z mapy kolejny punkt miasta i wyruszyłabym w jego kierunku. Mijając różnych ludzi, w zależności od zmieniających się części miasta. Tak zapewne zacząłby się mój kolejny dzień w Katalonii. Jestem w Warszawie, wciąż zimnej, dziś na szczęście słonecznej. Usiłuję wrócić do codzienności. Cieszy mnie tutejsza późna wiosna, tam zieleń w pełni odcieni, tu jeszcze wszystko co najpiękniejsze przed nami. Przywiozłam czekoladę, specjalną do przygotowania gorącego napoju. Mam czerwone, katalońskie wino. Nie mam owoców morza, ryb wcale nie pachnących rybami, nie mam już też tyle czasu ile mają tamtejsi ludzie. Ale mam wspomnienia i znów mam energie, by zaplanować kolejną podróż. Będą zdjęcia, będą barcelońskie opowieści. Obiecuję.

 

28 kwietnia 2005 Co sprawia, że jakieś miejsca nam się podobają, a inne nie. Zapewne wspomnienia. Niektórzy potrafią mieć cudne wspomnienia z najbrzydszych miast świata, ale wtedy to jasne, że dla nich zawsze będą piękne. W Barcelonie, kiedy już zobaczyłam te podstawowe punkty programu zdecydowałam się na poznawanie miasta metodą chybił trafił. Polegało to na dość spontanicznym wsiadaniu do pierwszego lepszego autobusu i wysiadaniu tam, gdzie oczy dostrzegały coś interesującego. Mapa, owszem była, tak na wszelki wypadek, ale okazało się, że w dobrze zaprojektowanych miastach z czytelną komunikacją trudno się zgubić. Już prędzej można to zrobić w przejściu podziemnym w centrum Warszawy. Chodziłam zatem po tych dużych zadrzewionych alejach, wciskałam w małe uliczki starego miasta, wchodziłam na kawę, ciasta, przysiadałam na ławkach, zaglądałam do sklepów. Jestem pod wrażeniem tego co oczywiste. To miasto służy mieszkańcom. Jest zbudowane dla ludzi. Wszędzie zadbane skwerki z małymi placami zabaw dla dzieci i strefą opanowaną przez emerytów. Na wzgórzu Montjuic zachwycające nie tylko widoki, ale niezwykłe ogrody, w których można odpocząć, poczytać, podumać o świecie i sobie samym. Przysłuchując się szaleństwu jakie ma miejsce na stadionie, gdzie właśnie Hiszpanie kibicują swoim piłkarzom. Nota bene ktoś kto słyszał choć raz reakcje wielotysięcznego stadionu ten wie jakie to robi wrażenie. Zastanawiałam się chodząc po tym jednym wzgórzu, jak niewiele maja do zaoferowania nasze miasta. Ale to temat na inna opowieść.

 

29 kwietnia 2005 Nieobecni nie maja racji. Podobnie jak ci, którzy nie głosują. Jest w moim mieście takie osiedle, które od razu przyciąga wzrok, ładne bloki, dobrane kolory, zadbana zieleń, placyki z fontannami. Wokół nich kilka kawiarni w tym jedna włoska prowadzona przez polsko-włoskie małżeństwo. Moja ulubiona. Okazuje się jednak, że to co tak podoba się nam zagranicą tu w Polsce drażni. Zdyscyplinowane grono zapewne kilku mieszkańców wypowiedziało wojnę wszelkim kawiarniom i restauracjom. Nie podoba im się, że ludzie spacerują, piją w kawiarnianych ogródkach kawę, przyjeżdżają z innych miejsc w Warszawie, by tu odpocząć. Stąd petycje, by lokale te zamknąć albo ograniczyć ich działalność, pozbawić prawa do wystawiania stolików na zewnątrz. Wierzyć mi się nie chciało, że komuś może przeszkadzać to co jest wizytówką osiedla. Czy tak bardzo przyzwyczailiśmy się w minionym ustroju do blokowisk sypialni, w którym prawo bytu maja tylko sklepy spożywcze? Jeśli ludzie o ciasnych umysłach będą decydować jak mamy mieszkać, co ma być na naszych osiedlach, to długo jeszcze zachwycać się będziemy tym jak żyją mieszkańcy miast zagranicą, ale sami będziemy egzystować na pustyni, gdzie wyjście na poranną kawę staje się niedzielnym wyprawą do centrum. Ale mnie ta zaściankowa mentalność drażni!!

 

2 maja 2005 Janusz Weiss jako człowiek starej daty (zabije mnie jak to przeczyta) używa słowa „kindersztuba”. Bardzo je lubię, bo kojarzy mi się z czymś, co teraz jest już niemal na wymarciu. Z dobrze wychowanymi mężczyznami i szanującymi się kobietami. I nie mam tu na myśli szacunku przejawiającego się w nieśmiałości czy wstydzie w kontaktach z płcią przeciwną, ale zwykłego poczucia własnej godności. Scenka z metra. Wskakuje do wagonu dziewczyna w stylu barbie z dyskoteki, zadbana w każdym milimetrze swego ciała (wszak to towar handlowy) rozanielona podchodzi do chłopaka, (mężczyzny na oko 20-paroletniego). On siedzi. Ona pochyla się, całuje go prosto w usta, zdradzając tym samym, że nie jest to zwykły kolega. On uśmiechnięty kasuje ją spojrzeniem znawcy i. siedzi dalej. Zaczynam się denerwować- w myślach mówię: „Wstań, ustąp jej miejsca. Albo wstań. Stań obok niej!”. Ale on nie słyszy moich myśli a swoich najwyraźniej nie ma. Siedzi rozparty, a ona wije się wokół rurki, pochylając się do niego za każdym razem, gdy chce mu coś powiedzieć. Dojeżdżają, wychodzą na peron, wtedy widzę jak ona wciska mu swoja dłoń, nie czekając, aż on zechce to zrobić sam. Zresztą on niczego chcieć, ona zrobi za niego wszystko, zanim on zdąży czegokolwiek zapragnąć .Byleby tylko on zechciał z nią być.

 

4 maja 2005 Co za poranek. Mokry, bez słońca, za leniwy! Niby poniedziałek, a jednak środa. A jeszcze wczoraj gorące słońce wymalowało mi kilka dodatkowych piegów na twarzy. Przypomniało mi się, jak dawno, dawno temu siadałam w domu na wprost okna, przez które wpadały słoneczne promienie i wystawiałam twarz do słońca trzymając jednocześnie przed sobą sitko. Mój dziecięcy umysł wymyślił, że jest to sposób na piegi, a w dziecięcej literaturze każda fajna dziewczynka była piegowata. Teraz piegi pojawiły się bez sitka. Co działo się w długi weekend? Delektowałam się pustym miastem. Postanowiłam unikać wyjazdów wtedy, gdy wyrusza cała Warszawa. Zwykle weekendowy relaks kończy się przeklinaniem i nerwami w korkach. Nie wsiadłam też na rower, bo Las Kabacki przypominał autostradę. O tłoku w Ogrodzie Botanicznym też nie wspomnę, bo na szczęście udało mi się wyprzedzić śpiących dłużej warszawiaków i ten spacer odbyłam zanim oni tu zjechali. Swoją drogą trafiłam na kiermasz roślin. Obwarzanki, twarde i niedobre w liczbie 4 sztuki kosztowały 5 pln, połówka wiejskiego chleba bez konserwantów (wierzyć czy nie?) 3,80pln. Myjek do mycia luster nie kupowałam, choć też na kwiatowym kiermaszu były, podobnie jak cudowne kleje, siekaczki do warzyw, rewelacyjne patelnie, jeszcze lepsze czyściki do dywanów, wszystko i nic czyli giełda staroci, wata cukrowa, balony itp. itd. Trochę bardziej niż kiermasz kwiatów przypominało to odpust, ale widać zapotrzebowanie na takie klimaty tez jest w stolicy. Podobno pod koniec miesiąca znów będzie długi weekend. A zatem byle do czerwca 🙂

 

5 maja 2005 Kolejny dzień pada. Ogrodnicy chyba jeszcze się cieszą, że nie muszą podlewać ogrodów. Ja cieszę się, że coraz więcej osób dba o wygląd swoich balkonów. Wiemy wszyscy jak wiosną i latem wyglądają miasteczka i miasta zagranicą. Nawet najmniejsze przydomowe ogródeczki toną w kwiatach. Zerknijcie na ten tarasie w Gironie w Hiszpanii. Te donice za moment zaczną radować oko wszystkich, nie tylko mieszkańców domu. Czyż nie jest przyjemnie otaczać się tym co piękne? Kilka dni temu siedziałam na Ramblas i patrzyłam jak piękni ludzie spieszyli do Teatru Liceo ściskając w rękach zaproszenia na premierę. Obserwowanie ich, wystrojonych, pachnących, zadbanych to już było dla mnie niczym najlepsze przedstawienie. Odkąd pamiętam lubię przyglądać się ludziom. Często przepuszczałam autobus do domu czekając w czasach licealnych na przystanku na głównej alei w swoim mieście, patrząc na szary wtedy, przesuwający mi się przed oczyma tłum. Dużo się zmieniło od tamtych lat. Tłum jest już kolorowy, ale polskie kobiety niezmiennie zachwycają klasą. Przypominam sobie o tym zawsze, gdy jestem na zagranicznej ulicy.

 

6 maja 2005 Konflikty pokoleń istniały od zawsze. Matki zawsze inaczej patrzyły na wiele spraw niż córki i odwrotnie. Chyba w każdym pokoleniu pada zdanie; „Za moich czasów tego nie było”. Każdemu wydaje się, że jego dzieciństwo było lepsze. Kiedy ktoś patrzący na dorastającą młodzież mówi:” Aż strach będzie żyć w kraju, którym oni zaczną rządzić” wcale się nie martwię tylko myślę, że i o nas tak kiedyś sądzono. Nota bene elit politycznych się nie dorobiliśmy. Może jest we mnie nadmiar tolerancji, może wchodzę już na płaszczyznę liberalizmu i relatywizmu, faktem jest jednak, że nie narzekam na młodzież. Bo obok tej opisywanej ostatnio pod hasłem kindersztuba (a raczej jej brak) wiem, że istnieje wielu rozumnych nastolatków, którzy wcale nie muszą mieć przylizanych włosów i niebieskich sweterków, by uchodzić za mądrych i wartościowych. Dlatego nie panikujmy, że świat zszedł na psy, zawsze będą ludzie kulturalni i ci kompletnie bez klasy. Rzecz w tym, abyśmy my byli otoczeni tymi pierwszymi.

 

9 maja 2005 Co mówi dżem po otwarciu? Dżem dobry! To dowcip od E. Przypomniał mi się właśnie teraz, gdy zaczynałam uderzać w pierwsze literki na klawiaturze. Z jakim nastawieniem witacie nowy tydzień? W nowości zawsze jest ten element niespodzianki. Lubię zaczynać tydzień od mglistych planów. Spotkać się z dziewczynami (dawno nie miałam babskiego wieczoru), zaprosić rodzinę na kataloński wieczór z gorącą czekoladą i winem (cóż za połączenie) wyjechać na Mazury, (zobaczyć czy tam już wiosna), zmniejszyć kupkę nie przeczytanych gazet leżących przy łóżku. Tyle chęci. Dobrze je mieć, nawet jeśli nie wszystkie zdążę zrealizować, to i tak zapisane w kalendarzu, w myślach, stają się ważne. Wrócę do nich. A propos zapisywania. Jedna z moich koleżanek, znana i lubiana, a do tego mocno zajęta nie posiada kalendarza. Niczego nie zapisuje, o niczym nie pamięta. Czuje się przez to wolna i rozgrzeszona, gdy o czymś zapomina. Ja zapisuję coraz więcej. Nie macie pojęcia jaka to frajda przeglądać stare kalendarze. Choć nie posunę się do tego co robiła pewna znana mi „mroczna postać”. Ten pan notował wszystko, łącznie z satysfakcją lub jej brakiem po nocy spędzonej z kobietą. Dobrego, pięknie zaplanowanego tygodnia!

 

10 maja 2005 Jakimi byliście dziećmi? Zajętymi od rana do wieczora? Wożonymi z jednych zajęć na kolejne? Czy wolnymi ptakami biegającymi po podwórku z kluczem na szyi? Nie raz zdarzało mi się brać udział w dyskusjach o tym co jest dobre dla dzieci. Dziś usłyszałam od nauczycielki, matki trójki dzieci, że ona już wie, że nie wyścig szczurów się liczy, nie to jest najważniejsze. Tymczasem niektórzy rodzice jej uczniów, już się martwią- czy poziom szkoły odpowiednio wysoki, czy nauczyciel nie za bardzo pobłażliwy, czy śruba nie powinna być dokręcona mocniej itp. itd. Uczniowie kończący swoje nauczanie początkowe staja na mecie. Od tej chwili ma zacząć się bieg. No właśnie. Bieg w jakim kierunku? Po lepszą pensję, fajniejszą pracę, piękniejszy dom i luksusowy samochód? Może naiwnie wierzę, że szczęśliwy człowiek to coś ważniejszego niż człowiek bogaty. Tak samo jak dobra praca może być następstwem pielęgnowanej pasji, a nie tylko świetnego wykształcenia. Talent to chęć robienia czegokolwiek. E. która przyjechała do Polski z Kanady w odwiedziny słuchając dyskusji o dzieciach przygotowywanych do wyścigu szczurów powiedziała: ”Wszyscy tak na to narzekacie, a wszyscy to robicie”. Wiem, że nie wszyscy. Mam nadzieję, że nie wszyscy.

 

11 maja 2005 Czytałam wczoraj artykuł o tym jak cudzoziemcy mieszkający w Polsce postrzegają nas i nasz kraj. To bardzo pouczające popatrzeć na siebie cudzymi oczami. Można się sporo dowiedzieć. I tak na przykład Tybetańczyk, który do Polski przyjechał z Indii zauważa, że Polacy mierzą swój czas. Wciąż za czymś gonią, w Tybecie zaś ludzie o mentalności buddystów więcej zajmują się sprawami duchowymi, koncentrują się na życiu rodzinnym. Są bardziej zrelaksowani, potrafią cieszyć się życiem, zauważają drobiazgi. My Polacy ponoć wciąż narzekamy na brak pieniędzy, na to, że nam ich nie starcza na to, czy tamto. Tymczasem wg Tybetańczyka nasze pensje są wysokie, tylko nie potrafimy gospodarować pieniędzmi. W Azji, gdzie ludzie zarabiają mało, nigdy nie kupują rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebują, mają inne niż w Polsce wyobrażenie na temat tego, co jest im niezbędne do przetrwania. I tu się zatrzymałam. Na moim biurku leży zaproszenie na szaloną noc zakupów do jednego z centrów handlowych. To ekskluzywna impreza wprowadzająca na rynek nowy magazyn o zakupach (zawsze mnie to zastanawia, kto taką prasę kupuje i w czym mu to pomaga).Zniżki do 30%. Przez moment pomyślałam-może warto tam się wybrać. A teraz wiem, że szał zakupowy (z reguły dopada mnie spontanicznie) mam już za sobą. Konsumpcja. Tym razem się przed nią świadomie obronię.

 

12 maja 2005 Rozmowa 9 latków. Moja mama chce się rozwieść z moim tata. Ja jestem z domu dziecka, mama prosiła, żeby nikomu o tym nie mówić A ja mieszkałam najpierw z tatą, potem z „takim jednym”, a teraz z tym. Kiedyś życie było prostsze, rodzina składała się z mamy, taty, rodzeństwa. Nie zawsze była to rodzina szczęśliwa, ale wszystko w niej było przewidywalne, tak jak rozkład pokoi w gierkowskich blokach i wygląd mebli. Byłam niedawno na uroczystości rodzinnej, na której spotkała się wokół komunijnego dziecka tzw. rodzina wielopoziomowa. Mama dziecka z mężem i jego córką, ta zaś z narzeczonym. Babcia dziecka z narzeczonym i swoim synem, on też z dziewczyną. Narzeczony babci ze swoja córką. Do tego tata dziecka z rodzicami. I tak dalej i tak dalej. Patrzyłam z podziwem na tę grupę ludzi skupionych wokół dziecka, z którym tylko paru łączyło pokrewieństwo krwi. A jednak każdy na swój sposób czuł się z nim związany. Było miło. Kiedyś nie do pomyślenia. Często dzieci rodzą się zanim dorośli zdążą do ich posiadania dojrzeć, czasem rodziny rozpadają się, a na ich miejsce powstają nowe. To budujące widzieć, że wzajemna życzliwość, może zwyciężyć jakieś niesnaski, podziały, że można usiąść przy jednym stole i okazać miłość dzieciom, które nie mają wpływu na decyzje dorosłych.

 

13 maja 2005 Dlaczego niektórzy ludzie muszą wiedzieć wszystko, a innym wystarcza wyłącznie to, co ma jakiś wpływ na ich własne życie? Jestem za tym, aby czytać gazety, wiedzieć, co wokół, mieć świadomość zmian albo ich braku. Ale z drugiej strony wcale nie wydaje mi się, aby śledzenie, kto, z kim, przeciw komu jakoś nas wzbogacało. Dystans. Tego potrzebujemy patrząc na świat. On nie jest ani lepszy, ani gorszy niż kiedyś- jest inny. Jeśli bardziej skupimy się na pracy u podstaw, tym większa jest szansa, że przybędzie spełnionych ludzi, a to z kolei wpłynie na sytuacje w kraju. Od pewnego czasu toczę z pewnym społecznikiem z natury, dyskusję o wyższości szczęścia jednostki nad anonimowym szczęściem tłumu. On opowiada o Ojczyźnie, narodzie, historii, poświęceniu, ja o jednostce, domu, małych radościach, prawie do spełnienia. Wychodzę z prostego założenia, że liczy się to, czy ktoś w małych sprawach potrafi być dobrym człowiekiem. Dbając o innych dba się o siebie. Nie za bardzo przekonują mnie ci, którzy chcą uszczęśliwiać naród a sami w domu mają sfrustrowaną żonę i opuszczone dziecko. Wierzę tym, którzy zamiast wielkich słów dają świadectwo życia. PS. Wczoraj (w rocznice śmierci Marszałka) poraziło mnie jak młoda dziewczyna pytana w telewizyjnej sondzie o Józefa Piłsudskiego powiedziała, że nie ma pojęcia, kto to, nie zna. Czy taki sam los czeka za parędziesiąt lat Jana Pawła II?

 

16 maja 2005 Nie jesteśmy tu za karę. Tak właśnie powinni pomyśleć ci, którzy zarażają innych swym życiowym malkontenctwem. Czy można umrzeć za życia? Można. Uznając na przykład, że mając 42 lata, chorobę i żonę nie przy swoim boku należy już zapomnieć o szczęściu. Jestem poruszona takim wyznaniem. Jak można tak bez walki oddać swe prawo do spełnienia i chwil radości? Wiem. Są w życiu chwile, kiedy można by powtarzać jedynie no future. Też je miałam. Ale one, jak wszystko inne mijają. Odchodzą, jeśli my pozwalamy im odejść. W tramwaju. Niewidomy chłopak laską w ręku głośno rozmawia z młodą, może 17letnią dziewczyną. Ona lekko speszona nie patrzy na niego, ale odpowiada. Przystanek-chce wysiąść, ale on wciąż mówi, przecież nie widzi jej próby opuszczenia tramwaju. Ona rezygnuje, drzwi się zamykają. Dziewczyna jedzie dalej-bo on wciąż do niej mówi. Niesamowity obrazek. On nie widzi, a ona słucha. On rozgadany, pełen energii, najwyraźniej chce ją zatrzymać, te nieznajomą, która potrafi słuchać. On to czuje. Uśmiechnęłam się. Patrzymy-a nie widzimy. Słyszymy–a nie słuchamy. Dobrego tygodnia.

 

17 maja 2005 Istnieje cienka granica miedzy wścibstwem a pozytywnym, zdrowym zainteresowaniem drugim człowiekiem i jego życiem. Ostatnio mam w głowie kilka potwornych historii. Ojciec mordujący córkę, bo stanęła w obronie matki, mąż podpalający żonę, bo potrzebował pieniędzy z jej ubezpieczenia, by spłacić długi, dziecko rysujące jakieś zmutowane owady zjadające małe muszki unurzane we krwi, bo być może coś dzieje się w jej domu, za zamkniętymi drzwiami. Żyjemy w świecie, w którym zło się świetnie kamufluje. Udajemy, że nie widzimy. Albo tłumaczymy się- dyskrecją, dobrym wychowaniem, nie wtrącaniem się w sprawy rodziny, bo rodzina to świętość. Jakaś pani maltretowana w dzieciństwie opowiadała jak biegała od drzwi do drzwi prosząc sąsiadów o pomoc. Wszyscy odmawiali-bo też się bali. Przypomina mi się jedna z moich koleżanek, która widząc złodziei kradnących w autobusie głośno krzyczy: uwaga, kieszonkowcy! Nie raz już ją próbowali nastraszyć, ale ona jak mówi inaczej nie potrafi. Reaguje instynktownie na każde dziejące się zło, raz nawet goniła złodziejaszków po pociągu. Jest w tym rozbrajająco prosta- nie zastanawia się, tylko działa. Strach i przemyślenia nachodzą ją później. Ci, którzy krzywdzą innych są wśród nas, podpalacz żony, był znajomym mojego kolegi, wykształcony, robiący karierę człowiek. Dziewczynka rysująca mutanty jest w moim środowisku. Zdecydowałam, że trzeba te jej „potworki” pokazać psychologowi. Czasem lepiej dmuchać na zimne.

 

18 maja 2005 Kiedyś było przyjęte, że każdy odwiedzający dom, w którym mieszkają dzieci przynosił im coś słodkiego. Najczęściej czekoladę. Mój brat zjadał ją natychmiast, a ja swoją chowałam do barku delektując się jej widokiem. Aż do momentu, gdy odkrywałam, że hołubię nie czekoladę, ale jej opakowanie. Mój sprytny brat wyjadał zawartość zostawiając na miejscu przestępstwa złotko i papierki. Jak się potem tłumaczył, robił to z litości nade mną, bo mojej czekoladzie groziło przeterminowanie. Te historie przypomniały mi się przy okazji zdania, jakie powiedziała żona mężczyzny chorującego na jakaś rzadką genetyczną chorobę- „trzeba zjadać cukierek, kiedy on jest, nie chowając go na później”. Ją nauczyło tego życie przy boku chorego. Mnie nauczył tego brat.

 

19 maja 2005 Świat ludzi zakręconych. Wysiadam z metra, dzień deszczowy, brzydki. Przede mną garniturowy mężczyzna, pewnie też jak ja pędzi do domu, po pracy. Wyskakuje z pociągu, robi kilka kroków po peronie i otwiera nad sobą parasol. Faktycznie, padało, ale na razie on wciąż jest na stacji i przed nim jeszcze sporo drogi zanim wyjdzie na powierzchnię. Ale on, z lekka nieobecny maszeruje dzierżąc parasol nad sobą. Orientuje się przy bramkach, składa parasol, a ja uśmiecham się do siebie, myśląc ile razy to ja swoim zachowaniem dostarczyłam innym radości. Wreszcie słońce!

 

20 maja 2005 W lodówce mam świeży szpinak i białe szparagi. Kupiłam je w amoku patrząc na piękne, kolorowe, warzywno-owocowe stoiska na bazaru. Mają tam wszystko. A ja wiedziona przekonaniem, że to samo zdrowie kupuję, a potem zastanawiam się, co ja z tym zrobię i kiedy! Dobrze, że dziś piątek. A zatem sałatka będzie ze świeżych liści szpinaku (wcale nie ma tyle żelaza ile nam wmawiano) do tego świeży ogórek, koper, sos z octu balsamicznego oliwy, orzechy włoskie, parmezan. I bagietka. Na szparagi pomysłu nie mam. jak je ugotować, żeby nie przypominały kawałków drewna z wody. A w weekend pogodzę się ze swoim rowerem.

 

23 maja 2005 Dlaczego ja nawet w weekend nie mam na wszystko czasu? Na wszystko, co sobie zaplanuję? Przegrałam w zawodach pingpongowych, zostałam ograna przez 9latki. Odkryłam, że mimo znaczącej blizny na nodze (pozostałość po rowerowej kraksie na własne życzenie) mogę jeździć rowerem, a żelowe siodełko, niedawny imieninowy prezent faktycznie czyni tę jazdę. lżejszą. Komarów jest już stanowczo za dużo, psy złapały swe pierwsze kleszcze. Bzy intensywnie pachną, konwalie są chyba najpiękniejszymi kwiatkami maja. Co z tego, że sernik miał tym razem konsystencje puddingu? Szparagi zapiekane z serem są pyszne. A piwo „Dog In Fog” stało się działkowym odkryciem sezonu. To był piękny weekend, tylko, dlaczego znów nie zdążyłam zrobić wszystkiego, co zaplanowałam. PS Przeczytane. „Bez jakiejś centralnej wartości człowiek wciąż się frustruje; co wybrać, dlaczego to, a nie, co innego. On (Papież) dokonywał wyboru i szedł dalej. Tak trzeba żyć”. Ks. Adam Boniecki

 

24 maja 2005 Zmiany. Pamiętam jak Andrzej Woyciechowski, zarządzając radiem ze szpitala przysyłał do nas listy. Wieszaliśmy je na tablicach. W jednym z nich napisał coś w stylu, że nikt nie lubi zmian, chyba, że jest to zmiana żony. Typowe dla niego poczucie humoru. Rzeczywiście, zmiany wywołują w wielu lęk. Ale zmiany to też zapowiedź czegoś nowego, może lepszego, ciekawszego. Teraz na moich oczach. E. zmienia swe życie. Dostała wymarzoną pracę, będzie mieszkać zagranicą, sama jeszcze dokładnie nie wie gdzie, w Azji, w Europie. Widzę jak rozsadza ją energia, jak zaraża swoim entuzjazmem swoje otoczenie i co ciekawe zmienia tym życie innych. Pokazuje, że można realizować plany, nie bojąc się nowego, nieznanego. Sama jestem wielbicielką dreszczyku emocji. Mała stabilizacja usypia. A własnego życia nie można przespać.

 

25 maja 2005 Są ludzie czytający namiętnie pisma o gwiazdach i gwiazdkach tego świata. Są kanały telewizyjne nadające seriale o znanych ludziach. Znanych wcale nie oznacza „coś robiących”, bo co na przykład robi Paris Hilton poza bywaniem tu i tam? Nic. Zastanawiam się jak łatwo utracić kontrolę nad własnym życiem wpatrując się tylko w cudzą codzienność. Nie tylko nastolatki wiedzą, z kim jest obecnie Tom Cruise i dlaczego Brad Pitt rzucił Jennifer Aniston. Mnóstwo osób, na szczęście w Polsce to chyba wciąż zdrowa mniejszość, wie, co słychać u sławnych ludzi. I aż chciałoby się zapytać i co z tego wynika? Nic. Czy fakt, że oni tam się rozwodzą, chorują, chodzą na wspaniale imprezy, żenią się i umierają jakoś nas wzbogaca? To papka, którą można podziwiać z socjologiczną wnikliwością. Tak właśnie się czuję widząc na TVN Style film o pracy paparazzi i ich gwiazdach. To właściwie zbiór scenek, polegających na pokazywaniu spieszących się na jakieś party gwiazd. Opatrzone głupim komentarzem. Wielkie nic. Ktoś to nakręcił, wydał pieniądze, ktoś kupił. Ale tym, którzy to oglądają, powinno się płacić za to, że tracą czas ze swego jedynego, niepowtarzalnego życia patrząc na te banały. Na szczęście od czasu do czasu w innych filmach, może i robionych dla rozrywki pada całkiem sensowne zdanie: dzisiejsze gazety, wyściełają jutrzejsze kubły na śmieci. Nie pozwólmy zaśmiecać sobie swojego czasu.

 

30 maja 2005 Ale weekend! Najpierw czekanie na słońce i ciepło, potem narzekanie na jego nadmiar. Czy przyroda nie zna terminów-równowaga i umiar? Chyba znów na nic się zdadzą wiosenne stroje. Od razu przechodzimy na zwiewne, letnie ciuszki. Trochę szkoda, bo ten czas przejściowy jest przecież najpiękniejszy. Nawet piosenki się zdezaktualizowały, bo kto będzie śpiewał ”wiosna, cieplejszy wieje wiatr” skoro od razu wieje wiatr gorący. Byłam w Sopocie. Wszędzie żółty piasek. Dużo piasku, mam go w walizce, w ręcznikach, wszędzie. Piękne miejsce. Lubię Sopot. Stare wille, stylowe kawiarnie, fajne knajpki i to niepowtarzalne miejsce na plaży, gdzie mogłabym jeść solę dzień w dzień. Jest tylko jedno „ale”. Mieszkańcy miasta są rozbestwieni. Wychodzą zapewne z założenia, że ludzie przyjadą do nich zawsze, bo Sopot mamy jeden. I tak mój pensjonat, choć na zdjęciach w Internecie prezentował się przyzwoicie, w rzeczywistości oferowała standard akademika. Tylko na Boga nikt za akademik tudzież hotel robotniczy nie płaci 240pln za noc! Ponieważ należę do tych, którzy chcieliby zmieniać świat, wspomniałam o tym wyjeżdżając. Zgodnie z oczekiwaniami pani recepcjonistka powiedziała, że jestem pierwszą, która ma takie wrażenia, dotąd ludzie przychodzili z innych hoteli do nich i byli zadowoleni. Wniosek-albo żyjemy w kraju, gdzie wszyscy oszukani machają ręką albo w kraju ludzi bogatych na dodatek bez wymagań, korzy mogą płacić duże pieniądze za pokój, który hotelowy jest tylko z nazwy. Dziś napiszę maila do szefowej tego interesu. Dla zasady. Życzę chłodniejszego tygodnia.

 

31 maja 2005 Żyj tak jakby to miał być Twój dzień ostatni. Wszyscy to znamy. Niektórym nawet wydaje się, że tak żyją. Ze świadomością końca. Jakże zmienia się perspektywa. To nie jest smutny wpis, to jest wpis refleksyjny. Pod wpływem niektórych zdarzeń i myśli zaczęłam się częściej niż zwykle zastanawiać czy jestem zadowolona ze swojego życia. I co? Ciągle mi mało. Coś takiego chyba powiedział stary Papież do młodych pod krakowskim oknem. Życia ciągle za mało. Pamiętam jak byłam zdziwiona, gdy ktoś pytany, co, by zrobił na wieść, że został mu określony czas odrzekł – nic, robiłbym to, co zwykle. Czyż to nie jest piękny dowód na dobre, mądre życie, którego nie trzeba zmieniać nawet w obliczu końca?

 

1 czerwca 2005 To jest święto każdego z nas. Jeśli wychodzimy z założenia, że w każdym z nas jest dziecko to możemy być dziś od rana szczęśliwi. Zróbmy sobie dzień dziecka. Przypomnijmy sobie to, co dobrego zdarzyło nam się w dzieciństwie. I wcale nie mam tu na myśli wspaniałych prezentów, tylko jedyne, niezwykłe poczucia wolności i lekkości, jakie towarzyszy nam chyba tylko, gdy mamy kilka, albo naście lat. To ciekawe, najpierw marzyłam, żeby szybko dorosnąć, mieć swobodę decydowania o sobie, a teraz, gdy to się stało wcale nie wydaje mi się warte marzeń 🙂 Dzieci chcą być czym prędzej dorosłe, dorośli najchętniej znów byliby dziećmi. Paradoks życia. Pozwólmy dzieciom być dziećmi, które nie muszą być obarczone problemami tego świata, bo to jedyny czas, kiedy ważniejsze od Polski, Unii Europejskiej, Iraku i Ameryki są podwórko, szkoła, dom, rodzina.

 

2 czerwca 2005 Każdy dzień to wybór. A wokół siatka zależności, kompromisy, świadomość, że nie żyjemy na bezludnej wyspie. Ostateczne każdy wybiera sam. To, co dla niego najlepsze. Tylko wtedy ma szanse żyć w zgodzie ze sobą, bez frustracji i niszczącego uczucia niespełnienia. Od zawsze jesteśmy porównywani. Ktoś był od na głupszy, a lepiej ustawił się w życiu. Inny bez wysiłku zarabia godziwe pieniądze, pnie się po szczeblach kariery. Jak nie zazdrościć? Sama wielokrotnie słyszę, że mogłabym więcej. Tylko za słabo się staram, nie wychodzę przed szereg, nie zabiegam, nie lansuję się. Ależ to modne słowo! Fakt. Ja nie dbam o swą karierę. I z tego uczyniłam swój szyld. Dziękuje za to, co mam i nie chcę porównywać się do innych, którzy może mają więcej. Czy bez przepychania się łokciami da się żyć? Tak. Jestem tego przykładem. Tylko nie wolno się porównywać.

 

3 czerwca 2005 Czekałam na kogoś przed stacją metra. W tym czasie przed moimi oczami rozgrywały się rozmaite scenki. Panie handlarki z kwiatami ustalały ceny, klienci się oburzali-konwalie po 5 PLN? Obok są po 3 PLN. Handlarze kwiatami tworzą sieć, wynajmują staczy, ci, co sprzedają nie zawsze są właścicielami towaru. Obok dwóch obcokrajowców po angielsku nawraca innych przechodniów, pięknie mówią, cytują biblie, są bardzo życiowi w swych argumentach. Skąd wiedzą, kogo zaczepić?? Doskonale znany warszawiakom kowboj w kapeluszu, skórzanej kamizelce rzępoli swe przerobione dawne przeboje. Kompletnie nie umie śpiewać ani grać na gitarze, ale ma tyle lat, że jego pomysł na zarabianie pieniędzy wywołuje uśmiech. Jakiś chłopak przelatuje rozpędzony, ciska do kosza wiązankę z 7 róż. Pani sprzedająca kwiaty natychmiast je z kosza wyciąga i stawia obok swoich polnych bukietów. Bez słów, bez zdziwienia. Jeszcze kilka chwil, a i mnie przestałoby dziwić cokolwiek. Pięknego weekendu życzę.

 

6 czerwca 2005 Na ile możemy uchronić człowieka przed autodestrukcją? Zaczęłam o tym myśleć, przy okazji kilku dziejących się obok mnie historii. Matka wiedząca o anoreksji dorosłego dziecka, bezsilna. Rodzina nie panująca nad wyborami jednej z jej członkiń, która najpierw zakochuje się w dużo młodszym sąsiedzie, potem opuszcza męża i syna, znika z nowym mężczyzną i zaczyna się od niego uzależniać. Czy mamy taką moc, by kogoś zawrócić ze złej drogi? Najpierw idealistycznie uważałam, że tak, że siła rodziny jest wielka, że jeśli nie ona to, kto ma pomóc, zareagować, porozmawiać, albo nawet nakazać. Teraz jednak bardziej skłaniam się do twierdzenia, że ktoś musi najpierw chcieć sobie pomóc, dopiero ta chęć staje się punktem zaczepienia dla innych ludzi. A zatem możemy tylko, albo aż trwać w gotowości. Dorosły, dojrzały człowiek musi sam w sobie odnaleźć sens i niepowtarzalną wartość swego życia. Dopóki sam tego nie zrobi daremne będą starania innych.

 

7 czerwca 2005 Ostatnio często rozmawiam z lekarzami. O tym czy biorą łapówki, dlaczego to robią i czy ma to jakiś wpływ na ich pracę. Jeden z moich kolegów twierdzi, że jak ktoś coś daje to bierze, nie uzależniając jednak jakości swej pracy od otrzymanych bądź nie prezentów. Drugi nigdy nie bierze. Obaj, żeby zarabiać w miarę godnie muszą bardzo dużo pracować. Mają świadomość, że ich koledzy z zagranicy, gorzej wykształceni z mniejszym doświadczeniem zarabiają więcej. I mają czas, aby wciąż się uczyć. Z niepokojem czytam o masowej już emigracji pielęgniarek, o tym jak najlepsi medycy ściągani są do Wielkiej Brytanii, a już na pewno przerażeniem napawa mnie informacja z gazety, że teraz przyjdzie nam czekać na ukraińskich lekarzy, którzy u nas znajdą lepsze warunki pracy niż u siebie. Czy wiedzą o tym nasi decydenci? Czy też nie muszą wiedzieć, bo sami leczą się w Szwajcarii? Każdy z nas wcześniej czy później będzie korzystał z służby zdrowia. Szanujmy i doceńmy naszych lekarzy, a na wszelki wypadek już sobie kupmy rozmówki polsko-ukraińskie. PS. Wczoraj byłam na ważnym dla siebie badaniu. Lekarz od momentu, kiedy weszłam do gabinetu mówił o wszystkim, sprzedał mi kilka dowcipów, anegdot, opowieści życiowych ocenił polityków, świat i dziennikarzy. Słynie ze swoich umiejętności – koledzy się dziwią, że nie został zagranicą. A ja się zdziwiłam, że nawet nie zdążyłam się wystraszyć.

 

8 czerwca 2005 Postawiłam sobie przy monitorze wazon z piwonią. Jej zapach jest tak blisko, wciągam go głęboko, zerkając, co chwila na rozkwitający różowy pąk. Czas truskawek, czas piwonii. Oto początek nowego miesiąca. Czy mogę dziś tylko się zapatrzeć?

 

9 czerwca 2005 Wyniki badań, na które czekałam, nie przyniosły dobrych wieści. To zapoczątkowanie nowej drogi w życiu. Zaczynam jak powiedziała doktor czas mobilizacji. Na razie zbieram myśli. A w radiu już mam ksywę – nasza Kylie. Trzymajcie kciuki za tę moją mobilizację. PS. W mailu znalazłam zdanie, które mnie rozbawiło. Wczoraj było beznadziejnie, dzisiaj jest beznadziejnie, jutro dzień zapowiada się beznadziejnie. Czyżby w końcu upragniona stabilizacja?

 

10 czerwca 2005 Pierwsza noc ze świadomością noszenia w sobie złych komórek już za mną. Najpierw długo nie mogłam zasnąć, potem budziłam się, co chwila i powtarzałam-jestem zdrowa, jestem zdrowa. Moje ciało jest silne i świetnie sobie radzi. To moja mantra. Niech zadziała. Wiem coraz więcej, ale wciąż nie wiem, kto się mną zajmie i gdzie trafię. Jestem otoczona życzliwością i miłością. Może, jeśli do tego dojdzie profesjonalizm medyczny to odniesiemy sukces? Ta liczba mnoga nie przez przypadek. Wiele osób nieznanych mi z twarzy, może nawet z imienia trzyma kciuki. Nie puszczajcie ich, proszę. PS. Dziś mój wzrok padł na fragment psalmu – „Chociażbym chodził ciemną doliną zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

 

13 czerwca 2005 Opracowałam nowy sposób na złe myśli i niedobre obrazy. Pstrykam palcami. Natychmiast, gdy moja wyobraźnia tworzy jakąś złą wizje. Pstrykam powtarzając – tego nie ma, to wymazać. I zamieniam kiepskie obrazy na te zwykłe, normalne, które teraz są dla mnie najcudowniejsze. Robię sobie projekcje przyszłości. Jadę do Wietnamu (nie zdążyłam), zwiedzam Pekin (chciałam, jesienią), a przed wszystkim wychodzę ze szpitala, zadowolona, uśmiechnięta. Już po wszystkim. To wszystko w myśl zasady, że to umysł czyni człowieka zdrowym lub chorym, zdesperowanym lub szczęśliwym, bogatym lub biednym. Staram się nie myśleć o statystykach, o tym, że to choroba, która jeśli raz dotknie wisi nad człowiekiem do końca. Chcę wierzyć, że spotkało mnie to z zaskoczenia, żebym przekonała siebie i innych, że mam siłę, by przez to przejść. Mimo, że jeszcze jakiś czas temu, kiedy chorowali inni, mówiłam, że ja byłabym słaba, bez woli walki. To dziwny czas. Jedną nogą w świecie zdrowych, (bo przecież nic mi nie dolega), a drugą nogą już tam, gdzie jest zupełnie inaczej. PS. Niedziela w Łazienkach to był świetny pomysł. Ptaki jadły z dłoni, wiewiórki dały pokaz walki, karpie – olbrzymy zadziwiały jak zwykle, a Chopin jak stoi tak stał. Niesamowicie brzmi jego muzyka, grana właśnie w tym miejscu. Chce mi się żyć.

 

14 czerwca 2005 Znam już dowcipy chirurgów. Ludzie dzielą się na operowanych i nieoperowanych. Nieoperowani nie interesują chirurga w ogóle, operowani dzielą się natomiast na operowanych przez niego samego, i operowanych przez innych, już nie tak dobrych, chirurgów. Ja wciąż nie wiem, kto i gdzie będzie mnie operował, choć w babskich pismach piszą, że grunt to szybkie wykrycie to jednak rzeczywistość skrzeczy. Wykrycie to połowa sukcesu. Drugą jest znalezienie miejsca, w którym zrobią to dobrze, bo mają nie tylko dobre chęci, ale też świetne umiejętności i najlepsze narzędzia. To, co dla mnie było rzeczywistością z gazet teraz staje się codziennością. Rejestracja w Centrum Onkologii, dziki kłębiący się tłum. Przemili, owszem pracownicy, którzy jednak nie rozciągną doby, nie spowodują, że wszyscy, którzy potrzebują natychmiastowej operacji będą poddani leczeniu. Trzeba czekać. Każde życie, każde ludzkie zdrowie jest tak samo ważne. Co mnie zaskoczyło? Nie ma osoby, która nie zetknęłaby się z chorobą. W domu, w rodzinie, w pracy. Życzliwość, z jaką się spotykam jest ogromna. To mnie i wzrusza i ładuje optymizmem. Na razie siłą myśli zmniejszam guza 🙂 Wy mi w tym pomagacie.

 

15 czerwca 2005 Nie miałam dotąd pojęcia jak trudno jest krzyczeć. Właśnie odkryłam, że tego nie umiem. Mówię sobie coś cicho, może głośniej, ale nie potrafię wrzeszczeć. Ł. prosi mnie, kiedy widzi, że łzy lecą mi ciurkiem – krzycz: ”Nie mam raka. Jestem zdrowa, wszystko będzie dobrze.” To nie jest proste wykrzyczeć swą bezsilność, złość, zdenerwowanie. Mój czas to kolejne konsultacje lekarskie. Nie pytam już jak to możliwe, że z wykrytym guzem, uspokojona przez lekarzy chodziłam sobie spokojnie po świecie, nie pytam też jak to się dzieje, że w kraju, w którym media wykonują ogromną pracę ucząc profilaktyki na operację w centrum Onkologii czeka się 2, 3 miesiące. Mam wrażenie, że politycy decydujący o naszym systemie zdrowotnym zapominają, że ich żony, siostry, matki mogą zachorować, kiedy oni już nie będą rządzić i ich wpływy nie sięgną wtedy za daleko. Jestem skupiona na tym, by wygrać. Musi się udać skoro niezmiennie wierzę, że każda powstała myśl tworzy przyszłość. A co dobrego widzę już teraz? A. zadzwoniła. choć przez długi czas milczała. I wiem już, że na świecie więcej jest ludzi dobrych i życzliwych od tych bez serca. Dziękuję, że trwacie przy mnie.

 

16 czerwca 2005 Poranki są najgorsze. Głowa ciężka od myśli. Wciąż jestem na początku drogi. Wiem, że wplątało się w moje życie jakieś świństwo, ale wciąż nie ma, kto go ze mnie wygonić. Dziś ta decyzja powinna już zapaść. Na razie w ramach podbudowywania swojej wiary, w przerwach między kolejnymi konsultacjami, czytam książki o samoleczeniu, patrzę na przysłanego mi przez K. kotka, wpatruje się w dobre słowa z listów. Ciężko jest się opanować, gdy ktoś zaczyna płakać nade mną. Ale co tam! Życie jest jedno i trzeba o niego walczyć. Zaczynam kolejny dzień tej walki. PS. Ostatnio przez moja okolicę przechodzą ostre burze. Wracałam od kolejnego lekarza, kiedy wokół mnie kłębiły się wielkie, ciemne chmury, spadł krótki intensywny deszcz. i było po wszystkim. Szybko pomyślałam, że ze mną też tak może być.

 

17 czerwca 2005 Nie sądziłam, że z taką radością można czekać na operacje. Od kilkunastu minut na moim niebie zaświeciło słońce. Wystarczyło, że w słuchawce telefonu usłyszałam ciepły głos Pani A., która orzekła, że mogę liczyć na szybkie przyjęcie do szpitala. Uff. A zatem przede mną weekend. Wyjadę, pochodzę po lesie, posłucham siebie. Naładuję akumulatory. Przyszedł taki moment w życiu, kiedy ważna jest teraźniejszość. Muszę w niej być obecna, bo zauważyłam już, że się gubię, że nie słucham, że moje myśli są gdzie indziej. A to nie tak ma być! Jestem tu i teraz. Żyję i muszę wejść w tę otchłań, bo poza nią znów będzie jasność.

 

20 czerwca 2005 Słucham Myslovitz. Zapaliłam dziś świeczkę i co chwila moje spojrzenie zatrzymuje się na jej płomieniu. Co we mnie? Duże napięcie. Przebudowuje swe myśli, zastanawiam się jak bardzo wydarzenia z przeszłości wpłynęły na to, co przeżywam dziś. Ktoś powiedział – właśnie teraz musisz wybaczyć. A zatem wybaczam. sobie też. Od tej chwili mój czas niech wypełnia tylko radość. Czy pytam o sens tego, co mnie spotkało? Zaczynam, nieporadnie usiłuję zrozumieć. Nie uciekam, wchodzę w to nowe doświadczenie z ufnością, że jestem chroniona i prowadzona przez Opatrzność. Wczoraj (to pewnie wcale nie przypadek) mój ulubiony mądry ksiądz mówił o strachu. O tym, że nie pochodzi on od Boga. Bóg daje moc, wiarę, ufność. I znów ten sam psalm-Pan jest moim pasterzem niczego mi nie braknie. Wierzę, że przez swoją ciemną dolinę szybko przemknę, by znów zobaczyć zielone łąki. A propos, chodziłam w weekend po Kampinosie i do teraz czuje smak leśnych poziomek. Smak dzieciństwa.

 

21 czerwca 2005 Pierwszy dzień lata. Wizja wakacji, lekkości bytu, nawet mnie się dziś udzieliła. Za kilkanaście dni lądowałabym na Teneryfie, już zbierałam informacje, co zobaczyć, dokąd pojechać. Nic to. Nie ma tego złego. Wypiłam w słońcu kawę z M. Pogadałyśmy o sytuacji w służbie zdrowia, śmiejąc się, że jeśli mnie już na tym stole operacyjnym otworzą, to chyba znajdą pieniądze, by zaszyć i zakończyć dzieło. To się nazywa czarny humor. W ramach przedszpitalnej głupawki zastanawiam się, czy mam zabrać swój kubek i czy aby zasnę na cudzym łóżku i na obcej poduszce. I jakim cudem przeżyję pobieranie krwi skoro jestem przypadkiem trudnym, nad którym pastwią się gromady pielęgniarek, prosząc, abym następnym razem nie trafiała na ich dyżur 🙂 Dostałam od K. aniołki, prosto z Karkowa, wezmę je ze sobą. Tylko czy na pewno uda mi się spakować w jedną torbę? I ten mój chirurg. ma takie duże dłonie.

 

22 czerwca 2005 „Nie módlcie się o łatwiejsze życie, módlcie się, abyście byli silniejsi”. To nie jest cytat z jakiegoś świętego, tak powiedział Robert Kennedy przemawiając do narodu amerykańskiego. Dziś zupełnie inaczej czytam te słowa. Modle się o siłę, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wierzyła też w jakiś maleńki cud. Guz się rozpuszcza rak się rakiem wycofuję, bo ta moc pozytywnej energii, dobrego myślenia, modlitw, trzymanych kciuków jest dla niego nie do zniesienia. Wczoraj tylko na moment miałam poważne załamanie nastroju. Kupowałam kolejne książki, między innymi Krystyny Kofty, gdy mój wzrok padł na książkę Kamila Durczoka. Otworzyłam na chybił trafił i przeczytałam fragment o chemii, pękających żyłach, bólu aż po koniuszki włosów. Poczułam własne przerażenie. Umiejscowiło się w piersiach, mocno mnie zatykając. Wróciłam do domu i porządkowałam swoją rzeczywistość umawiając się, sama ze sobą, że o chemii teraz nie myślę. Przede mną operacja (we wtorek lub środę). I przygotowuje się tylko do niej. Pewna życzliwa mi osóbka napisała, że kiedy ona trafiała na salę operacyjną pielęgniarka orzekła- z jaką miną się wjeżdża z taką się wyjedzie. A zatem mam już cel. Nie dać się wystraszyć.

 

23 czerwca 2005 Czy to możliwe, by patrzeć na ludzi na ulicy próbując prześwietlić ich myśli? Okazuje się, że mam teraz takie tendencje. Patrzę i zastanawiam się, co się kryje za tym uśmiechem, bądź jego brakiem. Czy ten ktoś boryka się z jakimiś trudnościami, z chorobą, swoją, bliskich, jakimś nieszczęściem? Niemal każdy niesie swój krzyż. Nazwany, lub nie. Owszem, dość długo uważałam się za świetnie strzeżoną. Żadnych chorób, poważnych wypadków. Tylko raz mocne zderzenie mojego idealizmu z brutalną rzeczywistością. Silne. Powalające. Ale przecież nieodbierające wiary w ludzi i ich dobro. Teraz ponowne uderzenie. Z zaskoczenia, bo przecież nie jestem statystycznie zagrożona. Wyjątek potwierdzający regule. Nie pytam dlaczego ja. ale kiedy staję z boku to nawet się dziwie. przez chwilę. Lubię rozmawiać. Zadaje dużo pytań. Już wiem, że moim oddziałem zarządza uśmiechnięta pielęgniarka, za ten uśmiech i wielkie oddanie w pracy płacą jej 1300pln.Czy ktoś może mi to wyjaśnić?? Nie wiem ile zarabia chirurg, od którego precyzji i umiejętności zależy ludzkie zdrowie. Może lepiej żebym o tym przed swoją operacja nie wiedziała. Chylę czoła przed pracownikami służby zdrowia. PS Śniło mi się, że biorę udział w szpitalnym realisty show 🙂 PS2 Operacja zaplanowana na wtorkowe przedpołudnie.

 

24 czerwca 2005 Białe bluzki, szkolne mundurki, rozluźnieni rodzice. To dziś koniec roku szkolnego. Od razu zaczęłam sobie przypominać to wielkie uczucie ulgi, lekkości bytu. Wakacje. Chyba tylko w czasach szkolnych dają nam tyle błogości. Pamiętam leniwe, słoneczne letnie poranki. Budziłam się i nic nie musiałam. Ech. A teraz otwieram oczy i najpierw sprawdzam czy rak nie wycofał się rakiem. Potem patrzę w okno i myślę-to musi być kolejny dobry dzień. Ten nowy dla mnie czas przeżywam w o wiele większym skupieniu, trochę tak jakbym nie chciała uronić ani sekundy, ani minuty. Wysyłam sygnały do swego ciała, żeby się przed operacja wzmocniło. Rozmawiam, niemalże rozkazując, by nie dało się złym komórkom. Efekt? Już był. Zwykle źle reagowałam na pobieranie krwi. Pielęgniarki miały z tym spory kłopot. Teraz zarządziłam-ma być dobrze, żadnego omdlenia itp. I udało się. Victoria. Dawna koleżanka, lekarka zadzwoniła dziś z wiadomością, że dostała od pacjentki wodę z Lourdes. nie dawało jej to spokoju, aż zadzwoniła i powiedziała, że to woda dla mnie. Przede mną jeszcze jeden weekend, w całości, jak sobie żartuje ze wszystkimi częściami ciała i wszystkimi węzłami chłonnymi.

 

27 czerwca 2005 Nie sądziłam, że w szpitalu można być tak bardzo zajętym człowiekiem. Wciąż coś się dzieje. Kolejne drzwi kolejnych gabinetów z kolejnymi kosmicznie wyglądającymi urządzeniami. I znów jestem wyjątkowa. Badanie, które ma się przydać podczas operacji nie wyszło. Jutro rano okaże się czy samo pozbywanie się nieboraka nie zostanie przesunięte, tak abym mogła wchłonąć izotopy i dać szanse chirurgowi na znalezienie węzła wartowniczego. Młody anestezjolog zadał mi mnóstwo pytań, ja jemu też. Między innymi czy zamierza wyjechać do Wielkiej Brytanii i czy sam był kiedyś znieczulany. Tak poza tym, że mam raka to jestem zdrowa. Wieczorem połknę tabletkę na sen, bo to standard, a rano podejmiemy decyzje czy operacja odbędzie się zgodnie z planem. Dziś pożegnałam chirurga słowami „Tak naprawdę okaże się, że ja nie mam laka”, „I tej wersji się trzymajmy odpowiedział”. Bądźcie wciąż blisko.

 

28 czerwca 2005 10:55 M. napisała w SMSie, że to najlepszy dzień, początek beatyfikacji Papieża, moje niedawno programy Jemu poświęcone, że to znak. Jestem już po kroplówce i kilku tabletkach – ta niebieska zadziałała na mnie jak cztero-pack „Dog In The Fog”, tylko dlaczego dzień w szpitalu zaczyna się o 6 rano. Podłączenie pierwszego wenflonu było próba nieudaną – oto ciąg dalszy mojej wyjątkowości. Od teraz jednak moje ciało przyjmuje wszystkie polecenia, bo to w końcu ja nim zarządzam. I będę miała tylko jedną prośbę do ekipy operującej, żeby nie uwierzyli, jakbym któremuś z nich oświadczyła się po narkozie i aby nie opowiadali zbereźnych dowcipów. Chcę wjechać uśmiechnięta i wyjechać uśmiechnięta. 17:23 Ufff. Anioły mogą na chwilę odetchnąć ale tylko na mement, na krótki moment. Za 2-3 tygodnie okaże się czy będzie potrzebna kolejna operacja i jak intensywne będzie dalsze leczenie. Oczywiście przyjmujemy wersję że anielska moc zrobiła co trzeba i węzły chłonne okażą się czyste. P.S. Wjechałam uśmiechnięta i wyjechałam uśmiechnięta.

 

29 czerwca 2005 W głowie setki myśli. Rozglądam się wokół, jestem już w domu, te same sprzęty, te same widoki, a patrzę na nie jakbym widziała je po raz pierwszy. Wszystko niby takie samo, a jednak inne. I ten cudowny wynalazek, komputer, klawiatura, Internet. Mogę pisać z opatrunkami i bandażami, prawie nie czując bólu. Nota bene zaraz po operacji, kiedy zostałam wybudzona pierwsze, co zrobiłam zanim obstawiono mnie kroplówkami chwyciłam za notes, by zapisać jakieś myśli. Szybko złapałam karcący wzrok mojego doktora (czapki z głów) Ale zdążyłam chwiejnymi literami zapisać: ”Mam to za sobą!! Hurra! Niebo błękitne, a słońce nie przestaje świecić”. Wiem, że przede mną dni oczekiwania na wynik badań, zrobię wszystko, aby nie wkradła się niepewność. Na wszelki wypadek, choć nie jestem przesądna, zgodnie z radą innych pacjentek pozabierałam wszystko, co było moje, nie zostawiając nic, właśnie po to, by nie wracać 🙂 I chociaż przeżywałam tam chwile niepokoju, to jednak wiem, że w nas samych tkwi niezwykła siła, o której nie mamy pojęcia dopóki nie jest nam potrzebna. Proces zdrowienia to ciężka umysłowa praca, ale stawką przecież jest życie. Wszystkim, którzy we wtorek myśleli o mnie wysyłam (poza słowem dziękuję) swoją dobrą energię. Taką dostałam i taką oddaje.

 

30 czerwca 2005 Kiedy dowiedziałam się o swoich złych komórkach okazało się nagle, że wokół mnie jest sporo osób walczących z rozmaitymi chorobami. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia. Od razu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w naszym kraju chorowanie objęte jest jakimś tabu. Czy niewystarczającym obciążeniem jest samo cierpienie? Samotne borykanie się z przeciwnościami losu? Mój szpital pełen jest anonimowych bohaterów, przychodzą tam powalczyć o siebie, potem wychodzą, spacerują po tych samych ulicach, co zdrowi, może tylko inaczej płynie ich czas. Wydawało mi się, że nie muszę pobierać lekcji pogody ducha, ufności, optymizmu. A jednak przy okazji całej tej historii okazało się, że mogę więcej. Wierzyć, cieszyć się, doceniać. Teraz powtarzam sobie w myślach- wszystko, co dobre trafi do mnie w odpowiednim miejscu i czasie. PS Kiedy wczoraj wychodziłam ze szpitala w sklepiku medycznym usłyszałam piosenkę Anastasii. Do towarzystwa brakowało tylko Kylie 🙂

 

1 lipca 2005 Ojej. Ale zazdrośnie patrzę na wszelkie obrazki z nad morza, z wakacji. Chłonę każdą urlopową wiadomość. Właśnie wysłuchałam wrażeń J. z Majorki. Ucieszył mnie nawet mój chirurg wieścią, że jedzie na Hel. Zaczynam nieśmiało marzyć o jakimś wyjeździe. Ale poczekam z planami do czwartku. Wtedy dowiem się, co dalej z moim leczeniem. Największą trudność sprawia mi myślenie o tym, że jestem chora. Czasem mam wrażenie, że to sen, film, jakaś scena. Tym bardziej, że świat wcale się nie zatrzymał, przeglądam gazety, patrzę w ekran telewizora. Tam wciąż to samo, tylko w innych odcieniach. Tylko jakoś tak wyraźniej dociera do mnie związek między polityką a ludzkim życiem. Każdy kandydat na polityka powinien odbyć praktyki w jednym ze szpitali. Tam, gdzie brakuje pieniędzy, gdzie lekarze spieszą się, żeby zdążyć jeszcze do prywatnych przychodni, a sale operacyjne stoją puste, bo anestezjolodzy wyjechali za granicę. P.S. Jestem w dobrym nastroju. Bo doszłam do wniosku, że jeśli pacjent ma żyć, to medycyna jest bezsilna 🙂

 

4 lipca 2005 Ile razy w ciągu dnia można poczuć szczęście? Jeszcze nie tak dawno ten stan był rezerwowany na specjalne okazje, aby nie nadużywać, nie kalać, nie wpadać w egzaltacje. O zgrozo! W ten weekend pozwoliłam sobie czuć szczęście tak często jak tylko się dało. I tak, najpierw cieszyłam się smakiem działkowych czereśni, potem odkryciem, że mój admin świetnie grilluje, a na koniec dnia dźwiękiem i obrazem. Pink Floyd na scenie Live 8. Przypomniał mi się ich koncert w Pradze lata temu, kiedy po raz pierwszy przeżyłam muzyczne katharsis. Zaśpiewali „Wish you were here”. Słuchałam tego w szpitalu, przygotowując ciało i umysł do operacji. Przypadek? Niedzielna lista małych szczęść też się wydłużyła. Latte wypijana na warszawskiej wiślanej plaży, z pięknym widokiem na Starówkę. Pewnie słyszeliście, to pomysł podobny do tego z Paryża. Nawieziony piasek, kosze, leżaki, prysznice, boiska, plażowe kawiarenki-no i najpiękniejsza część miasta przed oczami. Spacer po Lasku Bielańskim. Wspomnienia. Eremy kamedulskie, pięknie odnowione schody mojej uczelni, pomyśleć, że przesiedziałam na nich tyle godzin gadając o życiu, ucząc się do egzaminów (zawsze wszystko na ostatnią chwilę). Potem Cytadela, niedaleko jest skwer Andrzeja Woyciechowskiego, założyciela radia, pierwszego guru. Chłodnik hiszpański w gorący dzień, wieczór z koleżanka, która właśnie zmienia życie i przeprowadza się do Paryża. Ileż dobrych chwil zmieściłam w tym weekendzie! Jak mogłam je sobie kiedyś dawkować? Wokół obfitość wszystkiego i ja z niego czerpię. Mam prawo. Wy też macie.

 

5 lipca 2005 Placek z wiśniami w mojej kuchni to dzieło autorskie. Sezon otwarty! Za to czereśnie obfitują w dodatkowe wkładki. hmmm. Należycie do tych, którzy sprawdzają wnętrza tych owoców, czy do tych, którzy jedząc nie myślą o tym, co może być w środku? Na razie na czereśnie .patrzę. Co nie znaczy, że wcześniej nie zjadłam kilku kilogramów. Szukam informacji o najlepszej diecie, takiej, która zmobilizowałaby siły mojego organizmu do pozbycia się intruzów. Warzywa, kapusta, kalafior, brokuły, na szczęście lubię. Zawsze wydawało mi się, że dbam o siebie swoje ciało, nie mam mu za wiele do zarzucenia, funkcjonowało bez zarzutu. a teraz znów się nad nim czule pochylam i mówię-kocham cię, dasz sobie radę, rób to co do ciebie należy. działaj! I nieustannie wyobrażam sobie moment, kiedy okazuje się, że jestem zdrowa. Boże jak ja wtedy skaczę do góry! I ten najbliższy czwartek, telefon do lekarza i jego głos-węzły są czyste. To są teraz moje obrazki! Wyślijcie i swoje dobre myśli w tej intencji. P.S. Wieczorem zapomnę o nieboraku, obiecałam, co prawda chirurgowi, że marynarką machać nie będę, ale przecież lewą ręką coś tam powywijam nad głową, kiedy U2 zagra „New Year’s Day”.

 

6 lipca 2005 Wczoraj byłam dumna. W moim kraju można bardzo sprawnie zorganizować koncert, na którym bawi się prawie 70 tysięcy osób. Tylko, dlaczego tak rzadko??? Na to pytanie nie potrafię sobie odpowiedzieć. W czym jesteśmy inni od mieszkańców Pragi, Berlina, mniejszych niemieckich miast, gdzie duże imprezy kulturalne odbywają się regularnie. Zapowiadałam, że zapomnę o nieboraku, odłączę go od swoich myśli, wszak miałam go tego wieczoru wystrychnąć na dudka. Tymczasem, kiedy oni grali, tłum przed oczami falował, Bryndal z synkiem obok podskakiwali. nie potrafiłam powstrzymać wzruszenia. Tyle pięknych dźwięków, tyle niezwykłych momentów, tyle wielkich przeżyć -a ja w tym wszystkim chora. Oczekująca na wyniki, na ciąg dalszy leczenia. Nie tak miało być. Rozczuliłam się nad sobą i kiedy Bono śpiewał przejmującą piosenkę dedykowaną nieżyjącemu ojcu ”Sometimes You Can’t Make It On Your Own” to łzy już leciały mi ciurkiem. Jestem zdrowa, jestem zdrowa, jestem zdrowa. Jutro też będę przekonywać Niebiosa, że tak właśnie jest. Od 10 do 15stej będę czarować rzeczywistość ze studia, mam tremę 🙂

 

7 lipca 2005 Ale dzień. Wstając rano, przypomniało mi się, co napisała jedna z życzliwych dusz, -„każdego dnia szukam powodów, by wstać z łóżka”. Ja ten powód miałam. Wracam do radia. Na razie jeszcze za sterami moi koledzy, ale mikrofon już mój, studio już to same. Twarze też dobrze znane. Dziś jeszcze przyjaźniejsze i jeszcze bardziej uśmiechnięte. Ależ ja lubię to miejsce i tych ludzi. Może wpadłam w jakaś pooperacyjna chorobową egzaltacje, ale tam czuję się jak w rodzinie. To szczęście! Wyniki badań poznałam wczoraj. Z zaskoczenia. Nie są takie, jakie chciałam tu ogłosić. Choć kobieca intuicja mówiła mi, że lekko nie będzie. Przerzuty do wyciętych, 3 węzłów, co oznacza, że choroba nie ma charakteru miejscowego. A zatem kolejna operacja, wycięcie wszystkich pachowych węzłów i zapowiadane podtruwanie nieboraka chemią i promieniami. Grafik na pół roku. Tak, byłam dzielna. Popłakałam się dopiero w samochodzie. I płacząc już wiedziałam, że pozbieram się, tak jak i wcześniej to zrobiłam. To droga jednokierunkowa, tu nie ma jak zawrócić, nie da się uciec. Mogę tylko z uporem iść przed siebie. właśnie to robię. Tylko wciąż nie wiem jak odpowiadać na pytanie – jak się czuję. Bo rzecz w tym, że czuję się zdrowo. gdyby nie świadomość, że jednak coś tam we mnie jest chorego. I znów zbieram siły.

 

8 lipca 2005 Nie wyspałam się, nie mogłam wyłączyć telewizora. Słuchałam kolejnych komentarzy do tego, co się stało w Londynie. Uderzyło mnie zdanie jednego z gości, który mówił, że do terroryzmu, należy się przyzwyczaić tak jak do powodzi czy innych tragedii i katastrof. Po prostu takie rzeczy w naszym świecie, w naszych czasach się zdarzają. Cóż za nihilizm! Przecież nie możemy przyzwyczaić się do nienaturalnej śmierci, do cierpienia, do tego, że ktoś stawia się na miejscu Boga i po swojemu wymierza sprawiedliwość. Za każdym razem mam świadomość, jak inaczej mówiłby ten sam ekspert, gdyby takie zdarzenie bezpośrednio dotknęło kogoś z jego bliskich. Łatwo zachować zimną krew, kiedy mówi się o obcych, podaje ofiary w liczbach. Inaczej rzecz się ma, kiedy dociera do nas, że za każdą ofiarą stoi konkretna historia. Kiedy widzimy jej twarz, poznajemy rodzinę, plany, marzenia. Wtedy myślimy-to mogłem być ja. Ktoś napisał do mnie do radia, że obok dużej tragedii w Londynie, gdzieś w Polsce nad wodą wydarzyła się inna- dwie dziewczynki zostały rażone piorunem. Jedna zginęła na miejscu. Ta, która zginęła, była śliczną, czarnowłosą dziewczynką. Miłą, sympatyczną nastolatką. Tak o niej napisała słuchaczka. A ja od razu tę dziewczynkę miałam przed oczami. Zapewne gdyby nie Londyn, serwisy powiedziałyby o tej śmierci. Byłam rano w szpitalu, omówić swój powrót na drugą operację. Widziałam kobiety spacerujące po tamtejszych korytarzach, wychudzonych mężczyzn po chemioterapii, a potem przyjechałam do radia, naznaczonego jeszcze wczorajszą adrenaliną. Kanapki, Coca-Cola, owoce. Tu toczy się życie. Tam toczy się walka o przeżycie. I gdzieś w tle Londyn.

 

11 lipca 2005 Wracałam z radia z koleżanką. Czy wierzysz, że w życiu zasługujesz na to, co najlepsze? Głupie pytanie. przecież samo z nieba nie spada. Ale jak ma spaść skoro nie dowierzamy. I koło się zamyka. Przypomniał mi się fragment z Biblii. Każdemu jest dane według jego wiary. Jeden wierzy, że znajdzie wspaniała pracę, będzie mieć piękny dom, mówimy wtedy czasem, że jest pyszałkiem. A inny nawet nie próbuje zawalczyć, bo przecież gdzież mu do takich marzeń. Czy nie tak jest w naszym życiu? Bywało, że moi rodzice nie dowierzali, że coś osiągnę, za delikatna, za wrażliwa, za nieśmiała. Nie przebojowa. A ja widząc jak innym się udaje myślałam-dlaczego miałoby mi się nie powieść, skoro innym się powiodło. Teraz wracam do tego rozumowania. Tyle uzdrowień, tyle cudów wokół-dlaczego nie miałoby to dotyczyć i mnie? Wielu poradziło sobie z nieborakiem, ja też potrafię. Z pomocą innych ten proces już się zaczął. Nie czekam biernie na wytyczne lekarzy. Poświęcam sobie znacznie więcej czasu niż kiedyś. Odbywam wycieczki w głąb siebie. Chcę wiedzieć więcej i więcej, bo teraz ta wiedza o samej sobie służy jednemu. Odzyskaniu zdrowia, które tylko w lekarskich wynikach jest inne. Bo ja czuje się. dobrze! PS W weekend spotkałam się ze znajomymi w pięknym domu w lesie. To niesamowite móc patrzeć z łazienki, kuchni, salonu na grube pnie, konary drzew. Niech nikt mi nie mówi, że życie jest kiepskie.

 

12 lipca 2005 Tym razem u mnie „Vertigo” – U2. Miło się wspomina falujący, koncertowy tłum, który potem w nocy przyjaźnie wracał do domów, grzecznie ustępując sobie miejsca. W zupełnie innym nastroju wracałam dziś z radia. Jakiś dowcipniś postanowił chyba sprawdzić przygotowanie warszawskich służb i poinformował o bombie w metrze. Kiedyś to były żart ograniczone do szkolnych murów, teraz ujrzały światło dzienne, także dzięki mediom. Zamiast pół godziny, jechałam do domu ponad godzinę tłukąc się jakimś zastępczym autobusem w upale. Nic to, miałam więcej czasu na czytanie. Joseph Murphy tym razem podpowiedział mi jak korzystać z siły własnego umysłu. Nie macie pojęcia jak dobrze mi się wchłania wiedzę o tym, że „nieskończony powszechny umysł jest obecny w każdym miejscu i czasie” Tym sposobem, wszyscy, którzy widzą mnie w pełni sił witalnych, radosną szczęśliwą przyczyniają się do mojego uzdrowienia. Proszę zatem tak o mnie myśleć! Grunt to nie zwątpić. Dziś całkiem szczerze na pytanie Prezesa, jak się czuję odpowiedziałam – Świetnie!

 

13 lipca 2005 Każde zło wyzwala jeszcze większe pokłady dobra. Oczywiście idealnie byłoby, gdyby nic złego, przykrego nam się nie przytrafiało. A jednak w życiu jak jest tylko dobrze, to niedobrze. Już to ustaliliśmy 🙂 Za co mogę podziękować chorobie na tym etapie? Po pierwsze – miłe z jej strony, że objawiła się teraz, a nie za kilka lat, kiedy mój wysiłek musiałby być znacznie większy. i medycyny również. Po drugie -zaczęłam bardziej poznawać siebie, choć oczywiście wydawało mi się, że niczym się już nie zaskoczę i wszystko wiem. A po trzecie- nieborak zmusił mnie do znalezienia czasu. Teraz mam czas!! Dla siebie. Są w ciągu dnia trzy ważne chwile, kiedy ogłaszam, że nie odbieram telefonów, nie rozmawiam, nie wychodzę z pokoju i jestem tylko dla siebie. To najcenniejsze minuty dnia. I bynajmniej nie wklepuje wtedy w ciało kolejnego cudownego kremu. choć to też lubię robić. Mam świadomość, że w tej drodze ku zdrowiu, (choć przecież ja czuję się zdrowa!) jestem wspierana przez wielu, to takie ziemskie anioły, które pojawiają się obok w odpowiednim momencie. Odwzajemniam się jak mogę i czym mogę. Słowo dziękuję powinno pojawiać się w tych zapiskach nieustannie. P.S. Dzień zakończę kinem. W wakacje mamy wysyp filmów lekkich łatwych i przyjemnych. Sprawdzę jeden z nich. P.S. 2. Piszę to wszystko zagryzając drożdżówkę z „Księgi na dobry dzień” od Mateusza, najwyraźniej uznał, że już mi się należy. Mat – jesteś niesamowity!

 

14 lipca 2005 Potrafię się śmiać! Sprawdziłam to wczoraj w kinie. „Kasjerzy czy kasiarze” to dziełko głupio zabawne, z energetyczną muzyką i pojedynczymi dopracowanymi scenami, przy których sala wybucha chichotem. John Cleese w roli bogatego pana z pieskiem jest perfekcyjnie śmieszny, w końcu to mistrz Monthy Pytona. Nabawiłam się dziwnej przypadłości. Patrząc na mijanych ludzi, w wakacje piękniejszych i radośniejszych, mówię do siebie – ot szczęściarze, mają dobrze, nie ciąży na nich żadna lekarska diagnoza, dziewczyny zakładają zwiewne sukienki na ramiączkach (moje czekają aż rany się zagoją, a te .na razie mają w perspektywie kolejne cięcia) chłopaki prężą torsy, pary przesiadują w kawiarniach. Nie myślą o zdrowiu, nie muszą. Czas beztroski! Czy kiedy on trwa potrafimy to docenić? Zawsze miałam najgorsze poranki, ten moment rozruchu, kiedy trzeba było powitać dzień. Jak to możliwe, że teraz moje poranki są piękniejsze niż były przed diagnozą? Owszem, włożyłam w to trochę swojej pracy, wiele myśli i czasu. ale czy musiałam dowiedzieć się o chorobie, żeby polubić swoje poranki?? Następnym razem proszę bez tak ostrych lekcji, postaram się uczyć na cudzych doświadczeniach nie własnych. P.S. Jutro rano zaczynam swój 3 dniowy urlop. Będę gdzieś na wyspie na mazurskim jeziorze. To, co miałam zmieścić w dwóch tygodniach wakacji na Teneryfie przeżyję teraz w ciągu kilku dni. Już się cieszę!

 

19 lipca 2005 Oto nowe odkrycie. Posiadłam umiejętność intensywnego wypoczynku. To, co niektórzy rozkładają na tygodnie ja zmieściłam w 3 dni. Nidzica, Olsztynek, Olsztyn, Ostróda, Iława, Morąg, Gietrzwałd, Grunwald, Miłomłyn. No i moje tegoroczne odkrycie- Kretowiny. Jeździłam patrząc na te tereny najpierw oczami podróżnika sprzed 70 lat Mieczysława Orłowicza, a potem porównywałam tamte opisy ze stanem współczesnym. Ileż nostalgii! Było i leżakowanie, i zwiedzanie, zajadanie się smażonymi sielawami i pływanie łódką po jeziorze. Patrzenie w tafle wody i podziwianie krzyżackich zamków. Bitwa pod Grunwaldem i walka z komarami. Czego nie było? Nie dało się zapomnieć. Ale czy to źle? To teraz moja rzeczywistość. Nie ucieknę od niej. Termin drugiej operacji się zbliża. Już w piątek. A ja tradycyjnie widzę siebie opuszczającą szpital i radośnie informującą Was, że jest ok. Mam to za sobą. A że w planie chemia? Pomyślę o tym jutro 🙂 P.S. Dziś portal Wirtualnej Polski informacje o Kylie zatytułował „Ogoliła głowę”. Co najmniej jakby pisali o jej najnowszej ekstrawaganckiej fryzurze, a tymczasem piosenkarka przygotowuje się do dalszego leczenia. Cóż za brak wyczucia. Zapewne gdybym była „gwiazdą” tabloidów doczekałabym się podobnej wzmianki. Głos poddany chemioterapii. Ech.

 

20 lipca 2005 Przeczytałam dziś informacje o pomysłowych Niemcach, którzy sprzedają w puszkach zapach trabanta. Pomyślałam o naszych gadżetach z przeszłości. Odezwali się inni. Królowały wspomnienia z lat 80tych. Może zapamiętane z filmów, a może z własnego dzieciństwa. Saturatory, oranżada w proszku, rurki z kremem, gumy do żucia Donald z historyjkami. Sporo tego było. Ktoś przysłał mi prezentację o tym, jak żyliśmy kiedyś, bez takiej ilości zabawek, bez komórek, z kluczami pod wycieraczką bądź na szyi, z wieloma zagrożeniami- a jednak przeżyliśmy, do tego pięknie tę przeszłość wspominamy. Jeden ze słuchaczy napisał- nie było nudy. I to mnie zastanowiło. Czy teraz jest nudno? Jest inaczej, ale przecież inteligentny człowiek nie nudzi się nigdy, prawda? Podobają mi się czasy, w których żyjemy, możliwości, jakie mamy i to poczucie, że świat stoi otworem. Będę z tego korzystać. A na razie wpadnę do szpitala, zobaczę pourlopową opaleniznę chirurga, znów usłyszę dziesiątki pytań od anestezjologa, odpowiem, że poza tym, że mam raka jestem całkowicie zdrowa, a przed snem przeczytam sobie Wasze maile. Jutro melduje się na Onkologii, operacja w piątek. Skoro każdy dostaje według swej wiary to ja wierzę, że to jest droga do pełnego wyleczenia. I Wy też w to wierzcie. proszę.

 

21 lipca 2005 Być naprawdę to być zdrowym. Nie wyobrażam sobie inaczej. Dziś czuję się tak samo dobrze jak półtora miesiąca, kiedy nie miałem jeszcze pojęcia, że niektóre moje komórki zwariowały. Ustaliłam z lekarzami, że w przyszłości nie ma co pytać jak się czuję, bo to w moim przypadku nie jest miernikiem choroby. Znów ten sam pokój na tym samym szpitalnym piętrze. Życzliwe, uśmiechnięte twarze. Chyba mam szczęście. Na kawie w szpitalnej kawiarni (a co!) poznaje starsze małżeństwo. Są zdziwieni, że ktoś, kto mógłby być ich wnukiem też tu trafił. Ucinamy sobie pogawędkę i dawnych czasach, powstaniu, wojnie, obozach, wywózkach na wschód. Żywa lekcja historii, ale też umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji. Budujące. Kończę szpitalny dzień zagryzając „Pawełka”. Za oknem to samo niebo. Niech mi sprzyja. P.S. Pani od EKG – „Ooo, skąd znam ten głosik. Przecież jeszcze wczoraj była Pani w radiu.” P.S. 2. Runda druga – Piątek 8:30 rano. Wyślijcie dobra myśl w niebo.

 

22 lipca 2005 21:30 Kolory są i tutaj. Moje szpitalne róże dla Was 😉 16:30 Bardzo chciałabym powiedzieć, że jestem w euforii, bo już po. Złapałam pooperacyjnego doła. Zabieram się za jego zasypywanie. 11.35 – z SMS-a: To samo niebo za oknem. Jestem po. Będzie już tylko lepiej. 8.30 – Trzymajcie kciuki – trwa operacja! admin.

 

25 lipca 2005 To, co się wokół mnie dzieje to jak sprawdzian mocy. Czy ja wiedziałam, że ją w ogóle mam? Do pobierania krwi przygotowywałam się tydzień wcześniej, sama procedura przebiegała na najwyższych emocjach, bo tak reagowało ciało. Teraz to samo ciało przechodzi przez gorsze medyczne badania. Dwa razy było już krojone, ręka mieni się kolorami od ukłuć, przez kilka dni dren w ranie, a od jutra punkcja. Ot zwykła szpitalna historia, jakich wiele. Kiedyś od samej wyliczanki pewnie zrobiłoby mi się słabo. Bo przecież byłam (jestem) słaba i delikatna. To, co się wokół mnie dzieje to sprawdzian mojej wiary. W siebie, Boga, w siły natury. Kiedy ktoś pyta czego Ci teraz potrzeba odpowiadam-wiary. Dużej, większej, największej. Kiedyś, gdy obserwowałam cudze sukcesy nie zazdrościłam, myślałam -ktoś może to i ja potrafię. To samo myślenie chciałabym uruchomić teraz. Uzdrowienie. Cud. Zdarzyło się? To i mnie może się przytrafić. I choć na szpitalnych korytarzach historie nienapawające optymizmem, to ja wierzę w wyjątkową opiekę dobrych aniołów. Ostatecznie nie wszyscy mają to szczęście być „asekurowanymi” przez tyle życzliwych myśli. Każda wizja, każde wyobrażenie mnie zdrowej to kolejny krok do sukcesu. Dziękuję, ze znów nie byłam sama.

 

26 lipca 2005 A było już tak dobrze. Wczoraj wieczorem pojawiła się gorączka, chłonka nie znajdując swoich węzłów zaczęła się nerwowo gromadzić przy szwie, a ja czułam jak ręka odmawia posłuszeństwa, zaczyna warzyć więcej i więcej, a świat wiruje. Noc nie przyniosła ukojenia. Dziś lekarz przepisał mi antybiotyk, wdała się infekcja, jestem też po punkcji, dobre odkrycie –to nie boli. Tylko, dlaczego tak mi się w głowie kręci. W szpitalu usłyszałam kolejną porcję dowcipów o anestezjologach. „Usypiamy za darmo, budzimy za opłatą”. Opowiadają je chirurdzy. „Leci anestezjolog ekonomiczna klasą, podchodzi stewardesa, prosi go na chwile do klasy biznes, a tam pan przedstawia się, dzień dobry, jestem chirurgiem, proszę mi ustawić światło”. Ciekawe, kiedy oni wymyślają te żarciki, chyba nie nad uśpionym pacjentem! 🙂 Pójdę teraz naładować akumulatory, są dziś wyjątkowo osłabione.

 

27 lipca 2005 Victoria. Załamanie nastroju związane z osłabieniem ciała już poza mną. Znów czuję, jak energia rządzi się w moim organizmie. I dobrze! Tak długo przemawiałam do swoich komórek, że posłuchały. Mnie, antybiotyku, czegokolwiek. Ważne, że już od wczorajszego wieczoru gorączka mnie opuściła. Chłonka jeszcze nie tak przejrzysta jak być powinna, ale grunt, że moje samopoczucie już zwyżkujące. Na znak radości z nowego lepszego dnia założyłam dziś buty na obcasie, a nie robię tego, co dzień 🙂 Odkąd stałam się jedną z wielu osób, które dowiadują się, że mają nieboraka zmieniły się miejsca mojego bywania. Teraz najczęściej jestem w szpitalu. Poznaję kolejne osoby, które mają mnie przeprowadzić przez następny etap-chemio i radioterapię. Jeden z lekarzy zaskoczył mnie gustami muzycznymi-„na wakacjach słuchałem zespołu Kulturka, nie wiem czy wie Pani, co grają”. A ja sądziłam, że w domu ma zestaw płyt polecanych np. przez Bogusława Kaczyńskiego. Jak to nie można sądzić po pozorach. Aha, wczoraj nie zdążyłam się ucieszyć to dziś to zrobię. Miło, że szefową kosmicznej misji jest kobieta, prawda? I to kobieca kobieta. Dobrego popołudnia wszystkim aniołkom z tej strony.

 

28 lipca 2005 Spośród tych, co mają szczęście właśnie Ty jesteś wybrana. Tak brzmi jedna z mądrości wschodu, taka z chińskich karteczek. Zaczęłam dziś rano, w drodze do szpitala na kolejną punkcje, zastanawiać się czy ja tak o sobie myślę. Bo jeśli nie mam przekonania to cud zdrowia może mnie ominąć. A przecież interesuje mnie pełne wyzdrowienia, nie statystyczne procenty, nie takie niby zdrowie obwarowane wieloma ”ale”. Kiedyś nie wypadało sięgać po to, co najlepsze. Ze skromności. Z dobrego wychowania. Rodzice nie chwalili się dziećmi, a na pytanie jak życie odpowiadało się –jakoś. Bo nadmierna gorliwość w dostrzeganiu uroków życia mogła oznaczać wywyższanie się, zarozumiałość. Ostatnio pilnuję siebie bardzo, by to, co wokół nie było jakieś tam, ale, żeby miało wyraźne barwy, zapachy i smaki. Uczę się odważnie sięgać po to, co leży na najwyższej półce. I nie wynika to z mojej pychy. Chcę być zdrowa, jestem zdrowa. Wierzę, że nie ma takiego celu, którego nie moglibyśmy osiągnąć. To dziwne, że tak trudno jest nam po odebraniu „wychowania do skromności” powalczyć o swoje dobre miejsce na ziemi. Myli nam się pycha ze zwykłym wzięciem odpowiedzialności za własne sprawy. W szpitalu usłyszałam od pani, która trafiła tam już na 4 tą operację, że widać taki jej los. aż we mnie zawrzało. Bo było w tym tyle samo pokornej zgody na to, co się dzieje, ile bezwolnego poddania się. A może, gdyby pomyślała o sobie, że spośród tych, co mają szczęście ona jest szczególnie wybrana nie trafiłaby tam po raz kolejny?

 

29 lipca 2005 Pić, pić, pić. Mam dużo pić. Słyszę to codziennie od swojej anielskiej szpitalnej pielęgniarki ściągającej igłami chłonkę. Tylko jak to zrobić, kiedy należę do tych, którym pić się nie chce. Wlewam w siebie kolejne szklanki wody, a na miejscu i tak słyszę- za mało pijesz. Testuje wszystkie wody mineralne, szukając tej, która będzie miała jakiś smak 🙂 Z drugiej strony nie narzekam, bo przecież istnieją bardzo zapachowe i bardzo smakowe wody zdrojowe. ich pić na szczęście nie muszę. Zapytałam się wczoraj lekarza o dietę antynowotworową – uśmiechnął się pobłażliwie- dużo owoców. Powiedział, chyba żeby cokolwiek odpowiedzieć. Zauważyliście, że lekarze tnący i zszywający nasze ciała wierzą tylko w siłę wyższej medycyny? A jeśli pacjent według niech nierokujący na przeżycie ma się dobrze dziwią się, cieszą, ale nie próbują tego tłumaczyć. Ot zdarza się. „Pani Marzeno, gdyby wilcza kora leczyła, mielibyśmy tu kadzie z takim specyfikiem i brali garściami”. Ja mam swoją teorię dotyczącą medycyny naturalnej. Leczy nas to, w co bardzo mocno wierzymy. Melancholijnie zakończyłam dzień. Koleżanka, rok starsza ode mnie z radością oznajmiła, że powiększają rodzinę. dla nich wakacje to czas uważnego wsłuchiwania się w swój organizm. dla mnie też. tyle, że z innego powodu. Ech, życie. Weekend zaplanowałam działkowo, w Świętym Mieście. Bieszczady muszą jeszcze na mnie chwilę poczekać. Życzę chłodniejszego słońca 🙂

 

1 sierpnia 2005 Zauważyłam, że wszystko ostatnio musi być ekstremalne. Jak burza to na całego, jak deszcz to padający poziomo (przelewając się przez okno wlał się wprost do mojego telewizora) Dostosowałam się do tego i poprosiłam fryzjerkę o ekstremalne obcięcie włosów. prawie na Shinead O’Connor. Ostatecznie nie jest na zapałkę, otoczenie mówi, że super, a ja mam jedynie zastrzeżenia do nowego koloru- pierwszy raz więcej brązu. Ale przecież to szaleństwo na dwa, trzy tygodnie. Nie mam pojęcie jak zachowają się moje włosy podczas chemii. J. obiecała motać mi turbany, chusty, itp., bo ja sama potrafię tylko sznurówki zawiązać. Nie myślę o tym. Tak naprawdę piękny letni tydzień przede mną. Jutro wejdę do chłodnego studia i nacieszę się pracą. W weekend przeżywałam powrót do przeszłości. Zamiast w Bieszczady (za daleko) pojechałam do Świętego Miasta, żyjącego już pielgrzymkami, tym charakterystycznym i niepowtarzalnym sierpniowym gwarem. Wzruszałam się chodząc utartymi ścieżkami, bo nagle uświadomiłam sobie, że inaczej patrzę na miejsca mojego dorastania. W domu rodziców czułam się bezpieczna. tak jak kiedyś, tak jak zawsze. No i Jasna Góra. Bywałam tam w najważniejszych momentach swego życia, wcale nie zawsze, wcale nie za każdym razem. Teraz poszłam. Pomilczeć. Pomyśleć. Posłuchać. Ściągnąć energię. PS Przemawiałam do swej chłonki, by pozwoliła mi wypocząć. Dwa dni bez punkcji. Tak się wczuła w tę prośbę, że znalazła sobie ujście. szwy się rozeszły. przerwały. Nie ma tego złego 🙂

 

2 sierpnia 2005 13:02 z smsa od lekarza: „pozostałe węzły bez przerzutów – cieszę się i ściskam” To najpiękniejsza wiadomość jaką mogłam dostać w trakcie prowadzenia programu!!:)) Dziękuję węzłom! Dziękuję intuicji. Dziękuję Wam. To budujące dostać po drugiej rundzie taką wiadomość. Może wpłynie to na długość chemioterapii, a może tylko na moja psychikę, która łatwiej zniesie rundę trzecią. Dziś świętuję!

 

3 sierpnia 2005 Świętowałam radośnie na kolacji w malutkiej włoskiej knajpce. Wypiłam lampkę czerwonego wina, tylko jedną, choć mogłabym dwie:) Świadomość, że ten jeden sms uradował wiele osób sprawiła, że poczułam się pewniej. Udało się w tej rundzie, uda się w kolejnej. Nam się uda! I choć dziś koleżanka w radiu zrelacjonowała mi potworne rzeczy jakie działy się z jej przyjaciółmi po chemii. to postanowiłam zamknąć swe uszy. Nie włączać wyobraźni (mam dużą) Tak jak na sale operacyjne wjeżdżałam uśmiechnięta, z takim samym nastawieniem zamierzam poddać się dalszemu leczeniu. Bo przecież ja już nie mam raka, został wycięty! 🙂

 

4 sierpnia 2005 Czy ktoś może mi odpowiedzieć, dlaczego dentyści zadają swoim pacjentom najwięcej pytań, kiedy ci leżą w fotelu z wykrzywioną po znieczuleniu szczęką, wypełnioną narzędziami, rurkami itp. itd.? To fascynujące zjawisko, dziś znów stało się moim udziałem. Lekarze z Onkologii nakazali, abym przed chemioterapią zrobiła generalny remont. a zatem robię. Choć przecież już w szpitalu ogłosiłam, że ja jestem absolutnie zdrowa. W radiu zbieram komplementy na temat nowej fryzury, wyglądu, radosnego głosu. Ł. stwierdził, że w mojej sytuacji każdy będzie mówił miłe słowa. a ja uważam, że są szczere! Ostatecznie skoro czuje się zdrowa to i wyglądam zdrowo! Zastanawiałam się dziś nad swoim optymizmem. Ależ on był powierzchowny. Dopiero teraz wchodzę głębiej, pielęgnuję każdą dobrą myśl, przeganiam gorsze (od wczoraj mam, co robić, bo ziarno niepokoju związane z chemią zostało zasiane). Poradzę sobie i z tym niepokojem, wiem, że potrafię, w końcu to we mnie są wszystkie potrzebne do tego narzędzia. Wszak jestem wojownikiem światła, jak napisała na tej stronie M.

 

5 sierpnia 2005 Mam ochotę na zmiany. Nie na jakieś tam drobne korekty. Ale na porządne zastanowienie się, dokąd zmierzam. Czy czasem nie idę przed siebie siłą rozpędu, czy aby na pewno jestem na właściwym miejscu, we właściwy sposób. Nie chce przeżyć życia byle jak, a potem zdziwić się, że tak szybko przemknęło. Mój mądry admin napisał dziś, że wszystko wokół nas się toczy. „I czasem mamy taki przystanek. Czy pojedziemy dalej i jaki kierunek wybierzemy – to wtedy nasz najgłębszy zaryzykuję – najbardziej świadomy wybór”. Mam to szczęście – mój pęd zatrzymała choroba. Teraz jest ten jedyny, niepowtarzalny moment, kiedy mogę odbyć wycieczkę w głąb siebie. Zapytać się o marzenia spełnione i te czekające na realizację. Chcę usłyszeć swój głos. Chcę świadomie wybrać kierunek podróży. Nie muszę już oglądać się na innych (zwykle to robię) nie muszę sugerować się cudzymi oczekiwaniami (nie lubię zawodzić) Wszak moje szczęście i moje spełnienie winno dać radość i tym, którzy prawdziwie kochają i troszczą się o mnie. Doszłam do tego, że chcę nauczyć się zdrowego egoizmu. Moja wrażliwość nie może mnie niszczyć. Obserwowanie nieszczęść świata powinno sprowadzić się do postanowienia, że skoro nie potrafię od razu pomóc wszystkim, to zadbam o siebie. PS W szpitalu pojawiała się dziewczyna z rakiem piersi. Była w ciąży. Wcześniej lekarz rutyniarz, zamiast posłać ją na badania uspokajał, że to nic groźnego. Zrobił nawet usg, niczego nie rozpoznając. Dziewczyna przeszła jednocześnie dwie operacje, usuniecie guza i cesarskie ciecie. Dziecko w inkubatorze, ona od razu przyjmuje chemie. Nowotwór zaawansowany. Słuchając i obserwując takie historie mam ochotę zapytać o przyzwoitość zawodową, o ludzką przyzwoitość. Ten lekarz dalej będzie leczył. Aż mam ochotę poprosić kolegów dziennikarzy, żeby zajęli się tą przerażającą historią.

 

8 sierpnia 2005 Mazowiecka wieś. Ale było przyjemnie objechać okolice Warszawy, zahaczyć o Podlasie i popatrzeć jak toczy się życie gdzie indziej. A toczy się leniwie, na odpustach (jezdnie są wtedy zastawione kramami, a samochody grzecznie czekają na możliwość przejazdu), na weselach (to budujące popatrzeć na tych, którzy są na początku wspólnej drogi). Zachwyciłam się prywatnie zorganizowanym skansenem wsi polskiej (to pomysł prof. Kwiatkowskiego, tego z Łazienek), wkurzyłam się, że El Greco w muzeum w Siedlcach jest do obejrzenia wówczas, gdy normalni ludzie pracują, (czyli nie w niedzielę) ucieszyłam napisem na plakacie- „razlenin, razstalin, razputin, na wschodzie bez zmian” i po raz kolejny stwierdziłam, że w naszym kraju turysta nie ma lekko. Jest głodny, skazany głownie na fast-foody z kebabem i kawę sypaną zalewaną wrzątkiem. Poza tym weekend był piękny. Bo jedno jest niezmienne. Uroda krajobrazów. I majestatyczne piękno starych kościołów. Nie wiem, kiedy znów wyrwę się na jakąś dłuższą wycieczkę. Jutro zaczynam chemioterapię. Mobilizację aniołów ogłaszam na popołudnie, pewnie między 14-15stą będę już leżeć pod kroplówką. Medycyna nie jest w stanie stwierdzić czy są jakieś mikroprzerzuty do organizmu, dlatego poddaje mnie dalszemu leczeniu. Jak powiedział kolejny medyczny opiekun – to będzie najważniejsza chemioterapia mojego życia. Tak też do niej podejdę. Niech leczy, jeśli ma co leczyć, a jeśli nie – niech uczyni najmniej szkód. Wybrałam życie. bez chorób, konsekwentnie się tego trzymam. PS Czy muszę pisać, że znów proszę o dobrą energię?

 

9 sierpnia 2005 Zasypiałam się i budziłam z tym samym zdaniem na ustach-„przed, w trakcie i po chemii czuje się świetnie”. Noc minęła spokojnie. Budziłam się tylko, żeby pociągnąć łyk wody, nie chcę, aby moja krew odmówiła współpracy. A dzień miał się zacząć od ponownego badania. Pielęgniarka A. już znam moje żyły. Poprosiłam, aby to ona się wkłuwała. Ufff, udało się, tym razem bez dodatkowego męczenia ręki. Zagryzłam „Pierrotem”. Wróciłam do domu. Duże śniadanie, dopóki tak smakuje. Teraz wykrzykuje razem z Rojkiem-„Stworzony, by biec, nie może zatrzymać się, na zawsze zostać chce, by dalej żyć”. Życie smakuje. Tyle muzyki, tyle miejsc, tyle przeżyć ciągle przede mną. „I napisz krwią na ciele mym, że warto żyć”. Do tego nie trzeba mnie przekonywać. Za chwilę pojadę na swój pierwszy raz. Nie wiem jak to wygląda, co robią, w jakich warunkach to się odbywa. Założę na uszy słuchawki, żeby nie słyszeć opowieści w poczekalni, lekarz już uprzedził, że tam na tzw., giełdzie trwa licytacja tragedii. Wystawię swe antenki na odbiór dobrych myśli, Waszej energii. Niech to, podobnie jak przed pierwszą operacją da mi poczucie, że jestem wyjątkowo dobrze chroniona. Postaram się odezwać po powrocie. 21:18 Kiedy pielęgniarki kiwały ze zdumieniem głowami nad moimi żyłami patrzyłam w okno. Chmury odprawiały swój taniec, a ja usiłowałam ściągnąć wszystkie dobre myśli, te od Was, aby wreszcie udało się założyć wenflon. Łzy same płynęły mi po policzkach, za 4tym razem sukces. Potem kap, kap. Najpierw na czerwono, potem dwa razy na biało. Działanie chemii dopadło mnie już w domu. Totalne rozbicie z mdłościami w tle. Ale nieustannie przemawiałam do swego organizmu, umówiłam się z nim, że nie wezmę przepisanych tabletek jeśli ciało da sobie radę. I na razie się udaje. Tylko dlaczego na nic do picia i jedzenia nie mam ochoty. Dziękuję, że w każdym momencie czuję Wasza obecność.

 

10 sierpnia 2005 Dzień po. Co może dodawać otuchy tym, którzy cierpią? Chyba głównie myśli, że to minie, że to tylko chwilowy stan ciała, które za moment posłucha całkiem energetycznej duszy. Kolacja jedzona na siłę to był cyrk Month’y Pytona. Najpierw długie grymaszenie, z czym kanapka. Najlepiej byłoby w ogóle jej nie jeść. Ale mus to mus. Bułka z pomidorem. Tylko, dlaczego smarowidło, jakiego używam na co dzień zmieniło nagle smak. Nie da rady. Nie zjem. Proszę o kanapkę z pomidorem i masłem. Tym razem masła za dużo, źle rozsmarowane. Przecież nie jestem w ciąży, tylko po pierwszej chemii! Zdejmuje masło, przeżuwam kanapkę, Ronie łzy, że przecież ja lubię jeść, dlaczego teraz nie mogę. Noc mija spokojnie, a dziś już jest o niebo lepiej. Co prawda pielęgniarka uprzedza, że kryzys nadchodzi 3 dnia, ale ja już na nowo czuję smak życia. Żeby tylko dało się pić więcej wody, pozbywając się w ten sposób toksyn z ciała. Jeśli będzie już tylko lepiej wieczór spędzę w kinie na romantycznej francuskiej komedii.

 

11 sierpnia 2005 Dzień drugi był jak darowany. Wieczorem zaczął się jednak tępy ból głowy, w nocy pojawiły się mdłości, a rano nadjechał walec. I tak zaczęłam dzień trzeci. Z posmakiem chemii w ustach i totalnym uczuciem rozbicia. Uruchomiłam wyobraźnię, myślałam o lepszych momentach, o tym, że ciało da sobie radę, przecież umawiałam się z nim, ze nie wezmę tabletek, bo mu wierzę. Widziałam siebie w lepszej formie, choć ciężkie to są wizje, kiedy rzeczywistość skrzeczy. No i … jest lepiej. Na tyle, że mogłam usiąść przy komputerze i nasycić się Waszymi słowami. Planowałam jutro pojawić się w radiu. Na wszelki wypadek przełożyłam swój program na poniedziałek. Niech sobie te zbędne chemiczne toksyny wietrzeją, czym prędzej, bo życie czeka.

 

12 sierpnia 2005 Umawiałam się wczoraj sama ze sobą, ze dziś będzie tylko dobrze. Nie było. Poproszę o więcej energii na noc i poranki, wtedy pojawiają się mdłości, walce i inne atrakcje. Starczyło mi dziś siły, aby umyć zęby. A potem tradycyjnie zabrałam się za przemawianie do swego organizmu. Posłuchał- znów mogę jeść, choć smak w ustach nie ten sam. Pomyślałam, że to moja cierpliwość wystawiana jest na próbę- jutro ma być normalnie. Zaczynam się złościć! Ciśnienie mam jak mały kurczak, a kawa jakoś nie pociąga. Ściskam w dłoni piłeczkę i patrzę na swoją fioletową rękę. Będzie dobrze, zacznie współpracować. Przecież wiara góry przenosi, co to za problem niewidoczne, słabe żyły!

 

16 sierpnia 2005 Najcięższe walce odjechały. Pozostały takie sobie warczące traktorki, sprzęt lżejszy no i mdłości zwłaszcza rano. Ale z nimi da się chodzić po ulicach, co więcej da się jeść, a to teraz priorytet. Żartuję sobie, że po tej pierwszej chemii radykalnie przytyje, bo nigdy wcześniej do jedzenia, zdrowego, czystego, kalorycznego nie przykładałam aż takiej wagi. Będę pewnie tym wyjątkiem, który w trakcie leczenia przybiera na wadze, a nie traci. W ramach odzyskiwania sił, (jakie to dziwne męczyć się samym myciem zębów) patrzyłam w weekend na startujące samoloty. Znalazłam dwa miejsca wokół lotniska i tam przystawiłam nos do siatki. Wpatrywałam się, z jaką siłą maszyny unoszą się łamiąc opór materii i powietrza. Niezwykła moc, porażające pięknem widowisko. Tak bardzo potrzebuję teraz takiej niewyobrażalnej mocy. W niedzielę wspaniała ewangelia w kościele. Świetnie skomentowana przez „mojego” inteligentnego księdza. O cierpieniu, bólu, o cudzie wiary. Cierpienie jako cześć ludzkiej egzystencji, dopadające nas wcześniej czy później pod różną postacią. Zamiast szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego (mnie to ominęło-nie pytałam) lepiej zaangażować się w minimalizowanie bólu. A jeśli zrobi się wszystko, co możliwe to pozostaje uwierzyć. że można być szczęśliwym pomimo. Cierpienie nie mieszka w pokoju obok szczęścia. Jest piętro wyżej. Ponad bólem. Ładne, prawda? Wcześniej też tego nie doświadczałam. Teraz rozumiem. Kiedy śmieję się, zachwycam, żartuje. po prostu żyję. Choć w perspektywie kolejna chemia.

 

17 sierpnia 2005 Ludzie chyba dzielą się na tych, którzy wierzą, że coś od nich zależy i na tych, którzy tzw. losowi poddają się bezwolnie. Pokornie biorą to, co jest godząc się z biblijnym stwierdzeniem, że biedni tylko zbiednieją, a bogatym dóbr przybędzie. Zawsze myślałam, że to niesprawiedliwe, a teraz, niedawno zupełnie inaczej odebrałam to przesłanie. Ci co myślą odważnie o tym, że mają prawo do szczęścia, zdrowia, miłości, powodzenia to właśnie dostają. Inni widzą się wśród ludzi pokrzywdzonych, którym nie wypada sięgać wyżej- i też taka nijaka rzeczywistość staje się ich udziałem. I w ten sposób każdy dostaje to, o czym odważy się marzyć. Przeczytałam gdzieś, że dzieci w domach dziecka często nie mają żadnych marzeń. „Chciałabym być lekarzem, ale pewnie będę sprzątaczką”. Pamiętam to zdanie z ankiety przeprowadzonej wśród dzieci z domów dziecka. Trudno w życiu dorosłym zrzucać wszystko na dzieciństwo. Teraz, kiedy odpowiadamy za siebie powinniśmy dać spokój marom z przeszłości (A. wiesz o czym pisze?) Weźmy się w garść i żyjmy według własnych planów i marzeń. Ja, choć dziś dziwnie bolą mnie cebulki włosów, przypominając o chemii odważyłam się znów marzyć o podróżach. Poprosiłam na antenie o pieniążki z Chin. I dostałam. To jak nic znak, że tam pojadę.

 

18 sierpnia 2005 Za mną długi, dobry dzień. Spełnia się to, w co niedawno postanowiłam uwierzyć, wszystko, czego potrzebujemy trafia do nas w odpowiednim miejscu i czasie. I nagle spadł mi z nieba gość, który na wieść o moim leczeniu postanowił mnie odwiedzić. Zabrzmi to metafizycznie, ale w przypadki nie wierzę. I dlatego czerpie garściami z tego, co mi przywiózł. Korzystam z Jego energii i otwieram się na nowe. Uczymy się przez cale życie, tyle, że kiedy dzieje się coś ekstremalnego ta nauka nabiera tempa. Bo nie mam już czasu na odkładanie czegoś na potem, skoro to dotyczy mojego tu i teraz. Często odpowiadam na pytanie jak się czuje. Z każdą chwilą coraz lepiej. Traktorki odpuściły, pojawił się sprzęt lżejszy, właściwie te pochemiczne odczucia, choć wciąż mi towarzyszą, to jednak pozwalają funkcjonować. A zatem nie narzekam!! A, że nie weszłabym teraz na 10 piętro? To chwilowe. To minie. Przeczytałam-choroba może uzdrowić życie. Oby to uzdrowienie mojego życia przeżyli moi bliscy 🙂 Na razie wiele osób wystraszyło się, gdy oznajmiłam, że marzy mi się zdrowy egoizm. Dlaczego pojawiły się myśli o tym, że utwardzę swoje serce i zajmę się tylko sobą? Przecież to nie o to chodzi…

 

19 sierpnia 2005 „W wyrku na wznak przechlapałem swój czas, najlepszy czas.” Słucham jak Markowski śpiewa w Sopocie Autobiografie. Nie, nie pojechałam, oglądam w telewizji i to też dopiero część drugą. Wymieniam się SMS-owymi uwagami z koleżanką, która tak jak ja jeździła na koncerty, skakała pod niejedna sceną i świetnie pamięta tamta atmosferę. „Na życie patrzysz bez emocji, na przekór czasom i ludziom wbrew (…) ktoś inny zmienia świat za Ciebie…” Czy każdy powrót do przeszłości wyzwala takie sentymenty? Muzyka, tamte piosenki ukierunkowały moje życie. Byłam wolna w ciągle jeszcze zniewolonym kraju. To był najbardziej chłonny i twórczy czas …i to se ne vrati. Ale na jutrzejsze wspomnienia pracujemy dzisiaj. Żeby nie przechlapać swojego czasu, tego dzisiejszego wyszłam na pierwszy bardzo długi spacer po Warszawie. Letniej, wakacyjnej, kawiarnianej. Mam siłę, mam energię. Żyję.

 

22 sierpnia 2005 Czy pisałam już, że ufność popłaca? Zbieram tego owoce. Dziś odebrałam piękny list. Maila w środku skserowane specjalnie dla mnie artykuły. Według nadawcy, ważne dla mnie w tym momencie. Istotnie. Czytałam słowa, które powinnam sobie utrwalić. W tym zdania o śmierci. Nie, nie wystraszyłam się. To co pomaga nam umierać, pomaga nam też żyć. A ja już wybrałam życie. Dziękuję K. za tę przesyłkę.

 

23 sierpnia 2005 „Na prawo most, na lewo most, a dołem Wisła płynie…” Tak wyglądał mój dzień. Pokazywałam miasto. Warszawa da się lubić, zauroczyła moich gości. Choć, na co dzień mają i Paryż i Niceę i Barcelonę. Może jednak jest u nas to, czego im brak. Lubię swój kraj. Wzruszam się jego historią i czuję dumę. To chyba nazywa się patriotyzm.

 

24 sierpnia 2005 Czasem słońce, czasem deszcz. Nie wiem, dlaczego dziś dopadły mnie wizje, które są kompletnie nie na miejscu. Popstrykałam palcami, uruchomiłam wyobraźnię i zastąpiłam je myślami o życiu długim i spełnionym, doszłam nawet do wnuków i radości z ich posiadania. A wcześniej odwiedziłam NFZ z dokumentem uprawniającym mnie do nabycia peruki. Fundusz zwróci cześć kosztów, gdybym zdecydowała się na taki zakup. Dziewczyny z długimi paznokciami siedziały karnie przed komputerami, jak się okazało już wyłączonymi. Czekały aż wybije czwarta. Dzieliły je od tej szczęśliwej godziny 3 minuty. Zapytałam grzecznie gdzie mogę poświadczyć swój papierek i usłyszałam jak każda z pań mówi- ja już wyłączyłam komputer, ja też, ja też. Jedna miała jeszcze włączony, chyba tylko dlatego, że jednocześnie rozmawiała z narzeczonym przez telefon i nie zawracała sobie głowy monitorem. Ale to ona wzięła się za wstukiwanie moich danych, nie przerywając rozmowy. Aż do momentu, gdy zadała mi pytanie- ”z włosów sztucznych czy prawdziwych”. Nie mam pojęcia- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie jestem specjalistką od peruk i nie wiem, co byłoby dla mnie lepsze. Z prawdziwych, zdecydowałam po lekkim zastanowieniu. Pani wstukiwała dalej. A to, dla kogo ma być? -pyta. Dla mnie- mówię, a dziewczyna milknie. Dostaję listę zakładów mających umowę z NFZ i wychodzimy razem z dusznego pokoju. Dziewczyny rozszczebiotane pędzą do swoich spraw. A ja nawet zazdroszczę im tej lekkości bytu i skali problemów.

 

25 sierpnia 2005 To uczucie, którego się nie da opisać. Wypadające włosy. Aby ograniczyć swój dyskomfort idę za chwilę do fryzjerki. Najpierw z dłuższych zrobiła krótsze, dziś poproszę, aby użyła maszynki. Będę niczym Natalie Portman. I wiem, że ta zmiana przyciągnie spojrzenia. Cóż. Wchodzę w drugi etap. Najpierw mówiłam głośno o swej diagnozie, teraz zademonstruję łysą głowę. Niech nas zobaczą. Zupełnie jak w haśle reklamowym z zupełnie innej akcji. Czy to wstyd leczyć raka? W radiu M. powiedział, że nigdy pewnie nie zaszalałam z łysą głową, a teraz będę miała i tego doświadczyć. Fakt. Dużo eksperymentów zaliczyłam-takiego nie. Madzia napisała mi, że koniecznie długie kolczyki, korale- styl etniczny właśnie na topie. I będzie jazzy.

 

26 sierpnia 2005 I stało się. Na głowie mam kilkumilimetrowy meszek. Teraz jak nigdy wcześniej widać, że czaszkę mam kształtną, a kości policzkowe wystające. Sądziłam, że widok w lustrze będzie trudnym przeżyciem, ale kiedy fryzjerka odłożyła maszynkę zobaczyłam siebie nową. Gdyby nie konieczność nigdy chyba nie spróbowałabym aż tak radykalnej zmiany. To niesamowite! Wróciłam do domu już bez czapki, ciesząc się wiatrem muskającym moją ogołocona głowę. Do radia weszłam z lekką nieśmiałością. Niepotrzebnie. D. zachwyca się, i mówi, że to powinna być moja fryzura na zawsze, M. jest zawiedziony, bo przecież spodziewał się odważniejszej łysiny, R. śmiał się, bo paradoksalnie wyglądam świetnie, a J. stwierdziła, że zrealizowałam jej marzenia, bo ona pracując w telewizji na taką awangardową fryzurę nie może sobie pozwolić. Weszłam w kolejny etap. Druga chemia coraz bliżej. Może podejdę do niej odważniejsza, pewniejsza, lepiej przygotowana. I żyły będą współpracować. Okaże się w poniedziałek, wtedy pobieram krew. We wtorek znów na czerwono kap, kap. Ale najpierw weekend. Wybiorę się w stronę gór. Szybko minęły te wakacje…

 

29 sierpnia 2005 Nie sądziłam, że można mieć na głowie tyle włosów. Moje wypadają od kilku dni, a wciąż są. Zaczynam się zastanawiać nad ponowna fryzjerską wizytą i radykalnym cieciem. Chodzę sobie z odkrytą głową, w zielonej prawie militarnej kurteczce i nikogo mój nowy image nie dziwi. Ot kolejna „wykreowana” dziewczyna. Nikomu pewnie przez myśl nie przechodzi, ze to kreacja wymuszona przez chemioterapie. Zaczynam się tylko poważnie zastanawiać, co będzie jak znikną brwi i rzęsy. Dziewczyny radzą- są sztuczne, naucz się rysować czarne kreski itp. itd. Ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć, że zmiana twarzy może pójść tak daleko. Z lustra patrzy nowa ja, ale już zaakceptowana. Jak będzie potem? Pani R. odkrywa moje oczy. Śmieję się, że jak się coś traci, to coś innego zyskuje. Czy ja naprawdę jestem w świecie onkologii? Kiedy podjeżdżam na ogromny parking i widzę mnóstwo samochodów pacjentów myślę- jestem jedną z nich, a oni są wśród nas. No chyba, że ze wstydu, onieśmielenia, nie pokazują swych łysych głów na ulicach. Żyję jak zawsze. Jestem w radiu, w ulubionej kawiarni zjadam tarte cytrynową, spotykam się z przyjaciółmi, niby wszystko po staremu. A jednak niezupełnie. Dostałam pyszne działkowe pomidory od E. Od rodziny przywiozłam wszystko, czym mogli się podzielić. Patrzę na swoją lodówkę wypełnioną warzywami i myślę o tym, ze czas zainteresować się odpowiednim jedzeniem. Po głowie chodzi mi makrobiotyka, ale spokojnie, małymi krokami, bez rewolucji. P.S. Jutro chemia, jakoś przedpołudniem. Nie boje się!

 

30 sierpnia 2005 To zdrowa baba- powiedział mój lekarz od chemii, wręczając kolejne skierowanie na następne badanie krwi. Po nich mam mieć założony port naczyniowy (to ochrona słabych żył). Wszczepienie ciała obcego w mój organizm postrzegam jak medyczny matrix. A właśnie wczoraj oglądałam „Wyspę”. Futurystyczny obraz o tym, co nas czeka, jeśli zamarzymy o klonowaniu człowieka. Teraz (pora przedpołudniowa) leżę z wenflonem (założony za pierwszym wkłuciem- chwała pielęgniarkom ze szpitalnego oddziału). I już czuję posmak chemii w ustach. Po zastrzyku przeciwwymiotnym ostre pieczenie. I to wcale nie w miejscu podania. Dziwne. Zastanawiające. Posiadłam już wiedzę, o tym jak trucizna zabija komórki na rożnych etapach podziału. Bywają komórki sprytne, mądre, uodporniające się błyskawicznie na podawaną chemię. Pogadam ze swoimi. Aby te chore, grzecznie uległy. Dopóki mam poczucie panowania nad swoim ciałem nie jest źle. To ciągle jedna całość. Ja i moje komórki. I ja tu rządzę. Dziękuje, że i dziś byliście ze mną. PS Tym razem „na giełdzie” usłyszałam, że czerwona chemia to Helena (kolorowe, oranżadowe skojarzenia) albo fryzjerska (od wpływu na cebulki).

 

31 sierpnia 2005 Podglądam relacje z 25-lecia Solidarności. Przemawiają kolejni wielcy tego świata, dużo podniosłych słów pod naszym adresem. Czy sami jesteśmy tak samo dumni z własnej historii, jak mówią o niej inni? Bez względu na to jak oceniamy czas po, to jednak żyjemy w wolnym kraju. To też historyczny paradoks, gdy obcokrajowcy mówią o nas lepiej i piękniej niż my sami. A ja przeżywam zachwyt nad Polską. Kiedy przejeżdżam samochodem przez nasze wsie i miasteczka odkrywam jak wiele się zmieniło. W naszej mentalności. Jeszcze do niedawna nasze podwórka to był obraz nędzy i rozpaczy. Teraz niemal wszystkie są cudnie wypielęgnowane, uporządkowane, ukwiecone. Jeszcze kiedyś nie mogłam się nadziwić, dlaczego tylko na zachodzie Polski, tam bliżej Niemiec ludzie dbali o swoje otoczenie. Teraz jest inaczej. Nie wstydziłabym się pokazać polskich wsi gościom z zagranicy. Sądzę, że mogliby się zakochać, tak jak ja się zakochałam przejeżdżając w ten weekend przez wąwóz na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Jak tylko ta dawka chemii wywietrzeje pojadę do Ojcowa i sprawdzę swe siły na szlaku. PS. Dzień po. Jest inaczej niż po pierwszej chemii. Tym razem nie obyło się bez tabletek przeciwwymiotnych. Takie rozmowy z tygrysami maja swe dobre strony. Przeganiają walce, które są zdecydowanie mniej aktywne. Aha, i maszynka fryzjerska znów była w użyciu. Jest jeszcze krócej. PS Lekarz zdecydował o wszczepieniu portu naczyniowego…kolejny zabieg operacyjny. Chyba nie chcę teraz o tym myśleć.

 

1 września 2005 I znów mój stan najlepiej oddają słowa z piosenki T. Love- „taka jestem rozp…” Próbowałam czytać książkę ”Siły, które pokonują raka”, przytłoczyła mnie. Zaczęłam się nad sobą użalać. Mam teraz przesyt. I wyjdę na słońce. Położę się na chwilę na tarasie. „Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie.”

 

2 września 2005 Jak ożywić słabe ciało? Pozorując ćwiczenia. Machałam wczoraj rękami, udawałam, że podskakuje. Jestem już zmęczona tym zmęczeniem. Wiem, minie. Ale na razie perspektywa jeszcze 6 takich seansów wywołuje mdłości. Zaczynam reagować jak pies Pawłowa, co wcale mnie nie cieszy. W radiu Kylie, ciekawe jak ona wygląda łysa i czy ma z tym estetyczny problem. Dostałam zabawna białą czapkę. Nie potrafię wiązać turbanów, inaczej niż po piracku, więc to odpada. Dziś przychodzi pani od rehabilitacji, będziemy ćwiczyć rękę, bo w ferworze chemii nie mogę zapomnieć o ręce. Na dworze znów słońce. Spróbuję ściągnąć je blisko, jak najbliżej.

 

5 września 2005 W torebce, w której mam wszystko trafiłam wczoraj na grzebień. Ależ mnie to rozbawiło. Wyjęłam go dziś, nie będzie potrzebny przez jakieś pół roku. Udało mi się rano zawiązać tak chustę, że mogłam przyjaźnie spojrzeć w lustro. Dopóki miałam bardzo krótkie włosy nie było problemu z pokazywaniem światu nowego image. Teraz problem mam. Nie chcę ściągać pytających spojrzeń. Pod tym względem łysi mężczyźni mają o niebo lepiej. Peruka stoi na stojaku, czułabym się w niej jak rosyjski żołnierz wracający z niewoli. A swoją drogą, jakie to dziwne. Peruka dla zabawy, na imprezę, dla szaleństwa to przecież tak samo sztuczne włosy…a jednak oceniane inaczej. Ech, kobieca psychika. Mam okazję ją zgłębiać. W chusteczkach chodzić nie zamierzam- wyglądałabym onkologicznie, jak po chemii, zostają czapeczki bejsbolówki, owinięte niedbale chusty. Boże, ile o wyglądzie! Czytam Lance’a Armstronga. Odważyłam się sięgnąć po jego opis choroby, ale tylko, dlatego, że wiedziałam, iż znajdę w nim więcej siły niż strachu. Tak jest. Choć jedno zdanie od razu utkwiło mi w pamięci- „nie mogę pozbyć się przeświadczenia, że moje przeżycie jest w dużej mierze sprawą ślepego trafu”. Ja robię wszystko by, mieć poczucie panowania nad tym, co się dzieje. Dopóki czuję, że coś zależy ode mnie mam siłę, by wstać i iść przed siebie…w innym razie…jaki byłby sens zaczynać kolejny dzień? Mdłości wciąż i wciąż…ale walce i sprzęt ciężki tym razem były nieobecne 🙂 PS Wczoraj w ewangelii pocieszające słowa o mocy, jaka jest w modlitwie więcej niż dwóch osób.

 

6 września 2005 Liczą się drobiazgi. Małe chwile szczęścia czy odprężenia. Po trudnych dniach przychodzą lepsze, jak po burzy spokój. Proces zdrowienia pochłania mnóstwo czasu. Dziś kolejne wizyty lekarskie, kontroluję swe ciało, które teraz łatwiej może mnie zaskakiwać. Od wczoraj przekonuję zaczerwienioną powiekę, żeby sobie odpuściła, kto wie, Może usłyszała, ale dziś pokażę ją okuliście. Rozmawiałam w fundacji „Ogród nadziei” o tym jak mocno ciało staje się przedmiotem. Pomyślałam, że dziś je upodmiotowię. Pójdę do kosmetyczki. Zdziwi się zapewne, kiedy powiem, że teraz potrzebuję wyjątkowego nawilżenia- chemia wysusza skórę. Nie ma rzeczy niemożliwych- czasem trzeba wybrać się do kina na film dla dzieci, żeby te prawdę usłyszeć. „Charlie- fabryka czekolady” zaskoczył mnie niezwykłą wyobraźnią twórców. Bajkowe, zabawne i ciepłe kino, pójdźcie, z dziećmi lub bez. I nie spodziewajcie się czegoś w stylu Shreka czy Nemo. Jest inaczej, ale też do śmiechu.

 

7 września 2005 Żeby nie popaść we frustracje, w życiu trzeba dziękować za to, co dobre i za to, co złe -przeczytałam przy śniadaniu. No to wyższa szkoła jazdy- pomyślałam. Może przed stanem dziękczynienia jest stan pogodzenia, takiej aktywnej akceptacji, tego, że raz jest tak, a raz siak. Ale póki żyjemy nie jest źle. Dziś dotarła do mnie wiadomość o nagłej śmierci żony, kogoś mi bliskiego. Nikt się nie spodziewał, J. dzwonił z wakacji pytając mnie o zdrowie, samopoczucie, wlewał słowa otuchy (rak piersi to najlepszy z raków, itp.) A teraz sam stanął przed czymś ostatecznym. Z zaskoczenia. Tak bardzo chciałabym się z nim bez słów uściskać… Od rana rozpiera mnie energia. Nawet mdłości łaskawie jakby mniejsze. Widziałam w gazecie Kylie (dzięki Romek!), pożyczyła sobie czapeczkę chyba z mojej szafy. Ale ja dziś do radia pójdę w chuście, koledzy już sobie żartują, że mogę mieć problem ze słuchawkami. Ktoś zapytał- czy w pracy nie ma wyścigu, czy nikt nie czyha na moje miejsce. Czy to dziwne, że ludzie, z którymi się spotykam mają normalne serca i umysły? Normalne-, choć nie wszędzie ta normalność istnieje, wiem. Czyż nie jestem szczęściarzem?

 

8 września 2005 Każdy idzie swoją drogą. Ja też. Każdy przypadek jest inny. Może dlatego lekarze tak niechętnie mówią o tzw. rokowaniach. Opierają się na statystykach, ale też asekurują się, z pokory? Pewnie niejedną niewytłumaczalną historią byli zaskoczeni. Moja pani masażystka (zajęłam się wreszcie rehabilitacją ręki) pracuje od lat z ludźmi zdrowiejącymi (jakoś trudno mi napisać – chorymi) I jak twierdzi, każdy opowiada, że diagnoza spadła na niego jak grom z jasnego nieba. To tak jak na mnie 🙂 Zatęskniłam do literatury spoza tematu, sięgnęłam po „Pod słońcem Toskanii”. I zaraz na początku zatrzymałam się przy zdaniu- życie trzeba od czasu do czasu zmieniać, jeśli chcemy sięgnąć myślą coraz dalej. Rozmawiałam o tym przy kawie z sąsiadką. Chciałabym dobrze wykorzystać ten czas, kiedy mam energię i odwagę. Kto wie, może właśnie teraz jest mój czas?

 

9 września 2005 „Śpij, moje myśli czuwają na parapecie”. Takimi słowami z pięknej piosenki pożegnał J. swoją żonę. Parędziesiąt minut wspólnego słuchania ulubionej muzyki G. Nastrojowej, poetyckiej, zatrzymującej chwile. „Idźmy na słońce” ogłosił J. na koniec tej niezwykłej uroczystości. Wyszliśmy, a pogoda taka piękna, taka dobra na szczęście. Weekend spędzę w lesie, w puszczy między żubrami. Tego teraz mi trzeba.

 

12 września 2005 Przemijanie. Kiedyś często o nim myślałam. Jesteśmy tu przez chwile, powinniśmy coś po sobie zostawić. Jak się zaznaczyć? Teraz, kiedy problem przemijania dotyczy mnie bardziej niż kiedyś paradoksalnie myślę o tym mniej. Ważne, by- odnaleźć swoją drogę, iść w swoim kierunku i spełniać swoje, a nie cudze plany. Jest taka osada w środku puszczy białowieskiej, gdzie można stanąć na drewnianym mostku i patrzeć na pokryte rzęsą wodną zalewy. Kiedy ja tam stanęłam siąpił deszcz. Unosiła się mgła, a rzęsa była tak jaskrawie zielona. Jakiś pędzący swoim autem tubylec zatrąbił na mnie, bo oczarowana zatrzymałam się na środku mostku. Ten bajkowy widok zapierający dech w piersiach był zapewne codziennością dla kierowcy z drugiego samochodu. A może trzeba mieć oczy szeroko otwarte żeby zobaczyć coś więcej niż tylko wodę w środku puszczy… Od tamtej pory siedząc już przy swoim laptopie, popijając kawę amaretto (dziękuję I!) myślę czy jestem we właściwym miejscu. Czy mogłabym żyć inaczej? Zadaje sobie mnóstwo pytań…bo jak nigdy wcześniej wiem już, że życie w zgodzie ze sobą daje najpiękniejsze spełnienie.

 

13 września 2005 Ktoś czeka na poród dziecka, ktoś inny boryka się z budową domu, ktoś narzeka na pracę. Życie płynie. Wszystko płynie. Po wakacjach wymiana wiadomości- kolega mówi, że właśnie wyprowadził się z domu, ja szokuję diagnozą. Kilka tygodni nie widzenia a tyle zmian. Niektórzy zapewne do dziś nie wiedzą, co oznacza moja przykryta czymś głowa. Jak nigdy wcześniej nic mnie nie wyprowadza z równowagi. W obliczu spraw ostatecznych wszystko, co zależy tylko od nas wydaje mi się do opanowania. Ograniczenia? Owszem są, ale przecież to tylko nasze decyzje, czy budujemy dom, czy pracujemy w tej firmie, czy godzimy się na określone relacje między ludzkie. Tak wiele zależy wyłącznie od nas, a dopóki tak jest to jesteśmy szczęściarzami.

 

14 września 2005 Jutro mam kolejne pobieranie krwi, potrzebne przed założeniem portu naczyniowego. Lekarz prosił, żebym zadbała o swoje wyniki. Miałam pić czerwone wino. Byłam pełna dobrych chęci, otworzyłam nawet podczas któregoś z Sopotów butelkę wytrawnego francuskiego i… brr… nie dałam rady. Butelka stoi w lodówce. W tzw. między czasie pobiegłam z jakimś niepokojącym zaczerwienieniem na skórze do lekarki z mojej przychodni, a ona na wieść o chemioterapii mówi- proszę płukać buzię czerwonym winem. Zapobiega grzybicy. Uśmiechnęłam się, bo wino stoi, czeka i wreszcie znalazł się na niego pomysł, będę mogła płukać i wypluwać. A do przełykania znajdę sobie może mniej wytrawne.

 

15 września 2005 Nigdy nie czułam się powołana do rzeczy wielkich. Nie myślałam o sobie, że dokonuje rzeczy ważnych, nie widziałam misji. Jeśli coś dobrego udawało mi się zrobić to nie widziałam w tym nic nadzwyczajnego, to wynikało z mojego sposobu patrzenia na świat. Działo się jakby mimochodem. Nie szukałam splendoru, popularności. Nie mam pojęcia czy moje antenowe bycie (już 15 lat) będzie nadal akceptowane przez właścicieli radia. Może też i ja zechcę sprawdzić jak to jest żyć z dala od miasta od codziennego zmagania się z tutejszymi sprawami. Może ci, którzy zamiast radia słuchają ptaków są, bywają szczęśliwsi. Rozmaite myśli chodzą mi po głowie, czasem jest tak, że dopóki czegoś nie przeżyjemy na własnej skórze to nie wiemy. Tymczasem są tacy, którzy uważają, że mam obowiązek. Być i istnieć publicznie. Na jakimś forum odbywało publiczne poszukiwanie mojego zdjęcia, ktoś się zaoferował pisząc, że jej ma, odsyłał innych podając link. A tam, sprawdziłam jakaś miła dziewczyna trzymająca moja Księgę- nie ja. Uśmiechnęłam się. Ktoś inny domagał się informacji prywatnych, uważając, że taka tajemniczość ma na pewno jakieś głębsze powody. Może jestem przerażająco brzydka? A może mam coś do ukrycia. Inny internauta uważał, że ma prawo wiedzieć. I dziennikarze muszą pokazywać swe twarze, opisywać życie. Moja przyjaciółka kiedyś napisała do mnie do radia. Dziś jest mi bardzo bliska … pewnie, dlatego, że nigdy nie chciała więcej. Zdjęć, informacji, spotkań. Dziś bardzo to doceniłam ona napisała. „Jest nam po drodze, bo obydwie tak samo pojmujemy wolność Jako czas i obecność, która nie zniewala Ale ubogaca Nic więcej”

 

16 września 2005 Lubię przyglądać się rodzicom. I tym przyszłym, czekającym na dziecko, ale też i tym, którzy z ojcostwem i macierzyństwem już się zmagają. Zmagają, bo to ostra walka. O najlepsze przedszkole (trzeba zapisać się już w ciąży) o opiekunkę, która nie bije, nie pije, nie wyjada z lodówki, o szkołę, która ma dobre wyniki w teście dla szóstoklasistów. O dodatkowe zajęcia itd. itd. Dziś przeczytałam ogłoszenie. W pewnej szkole istnieje Ośrodek Edukacyjny, który zaprasza na: kursy dla dzieci wybitnie uzdolnionych (te z najwyższym IQ nie płacą), kursy profesjonalnego i kreatywnego pisania dla młodzieży, wyjazdy edukacyjne, językowe, konkursy, imprezy po lekcjach, długa lista, a na jej końcu -porady, terapia, szkolenia i grupy wsparcia dla …rodziców. No tak, rodzicom można zaoferować już tylko to. Ciekawe, czy dla tych z najbardziej zszarganymi nerwami terapia będzie za darmo. No, ale grunt, że wykształcimy dzieci. Wszak to one mają nam zapewnić błogą przyszłość. PS W podstawówce należałam do koła PTTK, chodziliśmy na piesze rajdy po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Dziś słyszę jak dzieciaki ciągane przez rodziców na spacery pytają- „kiedy dojdziemy”, a tam gdzie dorośli widzą wspaniale zmieniający się krajobraz one znużone mówią – „Boże jak nudno, wszędzie to samo”. Czy narzekam? Nie, jestem przekonana, że do wszystkiego trzeba dorosnąć. I do mądrego rodzicielstwa i dla spacerowania dla samej drogi, a nie celu.

 

19 września 2005 Zbiorniczek i cewnik biegnący od niego do żyły. Całość kończy się w miejscu, gdzie, gdzie żyła uchodzi do przedsionka serca. Powtórka z anatomii. Mam już swój matrixowski port naczyniowy. Dostałam książeczkę w niej m.in. numer czynnego całą dobę telefonu do serwisu portowego. Jak to dobrze, że jest porcelanowy, nie będę ściągać antyterrorystów na lotniskach i ochroniarzy w supermarketach. Może być we mnie2, 3 lata. Na razie czuję rurkę w szyi, obok obojczyka i ogólny z tym związany dyskomfort. Ma minąć. Leżąc na stole dowiedziałam się, że mama mojego anestezjologa uwielbiała słuchać Kuferka w Radiu Zet, a do mnie miała stosunek wręcz macierzyński. To miłe. Teraz od umiejętności jej syna zależało, czy wyjdę z sali o własnych siłach. Jakoś automatycznie nabrałam większego zaufania do lekarza. Był przecież „swój”. A teraz czekam na decyzję czy jutro podadzą mi trzecia chemię. Mam słabe wyniki krwi, chyba nie zregenerowałam za dobrze organizmu…dziwne, bo przecież czułam się świetnie. Czyżby ciało nie nadążało za psychiką? Poużalam się dziś dłużej, jakoś mam ochotę na łzy.

 

20 września 2005 Wyniki? To są dobre wyniki, mówi mój „chemiczny” doktor. Jak to dobre pytam, przecież w sześciu punktach pojawia się strzałka w dół wzmocniona napisem low. Nie mieszczę się w normach. Eee tam, te normy wymyślone są dla ludzi zdrowych, a nie dla tych leczonych chemią. Ale ja zdrowa jestem, wyniki też będę mieć dobre! Upieram się. Bo przecież obiecałam sobie, że poważnie przyjrzę się temu, co jem. Nie potrzebowałam chemii, by interesować się etykietami, zawsze to robiłam, ale teraz motywacja większa. Moja świadomość konsumencka wzrasta, tylko skąd wziąć te wodę mineralną w butelkach, po przystępnej cenie. Czekając dziś w fabryce onkologicznej na swoją kolej bawiłam się w rozpoznawanie, które włosy są sztuczne, a które prawdziwe. Zaczynam też kojarzyć twarze. To jest jak wielka wspólnota ludzi dotkniętych rakiem. Dzisiejsza chemia płynęła przez port. Dotknęłam go po raz pierwszy. Jest pod skórą, żeby się do niego dostać trzeba się odpowiednią igłą wkłuć w środek membrany. Wszystko sterylnie i w rękawiczkach, wykonywane przez dwie pielęgniarki. W tym matrixie brakuje tylko Keanu Reeves’a.

 

21 września 2005 Czy to już trzecie starcie za mną? Następne wyznaczone na 11 października. Mam znów chwilę na oddech, na zachłyśnięcie się życiem. Tym razem pokażę swojemu chemicznemu lekarzowi, że moje wyniki mogą zbliżyć się do tych, jakie mają ludzie zdrowi. Bo niby, dlaczego nie? Na razie krążące po moim organizmie lekarstwa zaprowadziły mnie rano znów do toalety. Odruch wymiotny, ot tak, chyba dla zasady. Wzięłam tabletkę anty, zjadłam śniadanie i już jestem. Z dziwnie rozpalonymi policzkami, ale z całkiem dobrą energią. W tle Smooth Jazz Cafe, aromat grejpfrutowy w powietrzu, za oknem pierwsze barwy jesiennych liści. I te miłe dla ucha prognozy pogody, będzie babie lato! Odpocznę, pomyślę, poczytam. Nacieszę się nowym dniem.

 

22 września 2005 Czy to ostatni dzień lata? Kiedy słońce pojawia się za oknem wychodzę i wystawiam twarz. Zamykam oczy i widzę siebie w podróży. Chiny, Wietnam, Nowa Zelandia, Australia. To mogłaby być długa lista. Potem następuje drugi odcinek mojego filmu ze słońcem pod powiekami. Miejsce w puszczy, tam gdzie popłakałam się nad urodą przyrody. Mój dom, może pensjonat gdzie przy dużym drewniany stole będziemy jeść chleb z masłem i solą. W trzecim odcinku redaguję książkę. O zwyciężaniu. Mam już na nią pomysł-tylko czy w naszym świecie tylko dobrych zdarzeń znajdzie się ktoś, kto ją wyda? Mdłości towarzyszą mi od rana. Biorę tabletkę. W nocy drętwieją końcówki, ręce i stopy. Rehabilitantka wyjaśniła mi, że to, dlatego, iż chemia wypala naczynia krwionośne. Macham rękami w górze, prawie przez sen. Tak bardzo chciałabym ochronić swoje delikatne naczynia krwionośne. Ciężkie jest to leczenie, ale minie, minie, minie.

 

23 września 2005 Ależ ja bym chciała żyć w kraju, w którym ludzie czytając poranna prasę rozmawiają o pogodzie nie o polityce. Znów pojawia się nadzieja, że może być normalniej, znów pójdę wrzucić do urny swój głos wierząc, że tym razem ci, których wybieram nie potraktują mnie jak trampoliny do kariery, bogactwa. Idealistycznie chcę ufać, że ci nowi będą przyzwoitymi ludźmi chcącymi zrobić coś dobrego dla innych ludzi. Marzy mi się takie najzwyczajniejsze w świecie solidne wykonywanie swoich obowiązków, po to, abym ja mogła się zająć swoim życiem, swoją codziennością nie walką… Bo w Polsce coraz częściej o wszystko trzeba walczyć. A życie w formie walki to nie dla mnie. Chciałabym nie interesować się polityką, gospodarką, wskaźnikami na giełdzie. Wolałabym spotykać się z bliskimi i pytać o ich spełnienie, o ich małe szczęścia a nie zwycięstwa w zmaganiach z systemem. PS Wczoraj odważyłam się pójść do kina. Film „Wróżby kumaka” mocno mnie rozczarował, chyba sięgnę po książkę. A mdłości mogłyby już o mnie zapomnieć!

 

26 września 2005 Mogę się wyleczyć i pozostać zdrowa. Takie przekonanie zaczyna w moim świecie obowiązywać od początku nowego tygodnia. A to, dlatego, że po swoich ostatnich wizytach w szpitalu nasiąknęłam gorszymi myślami. Moja empatia nie zawsze mi sprzyja. Kiedy słyszę o ludziach, którzy leczą raka od wielu, wielu lat zaczynam się wczuwać w ich życie. Mimo, że wiem, iż moja droga jest indywidualna, jedyna i niepowtarzalna i nawet gdyby lekarze dawali mi najmniejszą szanse na pełne wyzdrowienie, to tak przecież stać się może. Bo to ja wybieram, w której grupie statystycznej jestem. A zatem teraz kieruje swe myśli na nowe, zdrowsze tory. I ani mdłości, ani rozmowy z tygrysami w toalecie nie przeszkodzą mi w tym, co najważniejsze. To minie. PS. Mocno jestem ciekawa nowej Polski pod rządami prawicy.

 

27 września 2005 Widzę jak jestem spragniona normalności. Wystarczy tylko mała chwila, kiedy nie czuje mdłości czy mrowienia w nosie i to od razu wywołuje moją euforię. Ależ ja czekam aż pochemiczne dolegliwości miną! To już prawie tydzień po, tygrysy powinny odejść. Co one jeszcze tu robią?? Oglądałam powrót siatkarek. Sport jest wciąż najpiękniejszym źródłem wzruszeń. Przypomniało mi się, co w skali mikro czułam wygrywając swoje mecze w siatkówkę. Poczułam swe dawne uwielbienie dla trenera, smak porażek i zwycięstw. Kiedy teraz widzę dzieciaki zajęte chodzeniem na treningi jestem spokojna o ich przyszłość. Sport pięknie kształtuje charakter, a trenerzy mają wielką władze nad umysłami i uczuciami młodych ludzi. Tylko skąd brać tych, którzy potrafią zarazić pasją? Modę mamy taką, że dzieci po swoich dodatkowych lekcjach języków, oglądają „M jak miłość” i idą spać. A kiedy dorosną kupią tak jak rodzice karnety do fitness. Z karnetami w portfelu człowiek od razu żyje zdrowiej 🙂

 

28 września 2005 Jak dobrze wstać skoro świt 🙂 Ech, gdyby mi się tak udawało witać dzień o brzasku, kiedy ziemia pachnie wilgocią i jesiennymi liśćmi. Może właśnie taki poranny spacer po lesie powinien być stałym punktem terapii? Jestem dziś tak pozytywnie naładowana, słońcem, powietrzem, perspektywą powrotu do radia, dobrymi newsami od prezesa (wywiady wracają), energia mnie rozpiera. Ostatnio w ramach warsztatów w fundacji psychoonkologii miałam wypisać sobie na kartce to, co sprawia mi radość. Poszło łatwo. A lista mogłaby być naprawdę długa. Wśród tych przyjemności znalazła się…praca. Szczęśliwy i zdrowy człowiek potrafi zrównoważyć w swoim życiu obowiązki z przyjemnościami. A to, że noszę w sobie marzenie, żeby dotknąć czegoś innego? To chyba normalne, bo jeden sposób na życie to za mało. Wiem już, że nawet najdłuższą podróż zaczynamy od pierwszego kroku…niech tylko zakończę leczenie!

 

29 września 2005 Lubię taką pogodę. Jesiennie melancholijnie- nostalgiczną. Dzień ciepły, ze słońcem, które nie może się zdecydować- wyjść zza chmur czy nie. Niespodziewanie zaczęłam dokarmiać sikorki pozostawionym na tarasie słonecznikiem. Spryciary, najpierw podlatują po ziarenko, potem siadają na magnolii i biesiadują. W życiu trafiają się niespodzianki, nawet ptakom. Patrzę na ich radość i cieszę się, że I. podarował mi specjalny angielski zestaw do dokarmiania ptaków zimą. To dopiero będzie frajda. Poranna kawa z rogalikiem u Włocha z zapachem mielonej kawy, szumem ekspresu, kawiarnianym gwarem. E. opowiada o tym co u niej. Mam wrażenie, że moje leczenie podziałało terapeutycznie na jej spojrzenie na własne problemy. Pojawił się dystans, jakieś zupełnie inne wartościowanie. Mamy jedno krótkie życie, w którym wszystko płynie. Pieniądze- rzecz nabyta. Praca? Nie ta to inna. Mąż-dla szczęścia nie odwrotnie. Proste odkrycia. Sama znów marze, planuję, zapisując wszystko w żółtym notesiku. Nawet, jeśli zrealizuję tylko jeden punkt z długiej listy to będę happy.

 

30 września 2005 Już piątek? To świetnie! Dziś wieczorem uczcimy 15 lecie istnienia radia. Nie zamierzam niczego kontestować ani zastanawiać się, jakie zmiany przeszła firma przez te lata. Nie będę myślała ani o oczekiwaniach słuchaczy (tylko wielkie przeboje) ani o tym dlaczego tak niewielu jest ludzi chcących słuchać radia mądrego. Dziś zamierzam się bawić. Może zdążę kupić jakąś ekstrawagancką czapeczkę? Czerwone korale z Zakopanego dotarły w samą porę, dzięki E! A tak a propos niespodziewanych prezentów, które spadają nam z nieba w najlepszym czasie. Wczoraj wychodziłam do radia przy jasnym niebie. Popołudniu zaczęło się mocno chmurzyć, wtedy otworzyłam kopertę i przeczytałam kartkę od Onetu. „Nadchodzą deszczowe dni. Stara chińska wróżba mówi, że każda kropla deszczu niesie ze sobą nowe życie.” I co w prezencie? Parasol. A za oknem właśnie zaczęło lać. Obym zawsze dostawała to czego w danej chwili potrzebuje.

 

3 października 2005 Dzień zaćmienia słońca. Poniedziałek. Wracam do normalności, po niesamowitym weekendzie, pełnym skrajnych emocji. Wielka impreza z okazji naszego 15lecia. Dużo ciepłych słów o ludziach, którzy firmę tworzą. Oklaski, nagrody, docenienie. Kiedy stanęłam na scenie i dotarło do mnie, że oklaski trwają i trwają, a skandowanie „Marzena, Marzena”, dotyczy na pewno mnie… poczułam jak serce mi wali. Bo w tych niekończących się owacjach było cos więcej niż radość z nagrody. Dla mnie to silny znak, że oni mnie obserwują, wierząc, że dam radę. Jeśli teraz pojawią się jakieś gorsze chwile natychmiast przypomnę sobie ten moment. A potem dziesiątki indywidualnych gratulacji, uścisków i wciąż powtarzane jak mantra- siła i wiara. Jestem otoczona wspaniałymi ludźmi, nie mam szansy rozmawiać ze wszystkimi, ale wtedy w piątek poczułam, że oni są blisko mnie. 15 lat razem, na dobre i na złe… P.S. Moja łysa głowa pobudza wyobraźnię artystów, zaczynam inspirować do artystycznych zdjęć. Zgoliłam resztki odrastającego jeża. Wiatr hula wokół mojej czaszki. P.S. 2 Czy zauważyliście, że wiele osób ma problem, jaki guzik nacisnąć, żeby ściągnąć windę. Strzałkę w górę czy strzałkę w dół.

 

4 października 2005 Dziś na chwilę. Na prośbę przyjaciółki zgodziłam się na nagranie w TVN Style. Cel szczytny- odczarowanie choroby nowotworowej. Praca w TV polega głównie na czekaniu. a zatem czekałam, czekałam, aż nagraliśmy. Ciepłą i myślę optymistyczna opowieść o tym, że rak spotkać może każdego i każdy ma szansę z tego wyjść. Mocniejszy, mądrzejszy. Dziewczyny prowadzące rozmowę zadawały mądre pytania, a ja poczułam jak miło jest rozmawiać, gdy czytamy sobie w myślach. Sama skorzystałam na przesłaniu tego programu. Aha, telewizja uszanowała moją decyzję o nie pokazywaniu twarzy i siedziałam tyłem do kamery. I mam nadzieję, że całość nie będzie wyglądała jak spotkanie z konkubiną ewentualnie przestępcą :).

 

5 października 2005 Jestem tolerancyjna, jestem otwarta na inności, nie mam żadnego problemu z akceptacją ludzi, każdemu daje od razu ogromny kredyt zaufania. Nie oceniam dopóki nie poznam czyjegoś spojrzenia i czyjejś motywacji, itd. itd. Ale bywa, że na podstawie jakiegoś wizerunku publicznego tworzę obraz. Odkryłam, że tak właśnie się stało z jedną z dziewczyn. Nigdy się blisko nie poznałyśmy, a jednak miałam wrażenie, że ona nie przepada za mną, że t konkuruje, że jest skupiona na własnej karierze, egoistycznie, prosto. Stworzyłam sobie jej obraz… a teraz zobaczyłam, że to jakaś bzdura. Dziewczyna jest świetna, natychmiast złapałam z nią wspólny język i poczułam jak bardzo mi głupio, że myślałam o niej inaczej. Czy to się nazywa uprzedzeniem? A zatem i ja uprzedzeniom uległam. P.S. A. przypomniała mi mixem wpadek dziennikarzy Radia Zet jak zabawnie tworzyło się kiedyś program. Dziś nie mylimy się tak często i tak spontanicznie. Posłuchajcie zetmix.mp3

 

6 października 2005 Przeczytałam ostatnio myśl, która jest mi bliska. Życie to ogród. My jesteśmy ogrodnikami. Nasze zadanie to dbać o ten ogród. Usuwanie chwastów, wysiewanie nasion, zbieranie plonów to nasza codzienność. Sama od kilku miesięcy jestem trochę zmuszona, by tym swoim ogrodem zająć się na serio. Właśnie to robie. Nie czekam, aż zrobi to ktoś inny. Bo przy całym szacunku i podziwie dla medycyny nie potrafię być bezwolnym pacjentem. Tu przecież chodzi o moje zdrowie, moje życie. Nikt nie przejmie się moim losem bardziej niż ja sama. Tymczasem jakoś tak się utarło, że decydują lekarze. Może tak nam wygodniej, gdy ktoś inny podejmuje decyzje za nas. Nie musimy ani się wsłuchiwać w siebie, ani za bardzo zmieniać przyzwyczajeń, schematów myślenia Na rocznicy radia wylosowałam wycieczkę na Cypr. Ale radość! I natychmiastowa myśl- czy mi wolno, czy to nie wpłynie na jakość leczenia. Czy to bezpieczne, teraz, gdy odporność ciała jest osłabiona. Porozmawiam o tym z lekarzem… ale wiem też, że podróże, weekendowe wyjazdy są dla mnie mocną dawka energii i wiary w to, że dam radę, że psychika wspomoże ciało, gdy te będzie słabło. I chyba właśnie teraz potrzebuje podróży bardziej niż kiedyś. Zachłanność wzrosła. I jeśli tylko nie będzie jakiś medycznych przeciwwskazań to wiem, że taki wyjazd jest dla mnie dobry. Ciało na pewno wpływa na umysł. Dlaczegóż by zatem siła woli nie wpływała na ciało? Dam radę.

 

7 października 2005 Wow. Słońce dziś wstało o 6.47 i ja byłam tego świadkiem. Kiedy jechałam po 4tej do radia miasto spało. Przypomniało mi się jak Andrzej Woyciechowski chciał ożywić poranne programy mówiąc, że o tej porze gramy dla piekarzy i kierowców i im też należy się dobre radio! Przywitałam się o piątej, a pożegnałam przed siódmą. Kiedy wracałam do domu inni dopiero jechali do pracy, a Monika Olejnik piła pachnącą kawę przeglądając prasę w naszej kuchni. Miasto zdążyło się obudzić. Fascynujące było to, że jako jedna z nielicznych jechałam w drugą stronę. I ja swoje obowiązki zawodowe miałam już za sobą. Zaczęłam weekend. Za chwilę będę już w drodze do Zakopanego. Spotkam się z ludźmi gór, przygotuję do wywiadów i popatrzę w niebo. Wracam do miejsca, w którym widziałam dziesiątki spadających gwiazd. Jakie ja mogłam mieć wtedy życzenia? Dziś mam jedno najprostsze.

 

10 października 2005 Jedni budzą się i sprawdzają czy Giewont jest na swoim miejscu inni nie potrafią żyć bez gwaru miasta. Jestem i jednym i drugim. Czaruje mnie rozgwieżdżone niebo nad Cyrhlą (tak samo piękne jest nad puszczą białowieską), ale i pociąga pełne możliwości życie miasta. Ocieram łzę odjeżdżając zakopianką, widząc w lusterku ostatnie zarysy szczytów, a potem cieszę się, że następnego dnia wpadam w wir obowiązków i zajęć. Jak mieć wszystko? Wiem, że to jest możliwe, znam ludzi, którym się udało. Opalają się w górskim słońcu i korzystają z tego, co daje im miasto. Wiem, zatem, że to my decydujemy o tym jak i gdzie chcemy żyć. Czy coś nas ogranicza? Kiedy tak jeździłam z E. po Zakopanem i okolicach widziałam, że nic nie może nas zatrzymać, jeśli czegoś naprawdę chcemy. Weekend minął szybko, a ja uparcie trzymam się tamtych spotkań, rozmów, a słońce, które świeciło mi w twarz zabieram na jutrzejszą chemię.

 

11 października 2005 Czekanie. Na pobranie krwi, na wizytę u lekarza, na wolne łóżko na oddziale chemii dziennej. Wszystko w oparach tak charakterystycznych dla tego miejsca. Mix zapachów Mieszanka lekarstw, ludzkiego potu, strachu, zmęczenia. Postanowiłam wreszcie dowiedzieć się, jaki był ten rak, którego mi wycieli. Czy można określić jego poziom złośliwości? Dowiedziałam się, że rokowania są ustalane na podstawie liczby zajętych węzłów. U mnie było ich aż piec. Stąd tak silne leczenie. A zatem jestem na półmetku. Na początku skok adrenaliny. Port nie zadziałał natychmiast. Mdłości poczułam od razu, gdy zaczęła płynąć moja „oranżadka”. Dłużyło się straszliwie. Nie mogłam skupić się na książce. Zaczęłam wyobrażać sobie wszystko, co dobre, przypominać górskie obrazki, wszystko po to, by ciało dostało sygnał, że chemia jest lekarstwem, a nie trucizną. Teraz liczę, że będzie lżej niż ostatnim razem. Dom jest moim azylem. Tam, w szpitalu zastanawia mnie jedno. Cierpliwość i pokora leczonych. Są długodystansowcami. Pielęgniarki dopytują się nieustannie- boli, czy coś piecze, czy coś przeszkadza, itp. itd. Nikt nie narzeka. I najbardziej charakterystyczne dla tej postawy jest to, co powiedział pewien pan uprzedzany, że jakieś wkłucie może być nieprzyjemne. „Ja się proszę pani już niczego nie boję”. Oto, co daje nam chemia.

 

12 października 2005 Dzień po. Nie udało się wczoraj powstrzymać tygrysów. Wpadły jeszcze wieczorem, pomęczyły i wybiegły. Rano blokowałam im dostęp do siebie tabletką anty. Udało się zjeść śniadanie (kasza jaglana gotowana z owocami, najłagodniejsza dla żołądka). Z piciem gorzej. Płyny mi nie smakują i nie pociągają. Twarz rozpalona jak w gorączce. Już wiem, że tak skóra reaguje na krążące w organizmie lekarstwa. Wklepuję nawilżające maseczki, które znikają po paru sekundach. Widzę jak większość kobiet na oddziale chemii dziennej wciąż dba o swój wygląd. To rozczula. Pani na wózku, bez sił, ale z pięknie wymalowanymi paznokciami, koralami, bransoletką. Być kobietą pomimo… Poleżę teraz trochę i sprawdzę jak mocno grzeje dziś październikowe słońce.

 

13 października 2005 Cierpieć bez uskarżania się, to jedyna lekcja, której musimy się nauczyć w tym życiu. Na taki cytat natrafiłam dziś z samego rana. Nie będę się uskarżać. Bo jak pisze moja koleżanka nawet najdłuższa żmija przemija. Dziś myślę o 13-stce. Jest dla mnie szczęśliwa. Sama wybrałam tę datę na pewne ważne zdarzenie. Oddaję się wspomnieniom. P.S. W listach korespondencja, która mnie zastanowiła. Czy ktoś jeszcze poza tym Panem uważa, że za mało we mnie wdzięczności za to co mam?

 

14 października 2005 Prawdziwe jest to, co jest teraz. Czy udaje mi się dostrzegać jakieś jaśniejsze strony w tym pochemicznym tygodniu? Z jednej strony czekam, aby ten gorszy czas minął, a z drugiej nie chcę, by był to czas tylko przecierpiany. Jestem pogodzona z sytuacją, w której teraz chwilowo się znajduję. Nic nie muszę. Wiem, że kiedy wróci siła fizyczna i przegonię tygrysy znów zacznę zdobywać swoje szczyty. A na razie jestem lekkoduchem. Mogę spać, kiedy chcę, czytać, jeśli literki nie umykają, patrzeć na czerwone liście winobluszczu, śmiać się z sikorek i wróbli tak zabawnie przeglądających się w szybie, słuchać muzyki, myśleć bez patrzenia na zegarek 🙂 Zatrzymałam się, choć nigdy przecież nie pędziłam bez tchu.

 

17 października 2005 Inteligentny człowiek nie może być szczęśliwy. Za dużo widzi, za dużo czuje. Czy ja się zgadzam z tą opinią? Nie. Bo inteligentny człowiek wie już, że każdy idzie swoja drogą, potrafi się uczyć na swoich i cudzych błędach. Potrafi zmieniać swe przekonania, jeśli te mu nie służą. Łapię się na tym, że mam wciąż co zmieniać. Nie wszystkie moje przekonania pomagają zdrowieć. Nie sądziłam, że w przypadku raka te przekonania są aż tak niezdrowe!! Po wywiadzie w TVN Style dostaje maile od osób, które nie miały pojęcia o moim leczeniu. Postanawiają zadbać o siebie, pójść do lekarza, to dla mnie bardzo miłe wiadomości. Podobno choroba Kylie spowodowała, że Australijki masowo zaczęły się badać. Jeśli mój przypadek sprawi, że choć jedna pani znajdzie czas dla siebie to jest sens publicznie o raku mówić. Potrzebowałam tych listów, bo ostatnio pomyślałam, że nie chcę być osobą znaną z powodu raka. Nie ja jedna choruję. I nie ja jedna usiłuję dać sobie z tym radę.

 

18 października 2005 Ostatni dzień mojego pochemicznego regenerowania sił. Jutro wracam do pracy, tym samym do aktywności czytaj nadaktywności. Tygrysy trzymają się z daleka. Są mdłości, jest nieprzyjemny kaszel, coś, o czym pisał Lance’a czego sama teraz doświadczam. Mdłości każą kaszleć, a taki kaszel czasem przywołuje tygrysy. Kiedy czuję, że jest gorzej szukam jedzenia. Wtedy żołądek robi się spokojniejszy. Jem uważniej i piję rozsądniej. Słucham swego ciała, wcześniej chyba milczało, teraz już wiem, że bardzo lubi np.: kwaśne soki. Biegam, zatem po sklepach ze zdrową żywnością szukając soków z kiszonej kapusty, kiszonych buraków, sprawdzając smaki, firmy. Dziś spróbuje sama zrobić japońską zupę miso. Ta w restauracjach niezwykle mi smakuje! Mam dla siebie nowe zadanie- zrobić wszystko, co w mojej mocy, by wyzdrowieć, ale nie przywiązywać się do efektu. Droga ważniejsza niż cel. Trudna sztuka. Ale spróbuje.

 

19 października 2005 Zjadłam pól pudełka nowego ptasiego mleczka. Faktycznie, jak w reklamie delikatniejsze. Spełniłam swoją zachciankę i nie mam ani trochę wyrzutów sumienia! O wiele lżej przychodzi mi teraz robienie sobie drobnych przyjemności. To, co masz uczynić jutro, zrób już dziś. Mnie się to udaje. W weekend stanęłam przed swoja garderobą i popłakałam się patrząc na te stare bluzki, a zaraz potem byłam już w galerii handlowej i wychodziłam z reklamówkami nowych ciuchów. Uff, znów mam się, w co ubrać. Przy okazji zrobiłam sezonowy porządek na pólkach. Wedle zasady, że jeśli nie założyłam czegoś przez 3 miesiące (rozciągam to na pól roku) to już nie założę i nie ma, co się oszukiwać, że kiedyś to się jeszcze przyda. W ten sposób zrobiłam miejsce na nowe. Bardzo mi się podoba teoria, że aby zaczęło się coś nowego trzeba posprzątać po starym. Mój ulubiony wujek emeryt wydając pieniądze (a nie ma ich dużo) powtarza – muszę zrobić miejsce w portfelu na nowe. To sztuka wydawać i cieszyć się tym, na co się wydało.

 

20 października 2005 Październik- miesiąc rocznic. Dziś przypominam sobie, że to już 10 lat minęło od śmierci jedynego mojego zawodowego autorytetu. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem nie pojawił się w moim życiu ktoś, kto miałby tak duży wpływ na to, co robię. Ktoś, kto pokazywał mi kierunek, uczył, ganił, dowartościowywał, pomagał dokonywać wyborów. Słyszę to, co do mnie wówczas mówił, pamiętam nasze wspólne chwile, widzę jak przechadza się za szybą studia i macha do mnie ręką. Uśmiecham się do tych wspomnień. Jestem szczęśliwa, że je mam. Wciąż planuję, że jeden weekend spędzę na przeglądaniu i słuchaniu dawnych nagrań. Poszperam w przeszłości, w tym swoim domowym archiwum. Nie sądziłam, że po 10 latach od śmierci Andrzeja Woyciechowskiego będę drugą osobą w radiu leczoną na raka. On pewnie też by się zdziwił. Zaczynam dzień. Niech będzie pierwszym dniem z reszty mojego życia.

 

21 października 2005 Ratunku. Jutro mam wydać rodzinny obiad. A ja jeszcze w radiu i bez pomysłu na drugie danie. Mam ochotę wyczarować jakąś zapiekankę warzywną. A może po włosku wariacje na temat makaronu. Kto mnie zainspiruje? Niech weekend będzie piękny!

 

24 października 2005 Weekend? Deska serów. Rosół, (bo lubią wszyscy) i coś z kuchni wegetariańskiej, czyli quiche z cukinia i papryką, prościej zapiekanka na cieście francuskim. Pachnąca. A na deser coś z książki, która cudownie oddaje smaki i zapachy. Gruszki z serem mascarpone z „Pod słońcem Toskanii”. Lubię takie chwilowe wypady do kuchni, nigdy nie trzymam się sztywno receptury, pozwalam sobie na szaleństwo i tym sposobem nigdy to samo nie smakuje tak samo. Moi goście mogli rozmawiać o chorowaniu, nasze losy dziwnie się splotły, M. też leczyła raka piersi. Mogłyśmy porównywać, użalać się, pytać, dlaczego my. Ale temat się nie pojawił. Opowiadaliśmy o wszystkim tylko nie o raku. Jedynie na pożegnanie uścisk był mocniejszy. Jakbyśmy tym jednym chcieli sobie powiedzieć, że wiemy, że się wspieramy. Poniedziałek. Sesja zdjęciowa. Jak sfotografować głos? Efekty już niedługo, sama jestem ciekawa.

 

25 października 2005 Czasem w telewizji udaje mi się zatrzymać chwilę na programach o modzie. Są to z reguły relacje z pokazów, rozmowy (banalne do bólu) z projektantami i kilka ujęć modelek paradujących po wybiegach z poduszką przytwierdzoną do głowy lub jakimś innym wydumanym cudem dopiętym do jeszcze bardziej wymyślnego stroju. Na wybiegach już chyba wszystko było, trzeba, więc nieźle się nagłówkować żeby zwrócić czyjąś uwagę. Wszyscy biją brawo, projektanci – wychuchani, wystylizowaniu młodzieńcy mówią, że długo pracowali nad tym, by zaskoczyć, jest miło i światowo. A ja oglądam to wszystko z pobłażliwym uśmiechem na twarzy. Sztuczna rzeczywistość kreowana. no właśnie. dla kogo? Przecież żadna z pań (nawet tych najbogatszych) nie kupuje sobie tego, co ogląda. Bo jak dotąd nikogo z balonikiem dopiętym do kapelusza i to za dużą kasę nie widziałam. Ale wszyscy śmiertelnie poważnie dyskutują o projektach i pomysłach. Gdyby tak dopuścić dzieci na salony mody, to niejeden projekt z wyobraźni pobiłby pomysły tych wychuchanych wymuskanych. Na moich oczach także i w Polsce powstał ogromny rynek mody, stylizacji, makijażu. Zwykły fryzjer jest już tylko w małych miasteczkach, w dużych chodzimy do salonów, fabryk fryzur, atelier, pracowni. A propos – teraz tego doświadczam, jaka to oszczędność nie chodzić do fryzjera! Cały sztab ludzi pracuje nad tym, byśmy zainteresowali się niewygodnymi butami, wydali pieniądze na brzydki strój i do tego uwierzyli, że cena zawsze gwarantuje dobrą jakość. Podczas swojej sesji zdjęciowej-super profesjonalnej przymierzałam ciuchy warte krocie, tylko z powodu metek, buty very trendy tylko, że nieelegancko farbujące pięty i oryginalną biżuterię, która na pewno nie kosztuje 5 PLN tak jak cudne czerwone korale na bazarze pod Giewontem. Nie dajmy się zwariować!

 

26 października 2005 Spojrzałam dziś na rysunek samej siebie. Zrobiłam go jakiś czas temu w ramach zajęć w fundacji psychoonkologii. Wewnątrz ciała miałam narysować jak wyobrażam sobie mechanizmy zdrowienia, sposoby leczenia. Od zawsze, kiedy myślałam o swoim wnętrzu widziałam kwiaty. Piękne, rozwinięte, białe- to zdrowe komórki. Małe, zniszczone to komórki chore. W mojej wyobraźni nie ma ich za wiele. Chemia jest silnym strumieniem oczyszczającym i wymywającym osłabione komórki. W biblii ciało jest świątynią. Teraz dociera to do mnie silniej. O te świątynię trzeba nabożnie dbać. A to przecież zależy ode mnie, co jem, jak jem, w jaki sposób oddycham, czy się ruszam. Higiena życia. W jej ramach sprawiłam sobie wczoraj przyjemność i na spotkaniu przy okazji wręczania nagrody imienia Andrzeja Woyciechowskiego rozmawiałam ze swoimi dawnymi kolegami i koleżankami. Wspominaliśmy swoja pracę wymieniając się tym, co pamiętamy. Ależ ksiązka mogłaby z tego powstać! Magda Umer śpiewała piosenki napisane dla niej przez Andrzeja (ta liryka nigdy się nie zestarzeje) prezydent przemawiał miło (to też nasz słuchacz) na ekranach pojawił się film o twórcy radia, a w jednej z ostatnich scen zobaczyłam siebie, całującą się z szefem wchodzącym do studia. To było tak wielkie zaskoczenie, że nie zdążyłam się nawet rozpłakać ze wzruszenia. Faktycznie. Tak było. Andrzej, co rano robiąc obchód radia zaglądał do studia. Gdy się spieszył, machał tylko przez szybę, gdy miał czas wchodził i zawsze witaliśmy się w ten sposób. To był cenny wieczór. Bardzo wzmacniający te zdrowe i piękne kwiaty, które są we mnie.

 

27 października 2005 Świata nie zmienimy, ale na to, co wokół nas mamy wpływ. Teraz, kiedy po wyborach wszyscy, wokół są mocno rozpolitykowani znów mam ochotę zadbać o swój własny kawałek podłogi. Jest we mnie energia, by dokończyć to, co niedokończone. Uporządkować papiery, przejrzeć gazety, odnaleźć książki, które miały być przeczytane, zerknąć do pudełek wspomnień. Sprawdzić, co mam na kasetach sprzed lat. A nawet popatrzeć na stare zdjęcia. Może albumy? A kiedy za oknem zrobi się już naprawdę zimno usiądę w fotelu, zapalę kominek z sosnowym olejkiem, wezmę lampkę czerwonego wina albo herbaty z sokiem i wreszcie przesłucham swoje płyty, obejrzę filmy, wytyczę nowe kierunki. Wierzę, że jesień to najlepszy czas na myślenie o wiośnie i lecie. PS Zaczynam czuć już oddech kolejnej chemii. Będzie 4 listopada, 3ego pobieram krew i łykam te 40 tabletek mających osłonić moją wątrobę.

 

28 października 2005 Grunt to odkryć jak chcemy żyć i co chcemy w życiu osiągnąć. A potem wyruszyć w drogę, nie myśląc o celu. Jeśli nie zaplanujesz sam swojego życia zrobią to za Ciebie inni. Teraz częściej niż wcześniej myślę o tym, co zajmuje mój czas, czy robię to, co należy do mojego planu i czy za bardzo nie zwlekam. Mój czas jest teraz, a nie kiedyś. Wczoraj w radiu zaczęłam swój program od cytatu z Marka Twaina- Aby czegokolwiek dokonać trzeba zacząć. Aby zacząć trzeba podzielić swój cel na mniejsze, wykonalne cele i zacząć od pierwszego z nich”. W ten sposób nawet najbardziej wymyślne plany, marzenia mogą stać się naszą rzeczywistością. Ja to sprawdziłam. Wiem, że działa, tylko nie wolno od razu na początku mówić to niemożliwe. Teraz znów wracam do swoich myśli o odległych wyprawach. Usiądę i sporządzę plan, a to będzie jak osiągnięcie celu w 50 procentach. Na szczęście pogląd, że ludzie w trakcie chemii i kilka lat po, nie mogą podróżować należy do przeszłości. PS Wczorajszy wieczór spędziłam w kinie na premierze filmu „Jestem”. Opowieść smutna, ale i optymistyczna. Wreszcie będę miała, o czym napisać w dziale filmy, na które nie żal czasu.

 

31 października 2005 Surowy czas. Nawet pogoda się dostosowała do daty, do święta. Jeszcze kilka dni temu drzewa okryte liśćmi, dziś wyglądają tak inaczej. Zbieram pospiesznie to, co spadło, wkładam do waz, wazonów, robię przeróżne kompozycje. Sikorki ściągnęły wróble, razem wpadają do karmnika. Czy w związku z ptasią grypą powinnam przegonić je ze swojej okolicy? Nie potrafię. Wczoraj w Lesie Kabackim przemknęło mi przed oczami stado saren. Dawno nie widziałam tak pięknych zwierząt w ich naturalnym środowisku (o ile las obok dużego miasta może być naturalnym środowiskiem) Mimochodem pojawia się potrzeba wyciszenia, zwolnienia. Cieszy mnie tęskna, melancholijna muzyka, kiedyś tylko taka pojawiała się w okolicy Wszystkich Świętych. Lubię ten klimat. Wtedy nie udajemy, że coś nas nie dotyczy. Na początku listopada wszyscy szukamy odpowiedzi na trudne pytania, często takie, od których uciekamy w inne dni.

 

2 listopada 2005 Świąt ciąg dalszy. Pomyślałam wczoraj, że ten listopad zaczyna się inaczej niż kiedyś. Radośniej, pogodniej. Pamiętam, że dawno, dawno temu to był bardzo poważny dzień. Zimny, pachnący zniczami, pełen skupienia i ciszy. Obowiązywał jeden rodzaj muzyki, kiedy tylko włączaliśmy swoją natychmiast pojawiała się mama z ganiącym wyrazem twarzy. Na początku istnienia radia przełamaliśmy tabu. Radio Zet grało normalnie, może trochę spokojniej, ale jednak normalnie. Teraz już żadnego tabu łamać nie trzeba. Świętują ci, którzy chcą. Inni mogą z tych dni uczynić kolejny dłuższy weekend. Każdy znajdzie to, czego szuka. Rozgłośnie grają różnie. Sama szukałam innych dźwięków, znalazłam je. Piękna muzyka była w Radiu Jazz. Wczoraj spacerowałam po żydowskim cmentarzu. Między wycieczkami młodzieży z Izraela (ciekawe czy w planach ich pobytu jest coś więcej niż miejsca pamięci), miedzy ortodoksyjnymi rodzinami, które nerwowo szukały starych grobów, między takimi jak ja, którzy przyszli po prostu pobyć w tym miejscu, w tym dniu. Zapaliłam lampkę przy pomniku Korczaka, stanęłam przed grobem Zamenhoffa, twórcy esperanto. Zaraziłam się kiedyś jego pasją, uczyłam się esperanto, a zatem i nasze ścieżki jakoś się zeszły. Przy jednym z grobów zobaczyłam trzy postacie ubrane na czarno. Małe dziewczynki w czarnych kapelusikach, obok zapłakana mama. Scena jak z obrazu, jak z filmu… a to życie. Przyszły posiedzieć na ławeczce przy kimś bliskim. W Wyborczej ojciec Oszajca pięknie mówi o śmierci, która na nowo pomaga odkrywać życie. Śmierć jest dla nas abstrakcją dopóki istnieje tylko na filmach. Kiedy zaczyna dotyczyć bezpośrednio trzeba znaleźć chwilę, by o niej pomyśleć. I dlatego myślałam. Ale nie po to, by umierać, tylko po to, by mocniej żyć.

 

3 listopada 2005 Mam w swojej szafie ulubione nakrycia głowy. Mam czarną chustkę z szarotkami, prezent od E. z Zakopanego. Mam białą hip-hopową czapeczkę od A. i czapkę Kylie. I dwie chusty, które zapobiegawczo kupiłam jeszcze mając włosy. Są na zmianę szalikami, albo turbanami. Jedną pożyczoną perukę oddałam, druga, ta od NFZ-tu robi za model na stojaku. Wczoraj doszłam do odkrywczego wniosku, że skoro czaszkę mam afrykańską, kształtną i wcale się jej nie wstydzę to powinnam ją pokazać w radiu. W końcu tam też jest jak w domu. Życzliwie i przyjaźnie. Monika O. na mój widok natychmiast sprawdziła u sprawdzonego źródła, że najlepsza jest herbatka z kopru, nie, pomyliła się, z pokrzywy. Ma zadziałać fantastycznie na porost włosów. Po co mam teraz pić herbatkę z pokrzywy, żeby mi włosy wypadły?:) A zatem paradowałam łysa po radiowych korytarzach, wśród tych młodych, pięknych, spełnionych- ja lecząca raka. Okazuje się, że jest dla mnie miejsce w społeczeństwie, w którym panuje kult tylko młodości i tylko zdrowia. Panuje – jeśli udajemy, że wśród nas nie ma nieszczęść. Nie czuję się gorsza. Nie zrezygnowałam ze swoich przyjemności, żeby usunąć się w cień, czy zejść zdrowym z oczu. Wręcz przeciwnie. Mam ochotę pokazać, że wciąż jestem ta samą dziewczyną, z tymi samymi potrzebami. Chodzę do kina, teatru, spotykam się z ludźmi. I niszczę kolejne tabu- nie uciekam, kiedy do mojej przebieralni w sklepie z bielizną zagląda sprzedawczyni, chcąc doradzić i widzi moje antybliznowe plastry i wybrzuszoną skórę na miejscu portu. Czy jest poruszona, zdumiona? Nie ważne. Ja też należę do tego świata.

 

4 listopada 2005 Nie możemy wybrać okoliczności, w jakich się znajdujemy, ale możemy wybrać myśli, jakie wtedy nam towarzyszą. Nie mogę czmychnąć z dzisiejszej chemii dziennej, nie mogę zatrzymać domowych zegarów, ale mogę mieć dobre myśli i nimi wpłynąć na to, co mnie czeka. Poproszę też wszystkich, którzy chcą mi w tym pomóc, żeby około południa posłali mi energię. Otoczę się nią. I tak jak przed operacjami uczynię z niej ochronny pancerz. Dziś zaczynam kolejne 4 dawki. Chemia się zmienia. Jest teraz dla mnie niewiadomą. Na razie budziłam się zgodnie ze wskazaniem o północy i szóstej rano, żeby połknąć po 20 tabletek. Popijałam każdą z nich małym łykiem wody i cała ta sytuacja wydała mi się śmieszna. W ciemną noc, na łóżku, z dwiema buteleczkami w ręku, zupełnie jakbym chciała pożegnać się ze światem. Odezwę się po powrocie. Już po wizycie w kombinacie. Wszędzie tłum domagający się uwagi. Kto myśli, że lekarze, pielęgniarki mają czas dla swoich pacjentów ten się myli. Oni wciąż, więcej czasu poświęcają papierom niż ludziom. Wszystko odbywa się w ogromnym pośpiechu. Kilka spraw na raz. Zadaje pytania, dużo pytań. Wszystko okraszone żartami, żeby nie zanudzić, nie zniechęcić. Pytam o wino, czosnek, o wyniki badań, port w samolocie, toksyczność tej nowej chemii, czy biorę udział w badaniach, dlaczego te 40 tabletek, co osłaniają itp. itd. Mój doktor wypisuje kolejny papier, rzuca kolejnym żartem i stara się odpowiadać… ale musi przecież liczyć, coś nawet zmierzyć linijką (a propos podobno recepty muszą być wymiarowe, bo inaczej w aptece każą płacić 100%). Dzwoni telefon, wpadają pielęgniarze z dokumentacją, sekretarka zapisuje to, co dyktuje doktor, a stażystka się przygląda. W poczekalni mnóstwo kobiet zerkających na zegarek, opowiadających swoje historie. To nie jest komfort. Ale ten mam w sobie. Trochę się boję, bo tuż przed wyjściem dowiedziałam się, że jeśli te chemie przeżyję to przeżyję wszystko. Co to oznacza? Jest mocno alergiczna i toksyczna. Mogą być duszności, palpitacje, reakcje wstrząsu, ale za to mniejsze mdłości. Jak zawsze pocieszam się – to co dotyczy kogoś nie musi dotyczyć mnie. Biegam po korytarzach, czekam na łóżko, ktoś mnie poznaje, podchodzi, pyta. Miłe. Pielęgniarki to też słuchaczki. Znów miło. Ale to nie zmienia faktu, że muszę czekać, stać w korytarzu. A potem wolne kap, kap. Nie można szybciej, bo organizm musi się przyzwyczaić. Jest pierwsza nowość. Czuję jak tracę siły i ogarnia mnie potężna senność. Zamykam oczy i wyobrażam sobie to wszystko, co do mnie wysyłacie. Ten trujący płyn jest w moim organizmie światłością czyszczącą ciało. Jest lekarstwem. Jeszcze tylko 3 chemie…

 

7 listopada 2005 Tak. Ucieszyłam się, że mój organizm wchłonął ten nowy preparat. Tak. Byłam w euforii, że nie zdarzyła mi się zapaść, ani utrata przytomności czy inny wstrząs. Tak. Nie przeszkadzał mi płytki oddech, który pozostał po chemii. Bo czym się martwić skoro przeżyłam sam wlew! Tygrysy zniknęły. Został chemiczny smak, ale bez mdłości. Rozsadzało mnie poczucie zwycięstwa. Poszłam do kina na „Wallesa i Gromita”, przespacerowałam się po mokrym lesie. I dopiero wieczorem zauważyłam, że ciało lekko gorączkuje. Ból, który był już wcześniej teraz odezwał się z nową mocą. Niczym młyńskie koło, łamiące kości. I jakieś bomby rozdzierające od środka moje podbrzusze, kolana, kostki, plecy. Tego jeszcze nie znałam. Boli jak na torturach. Ale przecież minie. Postanowiłam wstać z łóżka. Pokazać tym połamanym kościom, że jednak potrafią się ruszać. Warto było, bo na dzisiejszych zajęciach w fundacji głośno powiedziałam sobie, co dobrego sprawiła choroba w moim życiu. Ale o tym jutro.

 

8 listopada 2005 Licz swoje błogosławieństwa, a nie problemy. Dlatego nie zacznę od opisów ze świata bólu i skrzypiących kości. Nie będę relacjonować zabawy w walkę z ogrami szarpiącymi moje ciało (nawet pokonane odradzają się). Napiszę o tym, że nowy dzień przynosi nową nadzieję. To zaskakujące także dla mnie, nie przypuszczałam, że tak łatwo będę się z tego bólu otrząsać. Wyrabiam normę. Przecież przez tyle lat swego życia byłam od niego wolna. Rak dał mi odwagę. Nie boję się radykalnie myśleć o spełnieniu planów, które zawsze były opatrywane słowem-kiedyś. Mam parę marzeń, które spróbuje odważnie zacząć realizować już teraz. Nie boję się decyzji, które miałyby przynieść spełnienie. Do tej pory były obwarowane okolicznościami, cudzymi ocenami, lękami. Teraz wiem, że ja szczęśliwa, to szczęśliwi moi bliscy. Życie jest tu i teraz, nie dzieje się w przyszłości. Rak dał mi poczucie, że kochać należy siebie, tak samo mocno jak bliźniego. Moje potrzeby są ważne, mam prawo do własnych granic, do własnych odczuć, do emocji. Nie jestem odpowiedzialna za cudze życie. Jestem odpowiedzialna za swój czas. Czy jestem już gotowa, by zachować korzyści płynące z choroby, bez konieczności chorowania?

 

9 listopada 2005 A jednak ból mija! Zagroziłam mu, że jeśli nie odpuści to zaaplikuję sobie jakiś mocny środek przeciwbólowy (nie mając pojęcia czy na ten rodzaj bólu te zwykle tableteczki działają). Udało się zasnąć przy drętwiejących nogach i rozszarpywanym brzuchu. Nie jest źle! Rano ponownie zastanawiałam się jak to z moim guzem było. Czy naprawdę chował się tak skutecznie przez tyle lat? Niewidzialny dla USG, nienamacalny w badaniu? I od razu te przerzuty w węzłach… Bardzo chciałabym to zracjonalizować, wiedzieć, co spowodowało taką reakcję organizmu. Wiedza to panowanie. Bardzo mi tego potrzeba. Nie pytam, dlaczego ja? Pytam jak to możliwe? W piątek wracam do świata aktywności zawodowej, na weekend może pojadę nad morze, nie ma kiedyś… PS Jedna z dziewczyn, która jest w takiej sytuacji jak ja odkryła, że rak zweryfikował grono jej znajomych. Okazali się nieodpowiedni do nowej sytuacji. Ja mogę z wdzięcznością ogłosić, że dostałam potwierdzenie, że otaczam się właściwymi ludźmi…tymi z bliska i daleka.

 

10 listopada 2005 Czy na każdej płaszczyźnie sprawdza się powiedzenie, że od tych, co wiedzą więcej wymaga się więcej? Tak jakby na próbę byli wystawiani wyłącznie ci, którzy mogą podołać. Niby pocieszające,… ale z drugiej strony może lepiej byłoby być słabym i nic niewiedzącym… tak dla bezpieczeństwa. Ostatnio przez przypadek dowiedziałam się, że syn znanej w Polsce autorki książek motywacyjnych zginął w wypadku motocyklowym. Nie znałam osobiście jej ani jego, a jednak to zdarzenie mocno mnie poruszyło. Ktoś uczący entuzjazmu innych staje w obliczu tragedii, z którą teraz trzeba sobie poradzić. Jak? Czytając własne książki? W obliczu takich zdarzeń wyraźnie widzę jak niepotrzebnie tracimy czas na problemy na własne życzenie, takie zwykłe ludzkie przepychanki. Czasami dobrze jest spojrzeć na własne sprawy z perspektywy nieba. Stamtąd widać lepiej.

 

14 listopada 2005 Nie zawsze go lubiłam. Czasem mnie wkurzał swym stoicyzmem. Bywało, że śmierdział. Chodził własnymi ścieżkami, a ja za nim. Udawał wtedy głuchego. Po jakimś czasie zaczął się cieszyć na mój widok. Nieporadnie wciskał głowę między moje kolana, usiłował podskakiwać, kręcił zabawne młynki. Był oszczędny w okazywaniu uczuć, ale jak już je pokazywał to na całego. Ostatnio nie mogłam już za nim nadążyć, przeżywał chyba drugą młodość. W niedzielę po południu umarł po przeżyciu 10 lat i miesiąca. Nie poczekał aż wrócimy z Gdańska. Odszedł niespodziewanie, za to jestem na niego wkurzona. Nie potrafię napisać, że zdechł. Miał na imię Graf.

 

15 listopada 2005 Czy o kosmosie można opowiadać tak, że człowiek przestaje się bać żyć na ziemi? Kiedy słuchałam jak robi to Polak, Aleksander Wolszczan to nie tylko duma mnie rozpierała, że to „nasz człowiek” ale i dziwiłam się jak mój humanistyczny umysł chłonie kosmiczną wiedzę. O północy na pięknym dziedzińcu gdańskiej politechniki wpatrzona w slajdy słuchałam zaczarowana gawędy o tym, co nas otacza. Im dłużej opowiadał profesor tym spokojniej myślałam o swoim istnieniu. O jego początku i końcu. Poczułam się cząstką wszechświata, cudownie obdarowaną życiem. Dostałam szansę, by nacieszyć się tym, co ono oznacza, na co wiec narzekać? Na chorobę? Bywa, że i ona jest wpisana w życie. Jestem i to jest najważniejsze. Reszta należy do mnie. Gdy jedni doceniają ten dar, inni robią wszystko, by dokonać samozniszczenia. Wczoraj patrzyłam w metrze na zaćpanego chłopaka, A. napisała o samobójcy skaczącym z okna, ile osób potrafi powiedzie jednego dnia- mam dość? Bardzo lubię zdanie- każdy problem ma swoje rozwiązanie. Na szczęście wszechświat i bezkres morza dają dystans.

 

16 listopada 2005 Bycie hedonistą jest bardzo energetyczne. Nawet jeśli to taki siermiężny hedonizm. Słuchałam dziś opowieści znajomego aktora, który korzysta z życia na całego. Nie twierdzi jak większość artystów, że wykonuje ciężki zawód, bawi się tym co robi. no i zarabia. A potem wydaje. Potrafi znaleźć dziesiątki wytłumaczeń na wyrzucone pieniądze, nie obwinia się, nie ma wyrzutów. Uważa, że trzeba umieć się cieszyć. Słuchałam, słuchałam i spływała na mnie jego energia. Wiem, nie każdy ma tyle co on. Ale każdy może nauczyć się konsumować. Pamiętam jak trudno wydawało mi się pieniądze na przyjemności. Jak długo uczyłam się tego, że i ja mogę sobie kupić lepszy krem. Teraz dziwię się, że tak długo, bo mój brat, choć zarabiał mniej niż ja zawsze w trakcie podróży siadał w jakiejś kawiarence nad filiżanką kawy i smakował otoczenie. Ja musiałam do tego dojrzeć. Choć moi rodzice do dziś zaczynają lekturę menu od rubryki cen i żadna restauracyjna kolacja nie zadowoli ich podniebień jeśli odkryją ile wyniósł rachunek. Od jutrzejszego popołudnia będę hedonistką. Dzięki radiu, które wysyła mnie na zawodową wycieczkę na Cypr – hurra.

 

17 listopada 2005 Kiedy to piszę za moimi oknami zaczął padać pierwszy śnieg. To zawsze radosny moment, zapowiadający zimę ze wszystkim, co w niej przyjemne. Coca- cola już zaczęła okres świąteczny, ponoć tą samą reklamą, co zawsze. W radiu –„święta tuż, tuż, wybierz prezent, który zadowoli każdego”. Żartujemy sobie, że ten technologiczny prezent do gwiazdki może się zestarzeć, zdążą wymyślić coś nowszego, a my zostaniemy ze starociem na dnie szuflady. Przy tym śniegu choinki przed supermarketami nie drażnią tak bardzo. Dzisiejszą noc spędzę w innym klimacie, spodziewam się 20 stopni. czy przy takiej temperaturze przydają się sandały? Pakowanie to coś, za czym nie przepadam. Nagle okazuje się, że nic do siebie nie pasuje. Jeśli jest bluzka i spodnie to powinny być i buty, te same buty kompletnie nie grają ze spódnicą i inną bluzką. I co wtedy? Zabrać na 3 dni 3 pary butów? O kosmetykach nie wspomnę. Dlaczego firmy wymyślają tyle mazideł! Kiedyś sprawę załatwiał jeden krem w niebieskim opakowaniu. Teraz osobno oczy (dzień i noc), twarz, poszczególne części ciała. Zmywacze, toniki, kredki do poprawienia prawie nieistniejących brwi i tusz do podkreślenia tych kilku rzęs, jakie się chemii opierają. Na wszelki wypadek wrzuciłam też broszurę o porcie naczyniowym, gdybym zapikała na lotniskowych bramkach. I uświadomiłam sobie, że to będą moje wakacje w pigułce. Nie udało się latem, niech uda się zimą. Dobrego weekendu.

 

22 listopada 2005 W tym samym czasie można opalać się w słońcu, albo cieszyć się niewinnością białego śniegu. Doświadczyłam tego wczoraj. Obudziłam się w słonecznych promieniach, brodziłam w morzu, wygrzewałam się patrząc na lazur wody, by wieczorem zasypiać przy leniwie wirujących płatkach śniegu. Cieszyło mnie i jedno i drugie. Z Cypru, gdzie zima to oddech dla ludzi i roślin wróciłam do Polski, gdzie zima to najczęstszy powód do narzekania. Ja nie narzekam. W te kilka dni intensywnego odpoczywania pokazałam sobie, że mam siłę. By żyć jak inni, by wstać rano, wyjechać na jeep safari czy inną wycieczkę, bawić się, tańczyć, jeść i pić cypryjskie czerwone wino, by rozmawiać, słuchać, śmiać się. Nie byłam bardziej zmęczona niż inni, żartowałam nawet, że mam specjalne, sterydowe dopalanie. Z czym wróciłam? Z przekonaniem, że warto przełamać swój lęk przed lataniem, warto znaleźć i czas i pieniądze, by zwłaszcza jesienią czy zimą zmienić na chwilę klimat (ależ tam jest europejskich zakochanych w sobie emerytów!) warto poznać bliżej tych, których dotychczas widuje się tylko w windzie lub pośpiesznie na „zakładowych” korytarzach. Bawiliśmy się świetnie, z nastawieniem, że mamy tylko te kilka dni na naładowanie akumulatorów. Mnie się udało i bardzo dobrze, że nie zdążyłam się wystraszyć i pomimo chemicznych substancji w ciele spakowałam torbę i wsiadłam do samolotu.

 

23 listopada 2005 Przeczytałam artykuł o ojcu, który gwałcił swą córkę, a kiedy zachodziła z nim w ciążę narzekał, że dziewczyna znów nie wie, z kim… Oczy otwierały mi się szeroko ze zdumienia. Nie tylko, dlatego, że takie rzeczy się zdarzają, ale też, dlatego, że zwykle dzieją się na oczach innych, którzy udają, że wszystko jest w porządku. Przyjęło się, że mężczyzna w krawacie jest ok. A jeśli do tego ma na przykład pozycje zawodową, to już na pewno gwarantuje jego poziom moralny. Jestem niezwykle wyczulona na krzywdę dzieci, bo sama byłam w dwuznacznych sytuacjach tworzonych przez dorosłych, ja sobie poradziłam (ech ten mój anioł stróż), ale nie jedna dziewczyna padła ofiarą zmowy milczenia, bo tematy są przecież wstydliwe. Tak, czasem wygodniej jest mieć uszy i oczy zamknięte. PS. Wracam dziś do pracy. Z żalem patrzę na kalendarz. Już we wtorek kolejna chemia.

 

24 listopada 2005 Ależ łatwo by nam się żyło, gdybyśmy rozmawiali zamiast się domyślać, co czujemy. Coraz trudniej się ze mną spierać. A już naprawdę trzeba się natrudzić, żeby mnie sprowokować. Wkurzam się, owszem, denerwuję i przejmuję,… ale to jakieś inne emocje. Zdrowsze. Mam dystans. Kiedy pojawiają się konflikty gdzieś z tyłu głowy rodzi się myśl- jesteśmy tu na chwilę, jedni krócej, inni dłużej. Nie znamy daty końca, po co tracić energie na złe emocje, utrudniać sobie to krótkie życie, psuć nastrój chwili. Unikam tego, co ciągnie mnie w dół, chcę szybko rozwiązywać problemy, wreszcie mam odwagę. Nie ma jutra, jest dziś.

 

25 listopada 2005 Optymistę i pesymistę spotykają te same zdarzenia. Człowieka zwykłego i tego z pierwszych stron gazet także. Przekonuję się o tym bardzo często i zastanawiam, dlaczego tak samo jak dzielimy się sukcesem nie możemy podzielić się swą sztuka przetrwania gorszych chwil. Ci, o których czytamy w kolorowych magazynach opowiadają o miłości, szczęściu, karierze, sukcesie. Jest tak pięknie i słodko, tylko pozazdrościć. Czy zazdrościlibyśmy tak samo, gdyby gwiazdy powiedziały więcej? O swoich problemach (innych niż tylko wybór gdzie spędzić wakacje czy jaką kreację założyć na scenę). Ostatnio spotkałam się z piosenkarką, która żyje w pojęciu innych lekko, łatwo i przyjemnie. Okazuje się, że ma za sobą naprawdę ciężki rok. W takich sytuacjach żałuje, że osoby znane nie dzielą się tym, co przeżywają. Może, dlatego niektórzy wciąż sądzą, że kariera i pieniądze czynią życie luksusowym.

 

28 listopada 2005 Nie ma dobrych czy złych dróg do celu, są dobrzy i źli wędrowcy. Takie zdanie usłyszałam wczoraj od mądrego księdza, na mszy rozpoczynającej adwent. Fakt. Ostatnio pracuje nad tym, by zamiast przywiązania do celu, do rezultatu była radość drogi. Fajnie mieć cel, mieć marzenia, ale jeszcze fajniej je zdobywać i realizować. Wtedy nie czekam na „kiedyś”, zaczynam już dziś. Na mszy zauważyłam, nie pierwszy raz, postawnego mężczyznę w ciemnych okularach. Jest chory, Prawdopodobnie SM. Z wielkim wysiłkiem wstaje i idzie w kierunku ołtarza, żeby przyjąć komunię. Tym razem ksiądz szybko wyszedł mu naprzeciw. Był to naturalny gest, ale miał też w sobie coś wzruszającego. Pomyślałam, że ten człowiek ma w sobie mnóstwo siły. Imponuje mi niezmiernie. Choć zapewne nie ma pojęcia, że za każdym razem szukam jego sylwetki w tłumie. Kiedy ksiądz mówił o poczuciu szczęścia, o tym, by docenić to co mamy, a mamy wiele, od razu zastanowiłam się jak te słowa odbiera ten człowiek. Czy dziękuje za to, co ma, czy też oddaje się marzeniom o lepszej przyszłości? I jeszcze jedno wczorajsze odkrycie- ludzie są niesamowicie owłosieni, teraz, gdy łysina wydaje mi się tak naturalna- włosy dziwią. Nawet te moje na dawnych zdjęciach 🙂

 

29 listopada 2005 Zawsze nadchodzi ten dzień. Nie sposób przed nim uciec. Im bardziej się zbliżał, tym większy miałam apetyt na życie pod każda postacią. Może, dlatego wczorajszy wieczór postanowiłam spędzić wśród ludzi pięknych, popularnych, uśmiechniętych. Byłam na uroczystym wręczeniu Róż Gali najpiękniejszym Polakom. Mały mamy ten światek show-biznesu. Większość ludzi świetnie się zna. Patrzą, oceniają, plotkują. Współpracują z fotoreporterami („teraz się uśmiechacie, teraz schodzicie po schodach” itp. itd.), życzliwie klaszczą każdemu – od Mandaryny po Beatę Tyszkiewicz. Całość pokazuje telewizja. To zabawny kontrast między wspaniałymi kreacjami, a powyciąganymi bluzami nie pierwszej świeżości, w które ubrani są techniczni, panowie od kamer, światła i wszystkich tych telewizyjnych stanowisk. Zastanawiałam się nawet czy ich szef nie powinien zrobić jakiejś odprawy na ten temat. Ja też jestem w pracy, kiedy przychodzą moi goście na wywiad, ale radiowi realizatorzy nie przyjmują ich w krótkich spodenkach, czy ubraniach, w których mogliby kosić trawę. Well. No, ale telewizja to potęga, wszyscy się jej podlizują. Kiedy telewidzowie dostali profesjonalną transmisję my na widowni widzieliśmy np. pana ubranego w przedziwny kombinezon, który z kamerą przytwierdzoną do pasa biegał na przykurczonych nogach wokół każdej postaci pojawiającej się na scenie. To był prawdziwy taniec trzmiela, trudno było powstrzymać śmiech. A zatem my chichotaliśmy, a zespól Cardigans dzielnie występował. Piszę, uśmiecham się do monitora i zerkam na zegarek. Chyba powinnam się zbierać. Co prawda moja ulubiona pielęgniarka dała znać, że lekarz wyszedł na polecenie służbowe szefa i będzie spóźniony… hmmm… a moje 40 tabletek już połknięte… To już nasza 6ta wspólna mobilizacja. PS. W najnowszej Gali z Grażyną Wolszczak na okładce (nr 48/49) na stronie 70 jest wywiad „Jestem Waszą Kylie”… ja jestem jego bohaterką.

 

30 listopada 2005 I jak tu nie wierzyć w przeniesienie choroby czy bólu na innych. Moja chemia tym razem rozłożyła się na moich bliskich. Zewsząd dochodzą informacje, o bólu, złym samopoczuciu i ogólnym rozbiciu. Ja obudziłam się z rozpalonymi policzkami, jakbym była w trakcie świętowania andrzejek, Mój masażysta od refleksologii od razu zauważył, że chemia buzuje. Ale co tam czerwona buzia, ważne, że walce i traktory trzymają się na dystans, a o tygrysach przy tej chemii zapomniałam zupełnie. Spalam otoczona tabletkami przeciwbólowymi i rozkurczowymi. Nie przydały się. Hurra! Wiem, że nie mogę ogłaszać już dziś zwycięstwa, ale mogę cieszyć się z tych minut wolnych od cierpienia. I właśnie to robię. Szpital zabrał mi wczoraj 8 godzin. Za każdym razem, gdy tam jestem mam mieszane uczucia. Z jednej strony znajome już twarze, z drugiej świadomość, że tam wrze jak w ulu. Nic dziwnego, że obserwowanie środowisk medycznych dostarcza świetnego materiału dla scenarzystów czy dziennikarzy. To dopiero miejsce emocji, zwłaszcza w polskim systemie NFZu, niskich zarobków, prezentów dziękczynnych, życia, śmierci, moralności i jej braku. Chyba wołałbym nie poznawać tego świata od podszewki… Pamiętajcie o andrzejkach! Są tylko raz w roku. PS. I dziękuję tym, którzy w szczególny sposób, sobie tylko znany przechodzą ze mną te chemiczne dni.

 

1 grudnia 2005 Jeśli nie bolą mnie dziś mięśnie, nie czuję rozrywania stawów i nie rozdziera mi podbrzusza to może oznaczać, że doskwiera to komuś innemu. Dzień po przyniósł totalne rozbicie zwłaszcza mamie, która spędza ze mną czas w szpitalu i nasiąka tą chemiczna atmosfera. Admin od wczoraj narzeka na bóle pleców, pies mnie unika, a masażysta mówi, że robi mu się słodko w ustach i natychmiast ma zgagę. Ponoć to jego naturalna reakcja na moja chemie. Pani rehabilitantka przyniosła mi broszurkę – Choroba nowotworowa mity i fakty. Lekarze odpowiadają na najczęściej stawiane pytania pacjentów. Prosiła, żeby nie czytać końcówki, nawet chciała wyrwać te kartki, ale uznała, że może i tak ta książeczka wpadnie w moje ręce, więc zaryzykowała. A co jest w tej końcówce? Pytanie o długość życia. I odpowiedź-lekarz może z pewnym prawdopodobieństwem określić, jaki odsetek chorych w podobnym stopniu zaawansowania choroby przeżyje rok czy pięć lat. Hmm. Rozumiem. I jeszcze pytanie: Po co się leczyć jak i tak umrę? Jestem chyba nietypową pacjentką. Nie myślę ani o roku, ani o pięciu latach. Myślę o całym życiu, które jest przede mną. A umrzemy? Wszyscy. Na koniec życia.

 

2 grudnia 2005 Chodzę na drewnianych nóżkach, tak dziś nazywam to, co normalnie jest od pasa w dół. Drewniane – bo sztywne jakby bez czucia, połamane i złożone na nowo. Dziś oznajmiłam w radiu, że ta chemia obyła się bez okresu piżamowego. Nie przeleżałam żadnego dnia, nie użyłam żadnego przeciwbólowego środka, którymi asekuracyjnie obłożyłam łóżko, nie uroniłam ani jednej łzy bezsilności. Moje niedomagania rozłożyły się na innych. Co chwile ktoś donosi o połamanych kościach, uśmiecham się pod nosem, bo co mam powiedzieć, że to moje 🙂 Rozpiera mnie uczucie wdzięczności. Czy swoje szczęście zaczynamy doceniać tylko na zasadzie kontrastu? Gdy nie boli tak mocno jak bolało jestem taka szczęśliwa i lekka jak piórko! A zatem żadna szarość za oknem mi nie straszna. Na ulicach świątecznie… chyba ponownie zajrzę do piernikowych przepisów. I jaka ma być choinka? A co z prezentami? Ja chciałabym dostać jeden…

 

5 grudnia 2005 W porannym liście A. przeczytałam: „idziesz aby iść, a nie żeby dojść”. Jestem bardzo przywiązana do celu. Chciałabym dojść do stanu sprzed diagnozy, do życia bez lęku. Nie marzę o byciu taką jak kiedyś, ten etap drogi wniósł w mój świat wiele dobrego. I choć nie mam odwagi już teraz powiedzieć –dziękuję – to liczę, że i to nastąpi. Na razie idę przed siebie nie oglądam się wstecz, mam swoją codzienność, pełniejszą niż kiedyś i swoje marzenia, bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Tym razem pochemiczne ratlerki dopadły mnie w weekend. Kolejna lekcja- ciesz się, gdy ich nie ma, nie czekaj aż się pojawią. Radio gra już świąteczne single, a ja wprowadziłam do swego domu zapach pierników. Nawet mocno zajęta pracą J. poprosiła o przepis. Też chce poczuć święta. P.S. Jutro Mikołaj, ta nowa stokrotka na WWW odkryje swe treści właśnie w jego święto

 

6 grudnia 2005 W myśl zasady, że największym wrogiem choroby jest zabawa, postanowiłam potraktować ją poważnie. Wczoraj miałam do wyboru dwa filmy. Komedię i dramat. Wybrałam gatunek pierwszy, ale kto wie czy na dramacie nie śmiałabym się częściej i naturalniej. Pożytek z wieczornego wyjścia był jeden-przedpremierowo zobaczyłam próby choinkowego światła na placu przed Pałacem. Choinka faktycznie piękna i to moje miasto nocą też już nie tak szare jak do niedawna. W centrum prawdziwe city, robi wrażenie, jeśli spojrzy się na nie z życzliwością i świeżymi oczyma. Gdyby tylko ktoś chciał zamaskować Dworzec Centralny, który między wieżowcami wygląda jak rozpłaszczony, brudny karaluch. No i jeszcze w ramach mikołajkowych życzeń poprosiłabym o nowe chodniki, takie, w których nie wpada się po pas w kałuże i nie potyka o wystające części. Od dziś mamy pełne prawo cieszyć się świątecznym wystrojem. Przypomniałam sobie jak nie wiele tego było w moim dzieciństwie. Jednego tylko żałuję. Cudownego rozmnożenia Mikołaja. Jest wszędzie. Kiedyś rozdawał tylko prezenty (choćby to były najtańsze landrynki) teraz daje wszystko, ostatnio wcisnął mi do ręki reklamę o świątecznym kredycie. To chyba po to, żebym sobie prezent sama kupiła. Ot nowoczesny Mikołaj.

 

7 grudnia 2005 Ależ dzień. Najpierw pomyliła mi się środa z czwartkiem, zmuszając do szybkiej porannej przebieżki w te i we w te, by szybko naprawić błąd. Potem spotkanie z A.M.J. Boże, to anioł. Przyniosła mi szybko kupione nakrycia głowy, od pomarańczowego imprezowego futrzaka po czarną włóczkową czapeczkę. Roztkliwiło mnie to zupełnie. Ona i ja bardzo chcemy coś konkretnego zrobić dla polskiej onkologii (ależ wzniośle zabrzmiało) spotkałyśmy się w innym celu, ale gadałyśmy głownie o tym. Nie ma przypadków! Potem kawa z P.G. I znów cel inny, a pogawędka od oceny okładek kolorowych pism po definicje chałtury w zawodzie aktora. Zgodziliśmy się, że chałtura jest wtedy, gdy my się na nią godzimy. A nie ma jej, kiedy nawet do najmniej ambitnego przedsięwzięcia przykładamy się jak do oskarowej roli. To definicja dobra na każdy rodzaj zaangażowania. W pracy także. Pomyślałam sobie, że faktycznie najłatwiej odrzuca się propozycje złożone innym, stąd tak dużo wzajemnego oceniania się w środowisku naszych artystów. A mi dobrze w świecie głosu, no i ostatnio zielonych oczu. Stoję sobie z boku, idę własną drogą i własnym tempem. I kiedy przez 2 godziny siedzę z rozdziawiona buzią na dentystycznym fotelu jestem jednym z wielu pacjentów nie kimś, kogo należałoby ocenić zaraz po wyjściu.

 

8 grudnia 2005 Przyjemności dostępne dla wszystkich. Istnieje nawet ich lista w Internecie. Czy my umiemy się bawić i korzystać z tych przyjemności? Pojawia się moment, gdy gnuśniejemy, kiedy nic się już nie chce. Mam znajomego, który o tej porze roku zapada w sen zimowy. Przewraca się z boku na bok przed telewizorem i nie wychodzi z domu. Aż do wiosny, gdy rozpoczyna sezon działkowy. Zamyśliłam się nad taka formą życia. I tak jak kiedyś bywało, że rezygnowałam z zabawy, tak teraz nie odmawiam. I naprawdę muszę się czuć mocno zmęczona, żeby nie korzystać z przyjemności. Okres przedświąteczny stwarza tyle okazji. Mam już pierniki, czekają na polukrowanie, potem na zapakowanie w pudełeczka. No i rozdanie. Są też przedświąteczne spotkania. Dziś tajemnicze, wigilijne, w niewiadomym miejscu i niewiadomym scenariuszu. I najbardziej doceniam to, że autorem zaproszenia jest bardzo zajęta kobieta. A mogłaby powiedzieć, że nie ma czasu… To taki uniwersalny wykręt. Mamy czas na to, na co chcemy mieć.

 

9 grudnia 2005 Usłyszałam dziś pochwalne zdanie na temat kobiecej intuicji. Kobieta ma wspaniałą intuicje. Korzystając z niej nigdy się nie myli. Dopiero jak zaczyna myśleć 🙂 Intuicyjnie poczułam, że chcę zrobić sobie pewien kurs, poprzestawiałam grafik w radiu i oto spędzam cały weekend na zajęciach. Niby nic nowego, a jednak zbieram swe myśli i nabieram pewności, że idę dobra drogą. Utrwalam swe dobre przekonania, skreślam te niesprzyjające zdrowieniu. Wciąż są tacy, którzy mojej chustki na głowie nie wiążą z rakiem. P. zapalał papierosa za papierosem, kiedy powiedziałam mu o leczeniu- sądziłam, że wieść gminna doszła i do niego. Zaś nowo poznany J. zadawał nieustająco pytania o kraj pochodzenia chusty i powód, dla którego golę włosy:) Kiedy odpowiedziałam, od razu okazało się, że rozmawiam z kimś kto 2 lata temu miał operowanego guza mózgu. Może dlatego tak dobrze nam się tańczyło? I jak tu nie mówić o wspólnocie dotkniętych rakiem. Niedosypiam, nie nadążam, ale …jestem w swoim żywiole.

 

12 grudnia 2005 W każdej sytuacji dziękuj. Takie słowa usłyszałam wczoraj i tak jakoś się do nich przymierzam. Czy już potrafię dziękować? Nie ma przypadków, dostajemy to, o czym myślimy. Jedna z fajniejszych definicji brzmi- przypadki mają tendencję do kierowania się w stronę naszych dominujących myśli. Czyż nie? Wcześniej myślałam o raku, (nawet żartobliwie) jakoś mnie odnalazł. Teraz myślę o tym jak ciało pięknie współpracuje z umysłem. I jak nigdy wcześniej czuję się całością. Jestem i duchem i ciałem. Kiedy patrzę w lustro uśmiecham się do siebie i widzę całkiem zadowolonego z życia łysola, któremu już odrastają włosy. A jeszcze dwie chemie przed nimi. „Jeśli zwątpisz, choć jeden raz, to, choć byś z pistoletem zaszedł mi drogę, powrotów nie będzie” Nowy Hej się do mnie przyczepił, to też piosenka o sile wiary. „Kochaj mnie mimo wszystko”. Tak. Miłość i wiara dają sobie radę z tym, co nas próbuje złamać.

 

13 grudnia 2005 Dziś A. dała mi pokaz jak można podnosić się po negatywnych informacjach. Na problem najlepiej jest patrzeć z punktu jego rozwiązania. Niezależnie od tego jak jest teraz zawsze może być lepiej w przyszłości. Można na chwilę wpaść w ciemny dół. Ale potem dobrze mieć siłę, by podnieść głowę i zobaczyć skrawek nieba. Nawet, jeśli słońca nie widać to ono jest. Lubię adwent. Najlepsze pomysły na naprawę jakości własnego życia wpadają mi do głowy w tym czasie. Święta, końcówka roku, nowy rok jako biała karta do zapełnienia działaniem. Zaczynam już myśleć o wiośnie, o lecie. Zastanawiałam się jak będzie ten czas wyglądał u mnie. Zakończę chemię, naświetlania. Zacznie się zapewne kontrolowanie ciała. Chciałabym to robić bez lęku. Dziewczyny pracujące w fundacji psychoonkologii „Ogród Nadziei” dały mi doskonałą radę. „Już teraz zacznij myśleć jak chcesz, aby ten czas wyglądał”. Tak. To ja sama powinnam wiedzieć jak chcę żyć wiosną

 

14 grudnia 2005 Kiedy dorosłe dzieci stają się osobna rodziną? Gdy nabierają odwagi, by spędzić święta tylko w swoim gronie. Nie u mamy, nie u babci tylko u siebie. Właśnie skończyłam rozmawiać z koleżanką, która, mimo, że nastolatką już nie jest, nigdy nie była w Boże Narodzenie u siebie. Dla niektórych par każde święta to ciężki czas. Wigilia, trochę u jednej mamy, trochę u drugiej. Odwiedziny ciotek, wujków i na koniec powrót do domu z ulgą, że to już po. Zauważyliście, że są tacy, którzy bardzo chcieliby być sami, ale nie mają odwagi przeciwstawić się rodzinnym zwyczajom? I tak podróżują od jednego stołu, do drugiego prześlizgując się po tym, co najważniejsze. Chciałabym móc się nie spieszyć, chciałabym zatrzymać chwilę i poczuć tę energię Bożego Narodzenia. Nie myśleć, co muszę, co powinnam. Chciałabym mieć czas, by wybrać prezenty, ubrać choinkę, posprzątać dom. Święta są dla mnie, a nie ja dla świąt.

 

15 grudnia 2005 „Tato, co chciałbyś dostać pod choinkę. Nic, ja niczego nie potrzebuję.” Takie pytanie mogłabym zadawać, co roku i za każdym razem odpowiedź byłaby taka sama. Co dostają osoby, które niczego nie potrzebują? Kolejne skarpetki, kolejny sweter, albo piżamę. I wodę po goleniu. Dorosłam do świąt. Nie denerwuje mnie już wybieranie prezentów, co więcej, nie szukam już tylko rzeczy pożytecznych. Odkryłam, że w dawaniu najważniejsza jest intencja. A ta jest przecież wspaniała. Pamiętam o kimś, zależy mi na tym, by sprawić mu przyjemność. Nie ważne czy prezent będzie z serii tych potrzebnych czy niepotrzebnych. Ech, gdybym potrafiła szydełkować już dawno obdarowałabym wszystkich ozdobami na choinkę, zrobionymi na szydełku. Zobaczyłam wczoraj takie na zdjęciu od słuchaczki. Cudne. Na razie wynajduję jakieś stylowe drobiazgi, które rozdam swoim bliskim. A tacie? Co ja dam tacie? Najchętniej wspólny czas w miejscu, do którego sam nigdy by się nie wybrał.

 

16 grudnia 2005 Ostatnio często powtarzałam, że wyśpię się jutro, aż wreszcie udało mi się dzisiaj. Przez moją głowę przetoczyły się rozmaite sny, od pijanej dziennikarki roku, po aktora Szyca bawiącego się na naszej radiowej Wigilii. Ależ ja mam bogate życie wewnętrzne. Przed snem przerzuciłam gazetki, które z racji swego zawodu powinnam mniej więcej znać. W tych gazetkach dużo pisze się o życiu innych znanych, tworząc długie artykuły na bazie jednego czasem drobnego zdarzenia. On wyjechał z nią do Paryża, a ona była widziana z nim na premierze. Dalej już można wymyślać. Jedni wymyślają, a inni czytają. Do teraz nie wiem czy wiedza (niepewna) o cudzym życiu, rozwodach, ślubach, kłótniach coś wnosi do naszego świata. Może jest tak potrzebna, bo pokazuje, iż ci wielcy mają podobne problemy do naszych, a może niektórym robi się lżej, gdy na chwile żyją cudzymi, a nie swoimi sprawami. Nie wiem. Kasia S. nie rozwodzi się z mężem, choć o tym czytałam. A aktor Gąs nie tworzy pary ze swoim scenicznym partnerem. Pewnie ma rację bokser Michalczewski mówiąc, że ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, że ci sławni podcierają sobie tyłek takim samym papierem toaletowym. (cytat z radiowego wywiadu). Mimo, że ja w kolorowych gazetkach nie istnieję to jednak są tacy, którzy i o mnie coś wiedzą z pierwszej ręki. Zerknijcie do listów.

 

19 grudnia 2005 Na wczorajszej mszy mówił rekolekcjonista. Szkoda, bo mój mądry ksiądz daje rekolekcje przy okazji każdego kazania. Ale posłuchałam. Było dla dzieci. O tym ile mamy świąt Bożego Narodzenia. Kilka. Handlowe, folklorystyczne, snobistyczne, sentymentalne. Jasne. Tak jest. Denerwują nas sklepy, nadmiar mikołajów i cały ten pseudoświąteczny banał. Z drugiej jednak strony każdy idzie swoja droga. Niektórzy nigdy nie poczują w święta cudu narodzenia, ale jeśli poczują rodzinne ciepło to już chyba coś. Policzono ile miliardów Polacy wydadzą na prezenty, ale czy policzono też ile radości nimi sprawią? Nie można potępiać dzieci, że święta przede wszystkim kojarzą im się z otwieraniem paczek spod choinki. Tak samo jak nie można wypominać dorosłym, ze stroją swe domy. Idealnie jest, kiedy ten zewnętrzny nastrój świętowania odzwierciedla to, co czujemy, gdzieś tam na samym dnie. Ale jak wiadomo, każdy idzie swoja droga, swoim tempem. Czasem pozostaje nam tylko radość, ze idziemy w tym samym kierunku. PS Moje żyły cudnie współpracują. Poranne pobranie krwi zakończone sukcesem. Wczoraj na kolacji piłam wino, cieszyłam się przedświątecznymi przygotowaniami i nie myślałam o chemii. Ona już jutro około 11. Wiem… jesteście blisko.

 

20 grudnia 2005 Pobiłam rekord. W szpitalu od 11.30 do 19.30. Poranek zapełniony zawodowo, wyskoczyłam do radia, potem onkologia i znów żarty w lekarskim pokoju. A potem czekanie, czekanie, czekanie. Na przesłanie zlecenia od lekarza do pielęgniarek, na podanie lekarstw wstępnych (jest na to jakaś bardzo trudna nazwa), na zmieszanie chemii. Czas nie jest tam pieniądzem. Ciężko się przestawić i uruchomić cnotę cierpliwości. Tym razem nie jestem sama w pokoju, nie korzystam już z wygody lóżka w izolatce. Wolę być ze wszystkimi licząc na normalne zainteresowanie pielęgniarek. Okazuje się, że tym razem mam do czynienia z pacjentkami zdyscyplinowanymi. Wymieniają się informacjami z cyklu, czym można wywołać złość pielęgniarek. Na pewno pytaniem czy jest już moja chemia. Na liście jest też chodzenie ze stojakiem od kroplówki do dyżurki. Ktoś inny jednak twierdzi, że przeciwnie, denerwują je częste dzwonki. Trzeba wziąć swój sprzęt i iść po prośbie, by zmieniły woreczki. Potem szybka dyskusja nad zielona herbatą. Parzyć raz, dwa razy i czy gotować. Ponoć to szkodliwe. Z drugiej jednak strony pewna pani przeczytała, że trzeba gotować. Kap, kap, czas mija. Każdy przypadek inny. Najwięcej nawrotów, po paru latach, leczenie przerzutów. W mojej głowie zapala się czerwona lampka. Ale zaraz przypominam sobie, co mam zrobić z tym przekonaniem, że rak powraca. Zastąpić go nowym, lepszym. Ja mogę się wyleczyć całkowicie i pozostać zdrowa. Panie po kolei wychodzą, każda pogodna mimo wszystko. Niektóre zmęczone, ale uśmiechają się, kiedy życzymy sobie przede wszystkim zdrowych świąt. Kap, kap. Kończy się Taxol, lecząca chemia. Biorę stojaczek i jadę do dyżurki. Płyn czyszczący. Ten na szczęście spływa w pół godziny. Biorę w rękę torebkę z końcówka płynu i idę wyjąć igłę z portu. Jestem w domu! UFF. To była przedostatnia chemia. Dziękuję za bliskość.

 

21 grudnia 2005 Wszyscy wszystkim ślą życzenia… I tylko o tej porze roku wychodząc ze sklepy usłyszymy wesołych świąt, sami też gdzie się da wymawiamy te magiczne zaklęcie. Niektórzy od nadmiaru świątecznych doznań zaczynają ronić łzy. Bo być może w ich domach wcale nie będzie tak słodko i ciepło jak w telewizyjnych reklamach. A. lubi święta, ale bez wigilii. Pewien słuchacz napisał, że nie usiądzie z ojcem do wspólnego stołu. Tak, ta świąteczna kolacja z wymogiem serdeczności i miłości bywa ciężkim przeżyciem. W Lublinie chłopak popełnił samobójstwo akurat wtedy, gdy na uczelni trwał opłatek i wszyscy zachwycali się jasełkami. Nie zawsze możemy komuś pomóc, ale zawsze możemy wysłać sygnał, że pamiętamy o jego istnieniu. Od wielu dni wypisuje świąteczne kartki, niektóre pewnie dojdą po świętach. Ale chcę, by Ci, którzy je otworzą wiedzieli, że znalazłam kilka chwil, by je zaadresować specjalnie dla nich. PS dzień po… jak ostatnio bywa łaskawy. Twarz rozpalona, ale bez innych dolegliwości. Za to M. napisała, że ją doszczętnie połamało. Może ktoś inny zgłosi się na ochotnika i weźmie na siebie jutrzejsze dolegliwości 🙂 I jeszcze z wczorajszego SMSa A. „dziś chemia – żeby jutro kutia”.

 

22 grudnia 2005 Jestem poruszona ludzkimi historiami. Tym, co czytam w listach, tym, co słyszę w opowieściach. Jakim cudem wydawało mi się kiedyś, że problemy dotykają tylko nielicznych? Teraz widzę jak każdy z czymś się boryka. I nie ma znaczenia czy to ból psychiczny czy fizyczny. Mój lekarz zaskoczył mnie mówiąc mimochodem o córce w szpitalu i synu z problemami zdrowotnymi. Typowe chore dzieci lekarza, skomentował. Nie wiem, dlaczego, problemy za zdrowiem nie pasują mi do lekarzy ich rodzin i całej służby zdrowia. Choć oni powinni być zdrowi! Tymczasem pani sekretarka, na co dzień wysłuchująca relacji o samopoczuciu kobiet po chemii sama już dawno powinna leczyć swego raka. Ale się boi, tabletki trzyma w szufladzie. Lekarza ma pod ręką. Czym jest moja droga? Nie jestem w niczym wyjątkowa. Coś mnie zatrzymało, pokazało gdzie tkwił błąd w uczuciach, wyborach, w przeżywaniu świata. Dostałam lekcje. Co z tym zrobię zależy ode mnie. Ale obiecałam komuś wyjątkowemu, że uczynię wszystko, co w mojej ludzkiej mocy, bym drugi raz takiej lekcji pobierać nie musiała. PS. Pani rehabilitantka orzekła, że jestem z lekka opuchnięta, a pan masażysta zauważył, że wątroba może być już za bardzo obciążona. Jeszcze tylko raz, damy radę, powtarzam swoim narządom 🙂

 

23 grudnia 2005 Atmosfera świąteczna się zagęszcza. Dziś i ja postanowiłam włączyć się w przygotowania. Nie mogę tylko stać z boku, zadzwoniłam do koleżanki, spisałam przepis na pyszne śledzie. Mam jeszcze ochotę kupić prezenty. Wyjdę z domu. A że młyńskie koło znów mi towarzyszy? Może to chwilowe, wszak po ostatniej chemii było lżej niż wcześniej, zatem teraz winno być lżej niż ostatnio. Tak bardzo chciałabym przeżyć cud ponownych narodzin w te święta. Bez użalania się nad tym, co się wydarzyło, bez lęku o to, co będzie. Bóg się rodzi – moc truchleje. W mojej słabości siła. Czuję, że te święta dotyczą mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

 

27 grudnia 2005 Czy to możliwe, by święta z łysą głową, bez brwi, prawie bez rzęs były radosne? Bez płaczu nad tym tym, co się stało parę miesięcy temu, bez pytania, dlaczego ja. Co roku w trakcie wigilii jest tkliwie, wzruszająco, mama leje łzy. Powód zawsze się znajduje. W tym roku mama też płakała, ale ja uśmiechałam się do swoich myśli, do przedziwnej pewności, że to nie jest moje ostatnie Boże Narodzenie, za to pierwsze przeżywane w innej perspektywie. Dostałam mnóstwo życzeń, prosiłam o jedno. O zdrowie, o życie bez lęku przed nawrotami. Jeśli tylu z nas wierzy, że to jest możliwe to przecież tą wiarą jestem silna. Są tacy w moim domu, którzy nie wytrzymują współczucia innych, zadają wtedy pytanie – dlaczego ty, dlaczego teraz, tak szybko? Nie znam odpowiedzi, nie potrafię o tym myśleć inaczej jak z ufnością, że ten sens kiedyś poczuję, poznam. A to, że taka diagnoza zmienia raz, a dobrze, już wiem. Boli mnie tylko, że wywołuje lęk w tych, których kocham. P.S. Ktoś, kto kiedyś wykorzystał moją ufność, naiwność i idealizm przysłał mi SMSa z życzeniami zdrowia itp. Kiedyś uczono mnie, że jeśli zrobi się coś złego trzeba najpierw zadośćuczynić. Przeprosić, potem następuje wybaczenie. To tak jakby ktoś Was okradł, a potem składając życzenia szczęścia, zdrowia, pomyślności dziwił się, że jesteście osłupiali. Świat jednak pełen jest osób przeżywających poczucie winy bez powodu i tych, którzy rozgrzeszają się natychmiast, mimo istnienia wielkich powodów.

 

28 grudnia 2005 Pięknie pada, bajkowo sypie. W śniegu nawet najbrzydsze miejsca nabierają wdzięku i uroku. Warszawa była taka czysta, kiedy wracałam wieczorem z radia. Przypomniały mi się poprzednie zimy, sylwester w Ustroniu, kulig w Białowieży, wszystkie te momenty, gdy śnieg skrzypiał pod butami. Jesteśmy szczęściarzami mając latem słońce, a zimą śnieg. Dziś zapoczątkowałam kolejny etap leczenia. Spotkanie z lekarzem od radioterapii, wiem już, że naświetlania będą trwać 5 tygodni, zacznę w swoje urodziny 7 lutego. Czy na to też mam patrzeć symbolicznie? Wcześniej kilka spotkań przygotowawczych. Pierwsze pod koniec stycznia. Mam zarezerwować sobie 4 godziny. Żartuje, że nigdy nie miałam tak długiej randki z lekarzem. Chyba zachowuje się niestandardowo, wizyty upływają w miłym klimacie, sam rak nie jest tematem głównym. Ja tak wolę, dla nich to też pewnie rodzaj odmiany. Na korytarzach łóżka, wózki z leżącymi pacjentami. Są w kiepskim stanie. Wychodzę z budynku, jest tak czysto biało, spieszę się do radia. Żyję.

 

29 grudnia 2005 Co dostałam w starym roku? Co chciałabym dostać w nowym? Takie pytanie zadałam słuchaczom i sama zaczęłam się zastanawiać czy umiałabym prosto, radiowo odpowiedzieć. Dostałam raka. Brzmi mocno, ale na szczęście wraz z nim dostałam coś ważnego. Przekonanie, że z tym doświadczeniem też można żyć…pozytywnie. Dostałam nowe spojrzenie na wszystko wokół. Nową siłę i nową wiarę w bezinteresowne dobro. Co chciałabym dostać? Jasne, zwycięstwo! Porządkując szafki miałam ochotę pozbyć się jakiś starych naczyń, pomyślałam, zostawię je, przydadzą się na wielkie buzuki po zakończeniu leczenia. Łapie się na tym, że już myślę o tym jak to cudownie będzie nie mieć w kalendarz recept na kolejne 40 tabletek. Pod choinką znalazłam moherowy błękitny beret, wyjątkowej brzydoty. Założę go na imprezę po ostatnim naświetlaniu, a potem zamienię na pomarańczowe sztuczne futerko od A.M.J. W zaproszeniu napiszę, że będzie pokaz nakryć głowy z okazji zakończenia leczenia. Aż miło o tym myśleć.

 

30 grudnia 2005 Coraz więcej osób głośno mówi, że nie lubi tego przedsylwestrowego napięcia. Przymus bilansów, przymus dobrej zabawy, przymus postanowień. Tak jak nie mam problemów z bilansami i postanowieniami (wszystko to i tak robię z przymrużeniem oka) tak nie przepadam za koniecznością zabawy. Ile razy odpowiadaliście już na pytanie, – co robisz w Sylwestra? I takie mimowolne tłumaczenie się, dlaczego w domu, bez fajerwerków, nie na szczycie góry, czy pod taflą wody, albo w najgorszym razie w najdroższym lokalu. Jaka byłam zdziwiona kiedy A. otwarcie powiedziała, że zostaje w domu, bo nie lubi tego godzinnego dzwonienia po taksówkę, która i tak często nie przyjeżdża, bo przepłacił ją inny zdesperowany klient, a potem jako osoba niepijąca traci kontakt z otoczeniem które wypiło już za dużo, znów dzwoni po taksówkę, ona jedzie dwie godziny. Wcześniej A. próbuje wysłać życzenia SMSem, nie udaje się, chce dzwonić, sieć przeciążona. Po tych wyznaniach zaprosiłam ją do radia. U nas będzie inaczej. 🙂 Dawno, dawno temu radiowcy w ramach solidarności spędzali tę noc razem. Ktoś jeden miksował, reszta tańczyła. W tym roku długo grafik Sylwestrowy był pusty. Koledzy DJe żartowali sobie, że widzieli, że ja się wpisałam – „żebyście się nie zdziwili” powiedziałam, a po chwili zdecydowałam – zagram tego Sylwestra! I teraz, gdy ktoś pyta, – co z Sylwestrem? Mam rewelacyjną odpowiedź – pracuje!

2 stycznia 2006 Od pewnego czasu w Sylwestra przypominam sobie wróżby z chińskich ciasteczek. Krótkie myśli, w których zawarta jest mądrość komentująca nasze życie. Wybierając wróżby dla słuchaczy, trafiłam na, dwie, które zapamiętałam. „Nie przemoczy cię deszcz, który minął.” I „cierpienie to tylko mała chwila, reszta to twoje przeżywanie tego”. Fakt. Ostatnio potrafiłam się wzruszać samymi myślami o tym, co już za mną. Szkliły mi się oczy, a zaraz potem sama się z siebie śmiałam. To była lekcja – wspomnienia przynoszą czasem więcej bólu niż same zdarzenia. Tymczasem coś, co minęło nie ma już niszczycielskiej mocy, nie powinno mieć, zatem wpływu na mój nastrój. Zaczynam Nowy Rok. Rok zwycięstwa. Bez wielkich postanowień. Zamierzam żyć, 365 razy zaczynać dobre dni, wpływać na to, na co mam wpływ, przyjmować z ufnością to, na co nie mam wpływu i wierzyć, że takim stylem bycia zapracuję na dobre zdrowie. I jeszcze coś. Tyle razy słyszeliśmy życzenia szczęścia. To trochę tak, jakby to szczęście było magicznym cudem spadającym z nieba. W formie daru. Tymczasem ono jest w zasięgu możliwości każdego. I sami możemy je sobie wziąć. Ja nie czekam, aż będzie kiedyś, ja je biorę już dziś, już teraz.

 

3 stycznia 2006 Czy naprawdę dni robią się już coraz dłuższe? Poranna szarość jakoś nie nastrajała dobrze, ale zaraz sobie przypomniałam, że przecież to też dzień i szkoda czasu na rozkręcanie się. Kajzerki nie są takie jak dawniej, smakują jak guma, co się stało z naszym pieczywem? Pytanie poranka. Potem telefon koleżanki. Spędzała Sylwestra gdzieś w pensjonacie w towarzystwie nieznanych sobie ludzi i była mocno zdziwiona, że można mówić nie słuchając. A zatem każdy monologował bez związku z tym, co mówił poprzednik, a kiedy już się towarzystwo zmęczyło to milczało. I tak przez dwie godziny nikt się nie odzywał, za to wszyscy pili. Taaak. Wiem, co to znaczy być w towarzystwie osób, które mówią, mówią, mówią, a jak się nagadają żegnają się i jest po spotkaniu, bardzo męczącym spotkaniu. Tacy zamiast umawiać się z innymi powinni siadać przed lustrem. Czytam listy. Inna koleżanka pisze, że w tym roku wybrała sylwestra w domu z dziećmi, ze znajomymi. Nie przepada za całowaniem się na zawołanie, wraz z wybiciem północy z obcymi ludźmi, których widzi pierwszy raz w życiu. No i te noworoczne, obligatoryjne postanowienia. Niektórzy się przed nimi bronią programowo. A ja ucieszyłam się takimi życzeniami – obyś niczego nie straciła, a więcej zyskała. Tego Wam życzę na początku nowego czasu.

 

4 stycznia 2006 Jest takie powiedzenie, że Bóg, jeśli chce człowieka ukarać to spełnia jego marzenia. Coś w tym jest. Głupio się jednak do tego przyznawać, bo przecież marzenia to przyjemności, a nie rozczarowania A jednak. Kiedyś spełniłam swoje marzenie o domu z ogródkiem i wcale nie był to najszczęśliwszy etap mojego życia. Potem miałam jeszcze kilka podobnych doświadczeń. Mniejszego kalibru. Za każdym razem jednak musiałam dotknąć, aby uwierzyć. Że to nie to, że to nie dla mnie. Zobaczyłam, że kiedy przyznaję się do tego sama przed sobą pojawia się ogromna ulga. Wtedy błyskawicznie na miejsce tamtych marzeń pojawiają się nowe. Znów do sprawdzenia i skonfrontowania z rzeczywistością. I jeszcze jedno- czasem inni zarażają nas swoimi marzeniami. Łatwo ulec cudzej euforii. A jednak to, co dobre dla kogoś nie musi być dobre dla mnie. Odkryć swoja drogę, nawet kosztem przeżywania rozczarowań własnymi marzeniami- to jest to. Moi przyjaciele wrócili z podroży po Ameryce. Nowy Orlean był miejscem, który maksymalnie rozczarował, choć wcześniej właśnie to miasto było celem wyjazdu. Nie znaleźli tam niczego, co zamierzali, ale za to zupełnie gdzie indziej zobaczyli cudne miejsca i wrócili pełni wrażeń. A zatem grunt to być elastycznym, także w marzeniach. PS admin wrócił z podróży do Wiednia. I jest rozczarowany przewodnikami. Stąd zrodził się pomysł, abyśmy na tej stronie w dziale podróże pisali własne, subiektywne przewodniki po stolicach, które lubimy. Wymieniali się praktycznymi informacjami, aktualnymi wskazówkami i radami. Polecali magiczne miejsca. Spróbujmy.

 

5 stycznia 2006 Dziś o uczciwości. Od wczoraj chodzi mi po głowie pytanie, w jakim celu niektórzy w Internecie udają kogoś innego niż są? Dlaczego, akurat w tym miejscu pojawia się chęć kreowania siebie, odgrywania jakiejś roli, a w najgorszym razie podszywania się pod kogoś? Odkąd pojawił się Internet korzystałam z niego z radością i ufnością. Był i jest świetnym miejscem spotkań, z osobami, których nigdy nie miałabym szansy poznać w swej codzienności. Z czasem nauczyłam się, że moja otwartość i grzeczność może być odbierana opacznie. I tak dziękując parę lat temu komuś za list błyskawicznie stałam się jego dziewczyną- w jego mniemaniu rzecz jasna. Z tego „związku” nie mogę wyplątać się do dziś, choć profilaktycznie na listy już nie odpisuję. To tylko jeden przykład. Pisać może każdy, a my nie mamy pojęcia, kto jest po drugiej stronie monitora, zupełnie jak w tej reklamie przeciwko pedofilii w necie. Możemy tylko ufać, że nie padamy ofiarą oszustwa. Okazało się, że był w Internecie blog, w którym ktoś podszywał się pode mnie. Mocno to przeżyłam. W jakim celu? Po co? Mój admin uspokaja mnie twierdząc, że w Internecie, jak w życiu, ludzie bywają uczciwi i nieuczciwi. Teraz okaże się, czy ci nieuczciwi są odważni i potrafią się ze swoich „kreacji” wycofać.

 

6 stycznia 2006 Niepokój, lęk i brak zaufania to ostatnie rzeczy, które mogłyby mieć wpływ na życie. Dlatego po wczorajszym dniu i tamtym doświadczeniu odwracam kartkę i znów mam w sobie entuzjazm kogoś, kto zaczyna kolejny poranek. Nie wzięłam z kościoła maleńkiego pakieciku z kredą, była za opłatą. To mój indywidualny protest przeciwko traktowaniu kościołów jak dochodowych firm. Jestem chyba wyczulona na naciąganie. Od kilku dni przyciągam tych, którzy chcą coś dostać. Najpierw panowie z tobołkami, dzwoniący do drzwi: „Jesteśmy bezdomnymi, czy moglibyśmy coś dostać”. Potem dziewczyna w tramwaju, trącająca mnie łokciem wciska karteczkę. Jest głuchoniema, zbiera pieniądze. Docieram na obiad, a tam starsza pani, ze sporą nadwagą zbiera na herbatę. Co się dzieje? Rano w kościele ksiądz zbiera na misje, a po mszy zbiera za kredę…no właśnie, na co? Włączam komputer i dowiaduje się, że PiS chciałby dorzucić coś z budżetu, na budowę Świątyni Opatrzności, nie muszą zbierać, mają pieniądze także z moich podatków. Niezmiennie uważam, że ci, którzy potrafią się dzielić tym co mają( a coś ma każdy) nigdy nie tracą, zawsze zyskują. Dlatego po raz kolejny przeleję jakąś sumę na hospicjum dla dzieci i dam Owsiakowi. To ja wybieram jak i komu pomagam.

 

9 stycznia 2006 Coś jest w zdaniu, które przeczytałam w jednej z motywujących do życia książek. Człowiek czasem woli umrzeć niż zmienić swe zwyczaje. Ja chcę żyć, to jasne, ale nie mogę nauczyć się wlewania w siebie szklanek wody. Dziś moja krew chyba zamarzła, bo ledwo sobie kapała, ku rozpaczy pielęgniarki, której wmówiłam, że tylko ona radzi sobie z moimi żyłami. Poradziła sobie. W końcu coś tam nakapało, a ja mogę zacząć przygotowania do jutrzejszej chemii. Przygotowania mentalne. W ostatnie noce męczyły mnie dziwaczne sny. Nie wiem, co o tym sądzić. Jeśli w nocy uaktywniają się moje lęki to znaczy, że czas popracować nad swoimi przekonaniami. Ponownie. To chyba taka niekończąca się praca. Czy ja wspominałam, że zdrowienie to bardzo absorbujący proces? Na szczęście słońce za oknem i ta rześkość w powietrzu ułatwiają dostrzeganie jaśniejszej strony życia. Na wczorajszym spacerze odkryłam w swojej okolicy kolejne wiejskie drogi. Pójdę sobie nimi w dal i zastanowię się nad swoim czasem. Znów słyszałam pytania, których ja sobie nie stawiam, na które nie mam odpowiedzi, teraz nie mam – dlaczego to ja? Co zrobić, kiedy pyta dziecko? PS Na jutrzejsza chemię tradycyjnie” zapisał” się mój admin, no i J. z radia. Ciekawe czy to sprawi, że moja mama tym razem nie będzie miała żadnych dolegliwości.

 

10 stycznia 2006 To już dziś? Ta ostatnia, ta wyczekania i wytęskniona? Ostatnia chemia? Pamiętam jak zaczynałam, wydaje się, że to było tak niedawno. Tylko w trakcie pierwszej chemii płakałam z bezsilności, tylko wtedy pielęgniarki zmieniały się nad moimi żyłami, jak w kalejdoskopie. Pamiętam te wiśniową czekoladkę wciśniętą mi przez jedną z nich ze słowami- niech no nam tu pacjentka nie płacze. I młodą dziewczynę z mężem, który był już na morfinie. Miała tak łagodne, rozumiejące spojrzenie. Pierwszy raz?- zapytała i pokiwała współczująco głową. Nie wiem, co się z nimi dzieje. Ostatnia chemia. Teraz idę tam bez leku. Tak samo bez leku przespałam noc, budząc się (bez budzika) dokładnie o północy i o szóstej nad ranem. Żeby nie wyglądać jak samobójczyni łykałam te swoje piguły w kuchni, nie w łóżku. Zanim wstałam powiedziałam do siebie w myślach- chcę, aby to była moja OSTATNIA chemia. Zdecydowałam, że pojadę autobusem, przejdę najpierw obok kawiarenek, popatrzę jak budzi się życie. Zerknę na tych, którzy piją kawę i przeglądają gazety, poobserwuję ludzi w autobusie, a potem znajdę się na giełdzie, czyli w poczekalni, pełnej starszych pan i ich opowieści. Mam walkmana, torbę z gazetami i książkami. Oddam też nie zużyte środki przeciwwymiotne, słyszałam, że niektórzy ich nie wykupują ze względu na cenę. Ostatnio nie były potrzebne, Taxol nie sprowadził tygrysów. M. napisał, że pamięta i w Cz-wie odprawi mszę przed Cudownym Obrazem. Myślę o wszystkich ,którzy są teraz ze mną i… idę na swoja ostatnią chemię!

 

11 stycznia 2006 Było tak. W przychodni dużo peruk, jedna dziewczyna w ciąży i z mężem i …bałagan. Mój lekarz nieobecny( a, jednak dotknęła go tragedia śmierci w rodzinie, o czym dowiem się za chwilę i będę długo myśleć o czasie, jaki został nam dany). W gabinecie obcy mi skład. Czekam pokornie na wywołanie, odliczam godziny mijające od połknięcia pigułek( powinnam do południa przyjąć następne lekarstwa i chemię), tymczasem siedzę i wysłuchuję opowieści o życiu jednej z pań (od 35 lat samotnej, po rozwodzie z mężem pijakiem, draniem, kanalią). Postanawiam wejść do gabinetu, przy zmieniających się pacjentkach, żeby zadać pytanie o moją kartę, powiedzieć, że jestem, czekam. Zostaję wyproszona przez sekretarkę kategorycznym- czy nie widzi pani, że jestem zajęta! Wyjdę do pani. Ok. A zatem czekam dalej. Pani wychodzi, ale mnie nie dostrzega, przechodzi do innego gabinetu Ponownie pytam- a co z moją kartą. Sprawdzę odpowiada pani ważna. Za jakiś czas wychyla się i mówi- jest karta, ja na to –poproszę o przyjęcie, bo jestem w trakcie leczenia i mam mieć chemie podaną w określonym czasie. Przecież nie przyjmiemy wszystkich na raz -mówi pani i znika. Obiecałam sobie, że po wejściu do gabinetu zrobię wykład o tym, że żadne trudne sytuacje nie powinny odbijać się na pacjentach. I że bałagan nie może utrudniać leczenia i sprawiać, ze panie są niemiłe albo ignorujące. Jednak, kiedy weszłam byłam miła i nieabsorbująca. Ta wiadomość o śmierci dwudziestoparoletniej dziewczyny, poraziła wszystkich, którzy wiedzieli. W tej sytuacji inne rzeczy nie były warte uwag. A już na pewno nie nerwów. Na koniec zadałam kila pytań. O poziom złośliwości-pośredni o inwazyjność- duża, bo nowotwór przedarł się do węzłów i był w aż 5ciu,o statystykę nawrotów- najczęściej pojawiają się w ciągu pierwszych dwóch lat po zakończeniu leczenia, mogą później także, ale każdy rok przeżycia jest dobrym zwiastunem. O dzieci-po dwóch latach, gorzej, gdy nowotwór wraca w trakcie ciąży. O leczenie hormonalne-należy mi się, bo guz jest wrażliwy na działanie hormonów, będzie to trwało 3 albo 5 lat. O negatywne skutki chemii( menopauza może pojawić się wcześniej). Uff. Ponieważ we wszystkich odpowiedziach było sporo „może” uznałam, że jeśli może to nie musi. Zrobię wszystko, aby u mnie etap raka był jednorazowym doświadczeniem, zmieniającym wiele na plus. Tak, bym powtórki już nie potrzebowała. Chemia popłynęła, radośnie. Wyjątkowo szybko. O 18stej zjadłam ulubioną zupę Miso w japońskiej restauracji. O 19stej byłam już w Buffo na babskiej sztuce Tiramisu. Komedia o szybkim życiu kobiet sukcesu, odpowiedź na Testosteron. Noc przespałam, poranek powitałam z rozpaloną twarzą. Nie dam się!

 

12 stycznia 2006 Piżamować. Tak, chciałam dziś popiżamować. Wstałam, jak co rano (działania obowiązkowe) wróciłam do łóżka i już zapadałam się w przyjemne wyobrażenie słońca leczącego moje połamane kości, gdy zadzwonił telefon. Mama z daleka sprawdza jak się czuje, bo tata wspomniał, że chyba nie najlepiej! Jak to nie najlepiej? Wczoraj czułam się rewelacyjnie. A dziś? Wszystko zgodnie ze znanym mi planem. Kości rozciągane na młyńskim kole, małe pryszczyki (cóż za zdrobnienie!) rozsiane na czole, dekolcie, ramionach (to chyba przesyłka z wątroby) i stan ogólny grypowy. Ale czy jest w tym coś, czego nie znam? Czego bym nie przeżyła? Nie ma! A zatem dość piżamowania, zaczynam dzień od pochwalenia siebie samej. Nie ma narzekania. Czuję się coraz lepiej i lepiej! Od jutra aktywność poza domem, od poniedziałku jestem dzień w dzień w radiu. Potem ferie. Czy wszystkie kobiety domowe są zaskakiwane tak szybkim wieczorem? Niech nikt mi nie mówi, że zostając w domu mamy tyle czasu!

 

13 stycznia 2006 Mogłabym zacząć jak kiedyś, jak w piosence T. Love- taka jestem rozpieprzona. Ale to już było. Nie zdziwiły mnie pryszczyki, nie zaskoczyła odpadająca w kolanie nóżka, ani suchość w ustach. To wszystko już znam. Zdziwiła mnie emocjonalna niemoc. Pojawiłam się w pracy-ostatnia chemia? Tak, ale jakoś we mnie za mało entuzjazmu. Sama się dziwię. Przecież tak czekałam. Ok. Wkrótce zacznę głębiej oddychać i znów będzie wspaniale. Wiem, zmęczenie minie. Przytulałam się z J. Przeżywa, że akurat mnie musiało TO spotkać. Powtarzałam mu jak mantrę, ja żyję. Operacje, chemie, jeszcze naświetlania-, ale w tym też jest życie.” Nie zgrywaj bohatera, kiedy ci źle, mówił. Nie zgrywam-przyznaję się do gorszych chwil. Opowiadamy sobie o bycie i niebycie. Pytałam o jego łaskę wiary- nie ma, nie poczuł. Jak to jest, kiedy nas nie ma? Tak samo jak było, kiedy nas nie było. Rozmowy o wierze i o świadomości bycia na czerwonej kanapie, w sekretariacie radia. Jak ja dawno tak nie rozmawiałam. Przypomniało mi się jak znajomy z www Turek zapytał-, dlaczego Polacy nie rozmawiają tak jak kiedyś? Odwiedził po latach nasz kraj i odkrył, że jesteśmy tacy jak inni. Powierzchowni. Nie, nie jesteśmy, tylko bywamy.

 

16 stycznia 2006 I jeszcze o czasie i czekaniu. Powinnam czekać już na tydzień ferii na Cyrhli, a tymczasem cieszę się, że wracam do radia i będę miała tydzień pracy. Każdy poranek będzie zapowiedzią dobrego dnia. I każdego wieczora uznam, że tak było. Pamiętam swoje szkolne ferie, radość z długiego spania, jeszcze dłuższego wieczornego czytania. I ta perspektywa! Ona teraz się wyraźniej skróciła, ale nic w tym złego. Jeszcze jakiś czas temu w wielu sytuacjach łatwo odpuszczałam. Nie dziś,to jutro. Wczoraj miałam do wyboru- wieczór na koncercie i wieczór w domu. Chwila wahania. Może zostać, zimno na dworze, skorzystam z jakiejś innej okazji, kiedy indziej…ale jak to kiedy indziej? Jest okazja! Dziś, teraz. Pojechałam, jak dobrze, że nie odłożyłam tego na kiedyś., na później. Mam za sobą cudny weekend bez wcześniejszych planów, z wykorzystanymi okazjami. Kawa, babeczka cytrynowa, Wysokie Obcasy, trochę domowania, kino, sushi, zakupy, długa zlodowaciała droga w stronę Świątyni Opatrzności, clubbingowy koncert u konkurencji. I jak tu nie lubić poniedziałku po takim weekendzie.

 

17 stycznia 2006 Czasami na ulicy, w metrze, w kawiarni zerkam sobie w ludzkie twarze i myślę ile kryją tajemnic. Co dzieje się w życiu tych mijanych przeze mnie osób? Bywa, że bawię się w scenarzystę, zmyślam sobie te ludzkie losy. Jak w filmie. Może czasem nie mając o tym pojęcia trafiam w 10tke. Może naprawdę pani o wąskiej twarzy zajadająca się dużą kanapką w Green Coffe jest wciąż samotna, a młoda dziewczyna zaciągająca się papierosem chciałaby, ale nie potrafi znaleźć swojej drogi. Gdybam sobie i wiem już, że każdy nosi swoje tajemnice, nawet, gdy na pierwszy rzut oka wydaje się, ze tak nie jest. Mamy jakąś przedziwną skłonność do komplikowania sobie życia. Źle ulokowane uczucia, jakieś walki, przepychanki, niezrozumienie. Ile energii zużywamy na sprawy mało istotne, ile krwi napsują nam politycy, niemili urzędnicy, nieżyciowe prawo itp. itd. Czas nas uczy pogody. Admin w to wierzy. Niektórych uczy czas, innych choroba, niektórych tragedie, a jeszcze inni sami się uczą, czerpiąc z cudzych doświadczeń. W dziennikach ciąg dalszy politycznych relacji obnażających małość ludzi którzy mają nam urządzać kraj. Kiedyś nerwowo komentowałabym każde zdanie. Teraz mam dystans. Ok. To, co dzieje się w sejmie ma wpływ na moja codzienność, ale nie będzie miało wpływu na moje emocje. Przeżywam coś tak jak ja chce, bo to ja rządzę emocjami nie one mną. Samo przyszło?

 

18 stycznia 2006 Gdyby moje samopoczucie miało zależeć od codziennych wiadomości byłoby kiepsko. Dzieci topiące się pod lodem, wjeżdżające w drzewa, politycy prawicy rozmawiający o wszystkim tylko nie o dobru kraju (patriotyzm -słowo na wymarciu?) za zimno, za szaro itp. Ale przecież teraz uczę się przyjmowania złych informacji w sposób dobry. Wrażliwość-tak. Nadwrażliwość- nie. Odkąd media ogłosiły, że Kylie jest zdrowa często słyszę pytanie-, co mówią lekarze. I tu mam kłopot, bo nasi lekarze za dużo nie mówią, oni zlecają kolejne działania, a ja zmieniam gabinety. Nie mam pojęcia czy Kylie faktycznie usłyszała, że w jej organizmie nie ma komórek rakowych, w Polsce lekarze powiedzieli, że aby to stwierdzić musieliby pociąć mnie na kawałki i włożyć pod mikroskop. Tylko potem mieliby problem ze złożeniem tych części w jedna całość. Ponieważ jestem aktywna i nie zostawiam leczenia tylko lekarzom, pomęczę ich raz jeszcze swoimi pytaniami o to czy jestem tak jak Kylie… Na razie postanowiłam zmobilizować swoje ciało do większego wysiłku i znów myślę -pilates, joga, czy super zwolnione tai-chi, które kiedyś wydawało mi się nie na mój temperament. Jedno jest pewne –zacznę od górskich spacerów. Już tam na mnie czekają:)

 

19 stycznia 2006 Miałabym ochotę napisać dziś o kilku sprawach. O żalu, że ktoś, kto pisał tak jak żył już żadnego wiersza nam nie podaruje. O uldze, jaką odczuwam, odkąd zamieniłam słowo muszę na wybieram. I o zmieniających się priorytetach, zmieniających się czasem kilka razy na dzień, już bez poczucia winy. Dorzuciłabym też coś do tego, co rano przeczytałam w moim kalendarzu. Dziś pojawiała się tam kartka z wpisem-zaskakuj tych, których kochasz drobnymi niespodziewanymi prezentami. Napisałabym, ale zdecydowałam, że zanim wyruszę, by uśmiechnąć się do radiowego mikrofonu to mam kilka domowych, banalnych czynności do wykonania. PS. Wczoraj rozczulił mnie wieczorny, kryształowy blask śniegu. Ależ on się srebrzyście mieni, nawet w środku miasta. Cudo!

 

20 stycznia 2006 To będzie wpis feministyczny. Kilka dni temu wymieniałam smsy z żoną o 20letnim stażu. Napisała, że jej mąż po raz pierwszy od 20 lat złożył jej życzenia, w których nie było zdania- życzę ci, żebyś mnie słuchała. Tym razem po 20 latach wspólnej drogi podziękował jej. Pozytyw- nawet po 20 latach własny mąż może zaskoczyć. Negatyw- dlaczego dopiero po 20? Zapytałam ją jak ocenia ten czas, czy jest szczęśliwa. Tak. Choć widzi teraz, że sama niczego w życiu nie osiągnęła, zawsze oddawała siebie innym, jedyne co ma to wspaniałych synów, którzy i tak wyfruną z domu. Był w tym jakiś smutek. Bo inną rzeczą jest odnajdywać sens w byciu dla innych, a co innego jest się poświęcać składając w ofierze. Ile kobiet tak żyje? Przyjmując życzenia nie dla siebie tylko dla mężów czy dzieci. Ile z nas poświęca własne pragnienia, marzenia, rezygnuje z rozwijania talentów, żeby inni mogli. Uwielbiam kobiece kobiety i męskich mężczyzn. Tyle, że w tym celebrowaniu cech własnej płci nie zabierajmy stronie przeciwnej możliwości własnego rozwoju, choćby to miało polegać tylko na czytaniu książek w wannie. Nie chciałabym po 20 latach chuchania i dmuchania na dom poczuć, że mogłam chuchać i dmuchać i robić coś jeszcze, dla siebie.. Ps. W Ostatnich „Wysokich Obcasach” jest bardzo inspirujący życiorys Anny Burdy z cudnym cytatem na końcu. „Spałem i śniłem, że życie jest przyjemnością. Obudziłem się i zobaczyłem, że jest obowiązkiem. Kiedy zacząłem działać dostrzegłem, że obowiązek jest przyjemnością.”

 

24 stycznia 2006 Czasami żałuję, że nie mamy wehikułu czasu. Takiego urządzenia, które pozwoliłoby przenosić się w czasie. Już wiem, że wróciłabym do Zakopanego w latach 30tych. Dziś rażą mnie tu zupełnie nie pasujące do reszty formy architektoniczne (ktoś wydaje na to zgodę) czy zdemoralizowani chęcią zarobku górale. Podróż skuterem śnieżnym kosztuje 100pln za 20 minut. Można oczywiście pojechać wierchami na Słowacje, wtedy trzeba wydać minimum 500pln. Górale zachwalają, a ja myślę, że to chyba rozrywka dla tych, którzy mają tu lekkie życie, bo nawet menu pisze się w ich języku, czyli po rosyjsku. Spoglądam sobie wieczorami na rozświetlone Zakopane i cieszę się, że moje gwiazdy na Cyrhli świecą mocnym blaskiem, zawsze tym samym, są ponad. Mam wszystko, czego potrzebuję. Nigdzie grzaniec nie smakuje tak wybornie, jak w górach, po długim spacerze, a pstrąg z masełkiem czosnkowym podany wtedy, kiedy głód zaczyna doskwierać. Czytam, rozmawiam, gram w scrabble, milczę. Zrozumieć chorobę. Jeśli nie tu to gdzie? Idę popatrzeć z tarasu w słońce. I na Kasprowy.

 

30 stycznia 2006 Powrót z ferii zapowiadał się tak miło. Przejezdna zakopianka, bo przecież wszyscy jadą w druga stronę czyli na Małysza. Przystanek w Krakowie na sushi na Rynku i słodki deser u Wentzla. Zaskakujący smog na Śląsku, szarość wszędzie, a zaraz potem suchy komunikat o zawaleniu się dachu w jednej z hal. Informacji przybywa, czuję się jakbym była w centrum wydarzeń. Media zareagowały błyskawicznie, zanim dojechałam do domu wiedziałam już, że następny dzień nie będzie, jak co dzien. Szybka poranna pobudka. Dzwoni telefon. Radio pyta, czy nie przyjechałabym poprowadzić program z rozmowami ze słuchaczami, tak jak po śmierci Papieża. Oczywiście jadę. Niewyspana, bo przecież nocą nie mogłam oderwać się od TVN 24. Czuję, że jest nam potrzebne wspólne bycie. Skoro tak niewiele możemy zrobić, czekając na kolejne wiadomości. Myślę o tych ptakach, medalistach, które siedzą na kikutach dachu. Co z nimi będzie? Czy wrócą do domu? Myślę o dzieciach, które może czekają na powrót dziadka, albo rodziców. Myślę o sobie, o swojej drodze. Każdego nowego dnia budzę się do życia. Planuje, cieszę się, bywam tak spokojnie szczęśliwa. Jestem wdzięczna. Dziś organizm odmówił współpracy. Po raz pierwszy od momentu leczenia obudziłam się z gorączką. Niezaplanowaną i niewiadomą. Lekarz od radioterapii zbeształ mnie jak uczniaka. Jego zdaniem w trakcie leczenia nie powinnam wyjeżdżać, a już na pewno nie powinnam chodzić po górach( a pięknie jest- zapytał) Naświetlania mam zacząć 6 lutego, jeśli się wykuruje z tego niewiadomego osłabienia. Tak jest! Zabieram się za mobilizacje sił swego dzielnego organizmu. PS Słyszałam, że w dyżurkach dają mnie sobie za przykład kogoś, kto świetnie zniósł chemię, tę najcięższa i najbardziej osłabiającą. Może, dlatego, że ja traktowałam ją przyjaźnie?

 

31 stycznia 2006 Była gorączka- już jej nie ma. Jeśli mój organizm chce coś mi powiedzieć to ja go grzecznie słucham. A zatem dałam sobie czas na odpoczynek. Zamiast pojawić się dziś w radiu umówiłam się do internisty. Niech założy słuchawki, obejrzy, potwierdzi, że wszystko już ok. Chciałabym rozpocząć tę terapię 6 lutego. Im szybciej zacznę, tym szybciej zakończę. A będzie to trwać 6 tygodni. Dzień w dzień bez weekendów. Mam już tatuaże. To 3 kropeczki, potrzebne potem do określania miejsc naświetlanych. Pytałam, czy nie moglibyśmy jakimś niezmywalnym mazakiem, niestety-chodzi o dokładność. Zgodziłam się już bez buntu. Żartuje sobie, że jakby, co oczko delfinka czy innego motylka już mam. Nie czułam się rewelacyjnie w roli kawałka ciała, które było poddawane działaniom lekarza i techników. Maszyneria, jakieś druciki na skórze, obracające się, nad głową urządzenia. Z jednej strony podziw dla medycznej techniki z drugiej totalne uprzedmiotowienie. Wciąż czuję się całością i im bardziej bezduszne jest to leczenie, tym bardziej chce mi się o siebie dbać.

 

1 lutego 2006 Czasem potrzebny jest kontrast, żeby docenić to, co mamy i to, co jest dla nas absolutnie naturalne. Nie zawsze tak było. Przy kawie rozmowa z H. z Ukrainy. Kiedy zaczynamy o dzieciach szklą się jej oczy. Ma ich trójkę, wyjechała do Polski, kiedy najmłodsze miało 12 lat. Zarabia na cały dom, na męża także. Liczy, że nieobecność w domu rekompensuje dzieciom czymś innym, stwarzaniem szans. Dając wykształcenie. Jednocześnie wie, że nie o to chodzi. Nie ma jej przy nich, na co dzien. Cierpi. Może bardziej niż oni, tam. Kiedyś ludzi zsyłali na Syberie, teraz sami opuszczają rodziny z przyczyn ekonomicznych, za chlebem, w poszukiwaniu godnego życia- mówi. A dzieci chowają się same i same wchodzą w dorosłość ze swoimi problemami. Co to za ludzie z nich będą-kręci głową. Rozmawiamy o tragedii na Śląsku. W gazecie przejmujące pożegnanie, tych, którzy zginęli. Ze zdjęciami. Czytam o życiu tych, którzy nie żyją. Stają mi się bliscy. H. mówi- nie czytaj. Pewnie martwi się o to czy nie za bardzo nasiąkam tymi nieszczęściami. A ja w tym wszystkim dostrzegam wielką szansę dla siebie. Ktoś napisał do mnie do radia- „moja żona żyje z wyrokiem, jest po chemii i radioterapii. Stąpa delikatnie, by nie prowokować kruchości życia. Przycupnęła jak zając pod miedzą. Proszę ją uspokoić”. Nigdy nie myślałam o diagnozie jak o wyroku. To raczej szansa. Na coś lepszego. Ci w hali tej szansy i tego czasu nie dostali.

 

2 lutego 2006 Od dwóch dni luty. Wczoraj rozebrałam choinkę i sprzątnęłam świąteczne ozdoby. Pakując srebrne bombki myślałam o pewnej powtarzalności, która kiedyś wydawała się nudna, a teraz ma w sobie coś z nadziei. Chcę za rok znów wydobyć te pudla, ponownie zajrzeć do kolorowych bomek i zastanawiać się, jaki kolor będzie dominował w moim domu w święta. Chcę ją ubierać i rozbierać jeszcze przez wiele, wiele lat. Naczytałam się w necie informacji, które na chwile zachwiały moją pewnością siebie. Były tam jak zwykle suche dane, statystyka. Nowotwór z przerzutami powraca w 3 na 4 przypadkach. Kilka razy wałkowałam to samo zdanie. A potem K. napisała mi, coś, w co przecież wierzę, że sami wybieramy, co czytamy, co oglądamy i jakie informacje wprowadzamy do swej głowy. No jasne! I ja mam być tą czwarta osobą, u której choroba nie wraca. Tak znów myślę i wokół tego przekonania buduję swój świat.

 

3 lutego 2006 Nie jest sztuką unikać informacji. Sztuką jest dać sobie z nimi rade, jeśli nie są najlepsze. Te statystyczne rokowania jakoś mnie oblepiły, ale wiedziałam, że mam wszelakie potrzebne mi narzędzia, by złe wiadomości zastąpić dobrymi. Ot choćby tą, że nie ma żadnej choroby, która byłaby w 100% nieuleczalna. Zawsze trafiają się wyjątki. Dziś postanowiłam w metrze – jedyne, nad czym mam panowanie i pełnie władzy to moje myśli. Nie będą zatrute. Kilka godzin w radiu sprawiło, że poczułam ogromny przypływ energii. Uściski z R. Intuicja mu mówi, że wszystko będzie dobrze. Rozmowa z R. o szczęśliwych ludziach w Tajlandii. Pogawędka z B. O wyzwalaniu się spod skrzydeł mamy (ma 40 lat, ale dla mamusi wciąż jest małym syneczkiem). I decyzja, dzięki B. by w majowy weekend polecieć balonem. Pełen energii piątek. Z wieczorem, który zapowiada się tanecznie. Jak dobrze, że są jeszcze tacy, którzy zapraszają na bale. Teraz robią to koziorożce.

 

6 lutego 2006 Ile razy można wchodzić w ten sam długi korytarz, zostawiać kurtkę w tej samej szatni i biec pod te same drzwi? Dziś pobijam rekordy jeżdżenia w kółko. Kierunek radio-onkologia. Onkologia-radio. Przy okazji nabawiałam się taksówkowego wstrętu. Kurs ze szpitala do domu robię już autobusem ciesząc się jego przestrzenia i normalną temperaturą. Od początku. Taxi poranna. Poznaje życiorys pana kierowcy. Nie powiem, filmowy. Taxi przedpołudniowa. Upał w aucie, milczący kierowca, szybko robi mi się niedobrze jak za czasów dziecięcej choroby lokomocyjnej. Taxi powrotna, znów do radia. Pan emeryt w rozklekotanym polonezie. Lusterko na drucikach, wycieraczki rozmazujące resztki płynu w żółwim tempie, temperatura znośna, ale kiedy ledwo widzący kierowca przejeżdża na czerwonym świetle mam ochotę krzyczeć. Grzecznie jednak milczę wierząc w moc mojego anioła stróża. Taxi popołudniowa (na wszelki wypadek zmieniam korporacje) Samochód ok., kierowca młody, aż za, temperatury afrykańskie. Postanawiam, że na dziś tych atrakcji wystarczy. Zaczynam kolejny etap leczenia. Niewidzialnymi promieniami, ( od czego jest wyobraźnia) Dwukrotnie trafiam pod urządzenie, które szumi, mruczy, okręca się i …leczy. Wcześniej jestem tam przesuwana, ustawiana, dopasowywana, jak kawałek plastycznego tworzywa. Nie wolno się ruszać, trzeba miarowo oddychać i tkwić w takiej nienaturalnej pozycji przez jakiś czas. Uff. Przybywa mi kolejna kropeczka tatuażu, do motylkowej kolekcji, żartuję. Kończę swe zajęcia wieczorem i cieszę się, że wystartowałam!

 

7 lutego 2006 Dostałam dziś książkę. A jej autorka wpisała w niej taką dedykacje- „Marzenie- Marzeń spełnienia, Zdrowia , Miłości. Urodzinowo-bez ograniczeń.” To są zwyczajne kolejne urodziny. Wypadają w środku tygodnia, pomiędzy moim porannym graniem, a wieczornym naświetlaniem. Urodzinowo postanowiłam odespać wczorajszy zabiegany dzień. Urodzinowo wysłuchałam pięknych porad, kogoś, kto tak jak ja wierzy w moc myśli i 18 lat temu zmagał się z taką samą diagnozą. Budujące. Mam ochotę z takich zwycięskich historii stworzyć dłuższą opowieść. Powstaje na razie w mojej głowie. Urodzinowo czytam życzenia. Pławię się w nich 🙂 „Słowa to zawsze tylko słowa. Najważniejsze w nich jest cicho ukryta wiara, która ratuje, uzdrawia i zbawia” napisała U. To są pierwsze urodziny w nowym życiu. Ktoś nie zadzwonił, może się boi, a może zapominał. Z drugiej strony tak wiele osób pamiętało, choć nie musiało. Czas weryfikuje i oczyszcza każdą relację, każdą znajomość. Jestem spokojna.

 

8 lutego 2006 Nauczyć się dobrze żyć z cudzymi złymi emocjami, cudzymi nerwami czy wybuchami złości, albo oznakami gwiazdorstwa. Dziś sprawdzałam, jaki jest mój poziom wytrzymałości. Wciąż nie za duży. Przejmuję się. Niesprawiedliwością. Głupotą. Brakiem szacunku. A to znaczy, że mam jeszcze sporo do zrobienia. Bo to przecież ja rządzę swoimi emocjami. Lekcja odebrana. „Żeby źródło odnaleźć trzeba pod prąd iść w górę strumienia.” To z oratorium Piotra Rubika, podoba mi się jak uśmiecha się dyrygując, to taka zaraźliwa radość. Dziś wieczorem sprawdzę jak jego muzyka sprawdza się w filmie „Ja wam pokażę”. Wcześniej położę się na kilka minut pod ogromną maszyną, która szumiąc i burcząc pośle w moim kierunku swoje promienie, a ja będę mocno wierzyć, że to leczące, przyjazne mi działanie.

 

9 lutego 2006 Czy dostęp do czegoś, co jest za darmo sprawia, że przestają działać wszelkie hamulce? Na wczorajszą premierę „Ja wam pokażę” zaproszono dwa razy więcej osób niż było foteli w kinie. Goście, niektórzy w eleganckich strojach tłoczyli się w holu czekając na otwarcie drzwi do sali. Gdy to nastąpiło tłum zaczął szturmować miejsca. Wyglądało to dość kuriozalnie, po małej chwili wszystkie fotele były zajęte, a widzów przybywało. Krewni i znajomi królika chcąc nie chcąc siadali w swoich sobolach na schodach. Po filmie, (w którym najlepsza była muzyka Rubika) sponiewieranych wcześniej gości zaproszono na bankiet. I znów w tłoku i upale, pomiędzy fotoreporterami przeciskającymi się do gwiazd widzowie ruszyli w stronę stołów. A tam piękne kanapeczki, słodkie babeczki, kruche ciasteczka i pełne zakorkowane butelki szampana stojące tuż obok kieliszków z rozlanym trunkiem. Jakież było moje zdumienie, kiedy zauważyłam panią nakrywającą kanapeczki torebką foliową, zgarniającą w ten sprytny sposób jedzenie do kieszeni. Patrzyłam zdumiona, ale za chwile tę panią pobili dwaj młodzi mężczyźni, którzy szybkim ruchem schowali butelkę szampana za pazuchę. Przyzwyczaiłam się już do istnienia tzw. dziadów bankietowych, którzy obstawiają wszystkie imprezy, na których za darmo można się najeść. Tylko wiadomym sobie sposobem wchodzą na wszelakie rauty, premiery, wernisaże. Zaczynam już nawet rozpoznawać twarze, martwić się, gdy nie ma Rysi, albo dwóch charakterystycznie wytapirowanych pań. Film pewnie nie wniósł nic do mojego życia, ale udział w tej premierze mogę nazwać niezłą rozrywką.

 

10 lutego 2006 Niektórzy wspinają się na swoje szczyty, osiągają cele, żeby pokazać. Rodzicom, kolegom, sobie samemu. Znam kogoś, kto nieustannie zdobywa nagrody, by udowodnić tacie, że potrafi, że jest dobry. Nigdy nie lubiłam się ścigać, nawet w podstawówce przeżywałam mocno biegi do tablicy z rozwiązywaniem zadań na czas. Rywalizacja mnie stresowała. Pewnie, dlatego nie zostałam sportowcem, pomimo wygrywanych biegów przełajowych czy frajdy z meczów siatkówki i ręcznej. Grunt to odnaleźć swoją ścieżkę i swoim tempem maszerować w górę. Nie dla kogoś, dla siebie. Ostatnio, kiedy mam dylemat pytam –czy to, co robię jest dobre dla mnie? Czy też wypełniam cudzy plan na moje życie. To prosta weryfikacja. Słyszałam o profesorze, który po latach stabilizacji wyprowadził się z dostatniego domu i zamieszkał na dworcu. Nie, nie zwariował. Może to, co robił wcześniej nie było jego planem? Podziwiam tych, którzy mają odwagę słuchać swego serca czy intuicji. Jeden ze świetnie zapowiadających się dj-ów odszedł z radia, bo czuł, że chce być lekarzem. (niejeden niedoszły lekarz porzucił studia bądź zawód, żeby zostać radiowcem) Ten odwrotnie, leczy już ludzi. Postawił na swoim. Moje małe wydarzenia dnia-malowniczo kiczowate różowe kozaczki z futerkiem na nogach pani w średnim wieku. I cudnie hipnoztyzujacy zapach perfum młodej mamy z wózkiem. Lekkiego bytu w weekend!

 

13 lutego 2006 Ściąganie kogoś myślami to moja specjalność. Dziś po raz kolejny przekonałam się, że miłosierdzie to moja mocna strona. Są na ziemi tylko dwie osoby, którym wciąż uczę się wybaczać-jedna z nich to ja sama. Zastanawiam się czy takie kobiece poczucie winy nie bierze się z przesadnego poczucia odpowiedzialności, nie za siebie tylko za innych. Życzliwy mi słuchacz przysłał wywiad z amerykańskim psychiatrą, który przekonuje, że do szczęścia potrzebujemy tylko inteligencji i poczucia humoru. Bo udane życie polega na umiejętnym dystansowaniu się wobec zdarzeń oraz odnajdywaniu w nich pozytywnych stron. Zastanawiajmy się, analizujmy i wspominajmy. Ojej, próbuję to robić każdego dnia. Dziś w nocy, budząc się kolejny raz, zerkając na zegarek przekonywałam się, że warto zamknąć oczy, bo jeszcze nie czas wstawać, a praca o porankach jest moją ulubioną 🙂 Usiłowałam znaleźć w lustrze swoje słoneczne odbicie, bo przecież za chwilę będę w radiu przekonywać innych do tego poniedziałku. Potem śmiałam się, gdy mój realizator puszczał jingiel anonsujący Marka Starybrata. Tak, na drugie mam Marek, a kolega Z. może do mnie mówić Łysy. Łysol należy do J. Mówiłam o niespodziankach, o dobrym początku tygodnia i stało się. Jednego dnia odezwali się do mnie ci, o których ostatnio myślałam. Co się dzieje z tym czasem? – napisała w smsie M. a ja pomyślałam jak zawsze – mamy czas na to na co chcemy mieć. Może uda nam się jutro zjeść razem śniadanie. Wracam do tygodniowego rytmu naświetlań. Moja skóra wygląda po nich jak po wizycie w solarium. Nie mam pojęcia czy mogę ją czymś pielęgnować, a lekarz od lampek w górach. Pogadam z nią, żeby pięknie zniosła te niewidzialne promienie. PS W rewiowej wersji Piotrusia Pana pada takie zdanie- Śmierć może być wielką przygodą. Jakoś tak zapamiętałam. A rewia na lodzie cudna!

 

14 lutego 2006 Chyba pechowo w dzień zakochanych trafiałam na kłócące się pary. Obserwowanie prychających na siebie ludzi jest dość zabawne zwłaszcza w kontekście tego święta. Cóż, przymus romantyzmu może stresowaćJ Z walentynkowych drobiazgów najmilej będę wspominać spontaniczne wyznania miłości na antenie radia i serduszkowe maślane ciasteczka podawane do herbaty w kultowej knajpce, gdzie postanowiłam zjeść z koleżanką śniadanie i jak się okazało każdy wchodzący był „znaną twarzą, z którą należało się przywitać. Najważniejsze jednak, że znalazłyśmy wspólną chwilę na wymianę myśli face to face. Wcześniej obie znałyśmy się tylko z opowieści. Byłyśmy konkurentkami, teraz odkryłyśmy, że jest nam do siebie bardzo blisko. Kiedyś sądziłam, że zdolność do zawierania nowych bliskich relacji z wiekiem zamiera, teraz myślę, że życie tak miło mnie zaskakuje, że rezygnuję już ze słowa „nigdy”. Są ludzie, z którymi czuję porozumienie dusz po jednym spotkaniu i wiem, że nastąpią kolejne. Teraz codziennie z kolorowej rzeczywistości wpadam w szpitalne korytarze. Dlaczego człowiek w piżamie wygląda tak inaczej? Dlaczego ktoś poddany medycznym zabiegom zaczyna czuć się jak kawałek materiału do badań? Pacjenci mają się meldować w pomieszczeniu do radioterapii. Wchodzą wprost na monitor, na którym widać to, co dzieje się na aparacie do naświetlań. Najczęściej ktoś na nim leży. I wówczas mamy do wyboru- obrazek, czarno biały z cudzymi piersiami, albo pupą, albo innym kawałkiem gołego ciała. Jest to dość szokujące, zwłaszcza, że pacjenci rozbierają się i ubierają w mini przebieralni za zasłonkami. Jak ekshibicjonizm to na całego, postuluję zdjąć zasłonki! Dziś moje promienie miały kształt serduszek. I niech mi nikt nie mówi, że to kwestia mojej wybujałej wyobraźni.

 

15 lutego 2006 Politycy już mnie nie denerwują. Co najwyżej robię zdumione miny. Tak jak miliony Polaków czekałam na orędzie Najwyższej Głowy, a potem uśmiechnęłam się widząc głównie rączki chomika. Nie czytam już prasowych dywagacji, nie dyskutuję. Czekam aż spadnie z góry jakiś zimny prysznic na te rozgrzane gadające głowy. Myślę wtedy o I. który należał do pokolenia walczących z byłym ustrojem i mocno przeżywa, ten brak porozumienia miedzy tymi, którzy kiedyś stali po jednej stronie barykady. Sama sprawa polska zeszła na jakiś dalszy plan. Coraz więcej osób wyjeżdża. Szukając lepszego życia. Czy panowie rządzący opamiętają się, gdy już nie będzie kim rządzić? Wczorajszy wtorek z miłego zamienił się w mocno melancholijny i smutny. Są momenty, kiedy ból istnienia dociera i do mnie. Wtedy słyszę Ł. który niczym alter ego powtarza – to jest życie. To wszystko, co się niewyobrażalnie plecie należy do życia. Jak mówi A. dzień się nie zapowiada, dzień jest. Zatem jest – z bardzo odpowiadającą mi kartką z kalendarza – Kiedy chodzi o martwienie się, albo malowanie obrazu trzeba wiedzieć, kiedy przestać. Malować nie umiem, ale w martwieniu się bywam mistrzem. Przestałam!

 

16 lutego 2006 Włączyłam sobie swingującego George’a Michaela. Zapaliłam czerwoną świeczkę na biurku. Brakuje tylko margarita z truskawkami. Kiedy ja ją piłam? Wtedy, gdy zdarzało mi się smakować trunki inne niż czerwone wino dobre na krew 🙂 Celebruję swój poranek. Zbieram myśli, nadrabiam zaległości. Cieszę się z wolności. Wczoraj M. mówiła jak to nie lubi być na smyczy u jednego pracodawcy i szuka zawsze dodatkowych zajęć. Znany scenarzysta wspominał jak strasznie się bał, kiedy stracił etat w państwowej firmie. Przysłuchująca się nam młoda aktorka zapytała – a co to jest w ogóle etat? Wniosek – każdy sam może powalczyć w życiu o to, co chce mieć. Jasne, mamy mnóstwo ograniczeń. Ale próbować można. Zresztą to poczucie wolności jest głęboko w nas. Słyszałam kiedyś o więźniu politycznym, który żeby nie sfiksować codziennie budował w swojej wyobraźni jakieś piękne zamki, skupiając się na detalach, tworząc swój własny świat, do którego wciągnął też kolegę. Przetrwali. Byli wolni, także w niewoli. Zastanawiałam się na ile cudze doświadczenia są inspirujące? I doszłam do wniosku, że przykłady pociągają. Ale każdy sam wykonuje swoją pracę. Szuka swoich ścieżek i rozwiązań dla siebie. Czasem mam ochotę kogoś zatrzymać i pokazać- tu jest błąd, tu trzeba inaczej. A zaraz potem pokornie myślę- nie uczymy się na cudzych błędach, popełniamy swoje, a dobre przykłady mogą tylko, albo aż inspirować. Ja lubię z tego natchnienia, wynikającego z obserwacji innych korzystać. Byłam wczoraj na świetnie zorganizowanej promocji książki. Wszystko odbywało się nie tylko przy pełnych stołach, ale przede wszystkim w atmosferze zabawy. Nikt nie siedział i nie wysłuchiwał czytających w nabożnym albo udawanym skupieniu. Tam była radość! Jestem pod wrażeniem. Marzy mi się, żeby ludzie czytali książki, dużo książek. Zasłyszane dziś w telewizji. Młoda para dziennikarzy losuje kartki od widzów. I tak dowiedziałam się, że laureaci są z Sejnów, Białystoka, po poprawieniu przez kolegę -Białystoku. No to pozdrawiam z Warszawu.

 

17 lutego 2006 Rola przypadku w życiu człowieka. Wolność w skostniałych strukturach i wierność sobie. O tym dziś rozmawiałam przy śniadaniu. Ucieszyło mnie bardzo, że w kościele są wciąż osoby, które mówią o sobie-tak, to było powołanie, a do tego potrafią być wierne nie tyle instytucji, co wartościom. Pamiętacie zdanie-, kiedy Bóg chce kogoś pokarać spełnia jego marzenia? Razem z W. Doszliśmy do wniosku, że najwięcej nam się udaje, gdy pokornie czekamy. Nie mieszając po swojemu. Ale ta ufność to wyższa szkoła jazdy i nie pojawia się jak za pstryknięciem palcami. Spodobało mi się zdanie z jednego z listów- praca znajdzie mnie. I tu wcale nie chodzi o bierność, ale o spokój. Poczucie, że życie potrafi o nas zadbać najlepiej, pozwala bez stresu wchodzić w nowe sytuacje. Jestem tego dowodem. Teraz szczególnie. PS Miałam napisać o paniach licytujących się, która nie wygląda na 63 lata i o panu, który jednym, przypadkowym naciśnięciem czerwonego guzika wstrzymał wczoraj pracę aparatu do naświetlań na długi czas i o filmie” Good night, good luck” który teraz powinien być jazdą obowiązkową… ale nie zdążyłam. Dobrego weekendu.

 

20 lutego 2006 Żeby korzystać z naszej służby zdrowia trzeba mieć czas i oczywiście zdrowie. A już na pewno trzeba być cierpliwym. Ja tę cechę ćwiczyłam dzisiaj czekając na spotkanie z lekarzem od lampek. Przy okazji zobaczyłam się ze swoim chemikiem. Odkryłam, że lubię swoich lekarzy. Widzę jak trudną i odpowiedzialną mają pracę. Może, dlatego, gdy już z nimi rozmawiam to te nasze spotkania nie ograniczają się do omówienia planów leczenia. Gadaliśmy o pokorze. O tym jak uogólniające bywają statystyki i jak warto żyć pełnią życia, i o słowie na pewno też mówiliśmy. Nic nie jest na pewno. Dziś dowiedziałam się, że medycy będą mnie sztucznie postarzać. Przez najbliższe dwa lata zastrzykami w brzuch. To ma być pomocne w zapanowaniu nad ew. rozprzestrzenieniem się choroby. Tak, wiem, jestem zdrowa. Poddaję się jednak medycynie konwencjonalnej silnie wierząc, że przyniesie to korzyści, a nad efektami ubocznymi zapanuje czarując swoją rzeczywistość. Wiara. Wczorajsza ewangelia znów była o sile wiary. Myślę o tym, co kiedyś napisał Ratzinger. ”Przeznaczeniem człowieka jest nieustanna rywalizacja między wątpliwościami a wiarą, pokusą a pewnością.” Te wątpliwości to przeciwnik, którego warto przeciągnąć na swoja stronę. Podoba mi się, że moja religia dopuszcza istnienie wątpliwości. I traktuje je w twórczy sposób.

 

21 lutego 2006 Pomyślałam, że mogłabym pracować w patrolach ulicznych ochraniających dzieci, ofiary sfrustrowanych, głupich dorosłych. Wczoraj szłam za tlenioną blondyną w białych kozaczkach, która pohukując prowadziła trójkę maluchów. Jednego wyszarpała za uszy, drugiego szturchała łokciem, a kiedy jedno zaczęło pochlipywać zabroniła mu trzymać się za bolące miejsce i ochrypniętym, żulerskim głosem robiła wykład o dobrym zachowaniu. To nie była mama. Może opiekunka, a może ktoś z rodziny. Tak czy siak miałam przemożną ochotę pocieszyć płaczące dziecko. Poszli sobie dalej, ja skręciłam do kina. I znów poczułam, że nie zmienię świata, nie zmienię cudzych zachowań i nie naprawię wszystkich błędów. Za to humor miałam skwaszony. A przecież nie tak ma być. Po trudnym, szpitalnym dniu potrzebowałam głębszego oddechu. Dziwiłam się, kiedy usłyszałam swój śmiech na „Różowej panterze”. Kogo bawią Francuzi mówiący po angielsku na pewno mnie zrozumieją. Polecam na deszczowe wieczory.

 

22 lutego 2006 Jeszcze nie tak dawno, kiedy zaczynałam dzień mogłam ponarzekać tylko na niewyspanie, czy pogodę. Teraz mam pamiętać, żeby połknąć pigułkę, dziś przeczytałam, że z jednych badań wynika iż zmniejsza ryzyko raka piersi, w innych, że po kilku latach wywołuje tego raka. Wiruje mi w głowie. Nie wiedzieć – źle. Wiedzieć-niedobrze. Z jednej strony teoria, że firmy farmaceutyczne szukają najlepszych dla nas lekarstw, z drugiej lęk przed ich wszechmocą i narzucaniem swojego interesu. Korporacje, duże pieniądze, a gdzie w tym wszystkim człowiek? Jakoś nie udzielają mi się spiskowe teorie dziejów, ale jednocześnie chciałabym wierzyć, że jestem leczona, a nie szpikowana dostępnymi tabletkami, z długim opisem działań ubocznych. Pomyśleć, że jeden wieczór, kiedy znalazłam niebolącego przecież guzka tak wywrócił moje życie do góry nogami. A ja znów chciałabym móc ponarzekać tylko na niewyspanie czy szaro-burą aurę.

 

23 lutego 2006 Mogłabym napisać o tym, że szukam odpowiedzi na kilka pytań. I udaję się w podróż w głąb samej siebie, bo tam spodziewam się je znaleźć. Chcę mieć pewność, że robię coś w zgodzie ze sobą. Dobrze, że jednocześnie toczy się życie. Dziesiątki spraw, małych i większych. One też wciągają. Zaraz poszukam dobrych pączków w okolicy i pobiegnę do P. obejrzeć jego nowe mieszkanie. Przy okazji skończymy wywiad, który powstaje mimochodem przy okazji naszych rozmów, to tu to tam. Posłucham kogoś, kto nie boi się korzystać z uroków życia i robi to z wielkim rozmachem. To jest zaraźliwe 🙂

 

24 lutego 2006 Kiedy zaczynam bliżej z kimś rozmawiać odkrywam, że niemal każdy ma jakiegoś robaka, który go gryzie. To konkluzja szybkiej wymiany myśli z W., prowadzonej między piosenkami, w tłusty czwartek w studiu radia. Ten robak może być śmiesznie mały, ale w oczach właściciela wydaje się być ogromnym potworem. Dlatego nigdy nie umniejszam cudzych problemów. Nawet, jeśli jest to płacz z powodu brzydkiego kaczątka dręczonego w baśni Andersena (zaczynam się zastanawiać jak bardzo sfrustrowany i nieszczęśliwy był autor). Sama świetnie pamiętam jak cierpiałam z powodu Isaury i jej kłopotów. „Na życie nie mam mocnych. Pisze scenariusze jak chce.” powiedziała pani w poczekalni radioterapii. A ja poczułam jak się przeciw takiej wizji buntuję. Owszem. Spotykają nas rzeczy niespodziewane. Czy ty kiedykolwiek myślałaś, że możesz mieć raka? Zapytał wczoraj P. No jasne, że nigdy. A już na pewno nie w tym momencie życia. Teraz, kiedy patrzę wstecz widzę jednak, że mam wpływ… już nie na przeszłość, w której przeżywałam za mocno, ale na teraźniejszość i przyszłość. Kiedy przypominają mi się dawne obrazy i zaczynam się denerwować, sama sobą, swoimi reakcjami, tamtą naiwnością, dawnym idealizmem to mówię sobie natychmiast- nie jestem masochistką, nie mogę w nieskończoność oglądać tego samego smutnego filmu. Wyłączam go. To ja mam w ręku pilota. Dziś zastanawiam się nad słowem-niezależność. Czy już ją mam czy jeszcze do niej dążę? Dobrego karnawałowego weekendu.

 

27 lutego 2006 Dobry dzień zaczyna się od tego, że ktoś opowiada z zadowoleniem o swoim życiu. I przyznaje się, że choć bywało różnie, raz na wozie, raz pod wozem to jednak ma siłę i ogromny zachwyt nad każdą chwilą. Dobry dzień zaczyna się od podsłuchania rozmowy o tym, że po odchowaniu dzieci niektóre kobiety mają tyle energii, że zakładają własne firmy, odnosząc sukcesy. Dobry dzień to zabawne historie, co z tego, że o chorowaniu opowiedziane w poczekalni w szpitalu, miłe spotkanie z lekarzem i jego optymistyczna wizja mojego łykania hormonalnych pigułek. Jeśli jeszcze do tego świeci słońce to, na co tu narzekać? J. swoją maszynką przeznaczoną dla męża skróciła mi na kilka milimetrów kocie, miękkie włosy, brwi rosną jak chcą, wśród rzęs odkryłam jedną siwą. Odkrywam na nowo w lustrze samą siebie. Jestem w połowie naświetlań.

 

28 lutego 2006 Jak to jest, że do tych samych zdarzeń można mieć tak rożne nastawienie na różnych etapach życia. Kiedyś denerwowała mnie powtarzalność. Znów środa popielcowa, znów post i znów te zawodzące kościelne śpiewy. Teraz widzę to inaczej. Post zapowiedzią radości Wielkiej Nocy. Środa Popielcowa zgoda na to, że jesteśmy częścią natury, tej przemijającej, rodzącej się i umierającej. I to nie jest tak, że zaczynam żyć z nosem na kwintę. Przeciwnie. Żartuje sobie, że każdy miewa swój wielki post, na co dzień. Podoba mi się to, że co roku zadajemy sobie te same pytania, mierzymy się z nimi, choć nie zawsze pojawiają się odpowiedzi. Swoje ostatki spędzę w teatrze. Na pewno nie będę jedyną łysą w tym miejscu, Katarzyna Figura ma też kształtną czaszkę 🙂

 

1 marca 2006 „Bóg, który widzi w ukryciu odda Tobie”. Parę razy słyszałam dziś to zdanie. Uśmiecham się do niego, bo przypomina mi dzieciństwo, kiedy to świadomość, że On jedyny widzi w ukryciu hamowała moją ochotę czynienia rzeczy głupich. Dziś to pocieszenie. On widzi również to, co mocno mnie gryzło, niesprawiedliwość, poczucie krzywdy itp. Tak bardzo kojąca jest wiara, że nad nami jest sędzia sprawiedliwy, który za dobre wynagradza za złe karze. Odpowiadam za swoje czyny, za swoje decyzje. Dużo wody w Wiśle upłynęło zanim dotarło do mnie, że złe życie jest problemem złych ludzi. Nadszarpnięte zaufanie, świadomość, że otaczają nas także ci, którzy mataczą i oszukują pozwala zobaczyć różnorodność świata. Ale nie może odbierać radości. Słonecznie zaczynam kolejny wielki post. Czy postanowię tradycyjnie, że zahartuję swoje słodyczowe żądze? Tym razem nie. Wymyśliłam coś dla ciała. Jestem mu wdzięczna, że tak dobrze sobie radzi z leczeniem. Zrobię coś dla niego. I nie będzie to operacja plastyczna :).

 

2 marca 2006 Od wczoraj pytam wszystkich, których spotykam czy byli bici w dzieciństwie. Reportaż z Dużego Formatu pt. „Cała Polska bije dzieci” czytam na raty, bo za jednym razem chyba nie udźwignęłabym tematu. Czy ludzie, którzy znęcają się nad innymi otaczają także mnie? Są obok? Jadą w metrze? Słuchają radia? Dzień informacji o kolejnym zakatowanym na śmierć dziecku. Jak to jest, że jedni starają się latami o cud narodzin, a inni nic sobie z życia nie robią? Uważają, że dzieci to ich własność, jak serwis ślubny, z którym można zrobić co tylko się chce. Innym nic do tego. Tam gdzie jest uczucie nie ma miejsca na zło. I znów przypomina i się zdanie Freuda o tym, że podstawową oznaką dojrzałości jest umiejętność kochania. Do dzieci tak jak do kochania trzeba dojrzeć. A dojrzałości w szkołach nie uczą. Czy byliście bici w dzieciństwie? Czy bijecie swoje dzieci?

 

3 marca 2006 Kiedy możemy innym wyznawać miłość? Tylko wtedy, gdy wcześniej sami usłyszymy słowo- kocham cię,. Ale także wtedy, gdy potrafimy to słowo wypowiedzieć patrząc w swoje odbicie w lustrze. Wróciłam z pokazu nowego filmu Luca Bessona-Angel-A. Filmu o dorastaniu do miłości, także własnej, o szukaniu samego siebie, o wolności. Po projekcji szłam przez miasto zalane słońcem. Odwiedziłam zawsze uśmiechniętą manikiurzystkę (nie wiem nawet jak ma na imię), zjadłam gęstą toskańską zupę rybną u Włocha i cały czas cieszyłam się tym filmem. Czarno-białym Paryżem i historią o tym, że kiedy jest nam źle dostajemy swojego anioła. Pomyślałam o swoich aniołach, które objawiły się, gdy tylko moje niebo zaczęło się chmurzyć. Nie zrobiły nic za mnie, pokazały mi tylko ile siły mam w sobie. Popchnęły w odpowiednią stronę. „Nie proszę o więcej niż możesz mi dać” – ten refren nie wiedzieć czemu nuciłam sobie zjeżdżając windą na operacyjne piętro. Teraz piosenkę usłyszałam w radiu. Uśmiechnęłam się. Wszystko o co proszę może się zdarzyć. Cuda też się zdarzają.

 

6 marca 2006 Jak być szczęśliwym? Książkę o takim tytule wyciąga kobieta sukcesu, w okolicach 40stki,z udanym życiem zawodowym, pieniędzmi, znanym mężem, obracająca się w gronie tych sławnych i lubianych. Zdziwione spojrzenia znajomych kwituje krótko – mam kryzys. Dla tych ,którzy nie mają ciekawej pracy, pieniędzy, znanego męża i sławnych przyjaciół brzmi to jak jakaś ironia. Jaki kryzys? Może kłopoty z wyborem czy na narty pojechać w Tatry czy w Alpy? Albo czy kupić ten, czy inny ciuch. Ludzie oceniani przez nas jako ci ustawieni do końca życia nie mają prawa używać pewnych słów. Oni przecież musza być szczęśliwi! Tymczasem okazuje się, że można mieć wszystko, a i tak czuć pustkę. Wniosek? Powierzchowność zabija. Powierzchowność uczuć, przyjaźni, pasji. Zresztą od zawsze wiadomo, że najbardziej cenimy to co przychodzi z trudem, co ma swoją cenę.

 

7 marca 2006 Moja przyjaciółka nic nie wie. Dziwi ją, że Kayah już dawno nie jest z mężem Holendrem, a Anna Samusionek wzięła udział w akcji przeciw przemocy w domu. Nie wie wielu rzeczy, o których co tydzień donosi najnowsza kolorowa prasa. Żyje bez tych newsów i jak mówi wcale nie jest jej z tym brakiem źle. K. napisała dziś, że wyłącza TVNowską „Uwagę”, bo nie chce być już atakowana kolejnymi tragediami. Zauważyła, że zaczyna się bać świata. A ja mam przed oczami obrazek ze swojego weekendu. W kawiarni w Nałęczowie siedział sobie naukowiec z KULu, nad herbatą i jakimiś notatkami. Wyglądał na kogoś z innej rzeczywistości. Na pewno nie czyta rubryk o męskiej modzie. I nie zna wielu topowych, gorących nazwisk. Czy żyje mu się bez tej wiedzy gorzej? W. kojarzony wyłącznie z mediami wyznał mi wczoraj, że marzy o przebranżowieniu, o studiach, jeśli będzie mu się jeszcze chciało uczyć. Nie może się opędzić od telefonów od rozmaitych producentów, którzy chcą go zaprosić do swoich programów. A on ma dość medialnego istnienia. Wszyscy znają wszystkich i bardzo łatwo przychodzi im wzajemne ocenianie się. Ustaliliśmy, że niech sobie gadają 🙂 Grunt to robić swoje i myśleć swoje. Wybierać to co chcemy czytać i to co chcemy oglądać. Możliwość wybierania jest wielkim darem.

 

8 marca 2006 Dziś o sile intuicji i jeszcze większej sile przyzwyczajenia. Wczoraj dostałam lekcje pokory. Wstyd mi nawet teraz, kiedy o tym piszę. Zupełnie jak łysa blondynka zaparkowałam auto, nie pierwszy raz, pod zardzewiałą bramą z nie mniej zardzewiałą tabliczką „brama pożarowa”. Nie ja jedna. Zwykle stoi tam kilka samochodów. Pobiegłam po swoją dawkę promyków, a w głowie zawitała myśl- a co by było, gdyby dziś przejazd tą bramą był potrzebny. Szybko ją odgoniłam zastępując inną-przecież zwykle tu się parkuje, zresztą ja na chwilę. Nie muszę chyba kończyć tej opowieści. Gdy wracałam wcale nie zdziwili mnie zezłoszczeni maksymalnie panowie w furgonetce, która chcąc się wydostać zza bramy próbowała ominąć źle zaparkowane auta i zakopując się w śniegu. Wiedziałam już, że intuicja miała racje. Tym razem przejazd przez bramę był potrzebny! Mogłam powiedzieć przepraszam, bić się w piersi, ale panowie nie słuchali. W furii prosili, żebym szybko zniknęła im z oczu, co uczyniłam. Z wielkim postanowieniem, by nie igrać z przeczuciami. Intuicja wie lepiej! Pozdrawiam w dzień kobiet. Dostałam dziś świetnego smsa, od kobiety – światem rządzą 3 żywioły, ogień, woda i kobiety. Miłego rządzenia, choćby dziś.

 

9 marca 2006 Dopadło mnie myślenie o bezinteresownej zawiści. O tym czym jest zło. Dlaczego niektórzy mu ulegają. Mam jedno wytłumaczenie. Frustracja, poczucie niespełnienia, choroba duszy. Jak na nie reagować? Przecież nie jesteśmy w pancerzach, dotykają nas słowa, a co dopiero złe czyny. Dziś usłyszałam coś co było niejako odpowiedzią. Dziękczynienie. Dziękuje za to co dobre. A to co inne niech się rozpłynie we mgle.

 

10 marca 2006 Kiedy odchodzi ktoś kto towarzyszył nam odkąd tylko pamiętamy, trudno w ten fakt uwierzyć. Hanka Bielicka mogłaby obdzielić energią i pogodą ducha wiele osób. I ta jej żwawość to nie był sceniczny image. Pamiętam jak przychodziła do radia na wywiady. Zawsze z tym swoim śpiewnym głosem, rozdająca rady na lewo i prawo. Wiedziała wszystko, jak chudnąć, by zachować ładną skórę i jak żyć, by mieć poczucie spełnienia. Nie bała się śmierci. Dziś, jutro, pojutrze będę pamiętała o tym, że odeszła. A potem? Hanka Bielicka będzie w mojej świadomości tak jak zawsze była. Wzór życia z pasją, bez względu na to czy wszystko idzie jak maśle, czy też są gorsze chwile. Myśl o niej dodaje mi teraz sił. W życiu… trzeba żyć do końca, z taką samą dobrą energią.

 

13 marca 2006 Dlaczego kobiety nie lubią się przyznawać do wieku? A panowie uważają, że jak wyłysieją to automatycznie są starzy? Otaczają nas schematy. W myśleniu działaniu, ocenianiu. Zawsze się przeciwko nim buntowałam. Za moich czasów do szkoły chodziło się w fartuszkach, albo na granatowo. Za to po szkole można było założyć przefarbowane domowym sposobem czerwone kalesony po dziadku A. Dobra uczennica na koncertach rockowych? Czemu nie? Harcerka w Jarocinie? Co w tym dziwnego? Szybko przekonałam się, że człowiek nie jest jednowymiarowy i potrafi się realizować na wielu czasem całkiem rożnych płaszczyznach. Kiedy teraz słyszę, że ktoś w małym miasteczku ukrywa swoje leczenie, nie przyznaje się do nowotworu czy też innej choroby wywołuje to mój bunt! Mam fryzurę na wojskową Demi Moore i nie sadzę, by wszystkim ,którzy ją widzą kojarzyła się ona wyłącznie onkologicznie. Normalnie traktując siebie zmuszam innych do tego samego. Tego się nauczyłam przez ostatnie miesiące. Na przyjęciu z okazji 60tki pewnej miłej Pani zdjęłam czapkę, nie myśląc o tym czy kogoś mój wygląd może zastanawiać. Nie widziałam niezdrowych spojrzeń, choć otaczali mnie nieznajomi ludzie. Sprawdziłam- gdy dobrze czuję się we własnej skórze, sama ze sobą, inni automatycznie patrzą z sympatią. I nie ważnie wtedy czy mam nadwagę, niedowagę czy za krótkie włosy i niepełny garnitur rzęs 🙂 PS. Zafundowałam swojemu ciału pilates i siłownię. Tam też nikt mi się nie przygląda.

 

14 marca 2006 Idę do dużego sklepu. Wybieram ostatnio francuski, wydaje mi się ładniejszy, czystszy, z większym wyborem towaru. Potrzebuje pieczywa. Dział piekarniczy rozbudowany, każdy bochenek osobno zapakowany, pachnący, z chrupiącą skórką… Zerkam na etykietę, chciałabym znaleźć coś z mąki mieszanej. Chcę przecież jeść zdrowiej. Czytam skład i ten pachnący pakunek w moich rękach nagle zamienia się w kawałek niby chleba naszpikowany wieloma substancjami chemicznymi. Szukam dalej. Nie ten to inny. Chleb wygląda inaczej, ale z etykiety wynika, że skład jest podobny. Kilka razy E( wiem, nie każde E jest trucizną) i polepszacze. W dziale piekarniczym tego dużego sklepu spędziłam kilkanaście minut, studiując skład pieczywa, ku poirytowaniu rodziny. Wyszłam zrezygnowana. Tam nie było normalnego pieczywa. Tam były komponenty z udziałem mąki. Nigdy wcześniej nie studiowałam etykiet, teraz zacznę. Wiem, będę spędzać w sklepach więcej czasu. Ale odkąd kupiłam paluszki krabowe, w których nie było ani trochę kraba chcę wiedzieć czym traktuje swoje ciało. Idę na kawę, wiem już, że jest z cykorią- sprawdziłam:)

 

15 marca 2006 Bywa, że za dużo filozofuję. Planuje wpatrzona w kalendarz, zapisuję zadania do wykonania. A zaraz potem łapię się na tym, że cała energia poszła w zapis i w pomysł, a nie w realizacje. Najlepiej zamiast mówić chciałbym podróżować – podróżować. Zamiast- chciałabym regularnie chodzić na pilates -wychodzić co tydzień do fitnessu. Bez tego „chciałabym”. Po prostu działać. Znam takich, którzy od dawna chcą rzucić palenie, i takich ,którzy zrobili to z dnia na dzień, bez przymiarek. Znów zaczynam mieć mnóstwo pomysłów na zapełnienie swoich dni. Zgodnie ze swoimi, a nie cudzymi potrzebami? To wiosna!

 

16 marca 2006 Dwie matki. Jedna mówi do swego synka przed snem- jesteś najwspanialszy, mądry, piękny, dobry. Budząc go przekonuje, że dzień może być cudowny, nawet jeśli jest bez słońca. Druga ma dwie śliczne córki i jednego przystojnego syna i mówi- moje dzieci mają straszliwego pecha. Zawsze czegoś im do szczęścia brakuje. Które z tych dzieci odważniej wejdą w życie? Patrzę na przepiękna 15stolatkę i mam ochotę jej powiedzieć- nie bój się marzyć, nie bój się planować. Chcesz być lekarzem- zdawaj na medycynę. Aktorką? Próbuj się dostać do szkoły teatralnej. Potrafisz śpiewać? Pokaż to innym. Nie po to, by się ścigać ale ,by dać sobie szansę na bycie tym kim chcesz być. Dlaczego by nie? Żyjemy czasem jakbyśmy byli zaprogramowani mantrą dorosłych. Nic nie osiągniesz, do niczego się nie nadajesz, dzieci sąsiadów tak, ale nie ty. Jesteś za delikatna, za wrażliwa, za leniwa itp. Panuje jakaś moda na negatywną motywację. Ja też musiałam stawić jej czoła.

 

17 marca 2006 To jest niby dzień jak co dzień. A jednak gdzieś w środku czuje… no właśnie, co ja właściwie czuje. Radość? Ulgę? Nadzieję? Lęk? Wzruszenie? Ból na myśl o tym jak trudną drogę przebyłam? Ja, żyjąca do niedawna z niekończącą się perspektywą… To chyba mix wszystkiego Poranek w Instytucie, spotkanie z dr G. Jest zawsze niezwykle skoncentrowany na tym co robi, jeśli udaje mi się sprowokować go do uśmiechu mam satysfakcję. Nasze żarciki są lekkie i zwiewne, ale mnie cieszą niezwykle. W tym przybytku nieszczęść wszelakich śmiech jest na wagę złota. To nasze ostatnie spotkanie. Ale jest do bólu zwykłe. Umawiamy się na randkę za pół roku, już wiemy, że będzie w środę, w konkretnym pokoju. Mówię, że jeszcze nigdy dotąd nie umawiałam się z mężczyzną z takim wyprzedzeniem. Dostaję skierowanie na mamografię, badanie krwi, do zrealizowania we wrześniu. Dzielę się swoim niepokojem związanym z leczeniem hormonalnym. Ma trwać 5 lat. Nie jestem z tym tematem oswojona. Słyszę, że obecność nowotworu w węzłach sprawiła ,że choroba jest poważna, a leczenie było agresywne i długie. Długie? Byłam chyba w transie, bo wcale tego tak nie odebrałam. Dopiero kiedy patrzę w kalendarz widzę – prawie rok. Trzeba ograniczyć ryzyko nawrotów właśnie poprzez te zastrzyki i codzienne pigułki. Kiwam głową. Jasne. Pojawiła się nowa świadomość. Tak dużo zależy ode mnie. Najlepszy lekarz mieszka we mnie. To jego będę mobilizować dzień w dzień do pilnowania równowagi w organizmie. Ta praca wcale się nie kończy. Tym którzy szli moją drogą dzień w dzień dzisiaj szczególnie dziękuje. Nie mam wątpliwości ile Wam zawdzięczam i wiem, że nie raz skorzystam z energii, myśli, modlitw. A teraz idę po raz ostatni usiąść ”przy żółwiach” (atrakcji poczekalni radioterapii)

 

20 marca 2006 Boże! Czy i Wy czujecie wiosnę? Słońce cieszy nieprawdopodobnie, ptaki śpiewają, mimo ptasiej grypy, nawet ten szary, brudny śnieg dziś mi nie przeszkadza. Mam przekonanie, że wiosenna energia rozpoczyna swe oddziaływanie. Żyć się chce i to jak! Wpadłam do Trafficu. Razem z innymi, nie śpieszącymi się posiedziałam na fotelach, przerzuciłam kilka książek, nasyciłam się przybytkiem kultury, tak przyjaznym ludziom i w rozpiętej kurtce wróciłam do domu. Wcześniej udzielając branżowego wywiadu wypiłam prawdziwą, gęstą wedlowską czekoladę i z przyjemnością odkryłam, że rozmawiający ze mną chłopak dużo wiedział nie tylko o mnie ale i o radiu. A ja? Cóż, jestem prosta jak drut, nie uprawiam dyplomacji, mówię co czuję, myślę… czy tak zachowuje się profesjonalna dziennikarka?? Raczej nie… Nic to. Życie toczy się na wielu płaszczyznach. Jakaś pani zapytała Luca Bessona na konferencji prasowej czy Angela to jego ostatni film i jeśli tak to co będzie robił. Rozbawiło mnie to. Reżyser odpowiedział pokazując rękami-film to maleńki skrawek, życie- to ogromna przestrzeń. Czy ktoś z Was się nudzi? Czytam internetowe zapiski Krystyny Jandy, co rusz parskam śmiechem. Bo jak tu zachować powagę, gdy trafiam na taki anonim. Cytuję- „Życzę ci, żeby dopadły ciebie pierwszą zarazki wąglika i żeby dorwał cię osama ben Laden i wsadził ci granat w dupę, a następnie odciągnął; zawleczkę”. Życzliwi są wszędzie 🙂

 

21 marca 2006 Za młodzi. za starzy. Ostatnio na babskich plotkach zdziwiło mnie mocno, że moje koleżanki, z którymi wypijam wino raz na jakiś czas mają już tyle lat. Czy to oznacza, że i ja nie jestem już dwudziestolatką? Najwyraźniej! W tym babskim towarzystwie jestem najmłodsza, ale to o czym rozmawiałyśmy dotknie wkrótce i moje pokolenie. Aktorka. Super laska. Na pewno nie wygląda na swój wiek. Idzie na casting do roli matki. Producent patrzy w metrykę. Nie, pani jest za stara, absolutnie odpada. Ok. Za chwile kolejny nabór, też do roli pani w wieku dojrzałym. Co? Ależ pani jest za młoda. Jak to za młoda, proszę spojrzeć na moja datę urodzenia. Wygląda pani za dobrze. Aktorka wpadła w dziurę czasową. To i tak nieźle. Inna nasza koleżanka dowiedziała się, że jest za stara na wydawanie programów, którego odbiorcami ma być widownia młodsza od niej. Z tego wynikałoby, że dzieci powinny prowadzić i wymyślać programy dla siebie, nastolatki dla siebie itd. Co za absurd! Odkąd media są uzależnione od reklamodawców, a ci od wyników badań tworzy się błędne koło. Za chwilę zaczniemy udawać, że w naszym społeczeństwie nie ma ludzi powyżej 30stki! Pamiętacie historię prof. Jedlickiego, któremu bank odmówił wydania karty kredytowej, bo klient był po 70tce? Świat zwariował.

 

22 marca 2006 Idzie wiosna. To pewne. Kierowcy jeżdżą tak jakby myśleli wyłącznie o zielonych łąkach. Autobus skręca nie z tego pasa co trzeba, prawie mnie taranując, jakaś zamyślona paniusia wjeżdża na rondo prosto na mnie, kilka samochodów na raz pakuje się w wąską uliczkę i zakleszcza nie mogąc ruszyć…przykładów mogłabym mnożyć. Obserwacje bliźnich zawsze dostarczały mi wielu wrażeń. Wczoraj w kinie pan absolutnie nie wyglądający na zwolennika sztuk wszelakich usiłował mi wcisnąć jakieś opakowana po farbach do włosów (mnie prawie łysej!!), za które promocyjnie mogłabym dostać bilety. To znaczy ja miałam kupić bilety, a on miał dostać pieniądze. Niestety pan kolekcjoner opakowań po farbach do włosów nie znalazłszy kontrahenta zaczął się pytać o coś dla dorosłych i wybrał… „Na psa urok”, dubbingowany film rodzinny. Cóż, takie są konsekwencje zbierania promocyjnych opakowań. Ja obejrzałam „Tajemnice oceanu”. Siedziałam jak zaczarowana, pokorna i mała w obliczu tego co twórcom obrazu udało się sfilmować. Refleksji po filmie mnóstwo. I mój dialog z Ł. „Dlaczego te delfiny tak kręcą te młynki skacząc w powietrzu. Dla przyjemności? Tak, bo one nie pracują w konsultingu”(tu można wstawić inny zawód absorbujący człowieka od rana do wieczora, nie zostawiający ani minuty na robienie czegokolwiek wyłącznie dla frajdy.

 

23 marca 2006 Słońce, które budzi mnie wcześniej niż zwykle przypomina mi marzenie z dzieciństwa. Zabawne. Pragnieniem kilkuletniej M. było chorowanie na dworze. Konkretnie na łóżku, które w tym celu miało być wyniesione na werandę. Ja leżąca pod pierzyną(kołdry nie były w modzie), przykryta pod brodę, wystawiająca twarz do wiosennego słońca. Mam tak mocno ten obrazek wryty w świadomość, że już nie wiem czy on naprawdę się zrealizował, czy pozostał wyłącznie w sferze pragnień. Słońce pomaga mi teraz zregenerować siły po tym wielomiesięcznym leczeniu. Co z tego, że kałuże wciąż zamarznięte skoro mnie w środku rozpiera energia życia. PS. Z listu dziecka do Pana Boga. „Czemu Ty skoro jesteś taki dobry wymyśliłeś takie zasady jak różne modlitwy, księży, zakonnice i wielki post. I do dziś mi tego nie wyjaśniłeś”.

 

24 marca 2006 Świadomie nie piszę tu o Krajowej Radzie, o tym, że wg niektórych polityków Owsiak zrobił więcej złego niż dobrego, nie piszę o planowanych wyborach, o tym jak lekko dysponuje się pieniędzmi podatników, nie piszę o wielu sprawach, którymi dzień w dzień atakują nas serwisy informacyjne. Nie wspominam o tym, co myślę kiedy dowiaduję się o kolejnych przymusowych, ekonomicznych emigracjach, nie dzielę się niepokojem co będzie , gdy wyjadą ci najlepsi i najzdolniejsi lekarze czy naukowcy. Nie komentuje, bo… jeszcze się przejmuje. Słonecznego weekendu.

 

27 marca 2006 Przypomniała mi się krążąca po Internecie lista rozrywek dostępnych za darmo. Mamy tyle przyjemności, ile zdołamy sobie dostarczyć, a zatem ćwiczę się teraz w umiejętności przyjemnego życia. I to mi się udaje! W sobotę, wbrew prognozom obudziło mnie słońce. Znalazłam się w Kazimierzu. To miejsce ma swój magnetyzm o każdej porze roku. Nawet wtedy, gdy wszyscy narzekają na szarości, błoto i wilgoć. Było mi dobrze. Gdy piłam kawę i zajadałam się żydowską paschą, gdy spacerowałam wałami przyglądając się tamtejszym domom i gdy jadłam krem z brokułów (antyrakowy). Żałuję, że z Warszawy wszędzie daleko, ale nie zrażam się i już wiem, że nadchodzące wiosenne weekendy to będą podróże po Polsce. Cieszy mnie każdy objaw naszej przedsiębiorczości, uśmiecham się na widok pięknych, gustownych domów, podziwiam coraz lepsze kawiarnie, zachwycam galeriami (aniołki z Kazimierza dołączyły do stworzonej przez ostatnie miesiące kolekcji), tylko drogi takie jak zawsze po zimie. Zwykle mówiłam, że są jak te w Rosji, dopóki korespondent z Rosji nie powiedział, że tam jest już lepiej. A zatem drogi jak w Polsce. PS Pewna niefrasobliwa pani wylała na mnie na obiedzie sok z marchewki. Cóż. Przepychała się miedzy stolikami. Wcale, ale to wcale mnie to nie wkurzyło. Roześmiałam się, zupełnie jakby nie dotyczyło to mojej białej bluzki. Dziś się już nie śmieję. Bluzka moczy się w odplamiaczu kolejny dzień i wciąż jest marchewkowa. Aha, czy pisałam jak bardzo nie lubię tego manipulowania przy zegarach?

 

28 marca 2006 Zaczynam żyć zwyczajnie. Ale ta moja zwyczajność po przeżyciach ostatniego roku jest niecodzienna. Nic nie mamy na zawsze. Przekonuję się o tym co chwila. Moja koleżanka ze studiów zmaga się z białaczką, a właśnie miała jechać na narty… Dzieci H. wracały z nart, kierowca zasnął na trasie, pogrzeb jednej z dziewczyn jutro… W takich chwilach przestaje być banałem zdanie -żyj każdego dnia, tak jakby to miał być twój dzień ostatni. Żyję. Z uśmiechem od rana, bo zauważyłam, że spod mojej zaśnieżonej ziemi wychodzi już coś zielonego. Nie spodziewałam się, że to już! Czas na wiosenne porządki. Na dopieszczenie ogródka i porządki w szufladach, na wpuszczenie powietrza do domu. Zachwycam się siłą natury, odnawiającej się z takim pośpiechem po długiej zimie. Chcę, aby to samo działo się z moim ciałem. To się dzieje. Włosy to już pełny jeżyk, rzęsy wreszcie dają się malować, brwi przypominają to co powinny przypominać. Życie odradza i odnawia moje ciało. Akurat na wiosnę. PS Bluzka wciąż się moczy w odplamiaczu… ale jakie to teraz ma znaczenie 🙂

 

29 marca 2006 Sztuczne futro jest jak sztuczna inteligencja, mawia moja nieekologiczna koleżanka. Nagi Instynkt 2 nie jest jak Nagi Instynkt . Kariera w „Tańcu z gwiazdami” to szybka kariera, ale co to za kariera. Pocałunek w usta po godzinnej znajomości nie wywołuje dobrych emocji. Dużo myśli, za mało czasu. Dziś pochłonęło mnie życie. Fitnesowe, domowe, zawodowe…

 

30 marca 2006 Od dawna wiem, już, że czas jest cenny. Znacie powiedzenie, że ludzie wymyślają tysiące sposobów na zabicie czasu, a czas nie ma z nami tego problemu. Staram się wybierać świadomie co robię ze swoim czasem. Nawet jeśli pozwalam sobie na nic nie robienie to też jest mój wybór. Dawno temu mój kolega powtarzał mi, że jestem pogodzona ze sobą, bardzo mnie to wówczas dziwiło, a jego fascynowało. Chyba mocno był zauroczony, bo pogodzona to ja jestem ze sobą od niedawna, a wręcz dopiero się tego uczę. To zresztą sprawa ciągła, proces. Na razie oswajam się ze zmieniającym się wyglądem. Do łazienki powracają kosmetyki do włosów, co z tego, że one rosną skoro J. w radiu i tak wita mnie zawsze – cześć łysa 🙂

 

31 marca 2006 Włączyłam sobie płytę brzmiącą jak sprzed lat. A tymczasem to nowość Corinne Bailey Rae. Pasuje do herbaty pitej w pięknej filiżance, do randki przy nastrojowych ,najlepiej zapachowych świecach, do nostalgicznych wspomnień, albo do ukojenia poczucia niezrozumienia jakie dziś przeżywam. Moja naiwność polega między innymi na założeniu, że ludzie potrafią się zrozumieć. Nic z tego. Czasem nadajemy na kompletnie innych falach. To co mi wydaje się proste i czyste w tej prostocie dla kogoś jest infantylne. Może dlatego, że do doceniania prostoty trzeba dorosnąć, dojrzeć. Może to kwestia wieku? Bo młodość z założenia lubi komplikować i mącić. Dopiero z czasem zaczynamy cenić sobie to co zwykłe, nawet w tej zwykłości banalne. Czyż pochwała życia nie sprowadza się do tego co najzwyklejsze? Tak tu sobie pisze, a Corinne śpiewa-three little birds sat on my window and they told me I don’t need to worry. I ma rację.

 

3 kwietnia 2006 Przez media z wyprzedzeniem przetoczyła się papieska fala wspomnień. Zastanawiam się na ile postać Papieża obrosła już legendą i niestworzonymi historiami. Czy te opowiadane sobie anegdoty miały rzeczywiście miejsce, czy sam JP2 nie zdziwiłby się ilością świadectw na swój temat. Zapewne musiał się przyzwyczaić, że gdzieś tam obok toczy się jego drugie medialne życie. Ech, media. Czasem robią tyle dobrego, co złego. Bawią się w kreowanie rzeczywistości. Gonitwa za newsem, za czymś nowym, jeszcze lepszym. I o absurd wówczas łatwo. W amoku poszukiwania gości do papieskich programów można było trafić na takich, którzy o Papieża tylko się otarli, ale przez dziennikarzy natychmiast zostali okrzyknięci przyjaciółmi. Jedna z pań z kręgu tzw. przyjaciółek ma nawet swój cennik. Godzina wspomnień 500 euro, ale jest promocja świąteczna, rocznicowa – 300 euro. Zaimponował mi natomiast inny starszy Pan, który do nagabującego go dziennikarza powiedział dosadnie, dajcie mi spokój, mam już dość tego robienia za przyjaciela. Raz byłem z Nim na kajakach, a opowiadam o tym od 30 lat. Nie każdego jednak stać na… prawdę.

 

4 kwietnia 2006 W niedzielę w trakcie specjalnego programu zadzwonił do radia słuchacz z nad morza. Skontrastował wzniosłe słowa z prozą życia. Kowalski prywatnie jest miłosiernym katolikiem, ten sam Kowalski w pracy staje się nieczułym urzędnikiem. Każdy z nas pewnie tego doświadczył. Ale mnie nurtuje jedno. Czy naprawdę da się prowadzić podwójne życie? Wzruszać się prywatnie, a zawodowo być twardym niemal cyborgiem obudowanym przepisami, paragrafami, broniącym się przed dopuszczeniem zwykłych ludzkich odruchów. Słuchacz, pewnie marynarz, miał na morzu wypadek. Teraz walczy z towarzystwami ubezpieczeniowymi, ZUSem, urzędami, rozgoryczony i zniechęcony. Współczuje mu niezmiernie i wiem, że w każdej trudnej sytuacji najbardziej uskrzydlają reakcje innych. Próby zrozumienia, próby pomocy ,choćby tylko deklaracje. Nie zapomnę, jak rok temu groziło mi, że stracę wszystkie pieniądze za opłacone wakacje. Pan z biura turystycznego, mimo wielu nieczułych przepisów, mimo tego, że przecież mógł się nimi zasłonić zadeklarował, że zrobi wszystko, by te pieniądze dla mnie odzyskać. Udało mu się. A ja byłam najbardziej poruszona jego dobrymi chęciami. Bo to one leżą u źródła pomocy innym. Dobre chęci.

 

5 kwietnia 2006 Dziś miałam przez chwilę przed sobą człowieka, który nic nie musi. Było to widać, słychać i czuć. Nie musi się spieszyć, nie musi żyć od pierwszego do pierwszego (albo od dziesiątego do dziesiątego) nie musi wszystkiego wiedzieć (ma od tego innych, specjalistów) nie musi z nikim się ścigać (swoje osiągnął) i wreszcie nie musi nikomu imponować.

To kolejna postać z plejady tych, którym finansowo bardzo się powiodło, ale oni wciąż chodzą w ulubionych dżinsach i mają za nic cudze oceny. Nie jest to mój znajomy, spotkaliśmy się przypadkowo. Ale poczułam do niego sympatię. Czy tak trudno znaleźć teraz ludzi bezpretensjonalnych? Chyba tak. Wielu pozuje, udając kogoś innego także przed sobą. A tymczasem jaka to frajda obcować z kimś pogodzonym ze sobą. I ja dziś miałam tę przyjemność. Udana środa.

 

6 kwietnia 2006 Co Ty robisz kiedy nie ma Cię w Radiu? Żyję. Zajmuję się wieloma sprawami na które ,gdy jestem w studiu nie starcza czasu. Tak wiem, mam odpisać na wiele listów, posprzątać szuflady przy biurku, uporządkować skrzynki pocztowe, zabrać się za kolejne pozycje z półki nie przeczytanych książek, zerknąć do starych gazet, spotkać się z kimś z kim warto, uporać się z realizacja pomysłów, tych z serii porządkujących świat itp. itd. Nigdy się ze sobą nie nudzę. Mój starszy brat podczas sentymentalnego koncertu Simply Minds obdarował mnie złotą myślą. Do 30tki jedziesz pośpiesznym, potem przesiadasz się na ekspres, a w końcu łapiesz intercity. Rzeczywiście, już tego doświadczam jak bardzo zmienia się odbiór czasu. Nie mówię – ojej, wakacje dopiero za 3 miesiące, tylko-ojej, wakacje już za 3 miesiące. Lekarze orzekli- mogę wyjechać. W myśl zasady, że teraz mam zająć się życiem, a nie szukaniem raka. Samo planowanie letnich podróży sprawiło mi ogromną radość. Świat stoi przede mną otworem (i sama nie wiem dlaczego zawsze przy tym zdaniu przypomina mi się radiowe przejęzyczenie Krystyny Jandy -świat stoi przed moim otworem)

 

7 kwietnia 2006 Michael Buble ma glos dojrzałego pana, a jest chłopięcej urody młodzieńcem. Z jego piosenkami zaczęłam zimny, ale słoneczny dzień wiosny. Zerwałam starą kartkę w kalendarzu, a na tej dzisiejszej było napisane-codziennie zrób coś dla swego zdrowia. Uśmiechnęłam się, bo właśnie dziś wybieram się do okulisty. Po ostatnich medycznych zdarzeniach zaczynam przegląd swego ciała. I to w dzień kiedy służba zdrowia postanowiła upomnieć się o swoje. Lekarze i nauczyciele traktowani są w naszym kraju jak… no właśnie, jak służba, choć powinni być na dworskich prawach. W końcu tak wiele od nich zależy. Ale jeszcze więcej zależy ode mnie. Nauczyłam się, że natura leczy, a ja przecież jestem jej cząstką. Wszystko to wiedziałam, jednak z tej wiedzy specjalnie nie korzystałam. Zrobiłam to przymuszona, a teraz jestem wdzięczna za lekcje smaku życia. Kylie ostatnio powiedziała – poznałam cenę życia. Ja poznaje jego smak. Smakowitego weekendu.

 

10 kwietnia 2006 Definitywnie zakończyłam zimę robiąc porządek w szafce z butami. Pierwszy raz w tym roku grabiłam, przycinałam i patrzyłam na kolorowe krokusy. Życie nabrało przyspieszenia, może z powodu wiosny, a może z powodu moich potrzeb. Zgodnie z nikomu nie składanym przyrzeczeniem nie mam w słowniku słowa „kiedyś”, w znaczeniu dalekiej przyszłości. Moje kiedyś to najbliższa przyszłość. Małymi kroczkami uczę się robić coś dla siebie, bez poczucia dyskomfortu. Teraz wydaje mi się, że przebyłam bardzo długą drogę od dziewczyny marzącej o kupieniu jogurtu zagranicą( i natychmiast strofującej się za te wykwintne pomysły) do kobiety, która odnalazła w sobie odwagę do wyrażania swoich potrzeb. Jedna z takich potrzeb spełniłam w weekend. Swoją drogą to o czym pisze, może być kompletnie niezrozumiane przez młodszych. Ich zachcianki są spełniane zwykle zanim zdążą być wypowiedziane. Spełniane przez rodziców. Mam obok siebie tatusiów kupujących auta, mieszkania i wypłacających duże kieszonkowe. Zastanawiam się czy to komfort życia czy okaleczenie. Ja uczyłam się żyć dla siebie, ciekawe czy niektóre młode dziewczyny nie będą uczyć się życia dla innych. W ramach poszukiwania samych siebie.

 

11 kwietnia 2006 Znam tylko dwie osoby, które nie szukają duchowych przeżyć przy okazji Wielkiej Nocy. Pozostali, nawet jeśli nie są osobami wierzącymi wykorzystują czas postu, a potem zmartwychwstania choćby na porządki wokół siebie. Robimy miejsce na to co nowe. W tym zapewne przejawia się tęsknota do naturalnego rytmu, umierania i odradzania. Jesteśmy częścią świata i mocno to do mnie dociera akurat przed tymi świętami. Wielki Tydzień to czas pełen sacrum. I wcale w tym sacrum nie chodzi tylko o nabożeństwa, które zaczynają się w kościołach. Tak samo jak nie chodzi tylko o te żółte jajeczka, zajączki i całe to marketingowe zamieszanie. Każdy bierze z tych świąt to co zechce. Jeden tylko opakowanie, drugi próbuje dotrzeć głębiej, by zrozumieć język symboli. Miałam w swoim życiu kilka takich Wielkanocy, podczas których odnajdywałam w sobie źródło mocy. Za kilka dni poszukam go znowu.

 

12 kwietnia 2006 Zrobiłam analizę tego co wypełnia mój czas. Szukałam tego co sprawia, że mam go mało, niewystarczająco na to, co każdego dnia planuje. Porównuje swój kalendarz do tego co działo się w zeszłym roku i co stwierdzam… Czy jest coś co mogłabym ograniczyć lub wyrzucić ze swojego codziennego grafiku? Na razie ciężko mi to coś znaleźć, a jeszcze ciężej poświęcić. „Musisz się przeorganizować” powiedziała mi dziś E. której opowiadałam o wiecznie uciekających minutach. Potrafię się zatrzymać. Potrafię wygospodarować wieczorem chwilę na jeden jedyny serial, który mnie wciągnął (Zaginieni), potrafię dzielić się z innymi swoimi myślami… może właśnie dlatego nie potrafię nadążyć za czasem, który zmusza nas za często do powierzchowności, w pracy, w relacjach międzyludzkich, w odpoczynku. Okazuje się, ze wcale nie jest łatwo żyć głębiej. Przede mną istotne decyzje.

 

13 kwietnia 2006 Pięknie jest zacząć święta już w Wielki Czwartek. W tym roku coś niesamowitego, uda mi się je zacząć w Wielki Piątek. Kiedyś musi być ten pierwszy raz. W ramach wprowadzania w życie dobrych zmian postanowiłam wyjechać. Zasmakować Wielkanocy po góralsku. Jestem podekscytowana i szczęśliwa. Zabieram odpowiednie książki, koszyczek i swoje myśli. Chcę zmartwychwstać. PS Przyczepiła się do mnie nowa piosenka Myslovitz i słowa – „wszystko trwa, dopóki ty tego chcesz, dopóki życie jest codziennym zdumieniem”. Wszystkim życzę codziennego zdumienia i dotarcia do źródła swojej mocy.

 

19 kwietnia 2006 Uff. Jak dobrze jest wyjechać z miasta i zobaczyć, że krzyż na Giewoncie jak stał tak stoi. Tatry niewzruszone. Mają siłę przyciągania. Nie mogłam znaleźć sobie lepszego miejsca na symbolicznie przeżywane święta. Pierwsze na nowo. Cud zmartwychwstania powtarzany rok po roku, tym razem dla mnie bardzo osobisty, własny. Rezurekcja między serdakami z lekka zalatującymi naftaliną, na mszy przerywanej muzyką kapeli góralskiej (powstrzymywałam się, by nie klaskać) w surowym otoczeniu zimowej jeszcze przyrody. Z fioletowymi polami krokusów w tle. To były moje święta. Każdego dnia inny szlak i za każdym razem odkrycie, że kondycja nie ta sama. Cele-jak dojdę, jestem i będę zdrowa. Dochodziłam. W górach jest jak w życiu, duży wysiłek, który jednak nie idzie na marne. U celu czeka nagroda. Wodospad, piękna panorama Tatr, urokliwa polana, herbata w schronisku, szarlotka. Uczę się pokonywania swoich niemocy. Jestem zdrowa, daję radę. W Wielki Piątek jeden z moich ulubionych profesorów, ks. Michał Czajkowski powiedział – „Bóg nie chce naszego cierpienia, On chce ludzi szczęśliwych. Cierpienia trzeba unikać, dopiero, gdy już się nie da, należy je przyjąć i nie dać mu się pokonać. Nasze przegrane Bóg wygrywa.” Niech żyją ludzie próbujący być szczęśliwi!

 

20 kwietnia 2006 Są już krokusy, pąki na magnolii i zewsząd ptasi rozgardiasz. Nie wywracam życia do góry nogami, ale określam na nowo priorytety i przy każdej ważniejszej decyzji zadaję sobie pytanie-czy to jest dla mnie dobre, czy wypełniam swój plan. Niepotrzebnie obawiałam się, że otoczenie nie zrozumie zmian, które zachodzą. Okazało się, ku mojej radości, że ci, którzy są dla mnie ważni rozumieją. Jaka to ulga nie musieć tłumaczyć dlaczego teraz potrzebuje więcej czasu na życie. Może nie doceniałam dojrzałości innych, którzy widzieli moje zmaganie i zdawali sobie sprawę z tego jak inaczej patrzę na upływające minuty. Każda ma wartość. Jestem pełna wdzięczności za to zrozumienie, które sprawia, że nie muszę się tłumaczyć z nowego, nieco innego stylu i trybu życia. A może po prostu wcześniej nigdy nie próbowałam żyć po swojemu, sądząc, że się nie da, bo inni, bo okoliczności, bo warunki itp. itd.

 

21 kwietnia 2006 Lubię swój kalendarz ze zrywanymi karteczkami. Każdego ranka pierwszy domownik pojawiający się w kuchni odczytuje myśl na dziś. Właśnie zostałam zmobilizowana do większego ruchu zdaniem – codziennie zrób żwawym krokiem półgodzinny spacer. Odkąd weszłam w etap leczenia hormonalnego nie mogę się nadziwić, że słodycze nie uchodzą mi bezkarnie, tak jak to było do niedawna. A zatem więcej ruchu. To mój wiosenny cel. Imponują mi ludzie, a są tacy wokół, którzy pomimo wielu obowiązków znajdują czas na ruch( nie będę używać wielkiego słowa- sport). Skoro oni mogą, to może i ja spróbuję? P.S. 10-ciolatka z nad gazety – „muszę iść do ginekologa, tak piszą w horoskopie… a kto to jest ginekolog?”

 

24 kwietnia 2006 Oglądam sobie galę Wiktorów i myślę o tak zwanym publicznym istnieniu. Cieszę się, że mogę teraz być w domu, popijać sok własnej produkcji (pomarańcze zmiksowane z bananem i jabłkiem) i podpatrywać nasze rodzime telewizyjne gwiazdy, z bezpiecznej odległości. Sławę trzeba lubić. I do tego ją pielęgnować. Wcześniej przeczytałam w felietonie Joanny Szczepkowskiej, że ona nie jest tą samą osobą, która istnieje w mediach i jest na medialny użytek spreparowana. Jak ja ją rozumiem. Z tą różnicą, że ona zapewne zupełnie się nie przejmuje tym swoim (nie swoim) gazetowym życiem, a ja potrafię mocno przeżywać każdą fałszywą ocenę czy informacje. Natychmiast chciałabym prostować, tłumaczyć, a tu trzeba po prostu… odpuścić. Pamiętam jakim zaskoczeniem było dla mnie wyznanie paru radiowych kolegów, którzy po latach przyznali, że bardzo się mnie… bali. Na jednego nakrzyczałam, gdy ustawiał sobie w trakcie dziennika otwarty mikrofon, szurając na antenie, a on pamięta to do dziś. Na szczęście teraz się z tego śmiejemy. Nie zazdroszczę tym wszystkim, którzy dzisiaj stroszą piórka na Wiktorowej gali, choć nie wszyscy czują się tam swojsko (Andrzej Turski powiedział właśnie, że wolałby ten wieczór spędzić w szafie) ale z drugiej strony troszkę żal, że radio nie ma statuetek dla tych, którzy robią swoje w ciszy studia.

 

25 kwietnia 2006 Po przebytym leczeniu robię przegląd generalny. Dziś odwiedziłam swoją lekarkę, która rok temu przekazywała mi kiepską diagnozę, z krzepiącym zdaniem – nadszedł czas mobilizacji. Jestem jej wdzięczna za czas jaki mi poświęcała przez ten rok. Dzwoniła ,pytała jak przebiega leczenie, jak się miewam, co czuję.. Zawsze skupiona na tym by słuchać. To nietypowe. Tak niewielu ludzi potrafi słuchać. A ona dziś, mimo napiętego grafiku zadawała pytania, nie tylko medyczne i słuchała. Pomyślałam sobie, że tak właśnie powinno się leczyć. Rozmową. A dopiero gdzieś tam ,na szarym końcu wszelkimi dostępnymi farmaceutykami. Ile się można dowiedzieć o człowieku, kiedy zaczyna opowiadać. Nasi lekarze z wielu powodów sprowadzają swoją prace do wypisywania recept zakładając, że jeśli przychodzi pacjent to oczekuje lekarstw. Oni piszą, a my wpadamy w wir leczenia kolejnych szwankujących elementów jednej całości. Jakie to ważne, by trafić do kogoś, kto nie widzi wyłącznie „swojego” narządu, ale człowieka, leczy nie chorobę, a nas. Zawiesiłam wysoko poprzeczkę, szukam lekarzy, którzy słuchają.

 

26 kwietnia 2006 Dzień imienin. Nauczyłam się go obchodzić. Tak samo jak urodziny i każdą inną okazję. Po prostu cieszę się nimi, nie krygując i nie udając, że to dzień jak co dzień. A zaczęło się dawno temu w Świętym Mieście, w którym razem z dwiema licealnymi przyjaciółkami dawałyśmy upust nastoletniej energii wymyślając i realizując najbardziej idealistyczne projekty. Wokół nas zawsze było tłoczno. I wówczas, w studenckim klubie Wakans, w dniu moich imienin zebrali się wszyscy Ci, którzy chcieli złożyć życzenia. Nie zapomnę tamtego zaskoczenia i tamtego rozpierającego poczucia dumy, że znalazło się tyle życzliwych osób. To były moje pierwsze tak huczne imieniny, zostały po nich zdjęcia i przekonanie, że dobrze jest być wśród ludzi. Mój dawny idealizm zdążył się już parę razy zetknąć z ziemią, ale wiara w ludzi została. Dziś w inny niż wtedy sposób czuje ludzką życzliwość. Jest w życzeniach, w kwiatach i prezentach. Przepełnia mnie wdzięczność. Dziękuję.

 

27 kwietnia 2006 People are crazy, ileż piosenek zaczynało się od tego zdania. Ludziom trudno dogodzić, w związku z tym nawet nie powinniśmy się starać zadowolić wszystkich. Wystarczy, że skupimy się na zadowoleniu siebie, co przecież wcale nie jest takie łatwe, a zaraz potem najbliższych, to zwykle jest jeszcze trudniejsze. Może jestem crazy ale postanowiłam jakiś czas temu sprzątać po swoim psie. Nie oznacza to, że biegam za nim ze specjalna psią torebka, gdy on hasa po lesie, polanach czy innej wielkiej przestrzeni. Przestrzegam raczej zasady, że w terenie zabudowanym ładniej jest, gdy trawniki i chodniki są czyste. Podobnie zachowuje się kilka znajomych mi osób. I co się okazuje? Nie sprzątać – źle, ale sprzątać – jeszcze gorzej. Usłyszałam taką oto historie. Koleżanka wrzucająca pełną torebkę do osiedlowego kosza zostaje ostro zaczepiona przez sąsiadkę. A co tu pani wrzuca? Posprzątałam po psie-grzecznie odpowiada zagadnięta. Jak to? Przecież będzie nam to teraz śmierdzieć – zdenerwowała się pani. Koleżanka też poczuła przypływ energii i ledwo powstrzymała się przed wysypaniem zawartości z powrotem na chodnik. Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek odważy się coś wrzucić do kosza. P.S. Kartka z kalendarza – nie spisuj nikogo na straty. Cuda zdarzają się co dzień.

 

28 kwietnia 2006 Magnolia biała ma w tym roku o wiele mniej kwiatów niż ostatnio, magnolia różowa już pełna pąków, nie czeka, pewnie rozkwitnie akurat na majówkę. Dom pełen kwiatów (jak tu nie lubić imienin) a powietrze pełne pyłków. Mój organizm przypomniał sobie, że jest uczulony. Kicham, prycham i usiłuje podrapać swe swędzące oczy. Z szacunku dla wątroby, które wciąż musi przerabiać rozmaite pigułki obywam się bez leków anty i na razie usiłuję przekonuje swój organizm do normalności. Zobaczymy czy mnie słucha. Na pewno czerwony nos nie przeszkodzi mi w weekendowych planach. Zamierzam wznieść się nad ziemię podczas zawodów balonowych, odwiedzić połoniny, spotkać dawno nie widzianych. I będzie to kolejne spełnianie tego co miało nastąpić „kiedyś”, ale z powodu likwidacji tej szufladki jest realizowane „tu i teraz”. Pięknych majówek!

 

4 maja 2006 Zawsze kiedy kończę czytać książkę, taką ,która mnie do siebie przywiązuje czuję się osierocona. Oglądam po raz kolejny okładkę, dotykam kartek i próbuje przeciągnąć jakoś nasz kontakt. Nadaremnie. „Nasze problemy to część naszej drogi rozwoju” – sporo było w tej książce myśli mi bliskich. Skończyłam książkę, skończyłam też długi weekend. Ponownym spostrzeżeniem, że nie ma piękniejszego miesiąca niż maj. Ponownym stwierdzeniem, że mieszkam w pięknym kraju. Jestem patriotką. Spotkałam: Ludzi otwartych na siebie nawzajem. Pasjonatów. Życzliwych mi nieznajomych i oddanych mi przyjaciół. Zobaczyłam: Stada saren, niektóre naprawdę z bliska. Kicające zające (jestem z Częstochowy). Wszystkie kolory zieleni bieszczadzkich wzgórz. Kolorowe balony na krośnieńskim niebie. Słyszałam: Dużo dobrych słów. Ptasi harmider. Okrzyki zdumienia i pozdrowienia dla mojej balonowej ekipy, od tych co na dole. Poczułam: Wdzięczność. Radość. Spełnienie. Cdn.

 

5 maja 2006 Poweekendowe opowieści. Żaglówki, morze, góry, lasy. Najpiękniejsze zakątki kraju. Opowiadamy sobie o nich zachwycając się spokojem, cisza, bliskością natury. Mam świadomość, ze każdy w tych zachwytach jest prawdziwy. Dokopujemy się w nas samych do często nieużywanych zdolności dostrzegania tego co urzekające. Czy trzeba szukać pięknych miejsc? One często są obok, na wyciągniecie ręki. Gałęzie kwitnących drzew, dumne tulipany, uśmiechnięte psy, zapach ziemi po deszczu. To mamy za darmo. Tak bardzo cieszył mnie widok ludzi świętujących w swoich ogródkach, na balkonach czy tarasach. Nie spieszyć się, nie wynajdywać pracy, to też trzeba umieć. Z balonu oglądałam domy i ich otoczenie, zadbane, posprzątane, gustowne. Podglądałam życie mieszkańców. Po wylądowaniu odpowiadałam zgromadzonym ciekawskim na pytania zadawane mnie, choć dotyczące „Świata według blondynki” Beaty. Jakie to ma znaczenie. Byłam panią z mediów, równie dobrze mogłabym być wówczas Durczokiem spadającym z nieba, to równie nierzeczywiste. Zresztą kiedy mój pilot wykrzykiwał – „dzień dobry, pozdrawia was Marzena Chełminiak z Radia ZET”, na moje poszturchiwania odpowiadał -przecież i tak nie uwierzą? Przejechałam w ten weekend wiele kilometrów i dziwiłam się kiedy ktoś mi współczuł. To była przyjemność. Kolejny darowany dobry czas.

 

8 maja 2006 Piękna pogoda sprawiła, że ludzie dotąd ukrywający się w swoich domach wyszli na zewnątrz. I zrobiło się ciasno. W stronę lasu prowadzi już nie ścieżka, ale autostrada rowerowa. Chodnik też zatłoczony, wózki, rodziny z dziećmi, wszyscy suną w stronę natury. A tam natura ucieka przed człowiekiem. Stada saren przemykają pędem między rowerzystami, spacerowiczami, joggingowcami. Nie mają lekko. I jak tu nie marzyć o domku w Bieszczadach, gdzie ludzi spotyka się tylko wtedy, gdy się ich chce spotkać, za to sarny czy zające są u siebie. Na weekendowe spacery wybrałam miejsca pod miastem, chodziłam po mazowieckich wsiach, starym cmentarzu i myślałam o swoim szczęściu. Odkąd zaczęłam widzieć pozytywy wciąż ich przybywa. Z koleżanką, która w swoim zawodzie zdobyła wszelkie możliwe zaszczyty czy nagrody rozmawiałyśmy o urodzie zwykłego życia. Jak to przyjemnie móc się nie ścigać i nie udowadniać, że jest się na właściwym miejscu. I tylko na chwilę zasmuciłam się słysząc, że mama koleżanki w rok po zdiagnozowanym raku piersi ma już przerzuty na kości. Wiem, że każdy ma swoją historię i każdy sam pracuje na swoje zdrowie, sukces, szczęście.

 

9 maja 2006 Do niedawna sądziłam, że pierwszy raz zdarza się raz jedyny. Teraz to się zmieniło. Znów przeżywam pierwszy raz… Dziś poszłam pierwszy raz do fryzjera. Ta sama pani Basia, która kilka miesięcy temu obcinała moje włosy coraz krócej i krócej teraz z niedowierzaniem przyglądała się tym nowym orzekając – są grubsze i zamierzają się lekko kręcić. To zdumiewające – mam nowe, inne włosy. Nie boję się też pobierania krwi. Dziś po raz pierwszy w moje żyły wkłuwała się zupełnie nie wprowadzona w problemy pielęgniarka nie z onkologii. Pochwaliłam ją i kiedy było już po wszystkim powiedziałam jak kłopotliwe było to badanie kiedyś. Odetchnęła dziękując mi, że przyznałam się do tego po wkłuciu, a nie przed. Po raz kolejny widzę, jak to co było moim strachem staje się rzeczywistością oswojoną. Zdarzenia stanowią tylko 10% jakości naszego życia, 90% to nasze nastawienie do tego co się wydarzyło. Zmieniłam swoje nastawienie. P.S. O nowym rządzie nie piszę. Na szczęście to czy na moim winobluszczu pojawiają się nowe liście jest niezależne od polityki.

 

10 maja 2006 Co roku o tej porze, gdy kwitną kasztany przypominamy sobie swoje egzaminy maturalne. Z tego wszystkiego zaczęłam się zastanawiać co zdawałam naprawdę, a co tylko wydaje mi się, że było, bo inni o tym tyle mówią. Jedno jest pewne – maturzyści sprzed lat wyglądali zupełnie inaczej. Ostatnio zdziwiłam się widząc telewizyjną migawkę z egzaminów. Dziewczyny w szpilkach, w strojach, które przypominały szkolne tylko z koloru, z długimi tipsami na miejscu paznokci. Nie, nie mam nic przeciwko eksplozji kobiecości, tylko zastanawiam się jak może wyglądać maturzystka za kilka kolejnych lat, skoro tak szybko ewoluuje jej wizerunek zewnętrzny. Z drugiej strony, kiedy wszystko wolno pojawia się naturalna tęsknota do dawnych zasad. Znam rodziców szukających dla swoich dzieci szkół, w których uczniowie chodzą w mundurkach. Nie dość, że pięknie wyglądają to jeszcze mówią „dzień dobry”. 🙂 A zatem im więcej luzu, tym większe pragnienie, by ktoś postawił jasne granice. P.S. Jedna rzecz wywołuje moje zdumienie. Moc samozniszczenia i pogardy dla swego ciała. Gdy na ulicy widzę nastolatków z papierosem mam ochotę zaprosić ich na chwilę na korytarze w Instytucie Onkologii, albo do dziecięcego hospicjum. Dziś wychodziłam stamtąd jak na skrzydłach doceniając to, że idę bez kul (młoda dziewczyna obok szła o kulach), że mam energiczny krok (tak wiele osób powłóczy nogami), że poruszam się o własnych siłach (niejeden jest tam wożony na wózku).

 

11 maja 2006 Ile człowiek może zdziałać kiedy nie pracuje. Wczoraj poza wizytą w Instytucie (wciąż mam w sobie port, który należy płukać) mogłam wykonać kilka zwykłych czynności. Domowałam i celebrowałam zwyczajność życia. Miałam czas! Wieczorem zaliczyłam kolejny pierwszy raz. Wsiadłam na naprawiony rower, który z powykręcanym kołem po wypadku stał przez dwa lata zupełnie bezczynnie. Nie mam traumy, nie bałam się znów jechać po leśnych ścieżkach. Ucieszyło mnie to do tego stopnia, że postanowiłam te rowerowe wycieczki wprowadzić do rozkładu dnia. Wyłącznie w tygodniu, bo w weekendy las jest pełen niedzielnych rowerzystów. A ci są niebezpieczni w swojej euforii czynnego wypoczynku. A tak swoją drogą czy zauważyliście, że Polak tak łatwo nie daje się poskromić zasadom. Jeśli obok siebie są dwie ścieżki- rowerowa i piesza, to którą będzie szedł pan z jamnikiem na długiej smyczy? Oczywiście po rowerowej. Podobnie rzecz ma się z mamami z wózkami, paniami z zakupami, wszyscy oni przechadzają się wolnym krokiem po czerwonej ścieżce. To prawdziwy tor przeszkód! Z drugiej strony, tam gdzie nie ma ścieżek dla rowerzystów miło jest kiedy na chodniku pieszy może czuć się bezpieczny i nie musi kręcić głową wokół własnej osi, w poszukiwaniu zagrożenia. Nie znam się za bardzo na przepisach, ale wydaje mi się, że proste zasady są oczywiste. Chodniki należą do pieszych, ścieżki rowerowe do rowerzystów, a po pasach rowery należy przeprowadzać, tak, by kierowca miał szansę się zatrzymać. Przecież niemal każdy z nas bywa i pieszym, i kierowcą i rowerzystą. A zatem nie czyń bliźniemu swemu co tobie niemiłe. P.S. Właśnie słyszę, że kiedyś na kwitnienie magnolii czekano 15 lat. Czyż nie jesteśmy szczęściarzami mogąc się nimi cieszyć każdego roku?

 

12 maja 2006 Dzisiaj o dzieciach i ich rodzicach. Dorośli dzielą się na tych, którzy po urodzeniu dziecka zachowują się demonstracyjnie, jakby nic się w ich życiu nie zmieniło i na tych, którym zmienia się wszystko. Obie te grupy w bliższym obcowaniu bywają nieznośne. Pierwsi traktują potomka jak torbę, którą zabrać można wszędzie. Chodzą z maluchami do restauracji, na przyjęcia, do kina. Tym sposobem wieczorem w zadymionej knajpie widzimy mamusie, którym dzieci nie mogą przecież odebrać przyjemności życia towarzyskiego. Wczoraj byłam z E. w kinie na nowym Asterixie. Bardzo szybko poczułam się jakbym towarzyszyła kilku porodom na raz. Płacz niemowlaków dochodził w ciemności z różnych stron kina. Starsze maluchy głośno domagały się pop-cornu, toalety, uwagi. Dubbing ledwo się przebijał przez harmider panujący na sali. Film dla dzieci? Tak! Ale nie film dla 3- latków nie potrafiących skupić się na obrazie dłużej niż kilka minut. Już przy Harrym Potterze zastanawiałam się nad rozsądkiem niektórych dorosłych widząc na sali maleństwa. Bombardujemy dzieciaki zbędnymi bodźcami, a potem zastanawiamy się – co to za młodzież, jacy dorośli z nich wyrosną. Tacy, jakich wychowamy. Zbyt łatwo zwalniamy się z odpowiedzialności i myślenia, wychodząc z założenia, że dziećmi winna zajmować się szkoła, bo rodzice czasu nie mają, a jak już znajdą to idą razem pomilczeć do kina, najlepiej na film, na którym to oni będą się bawić, bo dzieci za bardzo nie zrozumieją o co chodzi.

 

15 maja 2006 Niech żyje internet! Niech żyją laptopy. Wącham biały bez, spoglądam na żonkile i małe pąki różowych goździków. Kwiaty są wszędzie. Przeznaczam na nie co tydzień pewną część domowego budżetu, bezboleśnie, bo radość jaką mi dają jest bezcenna. Znam w okolicy każdy ogródek, kibicuję każdemu tulipanowi i podziwiam tych, którzy znajdują chwilę, by zadbać o balkon czy taras. W weekend kolejne pierwsze razy. Pierwszy działkowy grill (bardziej dla atmosfery niż jedzenia), pierwsze piwo, pierwszy wiosenny obiad u znajomych, młoda kapustka, szparagi, chłodnik. Życie smakuje. W moim świecie pojawiają się wciąż nowe twarze, słucham nowych życiorysów, przyglądam się i wiem, że jest mi to darowane. Ktoś opowiada o tajemniczym samobójstwie kolegi, człowieka bogatego, na pozór spełnionego. Ktoś inny sugeruje diagnozę – spadł mu poziom życia , nie mógł się odnaleźć. Znów widzę jak poczucie sensu nie zależy od grubości portfela. Nie obrażam się na życie. Nie wyobrażam sobie, że ono może się znudzić, albo rozczarować. Zaczynam nowy tydzień z wiarą, że tak wiele zależy ode mnie.

 

16 maja 2006 Spotkałam się dziś we śnie ze swoim wujkiem, który od lat nie żyje. Pocałowałam go z miłością. Szkoda, że nie potrafię poskładać reszty sennych puzzli, poszukałabym wówczas symbolicznych znaczeń. A tak na porannym spacerze wysłałam tylko w stronę nieba dobre myśli dla swojego chrzestnego. Poranek w szpitalu. Tłum w przychodni onkologicznej powoduje, że pokornieję. To nieprawda, że się przyzwyczaiłam, że nie robi to na mnie wrażenia. Robi. Kolejny zastrzyk w brzuch. Tym razem rozmawiam z dr.G. o cenie leczenia. Jeden zastrzyk kosztuje ponad 400pln. Gdyby nie refundacja mało kogo było by stać na długie leczenie. Po raz kolejny zastanawiam się nad cienką granicą miedzy leczeniem, a uzależnieniem od pewnych specyfików, a tym samym od firm farmaceutycznych. Dr G twierdzi ,że biorąc te hormonalne zastrzyki wydłużam sobie życie, tym samym nie dając zarobić innym firmom produkującym leki na inne schorzenia. Można i tak. K. napisała kiedyś, że trzeba wierzyć, że w firmach farmaceutycznych też pracują ludzie. I również mają serca. Pomyśleć, że za czasów szkolnych tak samo myślałam o nauczycielach, tych wywołujących największy strach.

 

17 maja 2006 Zadzwonił ktoś dawno nie słyszany. Zabawne. Może minąć kilka lat, ale sprawy jakie uwierają wcale się nie zmieniają. Wciąż te same dylematy i te same problemy. Czuje zdziwienie, rozwijam empatie, ale też zastanawiam się jak silnego wstrząsu potrzebujemy, by przestać kręcić się w kółko. Magnolie przekwitły, zaraz opadną kwiaty z kasztanowców (dziś widziałam różowe) zniknie bez. Życie nie czeka. Jaki jest sens uciekać przed problemami, skoro one wracają z nową siłą? W mojej głowie wciąż kołacze się zdanie przeczytane w książce Bożeny Figarskiej- jakość życia zależy od jakości stawianych pytań. Należy się z nimi zmierzyć, choć odpowiedzi bywają trudne. Trzeba dokonywać zmian, zawracać z drogi, która okazała się ślepym zaułkiem, czyścić, prostować. Na nowo budować. Dawno nie słyszanemu poradziłam – zapytaj siebie. Czego szukasz, czego chcesz. Ale mnie już nie ma. Jesteś. Tylko musisz się do siebie dokopać. Czasem łatwiej jest bujać w obłokach bezwładnie, bez celu jak latawiec. Ale przecież nie o życie na niby nam chodzi. P.S. Nie przestaje myśleć o ks. Michale Czajkowskim, który według materiałów IPN był agentem. Był też moim ulubionym profesorem.

 

18 maja 2006 Nadzieja to cecha odważnych ludzi – powiedziała jedna z amazonek. Ładne zdanie. Mam nadzieję, że zrozumiałam i przyjęłam lekcję jaką dał mi rak i ten etap życia już poza mną. Wczoraj w tv o swoim chorowaniu mówił trener „złotek”, od razu poczułam do niego wielką sympatię , pewnie też dlatego, że czyniliśmy w gruncie rzeczy to samo. Żyliśmy. Lecząc się, zdrowiejąc, nie rezygnując z normalnej aktywności. Ktoś inny, z nowotworową diagnozą mówił, w tym programie, że żyje jak na bombie zegarowej. Nigdy nie wie, kiedy choroba wróci. Nie jestem fantastą, wiem, że rak to choroba przewlekła, ale czym byłoby życie podszyte w każdej minucie lękiem. Mam swoją codzienność, piękniejszą i pełniejszą, strach do niej nie pasuje. PS Kolega z radia dostał niedawno kartkę od mamy. Bez okazji. Było na niej napisane tylko – kocham cię synku. Piękne.

 

19 maja 2006 Miałam kiedyś w radiu program, który nazywał się „Nie zgubię poniedziałku”. Gdybym miała nazwać swój czas powiedziałabym – nie zgubię też wtorku, środy, czwartku, piątku, soboty i niedzieli. Nie zgubię życia. I tak nie odkładając na później tego co może nastąpić teraz, z radością pojechałam na drugi koniec miasta, na spotkanie z koleżankami. Co z tego, że zarwałam noc, co z tego, że dziś marzy mi się kawa na tarasie, wcześniej niż zwykle. Po raz kolejny dostarczyłam sobie energii, która jest dostępna za darmo, wystarczy tylko wyciągnąć rękę. Relacjonujemy to co dla nas ważne, podziwiamy, śmiejemy się, smucimy, doradzamy. Ale przede wszystkim rozmawiamy. Boże, jak miło jest rozmawiać, a nie tylko wymieniać informacje. PS Przeczytałam, że w negocjacjach zdarzają się sytuacje patowe. Gdy istnieje konflikt wartości nie ma co negocjować. Coś w tym jest.

 

22 maja 2006 Dzień domowania. Cieszy mnie każda, nawet najbardziej banalna codzienna zwykła czynność, smuci fakt, że te domowe dni mijają jeszcze szybciej niż zawodowe. Wiedzą o tym wszystkie domujace kobiety. Niektórzy próbują się dziwić- co ja robię z tym darowanym czasem. Ja nie mam na to zdziwienie czasu 🙂 Rano odkryłam, że szkoda, by tak piękny poniedziałek podziwiać zza szyby. Spakowałam książkę, wsiadłam na rower i po chwili siedziałam na leśnej polanie w towarzystwie innych, którzy mieli dziś czas. Szumiała fontanna, emeryci wymieniali się wiadomościami, rowerzyści wystawiali twarze do słońca. Ptaki hałasowały. Siedziałam i ja, trochę czytając a trochę chłonąc ten leśny bezczas. Jestem sama ze sobą. Sama, ale nie samotna. Do niedawna poczucie wielu obowiązków nie pozwalałoby mi na takie „marnowanie” dnia. Teraz już wiem, że to bycie najbliżej siebie jest dla mnie ważne. Czuję, że spełnienie i to co nazywamy szczęściem nie jest na zewnątrz, jest we mnie. Utwierdzam się w tym czytając listy od dawnej koleżanki. Posądza mnie o udział w wyścigu, światowe życie. Nie tłumaczę, nie wyjaśniam. Jestem sobą. Nie ma wielkiego świata, jest jeden świat. Ten we mnie.

 

23 maja 2006 Kochani bywalcy tej strony. Jak pewnie niektórzy zauważyli pojawił się link do forum. To dodatkowe miejsce dla tych, którzy po wizycie na WWW czują niedosyt i chcieliby więcej, głębiej, bliżej. Forum jest moderowane przez Pogodynkę [pogodynka], opiekuje się nim też mój osobisty Admin [adminM]. Mam nadzieję, że odnajdziecie tam tę samą atmosferę, która panuje dzięki Wam na stronie. Będę tam gościem [Głos], tak często jak tylko to będzie możliwe. Życzę dobrych wiatrów na tym oceanie 🙂

 

24 maja 2006 „Z okazji wizyty Benedykta XVI alkoholu nie sprzedajemy, 25 i 26 maja”. „Palenie tytoniu szkodzi zdrowiu”. Zdumiewająca, a nawet zabawna obłuda. Spotkałam się z kimś z zagranicy, mówi, że w Polakach jest jakaś tęsknota do króla. Stąd uwielbienie dla jednostek. Zastanawiam się, jak czuje się ks. Dziwisz w roli alter ego Papieża i czy aktor Piotr Adamczyk nabrał już cech świętego. Zaprosiłam go na niedzielę do radia, sprawdzę. Piątek jest dniem wolnym. Znów mamy w Polsce długi weekend. Niespodziewany prezent. Nie sądzę, by wszyscy kontemplowali w tym czasie słowa Benedykta, ale może chociaż pokontemplujemy przyrodę, albo zrobimy porządek wokół siebie. To też będzie z pożytkiem dla ducha.

 

25 maja 2006 Czym się różni usługa od przysługi? Za usługę się płaci. Na szczęście są jeszcze tacy wśród nas, którzy pamiętają co oznacza „przysługa”. Kiedyś nie było usług, za to doświadczaliśmy wielu przysług. Potrafimy czynić coś zupełnie bezinteresownie. Widzą to ci, którzy patrzą na nas z dystansu. Lubię słuchać opinii o Polakach. Ostatnio dowiedziałam się, jak ważna jest dla nas rodzina. Faktycznie, to co dla nas zwykłe – innych zachwyca. U nas wciąż normalne jest spędzanie czasu razem, niedzielne obiadki u mamy i duże spotkania przy każdej rodzinnej okazji. Nawet te huczne, swojskie wesela, na których wujkowie depczą po palcach zachwycają. Zaliczyłam w swoim życiu etap dystansowania się od rodzinnych rozrywek. Aż oświeciło mnie i spojrzałam inaczej – w rodzinie siła. O nic nie muszę zabiegać, starać się, udowadniać. W rodzinie jestem zawsze. I tu nie ma usług, Są wyłącznie przysługi. Dlatego po raz pierwszy z własnej ,nieprzymuszonej woli wybiorę się na rodzinne wesele, możliwe, że tym razem już nie usłyszę – Marzenka – aleś ty wyrosła 🙂

 

26 maja 2006 Cieszy mnie twarz Papieża. Lubię Jego uśmiech. Podziwiam fizyczne siły. Jemu się chce. Podobno na wieść o tym, że został jednak wybrany papieżem jęknął- Panie, nie rób mi tego. Po czym zabrał się do roboty. Nie zawsze to co na nas spada jest zgodne z naszymi planami, ale skoro już jest- cóż robić, trzeba się zaangażować całym sercem. Można pracować na 100%, ale można też zdrowieć na 100%. Po prostu żyć intensywnie, także wtedy, gdy nic wielkiego się nie robi. Wczoraj wieczorem „intensywnie” piłam kawę z A. Byłyśmy razem, opowiadając sobie o tym co dla nas ważne. „To co masz zrobić jutro, zrób dziś”. Wiem już dlaczego tak lepiej. Dobrego weekendu, takiego na 100%.

 

29 maja 2006 Tyle słów, tyle ważnych zdań. Tak bogaty w wydarzenia weekend. Benedetto w Polsce, ja w Świętym Mieście. I niedaleko w najpiękniejszej krainie dzieciństwa. Podróż sentymentalna, Jego? Moja? Chłonę. Słowa. I miejsca. Szukam dawnych ścieżek. Nie ma ich. Odkrywam sielską przeszłość. Pod powiekami dawne, prawie bajkowe obrazy, teraźniejsza rzeczywistość siermiężna. Nie ma już kina, w którym oglądaliśmy Zorro, nie ma zielonej budki, w której kupowaliśmy za kieszonkowe baryłki z likierem, ani warzywniaka z oranżadkami w proszku (smakowicie musowały na języku). Nie znalazłam drzewa, na którym tata wieszał nam smakołyki (najwyżej były te najbardziej cenne) ani grobu mojego pierwszego psa Urwisa. Jest szkoła, chyba nie remontowana od 30 lat i kilka tych samych domów. Ta sama ulica, na której ścigając się na rowerze wjechałam wprost pod karetkę pogotowia. Nic się nie stało, ale do dziś mam w uszach wrzask kierowcy. Zamiast stacji kolejowej – sklep, w restauracji – magiel, a nad stawem budki z najtańszym piwem i małymi batonikami (większych, droższych nikt tu nie kupi – tłumaczy sprzedawczyni. Przeszłość żyje we mnie. Ale ja nie żyję już tylko przeszłością. Zrobiłam się bardzo sentymentalna. Czy zawsze dzieciństwo tak bardzo smakuje?

 

30 maja 2006 Jest taki moment w życiu kiedy odkrywa się istnienie zła. Byłam świadkiem takiego otwarcia oczu. Obozy koncentracyjne… po co? Dzieci też tam zabierali? Ale przecież dzieci były im niepotrzebne. Właśnie dlatego. Co bardziej bolało – duszenie się w komorze, czy rozstrzelanie? Jak mówić o czymś co jest tak niezrozumiałe. Niepojęte. A na dodatek nie jest zamierzchłą historią. Przy okazji wizyty Papieża znów te same obrazki w TV. Dla mojego pokolenia wychowanego na wojennych serialach, to oczywiste kto z kim i przeciwko komu. Teraz świat miesza w swej ignorancji ofiary z oprawcami. Mówię zatem o wojnie, o tych okropnościach i zastanawiam się po raz kolejny jak to pierwsze odkrycie zła zmienia ufność i poczucie bezpieczeństwa dziecka. Mówię wierząc, że przekazując prawdę dokładam się do okrzyku Bono – no more war.

 

31 maja 2006 Jutro dzień dziecka, rodzice w amoku. Konsultują, negocjują, decydują. Od rana rozmawiam z innymi o tym święcie. Jakie prezenty cieszyły i dlaczego. Nikt nie dostawał komputerów, telefonów, telewizorów do pokoju. A takie są życzenia dzieci. L. mówi, że świat zwariował. Ona cieszyła się zakładki do książki( wcale nie urodziła się przed wojną). Ł. mówi, że do dziś pamięta smak czekolady z dużymi orzechami, tej z szybką, podobno robaki też w niej były. Ta czekolada zawsze była dodatkiem do prezentu. O prezentach zapominał szybko, czekoladę pamięta. Jakie dziecko teraz pragnie czekolady? Jeśli chce idzie sobie do sklepu i kupuje. Nie ma za czym tęsknić, bo wszystko jest niemal na wyciągniecie ręki. Nie trzeba czekać na okazje, bo współczesne dzieci prezenty dostają ot tak. Każda nowość staje się przedmiotem pożądania przez krótka chwilę, bo przecież zaraz na rynku pojawia się coś jeszcze nowszego, to coś koleżanka już ma. Znam dzieci, którym nic nie brakuje, no może nie mają jeszcze mieszkania i samochodu. Zastanawiam się jak nudne będzie ich życie, w którym na nic nie trzeba czekać, bo niemal każde marzenie spełnia się zanim zostanie wypowiedziane.

 

1 czerwca 2006 Nie oceniajcie nigdy miasta tylko po tzw. turystycznych atrakcjach. Wczoraj przez krótką chwilę, spacerowałam po starówce. Tam umówiłam się na szybkie spotkanie z kimś z rodziny. Wycieczka szkolna. Łazienki, Starówka, ogrody BUW-u. W przerwie czas wolny, w okolicy kolumny Zygmunta. Co robią nauczycielki? Idą na kawę. Na starówce restauratorzy maja w głębokiej pogardzie klientów, bo oni i tak są. Kawa w Manekinie w niczym nie przypomina espresso. Podana z zimnym mlekiem smakuje jak dziadowska lura. Zabieram panie do Gwiazdeczki. Na studiach chodziliśmy tam na (nie, nie kremówki) wuzetki. Dziś komercja dotknęła i starą, dobrą Gwiazdeczkę. Jest tam wymuskany Jazz Bistro. Na oszklonym patio gwar niczym na Marszałkowskiej. Wycieczka Japończyków spożywa obiad. Jazzu nie słychać. Kelnera nie widać. Zauważa nas po 10 minutach, przynosi karty. Po kolejnych 10 minutach odbiera zamówienie. Zwykłe, najprostsze – kawa, herbata, koktajl. Znika. Na spotkanie mamy 45 minut. Rozmawiamy. Japończycy zjedli, wychodzą, słychać jazz. Ale kelnera nie widać. Kiedy przynosi napoje my mamy ostatnie 5 minut. Wypijamy w pośpiechu, płacimy przy kasie. Mamy wrażenie, że bez nas Gwiazdeczka też dałaby sobie radę. Nie lubię starówkowego ignorowania klientów. Nie będę tam pić kawy. I wy też tego nie róbcie. P.S. Z kartki z kalendarza „Dawaj dzieciom zabawki napędzane wyobraźnią, nie bateriami”. PS2. Ktoś kogo wcześniej bym o to nie podejrzewała zadzwonił dziś o poranku tylko po to, by powiedzieć, że mnie uwielbia i życzy mi miłego dnia. I oczywiście taki jest, ten świąteczny czwartek!

 

2 czerwca 2006 Dzwoni kolega z podstawówki. Odkąd po latach spotkaliśmy się na spontanicznym zlocie klasy odzywa się do mnie regularnie. A to jakieś pytanie, a to troska o zdrowie itp. Niewiele o sobie wiemy, nasz kontakt urwał się dawno, dawno temu. Dziś usłyszałam w słuchawce jego rozanielony głos. „Zakochałem się”. Hmm, wcześniej miał żonę i dzieci. Czyżby wiosna małżeńskiej miłości. Nie. Kolega zakochał się w kimś innym, właśnie dostał czułego całusa, jest szczęśliwy. I już po rozwodzie. Dzieci? Dzieci są najważniejsze. Ale jakoś tego tematu nie rozwija. „Dam ci Agusie do telefonu” – proponuje. Ale po co? – pytam „Bo ona tu jest obok mnie i słucha”. No więc rozmawiam z Agusią, jeśli rozmową można nazwać kilka zdań. Dowiaduję się od dziewczyny dawnego kolegi, że jest trudno, bo inni biorą ich za rodzinę (ojciec z córką). Faktycznie, głosik ma nastoletni. Pytam kolegi o wiek- tak, jest młodsza 10 lat. Ale przede wszystkim jest taka młodzieńcza. I znów wyznania miłości. Bardzo wczesna faza, myślę sobie i wciąż nie wiem dlaczego to mnie wybrał na świadka tego uczucia. A z żoną nie byłeś z miłości? „Nie, z obowiązku”. Jak to? „Miałem 26 lat, czułem, że muszę się ożenić”. Brzmi niewiarygodnie, ale nie dyskutuję. „Wszyscy chcą kochać” myślę. I życzę im wszystkiego dobrego, choć w głowie mam obraz żony, której mąż się zakochał. Nie w niej.

 

5 czerwca 2006 Rozmawianie, a nie tylko wymiana informacji. Coś takiego przytrafiło mi się tego przedpołudnia. Z M. Która postanowiła się oczyścić i pisze książkę. O wartościach, o tym co teraz jest tabu, a co nie jest, o zmianach jakich w życiu doświadczyłam. O sile rodziny, dorastaniu do niej, korzeniach, złu. Kiedy tak na głos zaczynam wypowiadać swoje poglądy zauważam, że je mam. Konkretne. Mówiąc, porządkowałam swoje „tu i teraz”. Bardzo dobre spotkanie, bardzo cenne minuty. W weekend kolejny zachwyt nad urodą polskich krajobrazów. Cieszy każda turystyczna inicjatywa. Oglądam dinozaury w bałtowskim parku jurajskim i pokornieję. Czym jest moje krótkie istnienie? Wesele tradycyjne. Z tym co w tradycji piękne, śmieszne, takie sobie. Cieszę się widząc swoją rodzinę bawiącą się i wymieniającą historiami. Słucham i wiem, już ,że takie imprezy są bardzo potrzebne. Jedna rodzina nie przyjechała. Kiedy zapytałam dlaczego- usłyszałam, że dla niej każdy wyjazd jest bardzo kosztowny. Nowe stroje, podróż, prezent. Pomyślałam wówczas jak niewiele w życiu nam się opłaca. Na szczęście są tacy, którzy rządzą pieniędzmi, a nie dają im się rządzić.

 

6 czerwca 2006 Brrr. Kolejny zimny czerwcowy dzień. Czy wkrótce będziemy wspominać odległe lata, kiedy wiosną świeciło słońce, a latem było po prostu ciepło? Coraz częściej moje myśli wybiegają do przodu. Za kilkanaście dni ponownie odkryję dla siebie Chorwacje, potem Toskanię. Już czuję smak tamtejszych pomidorów. Arbuzów. Znów mam wakacje! Z lekką nieśmiałością otworzyłam truskawkowy sezon. Nie było najgorzej. Nasze truskawki, mimo braku słońca smakują truskawkami. Kolega opowiadał mi o truskawkowej produkcji w Szkocji. Zajęła się tym jego siostra, podbijając rynek. Tamte truskawki są wizualnie piękne i dorodne, cieszą się wielkim powodzeniem. Jak smakują? Jak tektura. Skąd zatem ich powodzenie? Tamtejsi ludzie nie znają innego smaku. Oni go nie pamiętają. Dlatego produkt truskawkowopodobny biorą za prawdziwy. Czy doceniamy fakt, że nasze owoce i warzywa wciąż smakują i pachną? U mnie dziś koktajl. P.S. Postanowiłam upiec chleb, korzystając z przepisów jakie dostałam. To reakcja na kajzerki z gumy, kupione pod szyldem uznanej piekarni.

 

7 czerwca 2006 Jak ja lubię miejsca z duszą. Takie, w których widać pasję bądź duszę twórcy. To może być zakład szewski (coraz trudniej takowe znaleźć), maleńki sklepik spożywczy (byleby z tą samą co zawsze panią za ladą), czy mała galeryjka z tym co piękne. Mam taką na placyku. Zawsze zatrzymuje się przed witryną, by popatrzeć na często do niczego nie potrzebne rzeczy. Kupuje tam prezenty. Takie, które cieszą oko. Najpierw cieszą mnie. Dotykam, wybieram, a potem następuje rytuał pakowania. Wtedy przychodzi czas na pogawędkę. W maleńkiej galeryjce pani artystka uczy dzieci sztuki. Praktycznie. Dziś trafiłam na papierowe modele ulubionych zwierzaków. Cudne. Wyrażam podziw, przyglądam się, pani mówi jaką techniką zostały zrobione. Zastanawiamy się razem dlaczego wśród dzieci w jej sklepie-pracowni najwięcej jest lwów i koziorożców. Choć artystyczne znaki to niby panny i wagi. Żegnam się. Wpadam do księgarni. Pomiędzy półkami mała fontanna, na stoliczku obok ekspres do kawy. Z głośników płynie smooth-jazzowa muzyka. Przeglądam książki. Szukam subiektywnego przewodnika po Toskanii. Sycę się atmosferą tego miejsca. Tak bardzo czuć, że i sklepik i księgarnie prowadzą ludzie, którzy lubią to co robią. Oto klucz do sukcesu-nie zawsze finansowego.

 

8 czerwca 2006 Naprawiałam wczoraj świat. Wypijając kolejne kieliszki wina gadaliśmy o tym co wokół nas. O tym jak czujemy się w swoim kraju, o roli jaką pełnimy, o przeczekaniu, o działaniu. O tym jak marni ludzie żyją sobie w dobrym cieniu, a ci z zasługami zajęci są walką ze sobą. O nietolerancji, populizmie, nowych podatkach, stosunku braci do inteligencji. Zmiany. Wszędzie zmiany. Udawać, że nas nie dotyczą? Niemożliwe. Im bardziej niepokojące są wieści w wiadomościach, tym bardziej zależy mi na moim świecie drobnych spraw. Zaraz zaparzę kawę. Może uda mi się wypić ją w słońcu. Pomyślę o tym co dobrego wydarzyło się przez ten rok. Jutro… specyficzna rocznica. Wyników biopsji. Rok temu jeszcze nie wiedziałam, że za moment pewien telefon odmieni moje życie tak radykalnie i na zawsze.

 

9 czerwca 2006 Był czas truskawek, czas piwonii. Zadzwonił telefon. Nastał czas… raka. Ze wszystkimi z tym związanymi emocjami, zmianami, odkryciami. To było rok temu. Nie czynię podsumowań. Przeczytałam ponownie ulotkę swojego leku. Mam go sobie serwować przez 5 lat. Powaga tej medycznej treści mocno wbija w ziemię. Życie jest i kruche i silne. Jak mawia A. – życie trwa.

 

12 czerwca 2006 Życie w strachu. Czym jest? Co mi zabiera? Ostatnie kilka dni to uparcie pojawiający się ten wątek. Zaistniał wraz z odczuciem połamanych kości. Do niedawna ponarzekałabym na pogodę, może na pilates, albo rower i dalej robiła swoje. Teraz gdzieś tam, głęboko, rodzi się myśl. Może to ból kości – związany z rakiem, przerzutami. Przyglądam się tym dywagacjom i widzę jak niewiele trzeba, by zacząć się bać. A zaraz potem – jak niewiele trzeba, by zgubić radość, lekkość życia. Dziś się zbuntowałam. Nie mam ochoty wsłuchiwać się z lękiem w sygnały od swojego ciała. Chcę je szanować, znać i dbać o nie najlepiej jak potrafię, ale nie zamierzam histerycznie przeżywać każdego strzyknięcia. Nie uciekam od wiedzy o chorobie, nie wypieram doświadczenia jakie za mną. Chcę tylko znów być mocno w teraźniejszości. Wierząc, że na tak wiele mam wpływ. Wybieram zdrowie. A także zdrowe myśli. Za chwile postawię przed sobą kubek z ulubioną kawą. Popatrzę na zioła w doniczkach, oregano tak bujnie się rozrasta. Zetrę na palcach listki tymianku i szałwii. Powącham i ucieszę się na myśl, że do moich wakacji w Toskanii już coraz bliżej. P.S. Rozbawił mnie w weekend sympatyczny Jerzy Dudek, który w telewizyjnej rozmowie kończył swoje wypowiedzi starym powiedzonkiem – „co nie?” Tak dawno tego nie słyszałam 🙂

 

13 czerwca 2006 Zostałam postawiona do pionu. Jakie przerzuty? Jaki rak? Czy kiedy boli mnie głowa oznacza, że mam guza mózgu? To tylko fragment pytań z jakimi mierzyłam się po publicznym przyznaniu, że pierwszy raz od końca leczenia dopadły mnie gorsze myśli. Jednocześnie zauważyłam, że wraz z nimi pojawia się działanie. Czas znów zadbać o swe przekonania. Może nawet wrócić do początku i znów rozłożyć lęki na czynniki pierwsze, oddzielić prawdziwe zdarzenia od moich reakcji na nie. Zobaczyć, że to ja wybieram swoje myśli. Widzę, że nic nie jest nam dane raz na zawsze. Spokój, poczucie bezpieczeństwa, optymizm to też trzeba pielęgnować. Czas nas uczy pokory. P.S. Lekarz bez zastanowienia powiedział, że moje bóle kości to normalny skutek uboczny lekarstw. A zatem reszta należy już do mnie.

 

14 czerwca 2006 Jaka jest różnica między Polską w czasie II wojny światowej i dzisiejszą? – wtedy rząd był w Londynie a naród w kraju A dziś rząd jest w kraju a naród w Londynie… Taki dowcip dostałam przed mundialowym meczem z Niemcami. Uśmiechnęłam się, ale tak naprawdę zadumałam. G. wyjechał do Stanów, kiedy taka decyzja oznaczała życie na wyższym, lepszym poziomie. Rodzina odbierała paczki, pieniądze, pisała listy. Była dumna. G. przyjeżdżał od święta. Nie zawsze zdążył na czas. Stracił wizę. Następny wyjazd to przeprawa na dziko. Z Meksyku. W Polsce nastąpiła kolejna Rzeczpospolita. Dzieci urosły. Żona się odzwyczaiła. Ostatnie Boże Narodzenie to jej złość. Po co on przyjechał, teraz będzie miał kłopot, by znów tam się znaleźć. Bycie „tam” dawało rodzinie bezpieczeństwo finansowe. I spokój. Kiedy wrócił „na zawsze” poczuł, że nie jest mile widziany. W domu czekało na niego osobne lóżko i obce dzieci. Nikt tu już nie tęsknił. Nikt też nie potrafił z nim żyć. G. posiwiał. Kiedy rozwiązał mu się język opowiedział mi o swych planach. Chce tam wrócić. Tu już nie jest u siebie. Miałam przed oczami człowieka przegranego. Bez pieniędzy, na które ciężko pracował zagranicą, ale też bez rodziny. Czy było warto? Pomyślałam ja, ale nie wiem, czy zapytał sam siebie on.

 

16 czerwca 2006 W. pięknie napisał, że doświadczenie kruchości naszego istnienia jest ważne dla jego zrozumienia. Czyż ja tego nie doświadczam właśnie teraz. Jestem w zupełnie nowym miejscu. Nie kłócę się z Bogiem i nie pytam dlaczego. Może kiedyś zrozumiem, a może nigdy. Wiem za to jak bardzo smakuje mi teraz życie. Jak inaczej widzę to czym do niedawna sama się emocjonowałam. Nie zlikwiduje zła jakie jest wokół, jestem odpowiedzialna za swoje reakcje, swoje działania. Za siebie. Mam oczy otwarte. Dawna naiwność zniknęła, została ufność, bo ona jest chyba czymś z czym człowiek się rodzi. Niech mi towarzyszy. Ufam. Czasem się dziwie, że inni potrafią się sobą bawić, tworzyć fikcje. Po co? W jednym, tak krótkim istnieniu cała energia winna iść na samo życie. Chyba rozumiem o co chodziło mojemu prezesowi, gdy napisał, że w życiu najważniejsza jest przyjemność. Nie tylko o hedonizm.

 

19 czerwca 2006 „Zachowuj się tak, jakby w życiu wszystko zależało od Ciebie, ale ufaj Bogu tak, jakby wszystko zależało od niego”. Usłyszałam wczoraj, dziś się tym dziele. To a propos odpowiedzialności za własne sprawy, własne ,myśli, własne działanie. Tak łatwo zrzucamy wszystko na siły wyższe, nie mierząc się nawet i nie siłując. Pokonałam zakręt. Lęku, gorszych myśli, nerwowego przyglądania się strzykającym kościom. Nawet, gdybym chciała się zachwycić swoja siłą nie mogę tego zrobić. Równowaga, harmonia, optymizm, to wynik pracy. Nie zachłysnę się swoim zwycięstwem, nie poczuję panem życia i śmierci. Dostałam narzędzia, do tego, by uczynić swe życie szczęśliwym, zdrowym i spełnionym. Tylko tyle i aż tyle. Nowy, piękny tydzień. Zakończę go w Dalmacji. Czy potrzebuję lepszego bodźca, by energetycznie zacząć dzień? PS Tylko gdzie się podziały moje ulubione sandały?

 

20 czerwca 2006 Czy to co robimy sprawia, że komuś żyje się milej, przyjemniej, mądrzej? Jest taki moment kiedy pojawia się pytanie o sens. Pracy. I wielu czynności, które wykonujemy, by zarabiać. Nie każdy ma fart i robi to co lubi. Doceniam swoje szczęście. Moja praca to sposób na życie. Opłacana, doceniana. Thanks God. Łapie się jednak na tym, że nie chce przyczyniać się do utwierdzania dziwnego systemu wartości. Sława ludzi, którzy samym pojawieniem się na ekranach telewizorów magnetyzują innych. Co zrobili? Wielu z nich nic. Wzdrygam się przed promowaniem kogoś tylko dlatego, że jest popularny. Czym jest w naszych czasach popularność? Chwilą w mediach. Często bez wyraźnego powodu. Przeglądam gazety i widzę piłkarzy prezentujących swoje domy, auta, markowe ciuchy. Panowie zarabiają niewyobrażalne sumy. Do wywiadów radiowych często się nie nadają. Nie potrafią mówić. Nie pytam o sprawiedliwość. Zastanawiam się dlaczego nie darzymy takim uwielbieniem ludzi, którzy pracują z pasją w swoich zawodach. Lekarzy, nauczycieli, naukowców ratujących swoimi odkryciami życie. Wielokrotnie historie usłyszane w pociągu są bardziej emocjonujące i pouczające niż te, którymi raczą nas tak zwane gwiazdy. Może dlatego w moich wywiadach bardziej interesuje mnie człowiek niż to jaki zawód wykonuje. W najbliższą niedzielę góral na scenie?

 

21 czerwca 2006 Uff jak gorąco. Ponieważ jestem córką narzekającego narodu to pozwalam sobie od czasu do czasu ponarzekać. Czy pamiętacie, że lato kiedyś bywało bardziej stałe? Wiosną było ciepło, latem, bardzo ciepło, ale nie zaskakiwały nas upały, nagłe zmiany temperatur. Gdzie podziały się 4 pory roku? Dość pojękiwania. Kiedy świeci słońce, tak jak dziś wyobrażam sobie jak przenika w moje ciało, jak zostawia mi masę energii i siły. Podczas porannego spaceru macham rekami, podnoszę tę bez węzłów i sprawdzam czy wciąż jest tak samo sprawna jak lewa. Coś tam w niej pobolewa, coś ciągnie, ale najważniejsze, że jest. Zaczęłam pakowanie. Wygląda to tak, że w jedno miejsce znoszę to co mi się przypomni. Zrobiła się już niezła góra. Nic dziwnego, skoro pozbierałam zewsząd książki z Toskanią i Chorwacją w tytule? Jak zawsze tuż przed wyjazdem pojawia się mnóstwo spraw niecierpiących zwłoki. No tak, żeby wyjechać trzeba się najpierw zmęczyć. Nie protestuje. Meczę się dalej i byle do piątku.

 

22 czerwca 2006 Przez Polskę przechodzą burze. W domach duszno, w pracy w studiu rześko. Po domu chodzę boso w jak najbardziej zwiewnych ciuszkach, na tarasie ciepła posadzka. To dla mnie świetna zaprawa przed urlopem. Tradycyjnie im bliżej wyjazdu, tym więcej spraw na mojej głowie. Wpadam na niecierpiące zwłoki pomysły. I wcale się nie zastanawiam dlaczego to wszystko dzieje się akurat teraz, gdy powinnam przeglądać mapę, a nie zestaw myśli w mojej głowie. Ponieważ jednak podstawą sukcesu jest nastawienie to ja stwierdzam głośno, że nastawiam się afirmacyjnie. I nikt i nic mi tego nie odbierze. PS. Wczoraj pan z zagranicy szukał w sklepiku z prezentami jakiegoś polskiego świętego, dla żony katoliczki, najlepiej patrona na łańcuszku. Takiego jak św. Patryk w Irlandii. Ponieważ obsługa nie mówiła po angielsku usiłowałam mu pomoc. I do teraz nie wiem czy dobrze zrobiłam odpowiadając mu ,że my świętych na łańcuszkach nie mamy.

 

23 czerwca 2006 Dzień białych bluzek, granatowych spódnic. Znów odświętnie na ulicach. Dzieciaki zaczynają wakacje, a ja myślę o tej przestrzeni i perspektywie, która otwierała się przede mną za każdym razem, gdy ze świadectwem wracałam do domu.2 miesiące bez codziennych obowiązków i tej uczniowskiej rutyny. Wtedy czas niedoceniony. Dziś jadę na urlop, który niewiele ma wspólnego z tamtymi wyjazdami. Nie będzie to ani autostop, ani bezterminowa włóczęga. Człowiek dorosły ma urlop od- do. W bardzo konkretnym miejscu. Będę po 15 latach tam, gdzie kiedyś jeździłam bez wielkich pieniędzy, bez obycia ale za to z wielkim entuzjazmem odkrywania zagranicznego świata dla siebie. Nie spałam w hotelach, ani w wynajmowanych domach, nie jadłam w restauracjach. A jednak byłam szczęśliwa. To wcale nie będzie podróż sentymentalna. Tamtego czasu nie sposób odtworzyć. Jadę inna, w innej rzeczywistości. Ale z nadzieją, że kiedy znów stanę w jakimś włoskim kościółku pod starym ołtarzem i usłyszę dźwięk organów, to znów tak jak 15 lat temu popłaczę się ze wzruszenia. Dobrych wakacji!

 

18 lipca 2006 A jednak wszystko ze mną w porządku! Nie odzwyczaiłam się od przyjemności. Nie zapomniałam. Nawet więcej. Jestem na wyższym poziomie tego hedonistycznego samorozwoju. Potrafię te przyjemności kreować, a potem konsumować. I prawie nie czuję się winna, że myślę o sobie, że wydaję pieniądze, że pozwalam sobie na coś co dla mnie samej kiedyś było zbytkiem. Cieszyło mnie wszystko. Kolor wody w Adriatyku, podświetlany toskański basen, ale też i ten mały, swojski na Warmii, gdzie teraz jestem. Te wakacje są piękne. Pełne nowych odkryć i sentymentalnych wzruszeń. Mój apetyt na życie tylko się wyostrzył. I niech nikt nie mówi, że to „bycie” może się znudzić. Jest jeszcze tyle historii do wysłuchania, tyle ludzi do poznania i tyle miejsc, w których chciałabym przysiąść na chwilę. Do końca tygodnia jestem na zielonej trawce skąd budzę słuchaczy radia, to jednak daleko od szosy 🙂 Dlatego do codziennych wpisów wrócę od poniedziałku.

 

24 lipca 2006 Czy to już? Pierwsza część urlopu przechodzi do historii? Wyczekane, wymarzone, zaplanowane wakacje w Chorwacji, Toskanii i na Warmii uczyniły mnie szczęśliwą. Nie boję się tego słowa. Nie czekam na specjalne okazje. Wszystko czego doświadczałam przez ostatnie tygodnie było jak prezent od losu. Łapałam chwile, od wczesnych poranków po późne noce. I może to wyglądało na życie „do przodu”, choć dla mnie było po prostu byciem tu i teraz. Dość szybko odkryłam, że to najpiękniejsze wakacje. Byłam wdzięczna. Za urodę Chorwacji, ciepły Adriatyk, kolor wody i świeżość wodospadów Krka. Za smak owoców morza, białego wina i codzienny świergot ptaków. Za porażające pięknem toskańskie widoczki i kawę wypijaną w tym samym miejscu co 15 lat temu. Za swojskie warmińskie krajobrazy i zapach poziomek. A przede wszystkim za to, że jestem. Od tygodnia wstaję o 4.30 rano i nie zamierzam narzekać. Byleby życie trwało. CDN.

 

25 lipca 2006 Wczoraj usłyszałam o bezsensownej śmierci Ewy Sałackiej. Ta aktorka zawsze będzie mi się kojarzyła z wielką życzliwością. Słowa, którymi dodawała mi otuchy 10 lat temu są wciąż we mnie. Pewnie wówczas nawet nie sądziła jak są dla mnie ważne. Ale czy nie na tym polega wpływ innych na naszą codzienność. Cudza obecność, jakaś rzucona w biegu myśl, rada to wszystko ma swą moc. Jak to pisał Coelho podążaj za znakami. Najpierw jednak trzeba mieć na nie oczy i uszy otwarte. Kilka dni temu przy ognisku rozmawiałam z gospodarzem W. o jego historii. Typowy życiorys emigranta sprzed stanu wojennego. Wspinanie się po szczebelkach zagranicznej kariery, aż do osiągnięcia dobrobytu. I szybka decyzja o powrocie do Polski. Dlaczego? „Nie chciałem tak jak inni koledzy snuć plany, a potem z tymi planami umrzeć”- powiedział, uświadamiając mi po raz kolejny, że marzenia trzeba realizować. Ponieważ gospodarz W. wciąż nie jest przekonany, że znalazł już swoje miejsce, nie wątpię, że je znajdzie, bo on szuka. Tylko kto szuka znajduje.

 

26 lipca 2006 Dobrze jest widzieć rzeczy prostymi. Dorosłość nie wiedzieć czemu polega na komplikowaniu tego co może być proste. Dlaczego garstka zapartych fanatyków wywołuje wojny, wplątując w nie innych? Dlaczego matka nie potrafi zaakceptować syna geja, tak jakby z tą wiadomością przestawał być jej dzieckiem? Dlaczego katolicka rodzina potrafi skłócić się o pieniądze ze spadku? Skąd w niektórych antysemityzm, nietolerancja, pogarda dla inności? Te pytanie są blisko mnie. „Nie czyń bliźniemu swemu co tobie nie miłe”. Tyle wystarczy. To naprawdę aż tak dużo? Życie jest proste.

 

27 lipca 2006 Poranne wstawanie sprawia, że upały prawie mnie nie dotyczą. Przemykam się do pracy w chłodzie (podziwiając za każdym razem obrazy jakie maluje słoneczne światło na niebie), wracam gdy termometr już pokazuje 30 stopni, zasypiam, a kiedy ożywam, wieczorem znów jest przyjemniej. Wczoraj wychodząc późno z kina zachwyciłam się nocnym życiem. Temperatury sprawiły, że ludzie opuścili swe rozgrzane domy, spacerowali, siedzieli przy kawiarnianych stolikach. Czy to na pewno Warszawa? A nie południe Europy? Przypomniałam sobie od razu chorwackie wieczory na tarasie, przy winie, z widokiem na morze, ale też i te w Trogirze czy Primostenie spędzane na kolacjach koniecznie w miejscu, gdzie był telewizor. Wszak Mundial mocno zaangażował. Atrakcją było nie tylko oglądanie meczu w międzynarodowym towarzystwie. Jeszcze bardziej fascynowało mnie obserwowanie reakcji innych. Te mistrzostwa pokazały jak bardzo wszyscy jesteśmy spragnieni emocji związanych z rywalizacją, jak potrafimy się tym cieszyć. Chłonęłam tę mundialową atmosferę, a w głowie wykiełkowała myśl – a może obecność na takim stadionie, w trakcie wielkiego meczu nie jest czymś nieosiągalnym? Pomyślę o tym za 4 lata. P.S. Admin napisał, że zobaczył zdjęcia Kylie. I mimo podpisu sugerującego szczęście oglądał twarz zniszczoną cierpieniem. Kobietę doświadczoną. Stanęłam przed lustrem – czy po mnie też widać?

 

28 lipca 2006 Od czasu do czasu słyszę pytanie jak się czuje i bynajmniej nie jest to lekkie, luźne zagajenie rozmowy. Zastanawiam się wtedy przez chwilę, słucham swego ciała. Jest ok. Ale czy tamtą wiosną było inaczej? Też czułam się normalnie. Dziś zapytał o to tata. Pomyślałam, że nie ma chyba nic gorszego dla rodzica od choroby, czy nieszczęścia spotykającego dziecko. Nie rozmawiam z tatą za dużo o chorobach. On pyta jakby mimochodem, nie nachalnie, choć podskórnie czuję jak ważna jest dla niego odpowiedź. I on i ja wiemy, że nie mamy siebie na zawsze. Ale na razie, na szczęście życie trwa. Innymi oczami patrzę na swoich rodziców. Na mamę, która nie pozwoliła mi na ani jedną chwile zwątpienia, na tatę, który był na każde wezwanie. Doceniam te nasze nowe dojrzalsze relacje. Nie każdy ma szanse poznać swych rodziców na nowo. Bywa, że te więzy nigdy nie zostają odnowione, śmierć zaskakuje, pozostaje żal, słowa nigdy nie wypowiedziane. Dużo o tym rozmawiałam na wakacjach z T. któremu odszedł ojciec, zanim panowie zdążyli na nowo się odnaleźć. Pomyślałam wówczas, że to poczucie kruchości życia, którego moja rodzina doświadcza automatycznie sprawiło, że patrzymy na siebie inaczej. I znacznie łagodniej.

 

31 lipca 2006 Miłość wbrew stereotypom. Zdarza się nawet w najmniej dogodnym momencie. Choć przecież gdyby nie była chciana nie pączkowałaby i nie zakwitła. Przyglądam się z boku takiemu właśnie uczuciu i od razu przypomina mi się zdanie z najnowszej książki Hanny Krall: „szczęście potrafi człowieka dopaść w najbardziej absurdalnym momencie”. To pasuje. Tak właśnie jest. Po śmierci żony, w dojrzałym wieku można się zakochać i poczuć te motyle, które niby odleciały na zawsze. Widzę człowieka, któremu słońce świeci przy każdej pogodzie i nie mam ochoty wygłaszać żadnych życiowych mądrości. Że różnica wieku, że różnica portfela, wykształcenia, że same różnice. To uczucie nie krzywdzi nikogo, choć pewnie w innym czasie, w innym miejscu nigdy by się nie pojawiło. Dlatego mu kibicuje, cieszę się i życzę spełnienia. Czy gdybyśmy wiedzieli, że nasz czas może się skończyć tak nagle, niespodziewanie nie dalibyśmy sobie prawa do uczucia? Nawet takiego, zdumiewającego innych. „Śmierć jest nauczycielką życia” – usłyszałam kiedyś na spotkaniach w Fundacji Psychoonkologii. To zdanie nabiera ciągle nowych treści. Aż sama się dziwie. Niech wszystko co dobre trwa. PS Dziś przypomniał mi się smak kolonijnej owocowej zupy na kisielu. Idę do kuchni.

 

1 sierpnia 2006 Ucięłam sobie dziś poranna pogawędkę z taksówkarzem. To znaczy ja mówiłam, bo kiedy Pan Sylwek odpowiadał to już niewiele rozumiałam. Pan Sylwek ma wiele zalet (dobry, czysty samochód) ale też jedną wadę. Mówi bardzo szybko i niewyraźnie. Ja jednak chyba wyczuwam co ma na myśli, bo jakoś się dogadujemy. Tak więc (nie zaczyna się zdanie od więc mawiała moja polonistka) opowiadaliśmy sobie o wakacjach, wspólnie dochodząc do wniosku, że najpiękniej było za czasów szkolnych. Wtedy wakacje ciągnęły się przez całe lato i nie kończyły na jednym obozie. Jaka to była perspektywa! Pan Sylwek na wakacje z rodziną nie jedzie. Oni szukają gwaru, wolą morze, on wybrałby góry. Coraz częściej słyszę o wakacjach osobno. Najczęściej dzieje się tak w rodzinach z małymi dziećmi. Po to, by wydłużyć dzieciom pobyt rodzice się zamieniają, mama, tata, babcia, teściowa. Dorośli mają poczucie świetnie wypełnionego obowiązku, tylko dzieci nie zawsze są z tego powodu szczęśliwe. Znajoma mała Z. na wieść o tym, że znów jedzie nad morze, tym razem z drugą babcią zaprotestowała. Wolałaby pobyć w domu z rodzicami. Kiedy ja grzebałam się w nadmorskim piasku (zakopując klapki) nie było w modzie organizowania dzieciom całych dwóch miesięcy. Dzięki temu moje wakacyjne wspomnienia to zawsze cała rodzina, w Unieściu czy Bieszczadach. Jeździliśmy na wspólne wczasy, potem ja sama na kolonie i obozy. Byłam też w domu i razem z dzieciakami, które akurat nigdzie nie wyjechały organizowaliśmy sobie czas. Nuda? Co to takiego? Wiem, że samotne wyjazdy bywają potrzebne, ale chyba jeszcze bardziej przydaje się wspólny czas, zwłaszcza tam, gdzie w normalnym rytmie nie ma go za wiele.

 

2 sierpnia 2006 Mam w domu całą masę informacji turystycznych. Wycinam je, zbieram, odkładam. Książki, przewodniki, albumy dostały swoją półkę, foldery, wycinki prasowe i mapy są w skoroszytach. Czego tam nie ma. Wizytówki ulubionych pensjonatów, artykuły o tym co gdzie i kiedy, rekomendacje innych. Kiedy przychodzi weekend nie wiedzieć czemu zapominam, że jestem posiadaczką takich zbiorów, tylko nerwowo myślę- gdzie mnie jeszcze nie było, co chciałabym obejrzeć i gdzie się znaleźć. Jadę, zwiedzam, a po powrocie uświadamiam sobie, że przecież wytrwale kolekcjonuje te informacje właśnie po to, by nie mieć dylematów i łatwiej podejmować decyzje. Możliwe, że gdybym tę podróżniczą kolekcję wyrzuciła-nic by się nie stało. Jeździłabym jak dotąd i decydowałabym jak teraz, bez szukania wizytówek, artykułów, opisów. Nieprawdopodobnie obrastam w rzeczy, odkrywam to przy każdej przeprowadzce. Z wielu z nich prawie nie korzystam, ale lubię świadomość, że mogę, że są. Niedawno dokopałam się do swoich pamiętników. Dałam im drugie życie. Czytuje je teraz wieczorami, czasem na głos, dziwiąc się, śmiejąc, zamyślając. To był bodziec. Teraz przeglądam inne teczki. Badam zawartość rzeczy bardzo ważnych, do których latami nie zaglądałam, choć odkładałam je bo przecież miały się kiedy przydać. PS Kupiłam dziś najsłodsze w całym tegorocznym sezonie truskawki. Dawny polski smak. Ile mi to sprawiło radości!

 

3 sierpnia 2006 Z O. Nie widziałam się od studiów. Informacje o niej docierały do mnie od wspólnych znajomych. Pamiętam szok, gdy dowiedziałam się o jej chorobie – ostra białaczka. Kiedy sama poznałam swoją diagnozę O. napisała. Wspierała jak mogła. Przy okazji już z pierwszej ręki dowiedziałam się, że jest mamą dwójki dzieci. Jedna dziewczynka wymaga specjalnej opieki, ma porażenie mózgowe, druga jest 4latką. Jak napisała wszystko w jej życiu zaczęło się dobrze układać, dom, nowa praca męża, drugie dziecko. A tu nagle choróbsko. Najpierw był autoprzeszczep i wrażenie, że jest jak nowonarodzona. Z jaką radością i wiarą o tym pisała. Za każdym razem obiecywałyśmy sobie, że pomiędzy jedną a drugą moją chemią uda nam się zobaczyć. Nadrobić zaległości. Wszak ona miała tyle nowej energii, a ja nie mniej chęci. Potem zaczęły nadchodzić gorsze wieści. Znów trafiła do kliniki. Ponownie chemia. Wyjechałam na urlop, a wczoraj znalazłam w skrzynce list od jej męża. Prosi o krew. O. ma kłopoty. Staram się nie zadawać niebu pytania – dlaczego. Zwłaszcza, gdy to pytanie dotyczy cudzego życia. Nie oceniam, nie osądzam, nie wyrokuje. Przyglądam się nie znając cudzej ścieżki, choć czasem od tego patrzenia bolą oczy. I serce też. Wiem jak wiele zależy od wiary. Dlatego proszę, O. Jeśli czytasz – nie trać wiary. W radiu zaapelowałam dziś o oddawanie krwi (O. potrzebuje płytek krwi ARh-) Tyle mogłam. Niezmiennie wierzę, że O. Pokona ten kryzys. Nasza kawa czeka.

 

4 sierpnia 2006 Lubię swoje okolice. Mam wrażenie, ze to substytut małego miasteczka w dużej aglomeracji. Są placyki, kawiarnie, restauracje, sklepy z pieczywem, prezentami, warzywniaki, księgarnia słowem wszystko czego potrzebuję do normalnego funkcjonowania. Rozpoznaję już nawet twarze w metrze, czasem bawię się zgadując czy ta pani jest z galerii z pięknymi drobiazgami, czy z artystycznej kwiaciarni, gdzie poza cudnymi roślinami gra muzyka klasyczna. Interesuje mnie wszystko co dzieje się wokół, zauważam każdą zmianę, cieszę każdą nowością. To moja mała ojczyzna, a ja sama siebie zaskakuje tym lokalnym patriotyzmem. Pouczam robotników rzucających puszki piwa przed siebie mówiąc śmiertelnie poważnie- coś panom wypadło, kupuje w osiedlowych sklepikach i cieszę się, gdy chłopak w piekarni nie chce ode mnie grosików mówiąc – odda pani przy okazji. Znam już wielu psiarzy, zapamiętuję imiona podopiecznych. Jestem tu u siebie. I przypominam sobie jak D. która poznałam „Pod Jesionami” tłumaczyła mi dlaczego wróciła z Niemiec, by zamieszkać na warmińskiej wsi. Tu ludzie są bliżej siebie. Wciąż jeszcze się szanują i znają. I odwiedzają w domach, czasem nawet o zgrozo 🙂 bez zapowiedzi. To wszystko tak naturalne jest już rzadkością gdzie indziej. My ciągle jeszcze mamy dla siebie czas. W środku czuję, że właśnie takie życie przynosi szczęście.

 

7 sierpnia 2006 „Taka jesteś ciapuśna” usłyszałam w weekend od E. Spędziłyśmy razem wieczór, smakując toskańskie wino, przeskakując z tematu na temat, opowiadając sobie swoje historie i emocjonując się, że tak wiele w nich tych samych uczuć. Fascynujące porozumienie dusz osób, które wiedziały o swoim istnieniu, ale nigdy wcześniej nie siedziały przy wspólnym stole, nad tą samą butelką wina. Nie zwierzały się sobie, ani do siebie nie dzwoniły. Jakieś intuicyjne pragnienie doprowadziło do spotkania, które nie musiało się zdarzyć. Nie wiem co sprawiło, że tak łatwo dzieliłyśmy się swoim życiem. Nie muszę tego wiedzieć. To był czas darowany. Wzruszenia i szczęścia. Nawet jeśli znów każda z nas znajdzie się w świecie swoich spraw, to nigdy nie zapomnę tego wieczoru. Także dzięki muzyce i słowom jakie E. wyśpiewała. P.S. Wniosek – idź za głosem serca, nawet jeśli nie znasz odpowiedzi na pytanie. Intuicja jest niedocenianym darem.

 

8 sierpnia 2006 Kolejny zastrzyk. Jeden z tych jakie dostanę w ciągu 2 lat. Teraz moje miesiące nie są mierzone kalendarzem i wcale nie zaczynają 1ego. Liczą się od zastrzyku, do zastrzyku. Mówię wtedy, że jadę do Instytutu na lekcje pokory. Jestem tam jedną z setek osób. Żadną panią z radia, żadnym głosem. Mam swoją onkologiczną książeczkę, numer i historię choroby. Dziś siedząc jak zawsze w poczekalni pełnej kobiet przysłuchiwałam się mimo woli ich żartom. Panie w perukach, chustkach, w różnym wieku śmiały się i dowcipkowały ze wszystkiego, a już najbardziej z tego co je spotyka. Rak tu nie straszył. Rak był obśmiewany. Pomyślałam, że to jest miejsce, w którym nie wypada narzekać. Tu ceni się życie. Wokół wiele tragedii. Nie mogę pojąć jak ludzie świadomi kruchości istnienia serwują sobie i innym wojnę, zadają ból czy cierpienie. Przecież nie jesteśmy tu za karę, a życie samo w sobie bywa hardcorową jazdą. Tym bardziej skupiam się na tym co cieszy. Frajdę sprawiły mi sportowe sukcesy pływaków, debiut Kubicy w Formule 1 i nalewka od Pana Sylwka.

 

9 sierpnia 2006 Pewne brytyjskie pismo medyczne napisało kiedyś, że istnieje coś takiego jak zbiorowa fascynacja chorobami. Dowodem na to mają być propozycje, by do oficjalnej listy dodać kolejne. Starzenie się, praca, nuda, worki pod oczami, głupota, śmiałość, piegi, duże uszy, siwizna, brzydota, urodzenie dziecka, alergia na wiek XXI, jetlag, poczucie nieszczęścia, cellulitis, kac, niepokój o długość penisa, ciąża, wpadanie w furię na drodze, samotność. Lista wydaje się być absurdalna, choć jest jak najbardziej prawdziwa. Gdyby ją zatwierdzono trudno byłoby znaleźć zdrowego człowieka. Dzwoniła E. Ma jedną z tych niezarejestrowanych jednostek chorobowych. Chciała pogadać, a właściwie chciała mówić. Na głos o tym, co w niej siedzi w środku. Słuchałam i tylko czasem zadawałam jakieś pytanie. Nie jestem w stanie przeprowadzić profesjonalnej psychoanalizy, mogę tylko dać swój czas, wierząc, że tyle wystarczy. Samotność w tłumie musi boleć najbardziej. A jednak mam wrażenie, że czasami skazujemy się na nią sami skrzętnie unikając w rozmowach poważnych nut, prześlizgując się po tym co powierzchowne, jakby wstydząc się tego, że myślimy, że czujemy. Paradoksalnie najbardziej unikamy zwierzeń w rodzinie. Znajomy mąż zachwyca się koleżanką, bo nagle to z nią, a nie żoną jest w stanie pogadać o tym co ważne. Zapewne żona istotne tematy rezerwuje dla przyjaciół. Kiedy ten brak komunikacji stanie się problemem pójdą pewnie do specjalisty, który za pieniądze będzie ich i słuchał i uczył rozmawiać. Dopóki więc samotności nie leczą zastrzykami lepiej szukać metod naturalnych. Wszyscy mamy do nich dostęp.

 

10 sierpnia 2006 Przyczepiły się od mnie „Wodospady łez” Bartosiewicz. „Nikt nie chce kochać, wszyscy kochać boją się, a każdy chce być kochany”. I na tym cytacie mogłabym zakończyć dzisiejszy wpis. Nie warto się bać. Miłość z założenia jest dobra i piękna. Nie ma co komplikować. Miłość przynosi poczucie bezpieczeństwa.

 

11 sierpnia 2006 Polacy na wakacjach to zmora innych Polaków też na wakacjach. Tak sobie pomyślałam słuchając opowieści R. który leciał w towarzystwie rodaków na małą grecka wyspę. Obcowanie z tłumem głośnych, wyluzowanych i swojskich urlopowiczów zmęczyło go już na starcie. Nie brał udziału w wyścigu, kto pierwszy w kolejce do lotniczej odprawy, do wyjścia, do autobusu, wreszcie do samolotu. Nie wyciągał parówek w samolocie, na miejscu nie poklepywał się z każdym napotkanym rodakiem, ani nie łączył w zaprzyjaźnione grupki Włodków, Kasieniek i Zdziśków. Jak tylko mógł unikał rodaków, dochodząc do wniosku, że nawet podpity Angol jest sympatyczniejszy od trzeźwego Polaka. Tak bardzo emocjonował się oceną rodaków, że nie zdążyłam zapytać czy… odpoczął. Troszeczkę R. rozumiem. A tym sławnym to i współczuję. Ostatnio nową wakacyjną modą jest polowanie z aparatem fotograficznym na znane twarze. Takie zdobyczne ujęcia niemal natychmiast ukazują się w polskich tabloidach. Dlatego wcale się nie zdziwiłam słysząc, że znana J. podczas lekkiego trzęsienia ziemi jakie zdarzyło się w trakcie jej wakacji, przerażona rzuciła się do łazienki poprawiać makijaż. Wszak paparazzi są wszędzie.

 

14 sierpnia 2006 Dorosłam do słuchania. Do kontaktów z ludźmi, którzy są inni ode mnie. Dorosłam do spotkań rodzinnych i czasu leniwie spędzanego. Bez patrzenia na zegarek i denerwowania się nic nie robieniem. Radość z bycia. Tu i teraz. Kiedyś nie do pomyślenia. W sobotę podróż po pradolinie Wisły, obiad w Czersku, w miejscu, który mógłby spokojnie konkurować z urodą Toskanii. Poważne rozmowy na murku zamkowych ruin, w słońcu i z szumem traktorów w tle. Za chwile nadwiślański piasek, tak żółty, że aż dziw. W samochodzie, po drodze Coldplay. Muzyka, która wyciska łzy. Niedziela z bliskimi Ł. Czuję ich życzliwość. Odwzajemniam tym samym. Spacer w deszczu po lesie. Mocne, duże krople uderzają o twarz. Mam w sobie atawistyczną chęć pobiegania w tym deszczu bez ubrania. Ta woda zmywa lęki, oczyszcza. Wieczorem kieliszek czerwonego wina (wreszcie doceniłam ten trunek). Skąd w te dni ból głowy i gorsze myśli? Za chwilę usiądę przy oknie i popatrzę na mokre szyby. Jesienna aura. Jutro zamienię ją na słońce greckiej wyspy. Tu będę za tydzień.

 

23 sierpnia 2006 Woda ma kolor szmaragdu. Doskonale widać, gdzie na dnie leży złoty piasek, a gdzie zaczyna się głębina. Słońce praży, wskazania termometru zadziwiają. To już 41 stopni? Morze ma 28 stopni, przyjemnie chłodzi. Soli jest tyle, że wystarczy leniwie poruszać rękami, by utrzymać się na wodzie. Pływam, pływam, pływam. Moja pozbawiona węzłów ręka chyba to lubi. Przestaje mi dokuczać. Jestem pod palmą, pod oliwką, słucham hałasu cykad, odganiam się od wszędobylskich os, zajadam tzatziki, piję białe wino, wieczorami smakuję drinki. Przypominam sobie o frappe, szukam spadających gwiazd. Podziwiam pobrytyjskie budowle, pochylam głowę przy sarkofagu ususzonego świętego Spirydiona, patrzę na wspaniały pałac cesarzowej Sissi, zatrzymuję się na najładniejszych plażach, wjeżdżam na najwyższy szczyt Pantokrator, co za widoki, sycę podmuchem wiatru w coraz dłuższych i coraz bardziej kręconych włosach. Wpatruję się w dno morza szukając podwodnego życia, śmieję w głos czytając książkę Gerarda Durrella, który wychowywał się na tej wyspie i na własną rękę poznawał tamtejszą florę i faunę. Żyję. I nie przestaję myśleć o Oli. Jej się nie udało.

 

24 sierpnia 2006 Obrać kurs, zanurzać się w życiu w każdej jego minucie. Nie odkładać niczego na później. Cieszyć się słońcem i deszczem. Łapać chwilę. Celebrować miłość, pielęgnować przyjaźń. Nie dać się wciągnąć w dołki. Iść swoją drogą. Nawet jeśli wiedzie obok pędzącego gdzieś świata. Tych, którzy źle życzą omijać wyrozumiale. Dziękuję za codzienną obecność w tym miejscu. Od dziś dziennik staje się zapisem niecodziennym.

 

31 sierpnia 2006 Pisze Pan wciąż książki? – zapytano filozofa Leszka Kołakowskiego. Po cóż miałbym to robić? Odpowiada. Lenistwo jest lepszym sposobem życia. Jestem pod wrażeniem wywiadu z profesorem. Natychmiast pojawia się obrazek z przeszłości. Jestem w Izraelu. Przyduszona gorącym pustynnym wiatrem, ale uwznioślona wolnością, z jaką tam żyję. W sklepach są jogurty, w Polsce to wciąż czas kefirów. Natomiast w księgarni, cudownej, klimatyzowanej, prowadzonej przez starego Żyda-pasjonata można kupić wszystkie wydawnictwa o jakich w kraju mogłabym tylko pomarzyć. I to po polsku. Długo przeglądam półki. Dotykam okładek. Powstrzymuję się, by nie wąchać stron. Tak ciężko podjąć decyzję. Wydłubuję z portfela gotówkę i kupuję książkę Kołakowskiego. I wieczorami ją chłonę, może nie bardzo rozumiejąc, ale czując, że sprawy, o których czytam dotyczą także mnie. Pytany, czy nie był szczęśliwy dostając nagrodę i milion dolarów mówi -To było przyjemne. Ale nigdy nie użyłbym słowa szczęście. Są w życiu przelotne zadowolenia, na przykład zjeść dobre jabłko. Kiedyś taką odpowiedź uznałabym za zbywającą, teraz chyba wiem co oznacza. Poszukam tamtej książki, może nie zawieruszyła się podczas mieszkaniowych zawirowań.

 

5 września 2006 Czy my sami nie komplikujemy sobie życia? Kiedyś mocno bym zaprzeczała, teraz zaczynam się skłaniać ku tezie, że jesteśmy mistrzami gmatwania. W emocjach, uczuciach, w sprawach zawodowych. Kolega J. ładnie to ujął – gdybym chciał grać, pracowałabym w teatrze. Szukamy słów zastępników, by nie powiedzieć za dużo, robimy miny, by nie pokazać co czujemy, każemy innym się domyślać, udajemy kogoś kim nie jesteśmy. Rozmawiałam długo z T. Był do niedawna mistrzem topienia sensu wypowiedzi w nadmiernej liczbie słów. Widzę postęp. Może czas stał się cenniejszy, a może już nie ma się czego wstydzić. Łez, smutku, radości, szczęścia. Zabawa w kotka i myszkę? Bywa frajdą, przynależy do pewnego wieku, później denerwuje tych, którzy znają już wartość każdej minuty. Słowa wypowiedziane, uczucia okazane przynoszą ulgę. Wrzesień zaczął się pięknie.

 

11 września 2006 Wrzesień? Przypomniałam sobie o papierkach schowanych gdzieś w białym segregatorze. Pamiętam jak szybko go podpisywałam. Zamiast –choroba, dałam mu tytuł- zdrowie. I ten papierek tam jest. Czekał prawie pół roku (to już pół roku?) na wyjęcie. Po pół roku pierwsze sprawdzające badania. To skierowanie z onkologii. USG, mamografia, krew, kości… sporo tego. Te medyczne wizyty zostawiłam na ostatnią chwile. Trochę świadomie, by nie psuć sobie lekkości wakacji. I tak swoje ostatnie badania okupiłam krótką melancholią. Lekarka na wieść o powodach dla których robię usg stwierdziła – aaaa, rak piersi.. to tylko na bilbordach rak jest uleczalny. W medycynie to choroba na cale życie. I tu smutna pani doktor uraczyła mnie opowieściami dotyczącymi znanych jej przypadków. Jedna pacjentka zachorowała zaraz po urodzeniu dziecka i w miesiąc umarła, inna miała co prawda przerzuty ale żyje, choć co rusz rak pojawia się w kolejnych częściach jej ciała. No ale ją leczą Niemcy. Well. Super wieści. Jak się chronić? Trzeba by się było nie urodzić- stwierdziła lekarka trzeźwo i nawet mnie tym ujęła. Wszak w życie wpisane jest wszystko co nam się zdarza. Moje życie na pełnych obrotach pomimo, że- najwyraźniej niektórych dziwi. Pewien słuchacz zapytał bez owijania w bawełnę- skąd w tobie ten optymizm, skoro i tak będziesz umierać w bólach i cierpieniach? Tak sobie pomyślałam, że na szczęście ani on ,ani pani lekarka nie zastępują Pana Boga w jego wszechmocy. Cieszmy się słonecznym tygodniem!

 

15 września 2006 Obejrzałam film, który zapewne przyciągnie do kina tysiące ludzi spragnionych romantycznych historii. Wynudziłam się jak nigdy. I pomyśleć ,że ileś lat temu emocjonowałam się książkową historią o internetowej miłości. Niestety, filmowcom nie udało się przenieść na ekran tamtej dramaturgii. Szkoda. A jednak w tym filmie padły słowa, które mnie zatrzymały. Bohaterka, rezygnując z wirtualnego romansu, związku, pisze -na zawsze będziesz częścią mojego życia. Nie wypiera się i nie zamazuje. Czyż nie tak powinniśmy patrzeć na to wszystko, co nam się już przytrafiło? Było. Faktem. Częścią naszego życia. Niech wzbogaca, a nie niszczy.

 

24 września 2006 Pokora. Tego uczą się Ci, którzy chadzają do tego miejsca. Spędzam tam kolejną godzinę. Biegając po korytarzach, robiąc kolejne badania, usiłując rozeznać się w tamtejszych standardach. Nie, nie czuję się ważna. Jestem jedną z setek osób jakie tego dnia przewiną się przed oczami pracowników. Do tego „Dziennik” wczoraj napisał, że w Instytucie dostali podwyżkę. Dziś wszyscy, którzy wiedzą, że jestem dziennikarką złościli się, prosili o interwencję. Bo nie dostali. Rozumiem tamtejsze frustracje i zniechęcenie. To praca, która wymaga uświęcenia. Inaczej może być przekleństwem. Dla pacjentów traktowanych jak zło konieczne także. Jak się Pani czuje? Jak zawsze fantastycznie. Badania w porządku. Te, które już są opisane. Czasem coś mnie uciska z prawej strony brzucha. Aaaa, to proszę sobie zrobić usg. I widzimy się za pół roku. Na przeglądzie po 10 tys. Uśmiechamy się do siebie. Wychodzę uskrzydlona, że już tam nie siedzę, nie słucham, nie widzę. Wiem, że najwięcej zależy ode mnie. Od tego jak ja zadbam o siebie i swe ciało. Wizyty tam, są tylko potwierdzeniem tego co czuję. Bo nauczyłam się siebie słuchać. I to bezcenna lekcja.

 

25 września 2006 Biały i granatowy. Kolory dawnej szkoły. Obowiązkowo tarcze. 25 osób, ni to dzieciaków, ni to młodzieży. W środku szczupła kobieta, nie taki sobie zwykły nauczyciel. Pedagog, wizjoner, postrach uczniów. Nasza wychowawczyni. To jej zasługą jest to, że nikt z nas nie mówi włanczać, podkoszulek, okres czasu i cofać do tylu. I nie zaczyna zdania od więc. Do zdjęcia ustawiono nas na boisku szkolnym. Wszyscy jacyś tacy wiotcy, wielu okularników. Czas ograniczonej odpowiedzialności. Tyle, że wtedy jeszcze o tym nie wiemy. Umawiamy się na spotkanie po latach. Niektórych faktycznie nie widziałam od czasu matury. Czy ich rozpoznam. Czy są tacy sami? Jak ułożyły się ich losy. Siedzimy w restauracji. Krzyczymy jedni przez drugich, jak dawniej w klasie. Próbujemy jakoś uporządkować to spotkanie pozwalając każdemu po kolei opowiadać o tym co się z nim działo od zakończenia liceum. Oceniamy poziom zadowolenia z życia w skali od 1 do 10. Gadamy składając puzzle ze wspomnień. Uświadamiamy sobie w jakich byliśmy szufladkach. Ktoś grał świetnie w ręczną, ktoś inny super rysował. Czy potem rozwinęły się tamte zdolności, ujawniły nowe? Czuję się jak w filmie, tyle, że kręconym tu i teraz. Widzę ludzi piękniejszych, mądrzejszych. Jestem zafascynowana. Czas pogłębił to co dobre. Najchętniej patrzyłabym na nich w milczeniu. Syciła tą obecnością. Nie zdążyliśmy sobie zadać wszystkich pytań, nie opowiedzieliśmy wszystkiego. Obiecaliśmy sobie kolejne spotkania. I zapowiedzieliśmy, że zawsze będziemy trzymać swoją stronę.

 

2 października 2006 To nie prawda, że człowiek raz ukształtowany nie może już się zmienić. Ze zdziwieniem zauważyłam, jak mocno odmieniło się moje postrzeganie świata, ludzi, życia. Nie potrafię narzekać. Nie przechodzi mi to przez gardło. Nie kontestuję. Ale też się nie denerwuję na to czego zmienić nie mogę. I nie szukam dziury w całym. Skoro los, nie proszony obdarowuje nas trudnymi chwilami, to my tym bardziej powinniśmy się skupić na ułatwianiu i uprzyjemnianiu sobie życia. Proste. Od kiedy to pojęłam celebruje każdą dobrą rzecz jaka mi się trafia. Dlatego z wielką radością frunę na Kretę. Prezent od firmy na 16stolecie. Jestem hedonistką?

 

6 października 2006 „Świat jest jak księga. Ten, kto nie oddala się od domu przeczytał tylko jedną stronę.” Wróciłam z krótkiego, ale bardzo intensywnego pobytu na Krecie. Niby te same miejsca, niby te same krajobrazy, ale ja przecież inna. Znów chłonęłam tamte krajobrazy, kolory i zapachy. Tamtą historię. Kolebka naszej cywilizacji. Pokorniałam przy minojskich zabytkach, mój czas jest tylko mgnieniem. Co wiemy o sprawach tamtych ludzi? Fascynujące historie dawnego życia. Obok mnie ludzie, z którymi jestem na co dzień. Wreszcie mamy siebie poza radiem, poza pracą. Gadamy, śmiejemy się, opowiadamy. Nie mogę wyjść ze zdumienia. Znam ich głosy, znam twarze-nie znam tego co w środku, najgłębiej. Teraz to się zmienia. Fascynujące życiorysy. Piękne wybory. B. tak pogodna i szalona wychowuje niepełnosprawną córkę, nie zdziwię się, gdy okaże się, ze ta dziewczynka podbije świat. Mimo wózka. E. heroicznie spłaca nie swoje długi, a przecież nie ma w niej ani trochę zgorzknienia. Miałaby do tych uczuć prawo. K. wierzy w to co i ja- w siłę własnych przekonań. Nie raz udało się jej zaprogramować dobre zdarzenia. Otwieram szeroko oczy. Po tych wspólnych 4 dniach wiem, ze bardzo mało wiemy o ludziach, którzy są wokół. Bywa, że oceniamy ich zbyt szybko i zbyt powierzchownie. A to co najważniejsze często jest niewidoczne dla oczu.

 

9 października 2006 Czy ja umiem żyć? Ktoś ostatnio śmiał tak napisać. I mocno mnie tym zdumiał. Czy można raz na zawsze odbyć tę lekcję? Chyba nie. Życie zaskakuje. To czymś dobrym, to złym. A my możemy na bieżąco reagować. Ja tak robię. Wiem już, że z moich zmartwień na zapas nic dobrego nie wynika. Ponoć każdy problem ma swoje rozwiązanie. A jeśli go nie ma-to lepiej o nim nie myśleć. Tak zdrowiej, tak się staram. Mam w sobie poczucie wyjątkowości czasu. Nie umiem czekać na weekend, bo to oznaczałoby, że poszczególne dni są mniej ważne, nie umiem planować na lata. Potrafię za to szybko realizować to co zaplanuję i wymyślę. Zabawne jest to, że moi bliscy chcąc nie chcąc robią to samo. Zasługuję na przyjemności. Wreszcie nie czuję się niekomfortowo, gdy dbam o samą siebie. Tylko sny bywają strasznie poplątane.

 

16 października 2006 Są święta, które zaskakują. Ktoś sobie przypomniał, że znamy się 10 lat i najpierw zaskoczył mnie telefonem rocznicowym, a zaraz potem tortem z czekoladową tabliczką z wypisaną 10tką. Miłe. Bo jak się okazuje zwykła codzienność, może nagle okazać się niezwykłą. Koło mojego łóżka stoi szafka prezentów. To takie magiczne miejsce, z kartkami, życzeniami i drobiazgami. Każda rzecz to inna historia. Każdy darczyńca, to jakaś dobra energia, wdzięczność, życzliwość. Chyba powinnam do niej zajrzeć. Poczytać raz jeszcze. A może zastosować jesienne palenie smutnych myśli spisanych na kartce? Dopadają mnie czasem, przyszły pewnie wraz z ochłodzeniem i szarówką. Nie kłócę się z nimi, nie panikuję. To znak, że znów trzeba nad sobą popracować.

 

18 października 2006 Natrafiłam w starej gazecie na wypowiedzi rożnych osób, zaczynające się od tych samych słów- Nigdy nie rozumiałem. Grzegorz Miecugow powiedział o czymś co stało się także moją rzeczywistością. „Zupełnie nie rozumiem, dlaczego różnym ludziom ta sama godzina potrafi płynąć całkiem inaczej. Dlaczego przed laty dwumiesięczne wakacje wydawały się otchłanią, a teraz dwa lata znikają jakby ich nie było.” Dziś mała sobota, czyli środa. Wielu czeka na weekend. Teoretycznie też powinnam ,bo zaplanowałam go w pięknym mieście w cudnym towarzystwie. Ale nie zerkam na zegarek. Jeśli się denerwuję to tylko dlatego, że dnia na wszelkie zajęcia za mało. Potrzebuję ośmiu godzin snu, podczas, gdy Napoleon tylko czterech. Czy tego nie dałoby się zmienić? 🙂

 

23 października 2006 Podróże kształcą. Jasne, że tak! W przedziale intercity wysłuchałam rozmówek pasażerów. A to odbył się ślub anglików w romantycznym Krakowie, z dwoma pastorami, tyle, że bez pana młodego, który dzień wcześniej złamał rękę poślizgnąwszy się na krakowskim trotuarze. A to o śmieciach pneumatycznie odprowadzanych od razu do utylizacji w dwóch miastach na świecie. A to o pani sprzątającej toalety na dworcu na czworakach, po to, by nie rejestrowała jej ruchów fotokomórka. Albo o pociągu, który z przyczyn technicznych zamiast do Krakowa pojechał do Katowic, tam się zatrzymał i wysiedli z niego nieświadomi niczego obcokrajowcy, którzy byli przekonani, że to miasto smoka wawelskiego. Pociąg odjechał, a oni zostali na Śląsku nie mogąc się z nikim na dworcu dogadać. W pewnym momencie przestałam słuchać muzyki, zamknęłam książkę, bo wymiana myśli współpasażerów zaczęła mnie wciągać. A wszystko zaczęło się od pani konduktor, która wparowała do przedziału i bez żadnego słowa ustawiła elektronicznie temperaturę na 25 stopni, po czym pobiegła dalej. Uznaliśmy, że to przesada, nie damy się PKP ugotować i pozwoliliśmy sobie skorzystać z nowoczesnych przycisków i temperaturę obniżyć. Tak zaczęły się dialogi. Pociąg się nie spieszył, choć na stacji posła Edgara nie stawał, a pasażerowie zabawiali się w wymyślanie nowego hasła reklamowego. Najbardziej podobało mi się to- za tę samą cenę jedziemy dłużej. I jechaliśmy. W Krakowie poprosiłam koleżankę, aby pokazała mi swoje miejsca. I tak odkryłam dla siebie magiczne bary, kawiarnie, zakątki ważne dla A. Kiedy zasypiałam w mieszkaniu, w którym kiedyś żył Piłsudski myślałam o żółtej ciżemce za ołtarzem Wita Stwosza. Pamiętacie?

 

27 października 2006 „Czy kiedy byłaś mała chłopaki ci dokuczali?” Usłyszałam to pytanie i od razu uświadomiłam sobie jak bardzo szkoła zmieniła się od czasów, gdy do niej chodziłam. Dokuczali. Strzelali ze staników i udawali, że chcą nam, dziewczynom podnieść spódnicę. Rzadko im się to udawało. Czasem ganialiśmy się po korytarzach i mocowaliśmy się z drzwiami od toalety. Na tym koniec szkolnej wojny płci. To co ostatnio wydarzyło się w gdańskim gimnazjum mocno mną wstrząsnęło. Ale chyba jeszcze bardziej poruszyła mnie reakcja rodziców jednego z chłopaków molestujących dziewczynę. Wg ojca to był szczeniacki wybryk, szkolne wygłupy, rozdmuchane przez innych. Nie mogłam uwierzyć. Nie dziwi fakt, że rodzice bronią dziecka, dziwi , że nie widzą związku między zachowaniem syna, a samobójstwem ich koleżanki. Wyobrażam sobie co czuła tak poniżona dziewczyna i przeraża mnie fakt, że była w tym wszystkim kompletnie sama. Nie zdecydowała się opowiedzieć rodzicom, a szkoła całą sprawę zbagatelizowała. W takich chwilach myślę o nauczycielach, którzy zwykle sami są rodzicami. Czy w szkole o tym zapominają stając się wyłącznie urzędnikami do wynajęcia? Skąd ich nieczułość? Skąd milczenia klasy? Czy zastraszeni przez grupkę boją się zareagować inaczej? Wstydzą się? Tyle pytań. Wiem jedno. Kiedyś Republika śpiewała piosenkę – „Równym bądź”. Ta chęć bycia równym, czytaj takim samym jak większość, zabija.

 

30 października 2006 Jesień w tym roku łaskawa jest. Była. W sobotę pojechałam na Wólkę. Ogromny cmentarz, po którym jeżdżą meleksowe taksówki. Świeciło słońce. Wokół pełno takich jak ja. Z grabkami, szmatkami, kwiatami i zniczami. Porządkowałam groby ludzi, których nie znałam. Nikt inny nie mógł tego zrobić. Nie mają już rodziny. O tym, że kiedyś byli zaświadczają tylko nagrobne płyty i mgliste wspomnienia Ł. Nie wiem jak żyli, czym żyli i nie wiem dlaczego umarli. Niektórzy młodo. Strzępki informacji, z których usiłuję zbudować historię. Ich groby trzeba opłacić. Jeśli to zrobię będą istnieć kolejne 20 lat. Potem pewnie znikną. Nikt już nie będzie pamiętał o ludziach, którzy mieli swoją chwilę na ziemi. Czy inaczej będzie z nami?

 

3 listopada 2006 Cmentarze teraz-zupełnie inne niż cmentarze kiedyś. Pamiętam dawny, obowiązujący smutek, skupienie i ciszę. Nie wypadało nawet głośniej się odezwać, a śmiech wywoływał pewne zgorszenie. Trochę się przeciw takiemu świętowaniu buntowałam. W typowy dla bezkompromisowej młodości sposób myślałam -wszak śmierć dla katolika to czas radości, spotkania z Bogiem. Smutek jest zaprzeczeniem wiary. Czas nauczył mnie pokory. Rozumiem smutek. Szukam skupienia. O to nie jest już łatwo. Nawet na cmentarzu. Nie przeszkadza mi śmiech, nie przeszkadzają mi rozmowy. Przeszkadza mi powierzchowność. W ten jeden dzień dostajemy okazję zajrzenia w głąb siebie. Kto jeszcze to robi? Skoro codzienność pogania, zajmuje tysiącem spraw. Nawet wizyta na Powązkach to dla wielu poszukiwanie grobów znanych i lubianych, porównywanie u kogo więcej lampek. Rodzaj wycieczki wśród kwestujących gwiazd. Zaskoczyła mnie koleżanka, na którą wpadłam nomen-omen przy grobie Andrzeja Woyciechowskiego. Miała cała torbę zniczy. I nie zapalała ich w alei zasłużonych, ale tam, gdzie nikt nie postawił żadnej lampki. Zaskoczył mnie TVN, który w zapomniany już, zwykły pracujący dzień zaduszny nadał wieczorem program pełen refleksji. Zamiast polityki w „Szkle kontaktowym” pojawiał się terapeuta, a tym samym tematy na co dzień w mediach nieobecne. Życie, śmierć, kondycja człowieka-to dotyczy nas wszystkich. Im bardziej uciekamy, tym mocniej musimy się z tym zmierzyć. Za rok znów „Wszystkich Świętych”.

 

6 listopada 2006 Coraz mniej kolorów. Dominuje szarość. Dodajemy sobie otuchy narzekając. Na wiatr, deszcz, temperaturę. Szukam tych dobrych stron listopada. Mam ochotę na domowanie. Jak nigdy wcześniej. Gotuję, piekę (ostatnio smakowity sernik ze skórką cytrynową), przeglądam prasę, a nawet gapię się bez celu w nisko przesuwające się chmury. Gdzież ja bym miała na to czas i ochotę latem, wiosną, zimą? Przypomniałam sobie o nalewkach. Ta włoska to wakacje w Toskanii. Ta malinowa jest wyrazem życzliwości Pana taksówkarza, a ta mocno procentowa to dowód, że ktoś daleko też o mnie myśli. Jest też imbir. I rozgrzewający napój, którym ogrzewam zmarzniętych. I cynamonowy zapach świeczki. Na przemian z olejkiem eukaliptusowym, który paruje z kominka, gdy gardło zaczyna mi szwankować. To jest moja jesień. Tylko te choinki pod sklepem, z zapalonymi lampkami trochę mnie wkurzają. Ich czas nadejdzie w grudniu, po Mikołaju. Na razie nie pasują mi ani do nastroju, ani krajobrazu.

 

10 listopada 2006 Są ze sobą od lat. Przetrwali niejedną gorszą chwilę. Ale przy okazji moszczenia sobie najwygodniejszego gniazdka stracili siebie z oczu. Były rozmowy o kredytach, pieniądzach, meblach , o szambie też. Nie było o tym, że on jest super przystojniak mimo lat, a ona wspaniale zgrabna. Jemu bardzo brakowało ciepła. Ona nawet nie zauważyła, że zaczął czegoś szukać. A kto szuka znajduje. Kiedy znalazł było jak w „Samotności w sieci”. Tylko w realnym życiu oznacza to duży dramat. Z dzieckiem w tle. Bardzo chciałabym, żeby przypomnieli sobie dlaczego wybrali kiedyś siebie. Żeby poczuli smak wspólnych kolacji i gorących nocy. Związek po przejściach, ale ciągle z przyszłością. To chyba jest możliwe?

 

14 listopada 2006 Spotykają się na surprise- party z okazji 30tych urodzin jednego z nich. Ludzie sukcesu. Zapach perfum miesza się z zapachem bigosu- według przepisu babci, M. sam go zrobił. Zresztą jak wszystko co pojawi się na stołach. Bohater wieczoru jeszcze nie wie, że jego najbliżsi zrobili mu niespodziankę. Czekają na niego zamknięci w sypialni. Kiedy wchodzi rzucają na niego baloniki, serpentyny, podbiegają z tortem. Jubilat ma łzy w oczach , zupełnie się nie spodziewał. Na torcie napisane- 30 lat to nie wyrok. To abstrakcja. D i tak wygląda na dwadzieścia parę. Niespodzianka się udała. Na stół wjeżdża alkohol, gra muzyka. Patrzę na nich. Pięknych, mocno charakterystycznych. Ależ oni potrafią się bawić. Zmieniają plany, żeby kumplowi urządzić urodziny. Zjeżdżają się z innych miast. Wyglądają jak jedna wielka rodzina. Dziewczyny i ich przyjaciele geje.

 

17 listopada 2006 Jesteśmy skonstruowane na długi przebieg-przeczytałam dziś w mailu. To było o kobietach, które rzadko kiedy mają problem z wypełnieniem dnia, a wolny czas jest dla nich luksusem. Mąż O. z którym pogadałam na kawie mówi, że dopiero teraz pojął czym jego niepracująca zawodowo żona zajmowała się przez cały czas. Uświadamiając to sobie dopiero po jej odejściu, mocno ją docenił. Radzi sobie świetnie. Zaimponował mi super zorganizowaniem i zadaniowym podejściem do problemów. Tak trzymać! Patrzyłam na niego, słuchałam i… nie oceniałam. Każdy ma prawo do własnej ścieżki, a ja już dawno pojęłam, że wcale nie tak łatwo wejść w cudzą skórę i poczuć to samo. To mnie uwolniło od radykalnych opinii czy sądów. A może po prostu dorosłam? Każdy dostaje taki ciężar jaki jest w stanie udźwignąć. J. udźwignął. Do teraz mam w uszach jego zdecydowane przekonanie, że żyć należy pełną piersią, nie żałując sobie niczego. Z kruchości siła.

 

22 listopada 2006 Co powoduje, że żyjemy od- do i boimy się chcieć więcej? Dla siebie, swoich bliskich. Z jednej strony gwarancją spełnienia jest nie chcieć za wiele, z drugiej zaś takie poprzestawanie na małym jest …mierne, dołujące. Bo niby dlaczego nie wybrać się na najwyższy szczyt? Nie mocować z tym co trudne? Dla drogi, nawet nie dla celu. Przeczytałam, że gdy twórca RMF-u skończył 35 lat usiadł z kumplem przy wódce i powiedział coś w stylu- ja mam 35 lat, ty masz 35 lat, no i co, całe życie zmarnowane. Mówił to człowiek, który już wtedy był na absolutnym topie, w oczach innych odniósł sukces. Chciał więcej czy może chciał inaczej? Każdy ma swoją definicję spełnienia. Moja też ewoluowała. Ale chyba nigdy nie bałam się wyobrażeń. I choć moi rodzice przepowiadali sukces bardziej moim koleżankom niż mnie, to nigdy nie straciłam wiary w to, że skoro ktoś inny potrafi to i ja mogę. Dlatego tak bardzo rozczuliła mnie jedna ze znajomych mam, która usypiała swego synka słowami-jesteś mądry, wspaniały, ze wszystkim zawsze dasz sobie radę. Będę mu się przyglądać- czy te słowa popchną go w stronę pychy, czy w stronę najwyższych szczytów.

 

28 listopada 2006 Czasy mamy obrazkowe. Słowo za bardzo się nie liczy, ale obrazek owszem, tak. Czasy mamy powierzchowne. Prześlizgujemy się. Muskamy. Dopiero jakieś mocne zdarzenia nas zatrzymują. Przyglądamy się sobie, swojemu życiu, a cała Polska zaczyna dyskusje. Tak było przy okazji Ani gimnazjalistki, a ostatnio przy okazji górników z Halemby. Na co dzień głębszymi emocjami nie zaprzątamy sobie głowy. Wszak tyle zwykłych czynności do wykonania. My dorośli sami produkujemy beznadziejnie głupie programy dla dzieci, by za chwile ponarzekać na miałkość kolejnych pokoleń. Promujemy gwiazdy, których wielkość opiera się często tylko na istnieniu w mediach, a potem utyskujemy na brak autorytetów. Być znanym równa się odnieść sukces. Znane twarze piszą książki, zostają naczelnymi pism, prowadzą programy w telewizji. Kiedyś zdumiewało mnie wyznanie wypowiadane przez pierwszych uczestników Big Brothera. Oni kończąc swą obecność w programie wypowiadali magiczne zdanie- teraz czekam na propozycje. Śmiałam się wówczas z tej bzdurnej oferty, a teraz widzę, że zaklęcie wypełniło się treścią. Córki prezydentów po „Tańcu z gwiazdami” opowiadają w wywiadach jak są zasypywane rozmaitymi propozycjami. Dzwoni do mnie dziennikarz i pyta o moje zdanie na temat programu Oli Kwaśniewskiej w TVNie. Ciekawi go czy gwiazdy będą z nią rozmawiać. Dziwię się, że w ogóle o to pyta. Przecież sympatyczna skądinąd Ola staje się częścią produkcji. Wchodzi w układ, podobnie jak znane osoby, z którymi ma odbywać sentymentalna podróż na potrzeby TV. Nikt nie wymaga od niej bycia dziennikarką. Ważne jest, że to ta Ola. Ktoś pyta mnie o Olę, ktoś inny szuka medialnego socjologa. Tylko superniania ponoć nie uległa telewizji i nie odchudziła się w celach marketingowych. Jaka jest każdy widzi. Sama ją o to zapytam przy okazji 🙂 Całe szczęście, że są jeszcze zawody, w których natykamy się na ludzi o nieznanych twarzach.

 

30 listopada 2006 Ależ my potrafimy się cieszyć! A te chłopaki wcale nie wstydzą się emocji. Wrzeszczą. Głosy mają zachrypnięte i nawet kiedy patrzę na nich przy ściszonym zupełnie dźwięku taniec ich ciał mówi wszystko. Dziś przez 15 min. gadałam z E. o siatkarzach. Ale nie tylko o nich. Także o naszej słowiańskiej, otwartej duszy. Emocje się wylewają. Polacy są super-skonstatowałyśmy dumne, że jako naród mamy serca na dłoni. Choć dziś młody yuppi, który usiadł obok mnie w metrze chyba był wyjątkiem. Czytaliśmy książki, gdy zauważyłam kątem oka, jak spogląda na szczelinę między naszymi siedzeniami .Zerka na mnie, po czym wraca do swej lektury. I ja zerknęłam. Całe szczęście. Wypadło mi z kieszeni radyjko. Leżało między nami. Zastanawiałam się co sprawiło, że pan odruchowo mi o tym nie powiedział. Chyba nigdy nie grał w siatkę 🙂

 

6 grudnia 2006 Wczoraj obejrzałam film, familijną głupotkę pt „Wesołych świąt”. Zastanowiła mnie zawarta w nim prawda o naszym postrzeganiu świąt. Jeden z bohaterów, który w dzieciństwie w święta pił colę i zagryzał zimnymi frytkami, po latach bardzo przestrzega rytmu przedświątecznych przygotowań. 1 grudnia wiesza adwentowy kalendarz i zaczyna się! Każdy dzień to inne działanie. Nota bene w naszej części świata kalendarze adwentowe wciąż oznaczają smaczne czekoladki. Na szczęście. A zatem zgodnie z amerykańskim kalendarzem, przed świętami należy: udekorować dom, zrobić fotografię rodzinną( zawsze w tych samych ubraniach), zamówić prezenty, własnoręcznie ściąć choinkę itp. itd. Nie można spontanicznie pójść na zakupy do centrum handlowego, bo tam „synku potworny tłok przed świętami”. Nie można zgodzić się na żadne odstępstwo od wyznaczonego planu. Bo tradycje trzeba chronić, dmuchać i chuchać. Pomyślałam, że czasem dajemy się zapędzić w taki kozi róg. Chcemy żeby grudzień był najpiękniejszym miesiącem w roku. Wkładamy w to dużo energii. Nerwów. Pieniędzy. I w tym amoku trzymania się planu zapominamy, że najpiękniejszym planem jest brak planu. Róbmy to co sprawia frajdę. Nam i bliskim. Zwłaszcza w grudniu. PS. Moje pierniki już upieczone 🙂

 

11 grudnia 2006 Godzina 21. Noc zakupów dla lojalnych klientów w jednych z centrów handlowych. Co roku dostaję na nią zaproszenia. Tym razem daję się skusić. Jestem praktyczna. Myślę pozytywnie. Co tam. Pojadę, szybko kupię prezenty i wrócę, nie zarywając za bardzo nocy. Wjeżdżam na główną ulicę prowadzącą do centrum. Z niepokojem zauważam zwiększony ruch. O tej godzinie? Dziwię się… Szybko okazuje się, że nie tylko ja jestem lojalna. Tym zaproszeniem zostało obdarowanych chyba pół miasta. Szybko decyduję się zostawić samochód po drugiej stronie ulicy, wszak miejsc na parkingu nie uświadczę. Nikt nie zwraca uwagi na trawniki, każdy staje gdzie popadnie. Zajmuję nie używany chodnik i zewsząd widzę ten błysk w oku zjeżdżających tu konsumentów. Oto ich święto! Zaczyna się polowanie. U wejścia do świątyni konsumpcji witają hostessy, ktoś częstuje w tłoku szampanem. Wielobarwny, pachnący, elegancki tłum rozpierzcha się po sklepach. Czas lansu. Wszędzie promocje. Tylko 30% zniżki? Idziemy dalej! Wyłapuję strzępki rozmów i zaczynam dostrzegać więcej humorystycznych scenek. Królują szaliki Burrberry, z dala trudno ocenić czy chińskie, stadionowe czy też oryginalne. Niektóre damy z pieskami pod pachą (jeden z nich w pełnym pikowanym ubranku). Panowie dźwigający torby i grupki polujące na tace z kanapeczkami i czekoladkami. Zapewne i tu przedostało się wielu tzw. dziadów bankietowych, ludzi pojawiających się na każdej imprezie z darmowym poczęstunkiem. Jak oni zdobywają informacje, zastanawiam się z podziwem. Pozbywanie się pieniędzy okraszają występy modelek, kolędujących piosenkarzy i losujących nagrody kaowców. Musi być przecież przedświątecznie i miło. Tym razem chałturzy gorąca medialna para. Ona pani z TV, on pan od pogody. Są szalenie nieprzekonywujący w tej roli, choć pewni siebie. Nachalnie namawiają do kupowania kolęd -cel charytatywny, ale sposób zbiórki pieniędzy budzi mój niesmak.” Proszę podejść do stolika z kolędami! Nie słyszy pani, do pani mówię, niech pani nie udaje, że nie wie o co chodzi.” Na szczęście to ja wybieram jak pomagam. Kupuję prezenty, rezygnując z wielu sklepów z powodu kolejek. Wychodzę żegnana po raz kolejny tym samym tekstem pana od pogody losującego kupony. Pani X, czy jest pani X. A kuku! Czekamy na panią X. W domu byłam przed północą i a kuku, długo nie mogłam zasnąć. Za rok nie będę już lojalnym klientem tego centrum.

 

13 grudnia 2006 Intymność. Co to słowo może oznaczać w czasach, gdy wszystko dzieje się na oczach świata. Z niesmakiem patrzyłam na fotoreporterów usiłujących sfotografować wystraszonego chłopca, którego policjanci odnaleźli przemarzniętego w lesie. Serce mi się krajało, gdy widziałam gołe plecy dziewczynki niesionej na rękach przez najsłynniejszą ostatnio matkę Anetę K. Widziałam jej kucyki i rączki, którymi próbowała niezdarnie poprawiać kaptur naciągnięty na twarz. Aż boje się myśleć co te dzieci zapamiętają ze swojego dzieciństwa. A może jest tak, jak pisał znany kiedyś psycholog, a później znany podejrzany Andrzej S.- dzieciństwo jest koszmarem. Moje nie było. Pomimo trudnych momentów noszę w sobie wiele cudownych wspomnień. I wciąż z nich czerpię nowe siły. Dziś mama powiedziała wspominając dawne czasy, że kiedyś nie bała się ludzi. Teraz jest inaczej. Dlaczego? Bo jest więcej zła? Pożądania? Zawiści? Mniej człowieczeństwa w człowieku? Czy tylko więcej informacji o tym co patologiczne, okrutne, ohydne. Wiem jedno. Dobro nie zawsze jest nagradzane dobrem. Ale to jedyna droga, by żyć w zgodzie ze sobą.

 

19 grudnia 2006 Jestem chyba jakimś dziwolągiem. Lubię grudzień. Z jego szaleństwem prezentów, życzeń, spraw rozpoczętych i odhaczonych w kalendarzu jako wykonane. W tym roku modne stało się kontestowanie świąt. Nie było gazety, w której ktoś nie narzekałaby na tłok w sklepach, na niedzielnych kierowców parkingach, na ludzi obwieszonych niczym choinki i biegających w amoku po mieście. Krytykują ci, którzy biorą w tym udział. Też kupują, też tracą głowę i też są skołowani walcząc ze swoim wierzchołkiem góry lodowej. W pracy nawał spraw. Trzeba pamiętać o życzeniach. Wigilie, spotkania, tu wpaść, tego uściskać. Nie dam rady zobaczyć się ze wszystkimi, z którymi bym chciała. Nie wszystkim wręczę jakieś drobiazgi osobiście. A tak bardzo bym chciała, żeby byli pewni moich dobrych życzeń. Podoba mi się hojność i łatwość dzielenia się tym co mamy. Choć nie lubię być do tej pomocy przymuszana wszędobylską obecnością puszek. Na dzieci, na szpital, na bezdomne zwierzaki, na harcerzy itp. itd. Sama chcę decydować jak i komu pomagam. W radiu na antenie coraz łatwiej mówi się o emocjach i uczuciach, słowami, które w innym miesiącu brzmiałyby egzaltowanie. Zapewne będę zmęczona, ale gdyby nie to uczucie czymże byłaby radość odpoczynku?

 

23 grudnia 2006 Wybór należy do mnie. Jak każdy banał tak i to zdanie powtarzam sobie często. Przecież to co proste przychodzi nam najtrudniej. Mój grudzień wypełnił się przedświątecznymi spotkaniami, kinem, teatrem. Obowiązkami, przyjemnościami. Złapałam się nagle na tym, że każdego wieczoru dokądś wychodzę. Święta były coraz bliżej, a ja poza zewnętrznym ich przygotowaniem nie znalazłam chwili, by usłyszeć siebie, by zadać sobie pytanie jakie będą w tym roku, by wreszcie poczuć wdzięczność, że w ogóle są. A przecież nie tak dawno zrozumiałam, że to nie jest takie oczywiste. Te święta to dar. Bo są kolejne. Bo mam już nowe włosy. Bo opuchlizna po chemioterapii zeszła. Bo mogę jeść, poczuć smak. Bo żyję. I są wokół mnie bliscy. Chciałam się zatrzymać. Intuicyjnie wiedziałam, że jest to ważniejsze od kina, teatru i spotkań. I tak jednego grudniowego wieczoru wybrałam czas dla siebie. Słowa rekolekcjonisty były tymi, na które czekałam. Zaufanie. Zgoda na to, co niewiadome. Wiara Wiem już, że to Boże Narodzenie będzie dla mnie świętem zaufania. Także w siebie i w to co ma dla mnie świat. Tam gdzie narodził się Jezus nie było czysto i pachnąco. Może nawet śmierdziało. A nam się czasem wydaje, że musimy być uporządkowani, wyprostowani. Martwimy się, że jesteśmy niewystarczająco przygotowani. Że do niedoskonałości Bóg nie przychodzi. Tymczasem On rodzi się tam, gdzie go przyjmą. Pojawia się tam, gdzie tylko da się przyjść. Dla tych słów, warto było dokonać wyboru. Poczujmy siłę Świąt!

 

30 grudnia 2006 W życiu najważniejsze jest samo życie. Mówiąc to wsiadłam do samochodu i pojechałam w stronę Niemiec, do wybranego na chybił trafił średniowiecznego miasteczka. Tu zamknę symbolicznie stary czas i otworzę nowy. Z wiarą i przekonaniem, że będzie pełen… życia. Dziękuję wszystkim z www za obecność i wsparcie, którego doświadczam każdego dnia.

 

 

2 stycznia 2007 Zamieniłabyś nowy rok na stary? – zapytał w liście kolega, chyba troszkę prowokacyjnie uznając, że to co nieznane może niepokoić. Przy okazji pewnie chciał się dowiedzieć czy pogodziłam się z wydarzeniami zeszłego roku i w jakiej kondycji zaczynam nowy. Jasne, że Sylwester to tylko symbolika, że każdy poranek jest nowy, świeży i czysty. Jednak to przejście w kolejny rok zmusza mnie do minimalnych choćby podsumowań. Przepisuję kalendarz-ależ jestem archaiczna. Przyglądam się numerom telefonów dawno nie używanym, długo się zastanawiam czy już usunąć numer Oli, czy jeszcze poczekać… choć wiem, że to irracjonalne. Patrzę czym żyłam w 2006. Widzę zdjęcia ze swego Sylwestra w studiu. Uśmiecham się do łysej głowy. To naprawdę ja? Widzę toskańskie cyprysy, prawie czuję smak włoskiego jedzenia, którym tak zachwycałam się na wakacjach. Odzyskałam włosy, smak, radość życia, straciłam ostrość sądów i poczucie niczym nie ograniczonej perspektywy. Może to rodzaj przekleństwa, a może daru. Zamiast snuć plany, podejmuję decyzje. Tak jak tę o sylwestrowym wyjeździe, który zaowocował odkryciem roku. Oczarowało mnie 1000letnie frankońskie miasteczko. Ale to już następna opowieść.

 

8 stycznia 2007 Zawirowało. I niestety nie była to sprawa wypitego w piątkowy wieczór niemieckiego, wędzonego piwa (cóż za smak!) A już miałam nadzieję, że tak objawia się stan upojenia. To był stan choroby. Utarło mi nosa, bo od zakończenia chemii żadne zwykłe choroby się mnie nie imały. Że niby drobiazgami mój organizm nie będzie sobie zaprzątał głowy. A tymczasem okazało się, że narastająca w zeszłym tygodniu senność to było zbliżające się przesilenie. W weekend zamiast zaplanowanego babskiego spotkania i naszego gadania miałam wizytę lekarza. Zapalenie gardła, angina. Antybiotyki. Wolałabym bez nich. Walczę i mobilizuję swe siły. Tylko kiedy gorączka opada zastanawiam się, czy to co dzieje się wokół to nasza prawdziwa rzeczywistość. Wielgie dzięki.

 

15 stycznia 2007 Napisała A. Wiem, że kiepsko sobie radzi ze swoją rzeczywistością. Zaoferowałam wspólną kawę. Terapeutycznie. Tymczasem A. odpisała, że dla niej inni szczęśliwi, poukładani, spełnieni nie są żadną motywacją. Wręcz przeciwnie- dołują. Na zasadzie, że wszyscy mają tak dobrze w życiu, tylko ona nieszczęśliwa. Ta szczęściara to niby ja. Trudno uwierzyć bo ktoś, kto zna historie mojego życia wie, że były w nim dość ostre zakręty. I mocno musiałam się trzymać, żeby nie wypaść z trasy. Czyżby A. miała też ochotę pozazdrościć mi tego? Nie sądzę. Wiem, że istnieje mechanizm porównywania się do tych, którzy mają gorzej. Wtedy czujemy się w miarę ok. Ludzie sukcesu frustrują, zamiast dodawać sił. Przyjmujemy bezwolnie to co przynosi dzień za dniem, po to, by w końcu zauważyć, że nie tak miało wyglądać nasze życie. Moja koleżanka A. chciała podbijać świat. Szła jak burza. Teraz, gdy coś ją na lata zatrzymało uszła z niej cała wiara, że wciąż może. Najsmutniejsze, że wcale nie chce tego usłyszeć ode mnie.

 

18 stycznia 2007 Dlaczego niektóre marzenia, kiedy przechodzą w fazę realizacji przestają nas kręcić? Zauważyliście to samo? Najpierw do czegoś zmierzamy, by potem skonstatować, że to wcale nie dostarcza takiej frajdy, nie przynosi oczekiwanych efektów, nie jest takie jakie miało być. Zaczęłam się sobie przyglądać. Zadawałam pytania. Co mi daje niekłamaną radość, a co tylko pozorne zadowolenie. Czy w działaniu próbuję sobie coś udowodnić, czy robię to na co mam prawdziwą ochotę. Dlaczego osiągnięte cele jakoś się rozmywają, a droga nie ma ciągu dalszego. Wiem! Ja sama sabotuję działania, do których nie jestem przekonana. Zdobywam coś i zaraz potem tracę, bo gdzieś tam w środku niedowierzam, że jestem w tym dobra, albo, że to jest dobre dla mnie. Tak naprawdę sukces odnosimy tylko wtedy, gdy w niego wierzymy. W niego i w siebie.

 

23 stycznia 2007 „Zazdroszczę Ci 2 tygodni ferii. Naprawdę nie będzie Cię 2 tygodnie w pracy?” Zapytał mnie ze zdziwieniem J. młody asystent Moniki. Zastanowiło mnie czego w tym pytaniu było więcej. Podziwu czy zdziwienia. Może dlatego zaczęłam mówić o swojej drodze zawodowej, o tym, że też kiedyś pracowałam o każdej porze dnia i nocy i że kiedy coś jest pasją, czas na to poświęcany nie ma nic wspólnego z poświęceniem, że zmieniają się stopniowo priorytety, aż wreszcie dochodzi się do momentu, gdy ważna staje się harmonia. Dochodzi się, a to wszystko co dzieje się po drodze jest bardzo potrzebne. Harmonia to odpowiednie proporcje. Za kilka dni będę czytać książki, grać w Rummikub, gadać z tymi, z którymi każdy temat wciąga, patrzeć na szczyty. To dla mnie równie ważne jak poznawanie kolejnej osoby w „Powiedz tylko Marzenie”. Życie sprawia mi teraz wielką frajdę i wreszcie mam odwagę sama o siebie zadbać.

 

27 stycznia 2007 RANO Nasze czasy cierpią na powierzchowność. Dotarło to do mnie z całą mocą, teraz po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Nagle okazało się, że media zaczęły mówić innym głosem. Wiadomości nabrały innej perspektywy. Z telewizji dobiegał do mnie spokojny , zrównoważony głos człowieka, który na nasze sprawy potrafił spojrzeć z ogromnego dystansu. Odnosiłam wrażenie, że to ktoś, kto dzięki podróżom, doświadczeniu i wiedzy jaką posiadł widzi znacznie więcej. Nie było wygodnie słuchać o tym, że 80% ludzkości jest „marginesem”, żyjącym w poczuciu niespełnienia. Nie było komfortowo wiedzieć, że panowanie Zachodu dobiega końca, że świat się zmienia i tylko my pozostajemy zawężeni do naszej małej ciasnej perspektywy. Ale kiedy o tym pisał, czy mówił bardzo wyraźnie docierało do nas jak miałkie są newsy, którymi żyjemy na co dzień. W komercyjnej telewizji, komercyjnym radiu zrobiło się mądrzej. Chociaż przez jeden dzień. Tak było po śmierci człowieka, dla którego najcenniejszy w życiu był czas. Pewnie odszedł w przekonaniu, że w tak wielu miejscach nie był i tylu własnych myśli nie zapisał. To kolejna lekcja dla mnie. Ważności każdej minuty. Powierzchowność jest wszędzie wokół nas. Mogę się na nią nie godzić. Zawsze mam wybór. WIECZOREM Jadę zakopianka (nawet Bob Budowniczy nie dal rady) i nie mogę się nadziwić, ze w centrum Europy nie mamy dróg umożliwiających nam szybkie przemieszczanie się. Ale ponieważ rozwój multimediów na szczęście nie jest w zarządzie Krajowej Dyrekcji Dróg, to mogę ten wydłużony czas podróży wykorzystać na pisanie. Ja osoba pióra i notatnika dałam się oczarować możliwościom telefonów. O ile telefonem można nazwać to mini biuro, które mam w ręku. Piszę zatem zachwycając się kształtami śnieżynek, zasypanym bezkształtem drzew, wizja ferii pod moim ulubionym niebem na Cyrhli. I to powoduje, że wybaczam wszystkim kierowcom, którzy wybrali się w góry na letnich oponach, kubkowi z gorąca herbata, który okazał się dziurawy i wylewał mi zawartość na spodnie, a nawet mononukleozie, która opóźni przyjazd J. Zaczęłam urlop!

 

19 lutego 2007 Moja praca to także czytanie. Jestem otoczona słowem pisanym. Wartościowym, ale coraz częściej nikomu i niczemu niepotrzebnym. Sprawdzam portale internetowe, szukam wiadomości, zerkam jak są komentowane przez innych. Wgryzam się w głos ludu. I coś mnie trafia, gdy pod informacją o 100letnim Belgu, który jeździ bezwypadkowo od 80 lat znajduję wpisy w stylu:” uśpić staruszka, kto jest za eutanazją, kretyn.” Za chwilę mam newsa o stewardesie, która wyleciała z pracy za uprawianie seksu z nota bene fajnym niebieskookim aktorem Ralphem Finnesem. Pani ta ma 38 lat. Co piszą internauci? Nie trudno się domyślić. ”Babcia pod 40stkę i gorący seks, przecież to obrzydliwe, to kobieta przed menopauzą, seks z 38 latką to musi być straszne. Z tyłu liceum, z przodu muzeum” itp., itd. Domyślam się, że autorami tych wypowiedzi są średnio rozgarnięci nastolatkowie, w okresie burzy i naporu hormonów. Tacy, którym wydaje się, że są posiadaczami eliksiru młodości, u których zegary stoją w miejscu, nie ma luster. Nigdy się nie zestarzeją, a jeśli to nastąpi to już po 30stce zejdą wszystkim z oczu, z troski o wrażenia estetyczne. O miłości nawet nie zamarzą. Zresztą jaka miłość, skoro sami poproszą o eutanazję, gdy tylko dostrzegą pierwszą zmarszczkę lub siwy włos. Wkurzam mnie głupota. I ten brak elementarnego szacunku dla ludzi starszych- i nie mam tu na myśli 30, 40 latków. Mój tata skończył właśnie 70 lat. Zdziwiłam się, że to już. Ale metryka nie kłamie. Miasto „uczciło” ten fakt dając mu możliwość darmowych przejazdów, kiedy odbierał kartę do metra czuł się jak senior. Ale gdy tylko wszedł do metra poczuł się znów młodo. Bo jako jedyny stał, podczas, gdy wszyscy inni siedzieli. Oswoiłam tę 70kę Taty. W tajemnicy przed nim zaprosiłam ważne dla niego osoby z całej Polski. Stawili się na przygotowanym sekretnie przyjęciu. Zaskoczonemu Jubilatowi odśpiewali 100lat, wręczali prezenty, wspominali. Po prostu byli. Jestem im za to wdzięczna Pomyślałam, że nie chcę żałować kiedyś ,że z czymś nie zdążyłam. A oni najwyraźniej czują podobnie.

 

8 lutego 2007 Symbolika tych urodzin. Już ja wiem dlaczego. Lubię tę swoją szczęśliwą siódemkę. Taka jest, pomimo tego co za mną. No właśnie. Bywają chwile, gdy pierwsze lepsze strzyknięcie w kościach przywołuje niedobre wizje. Znak dla mnie-praca nad przekonaniami nie ma końca. Nic nie mamy raz na zawsze. Nawet optymizm jest trudną lekcją do odrobienia. W Tatrach patrzę na góry i z góry. Zamykam oczy w słońcu i widzę siebie realizującą plany, które stworzyły marzenia. Nie ścigam się z czasem. Raczej chłonę to co mi daje. Widzę jak w każdym momencie można wywrócić wszystko do góry nogami, zbliżając się tym samym do stylu życia, który daje największe spełnienie. Zaprzyjaźniony A. z Cyrhli kiedyś człowiek morza, teraz gór. Nie zdziwił mnie, gdy zapowiedział, że przygotowuje podróż dookoła świata- w częściach. On umie o siebie zadbać. W myśl zasady, że zawsze trzeba próbować czegoś więcej, niż wydaje się, że można. Urodzin w górach nie planowałam. Inni to zrobili, przygotowując mi niespodzianki już od rana. Pobyt na słowackiej Łomnicy był brodzeniem w niebiańskim mleku, piwo w Skalnej Chacie smakowało wybornie, a fasolówka koloru wyżętej szmaty też miała swój górski charakter. No i knedliki podane na stół przez małomównego samotnika żyjącego tam chyba na co dzień. Wieczorem spontaniczna impreza z zakopiańskimi przyjaciółmi. Wino, tokaj, tort niespodzianka i świeczka strzelająca zimnym ogniem, tańcząca i wygrywająca muzyczkę. Życie potrafi o mnie zadbać. Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o mojej szczęśliwej siódemce. Z ferii Ludzie przyjeżdżający w góry nie ci sami, ale góry wciąż te same. Oto ich siła. Wybieram trasy na spacery, sprawdzam smak strudla z jabłkami i bitą śmietaną w schronisku na Kalatówkach, jeżdżę po zaśnieżonym lodowisku, zapadam się w zaspach i trzęsę na pędzącym w dół jabłuszku. Nadrabiam zaległości filmowe. Oglądam po raz pierwszy Magdę M. Chyba jako ostatnia w kraju. Teraz rozumiem dlaczego dziewczyny wzdychają do Pawła Małaszyńskiego sądząc, że w życiu jest taki, jak grany przez niego Korzecki. Magia zawodu. Mnie bawi w tym serialu coś innego- odnajduje swoje warszawskie miejsca, rozpoznaje miejsca z planów filmowych, oglądam swoje osiedle i widzę jak pięknie można pokazać miasto. Gdy to piszę widzę pędzące płatki śniegu. Na szczęście za oknem ciepłego pokoju. H. przyniosła kajmakowe babeczki z najlepszej zakopiańskiej cukierni. Gardło mi szwankuje, a wczorajszą melancholię zrzuciłam na wiejący wiatr. On ją przywiał, niech i on ją przewieje.

 

14 lutego 2007 Bardzo łagodnie obszedł się ze mną ten walentynkowy dzień. A może to ja mam więcej zrozumienia dla czerwonych serduszek. Nie denerwują mnie ani ci, którzy sprzedają miłosne gadżety, ani ci, którzy je kupują. Nikt nikogo nie zmusza. Do wyznawania miłości, okazywania sympatii czy wydawania pieniędzy. Za to miło jest obdarowywać i być obdarowywanym. Miłość dotyczy każdego, to jasne. M. napisała, że dotarło do niej , że kochać należy bliźniego, ale także siebie samego. Uśmiechnęłam się, bo pamiętam moment kiedy i ja odkryłam to dla siebie. Sama zapamiętam z tych walentynek to, że życie nie jest sumą oddechów, ale chwilami, które zapierają dech w piersiach. Żyjmy tak, aby tych chwil dostarczać sobie każdego dnia.

 

22 lutego 2007 Gdzie jest granica między zdrowym egoizmem, a samolubnym życiem? Czy można chronić siebie, nie robiąc tym samym krzywdy komuś drugiemu? Wokół mnie kilka związków toksycznych. Opartych na wykorzystywaniu się. Pogrążaniu. Ciągnięciu w dół. Wszystko w imię uczucia. Gry, emocjonalne szantaże, ciągła huśtawka nastrojów. Czy tak wygląda partnerstwo dla miłości? Czy to nie jest tak, że osoby chore szukają ofiary, do której łatwo można się przyssać. A potem opleść się i zarzucić wszystkimi swoimi problemami, które mają zniknąć gdy zostaną spełnione konkretne warunki. Ich wciąż będzie przybywać. Za mało uwagi, nie takie spojrzenie, więcej dowodów miłości, poświęcenia itp. itd. Wrażliwcy łatwo dają się wciągać. A to otchłań bez dna. Kiedy połykają haczyk? Gdy okazuje się, że nie żyją już po swojemu. Kiedy ich myśli krążą wokół jednego- jak nie urazić. I kiedy coraz rzadziej się uśmiechają. Niszczymy siebie, wcale nie ratując drugiego. Napisałam te słowa i poszłam do kina. A tam zdumienie. Film „Notatki o skandalu” jest przedłużeniem tematu. Kotłuje mi się w głowie. Ludzie osaczający, złe ukryte intencje i coś co każe człowiekowi manipulować innymi. Co za tygiel! Uczuć, emocji i prawdy o ciemnych stronach związków.

 

27 lutego 2007 „Czy słyszała pani o salsie?” Uruchomiłam w sekundę swe zwoje. Kolejna edycja Tańca z gwiazdami jeszcze nie wystartowała. Zatem, to nie było pytanie o salsę tylko o sepsę! Chodzi pani o chorobę? O sepsę? – precyzuję. „Aaaa, to oni tak na nią mówią. No, boi się pani tej salsy… sepsy?” Nie wiem, kto był bardziej zażenowany. Ja czy kosmetyczka, która pytała. Zaczynam rozumieć naszych dziennikarzy, którzy wszystkie trudne słowa w swoich relacjach zastępują opisami. Tak na wszelki wypadek, by być dobrze zrozumianym. Język nam ubożeje. Skoro wszystko wolno, to salsa może być sepsą. Kumpel opowiada o naborze pracowników. Zadaje różne pytania. Na przykład o najdłuższą rzekę w Polsce. Nil. Albo o największe marzenie. Znaleźć się na okładce kobiecego pisma. Ostatnio, któryś z naszych wielkich, powiedział, że rozmawia tylko z mądrymi, bo na głupich mu żal czasu. I mimo, że brzmi to ostro, to chyba zaczynam rozumieć.

 

1 marca 2007 J. napisał, że dzięki mnie powoli zaczyna zauważać siebie i swoje potrzeby. Jaki komplement! To banał, ale sprawiania sobie przyjemności też trzeba się uczyć. Taką lekcję i ja odbyłam. Najpierw wydawało mi się, że to egoistyczne, potem ważniejszy był cudzy komfort. Świetnie wynajdowałam argumenty przeciwko sobie samej- mało pieniędzy, czasu, sił. Aż dostrzegłam ile tracę. Zaczęłam reformować swoje własne myślenie. Pierwszy droższy krem, pierwszy wyjazd z noclegiem, pierwszy ciuch kupiony tylko dlatego, że się spodobał, a nie dlatego, że był potrzebny. Otworzyły się nowe możliwości. Ale tylko dlatego, że dałam sobie pozwolenie… na rozpieszczanie samej siebie. Nikt na tym nie stracił. A ja zyskałam bardzo dużo.

 

5 marca 2007 Zamożność społeczeństw rośnie- a poziom zadowolenia z życia się nie zmienia. Właśnie o tym co czyni nas szczęśliwym rozmawiałam wczoraj z O. włócząc się po pięknym Powiślu i Mariensztacie. Każda z nas ma wokół siebie kogoś niespełnionego. I żeby było ciekawiej to niespełnienie wcale nie wynika z braku, ale też często z nadmiaru. Córka znanej pisarki bywa w depresji, bo nic nie musi. Żona bogatego męża nie wyjdzie wieczorem na koncert, bo właśnie rozłożyła prasowanie( ona musi coś własnoręcznie zrobić w domu) Matka dzieciom musi być sfrustrowana do potęgi, bo inni mają znacznie więcej niż ona. Każdy znajduje swój powód żeby poczuć bezsens. Dotarło to do mnie wyraźnie, a gdy wieczorem przeczytałam o tym, że nauczono nas egoizmu, który polega na bezustannej analizie własnych emocji-przytaknęłam. Tak! Zamiast siedzieć w domu i dzielić włos na czworo, trzeba wyjść do ludzi, zwrócić uwagę na to co dobrego nas spotyka, wypracować stan umysłu, który nas nie ogranicza. Dobrego tygodnia! Od dziś jestem w radiu popołudniami. I to też ma swoje dobre strony. Lubię zmiany.

 

8 marca 2007 Czy ludzie, których spotykam na stacji metra, których mijam na ulicach Warszawy wiedzą jak dużo mają? Próbuję zgadnąć co ich absorbuje, z wyrazu twarzy, ze spojrzenia. Wczoraj młoda kobieta poprosiła, by ustąpić jej miejsca. Siadała ciężko, przy pomocy koleżanki. Pomyślałam- nie widać, że coś jej dolega. Należę do tych, którzy mają siłę. Choć byłam też w grupie tych, którzy tylko ze szpitalnych okien patrzą jak żyją inni. Wiem ile jest wtedy w człowieku tęsknoty do tych najprostszych czynności. Znów jestem po dobrej stronie życia. Doceniam to i jest we mnie wdzięczność. To, że za chwilę wyjdę do pracy i dotrę tam o własnych siłach wcale nie było takie oczywiste jakiś czas temu. Zaczynam kolejne badania. To już rok? To dopiero rok. Podoba mi się życie.

 

14 marca 2007 Przeczytałam-„pieniądze szczęścia nie dają, ale mając je lepiej znosić nieszczęścia”. Dobre. Bo faktycznie zawsze lepiej mieć niż nie mieć. I wcale nie uważam, że posiadając jesteśmy skazani na konflikt: mieć czy być. Można chyba i mieć i być. Chociaż za każdym razem pada pytanie o to, w co warto się angażować, a w co nie. Nie zazdroszczę ludziom, którzy mają więcej niż ja, nie węszę w poszukiwaniu ceny jaką zapłacili za to posiadanie. Co więcej- znam takich, których posiadanie nie psuje Raczej inni odsuwają się od nich, tak na wszelki wypadek, bo przecież ktoś kto ma, ma też wodę sodową w głowie. Stereotypy, ale jakże silne. W. był kiedyś otoczony znajomymi, do momentu, kiedy okazało się, że nie może załatwić pracy w telewizji, ani finansować biznesowe pomysły przyjaciół. Wtedy usłyszał, że jest taki, jak się o nim mówi- czyli wyniosły, zarozumiały buc. Do tego egoistyczny. Rządzą nami przekonania- skoro ktoś zrobił w pojęciu innych karierę-musi być pyszałkowaty. A skoro ma pieniądze- to musiał je ukraść. Na świecie jest wielu złodziei, oszustów i karierowiczów. Ale przecież nie można tak wszystkich jedną miarką. Cudze sukcesy mogą mobilizować. Chyba dlatego tak lubię biografie. PS W listach wiosenny remanent. Przepraszam, za opóźnienia.

 

16 marca 2007 Naprawdę już piątek? Zachłystuję się perspektywą weekendu i tego wszystkiego na co znajdę czas. Postanawiam lepiej wybierać. Czy naprawdę muszę przeczytać wszystkie dzienniki i zorientować się we wszystkich aktualnych zdarzeniach? NIE. Jutro wyrzucam gazety, które czekają na swoją kolej. Robię remanent wiosenny wokół siebie. Robię miejsce na nowe.

 

21 marca 2007 TVN 24 ma swój portal. Kolejne źródło informacji. Dołączam do zakładek i od razu myślę- czy to normalne? Zaśmiecam swoją głowę tysiącem informacji. Ważnych i nieważnych. Powierzchownie. W portalu Dziennika migają fotografie, a pod nimi podpisy. Bywa, że zdjęcie znika szybciej niż podpis. I wtedy robi się miks. Taki jak w życiu. Pod dramatycznym obrazkiem kobiet rozpaczających po śmierci górników na Syberii, wchodzi podpis- supermodelka sprząta ulice. Kogiel mogiel. Coś widzimy, zanim zdążymy tę wiadomość zakodować pojawia się kolejna, potem jeszcze następna itd. itd. Nie mamy czasu na refleksje, na wyrobienie sobie własnego zdania. Pozwalamy innym myśleć za siebie. Konsumujemy. Buntuję się przeciwko takiemu natłokowi informacji. Może dlatego, gdy media nagłośniły sprawę odszkodowania dla kobiety, która nie dostała zgody na aborcję nie myślałam o tym jak to wpłynie na dyskusję o prawie kobiet do decydowania o sobie, ale o tym jaki ślad wyryje na życiu dziecka. Jak się poczuje, gdy dorośnie i odkryje, że mama dostała odszkodowanie, za to, że się mogło urodzić. Ech, w dziwnych czasach żyjemy.

 

27 marca 2007 Ostatnio chodzi za mną myśl, o tym, że każdy nadmiar oznacza jakiś brak. Nadmiar pracy. Nadmiar zabawy. Widziałam ludzi nastawionych na szaleństwo zabawy, ale też mam wokół siebie takich, którzy żyją wyłącznie karierą, wyzwaniami zawodowymi, nieustannym sprawdzaniem się w bojach. I jedni i drudzy zachowują się tak , jakby mieli tu być wiecznie. To jasne, że czegoś im brak. Z takimi spostrzeżeniami trafiłam do kina na głośny film o życiu zakonników w zamkniętym kartuskim klasztorze u podnóża Alp. Z założenia to miały być moje nowoczesne rekolekcje. W kinowym fotelu. I to był strzał w 10tkę. „Wielka cisza” najpierw mocno mnie irytowała spokojnym , powolnym sposobem filmowania. Płomień świecy pokazywany przez minutę to niemalże kontemplacja. Płatki śniegu, pędzące po niebie chmury, zbliżenia twarzy modlących się mężczyzn i dźwięk. Prawdziwy, klasztorny. Skrzypienie drzwi, tupot kocich łap, odgłosy pracy. I cisza. Ku mojemu zaskoczeniu w tej ciszy wcale nie zasnęłam, tylko zaczęłam intensywnie myśleć. Ostatnie słowa wygłaszane w filmie przez niewidomego zakonnika są piękną pointą. Wszystko co nas w życiu spotyka zmierza do naszego dobrostanu. Pięknej wiosny!

 

30 marca 2007 Ale tydzień! Dni wypełnione od świtu po środek nocy. Jakim cudem kiedyś wydawało mi się, że doba i jej 24 godziny to zupełnie wystarcza. Nieprawda! Teraz przepisuję sprawy do zrobienia z kartki na kartkę. Tak, sama tego chciałam. Wylatuje na święta do Istambułu. A żeby móc tam nic nie robić, teraz robię więcej niż zwykle. Ze świata docierają do mnie kolejne rewelacje. Nie dziwią. Zbyt często widzę polityków w akcji, by wierzyć, że przy wyłączonych mikrofonach nadal są zatroskanymi o dobro wspólne społecznikami. Polityka to gra, a oni są lepszymi, lub gorszymi zawodnikami w tej grze. A życie toczy się dalej. Grunt, że magnolia co roku wie, jak należy zareagować na słoneczne promienie. Patrzę i uczę się.

 

3 kwietnia 2007 Wiosna jest niezmordowana. Co roku mobilizuje przyrodę do wysiłku. Kibicuję nie tylko magnoliom(ta biała już prezentuje swe kwiaty, różowa tradycyjnie zwleka), ale też każdej zielonej łodyżce wyglądającej z ziemi. Tak. Przyznaję. To dla mnie mocna symbolika. Chciałabym mieć przed sobą jeszcze wiele takich wiosen. Pomyślałam o tym dzisiaj, po przeczytaniu raportu Polityki na temat życia po raku. Nie było tam nic czego bym nie wiedziała, a jednak słowa o tym, że rak to nie katar i nigdy nie wiadomo czy ma się tę walkę wygraną-troszkę mnie zatrzymały. Bo ja mocno wierzę, że w moim przypadku to było jednorazowe doświadczenie. I tego będę się trzymać. Wczoraj dyskutowałam filozoficznie o utopii. Gdyby ludzie mocniej się angażowali we własne życie, spełnienie, w tworzenie dobra tuż obok siebie to świat istniałby bez przemocy, zła i wojen. Jakież to proste. Jest jedno „ale”- natura ludzka. Ciemniejsza strona człowieka. Skoro nią tłumaczymy niedoskonałość świata to proponuję zainwestować w siebie. Zostawiając te ciemne strony innym.

 

9 kwietnia 2007 Do they know that Easter. Tak mogłabym sobie podśpiewywać, tu nad brzegiem Bosforu, nad Morzem Marmara, pod Błękitnym Meczetem, nieopodal Hagii Sofii. Nie ma jajek, zajączków i żółtego koloru. Jest za to mnóstwo tulipanów i to w różnych odmianach, bo kiedyś upodobał je sobie jeden z sułtanów. I działo się to zanim zakochali się w nich Holendrzy. Budzi mnie charakterystyczny głos muezina. Kiedy jem śniadanie patrzę na rekordową liczbę minaretów wokół meczetu- 6 wieżyczek. Latają mewy. Mgła ogranicza widoczność, ale też czyni to miejsce jeszcze bardziej nierzeczywistym. Kiedy zwiedzam sułtańskie pałace pełne orientalnej ornamentyki czuję się troszkę jak postać z bajki, która opuściła swój latający dywan i Święta Zmartwychwstania spędza patrząc na bose stopy modlących się muzułman. Nie wiem czy to świąteczne czy nieświąteczne. Gdzieś głęboko czuję, że religia, która daje wolność, a nie zniewala jest dobra. A wolni możemy być pod każdym imieniem. Święta są w nas.

 

11 kwietnia 2007 Przestałam zwracać uwagę na gazety wokół łóżka. Pochłonęły mnie opowieści bizantyjskie. Jestem w czasach Teodory i Justyniana. Zawodów i pokazów cyrkowych na Hipodromie. Moja wyobraźnia dostała mocno energetyczną pożywkę. Kolejne pokolenia stąpają po skrawku ziemi na jaki patrzyłam każdego ranka przez ostatnie kilka dni. Zmieniają się religie, zmieniają się władcy. Zwyczaje, obyczaje. Wszystko płynie. Odtwarzam tamte zdarzenia, usiłuje wniknąć w emocje. Jestem pod wrażeniem tego co może człowiek. W dobrym i złym tego słowa znaczeniu. Cdn.

 

18 kwietnia 2007 Lubię przyglądać się ludziom. To samo robiłam w Istambule. Patrzyłam na uliczny gwar, na turystów ściśniętych jak śledzie w czasie podróży statkiem po Bosforze, na pary, które poczuły wiosnę i czule patrzyły sobie w oczy. Muzułmańskie chusty i dżinsy Obserwowałam modlących się w meczetach. I dzieci uganiające się za piłką na ulicach. Myślałam o tym co oczywiste. Na całym świecie chcemy tylko jednego- godnie żyć. Widok placów zabaw nawet w najbardziej zaniedbanych miejscach wzruszał. Bez względu na wyznanie, czy sytuację polityczną życie człowieka sprowadza się do tego samego. Mam medyczny tydzień. Znów w Centrum Onkologii. Mija rok od końca leczenia. Pokazuję się lekarzowi, odpowiadam na swoje ulubione pytanie –Jak się pani czuje. Dostaję skierowania. To ponoć nie ma wpływu na długość przeżycia (tym razem ulubiony zwrot lekarza), ale chyba kiedy człowiek działa, ma wrażenie, że panuje nad sobą samym. A ja nie lubię czekać. Zresztą to nie umiejętność panowania nad innymi daje poczucie mocy, ale panowanie nad sobą. Dzień dumy narodowej. Mamy Euro 2012. Potrafimy się jednoczyć, gdy chodzi o coś ważnego. Co wydarzy się do 2012stego w moim życiu? Obiecuję sobie choć jeden mecz!

 

22 kwietnia 2007 Miniony tydzień upłynął pod znakiem spotkań z koleżankami po fachu. Są z telewizji, bliskie są im sprawy zdrowia. Mają swój program, zapytały czy mogą opowiedzieć moją historię. Ależ oczywiście. Nigdy nie traktowałam swojego spotkania z nieborakiem jak czegoś co jest zbyt intymne. Wstydliwe, albo bardzo osobiste. Przeciwnie. Moja przeszłość chyba jest nie tylko moją. Należy do wielu. Często nieznanych z twarzy, a ni z głosu. Odpowiedziałam, że owszem, mogą, tylko jak w telewizji opowiedzieć historię głosu? Zmartwiły się najpierw, że szkoda, ale decyzję szanują. Za chwile jednak oddzwaniają, że jednak mają pomysł, że chcą, że można. I tak oto mój urywek życia splata się z fragmentem życia koleżanki, która swoje doświadczenie z rakiem przechodziła dużo wcześniej, a kiedy zachorowałam ja, dawała mi bardzo konkretne wsparcie. Tydzień minął zatem na zdjęciach do tej opowieści. Przemiła, uważająca ekipa. Może zdziwiona, że tak bardzo pilnuję swej nieobecności ciałem w kadrach, ale też godząca się na moje warunki. Czyżby świat składał się teraz wyłącznie z tych, którzy mają parcie na szkło? Nie wierzę. Kręcimy w domu u E., w radiu, u lekarza. Zdaje sobie sprawę jak dużo dobrego mnie spotkało. Może tą opowieścią zarejestrowaną na taśmie pomogę komuś kto właśnie traci wiarę?

 

7 maja 2007 Kiedy w mojej głowie rodzi się pytanie „dlaczego?”, od razu przypomina mi się pewna mądra myśl. Nie możemy oceniać naszego życia po małym wycinku. Nie znamy całości. To samo powtórzyłam poznanej w Krośnie M. wokół której zjednoczyło się chyba całe miasto zbierając na jej operację w Niemczech. Dziewczyna oka nie uratowała, ale guza się pozbyła. Starałam się przekonać ją, że jej życie trwa. Inaczej… ale jednak! Przy okazji tej historii znów dostrzegłam bezinteresowne dobro. Ludzie nic nie muszą, a jednak chcą. Już drugi raz z rzędu na majówce gościło mnie miasto, które ujmuje serdecznością. Zawody Balonowe, o których opowiadam w radiu są niejako prezentem od przyjaciół dla inicjatorki, pokonanej przez raka. Po raz trzeci już organizowane bez niej, dla niej. Ta pamięć jaka zostaje po człowieku staje się motorem napędowym działania. Serdeczność rodzi serdeczność, a dobro wyzwala jeszcze większe dobro. Kiedy usłyszałam słowa podziękowania za to co robię dla Krosna wiedziałam, że nie czynię nic nadzwyczajnego. Po prostu robię to co czuję i uznaję za właściwe. A właściwą rzeczą jest mówić dobrze o ludziach, którym się chce zrobić coś dla innych. Bo nic tak skutecznie nie leczy smutku, żalu, poczucia bezsensu jak działanie! O balonach i podniebnych uniesieniach w następnym odcinku.

 

10 maja 2007 Czym jest życie bez pasji, bez zainteresowań, bez ludzi patrzących na świat tak samo? Pustynią. Ostatnie dni pokazały mi ile energii można czerpać z działania. Baloniarze często na co dzień siedzą w garniturach za biurkami. Zawody to dla nich możliwość pobujania w obłokach. Ale też spotkania się na ziemi z tymi, którzy też mają swoją powietrzną pasję. Zostałam wielbicielem lotnictwa. Zakochałam się w pilotach z biało-czerwonych Iskier (żony wybaczą). Podziwiam pilotów szybowców. Mam szacunek dla tych wszystkich, którzy kochają latanie. I znają się na tym. Jakoś dziwnie im więcej tej miłości tym więcej spełnienia w życiu. W Krośnie nikt nie narzeka. Tam się działa. Jak łatwo żyje się w małej społeczności, która wspiera wzajemnie swoje projekty. W biurze zawodów spotykam wszystkich- od prezydenta po mecenasów i lekarzy. Tylko polityków brak. Tu się nie politykuje, tu się po prostu działa. Urzekło mnie miasto samorządu. Urzekli mnie ludzie, którzy żarliwie realizują swe pasje.

 

11 maja 2007 Nie musimy znać swoich twarzy. Ani być na bieżąco z własną przeszłością czy teraźniejszością. Czasem nasze drogi krzyżują się na chwilę. Ale ta chwila jest cenna. Od dość dawna tę stronę otwierała Aldi. Pisała ciepłe, mądre maile. Wspierała. A teraz to ona jest w potrzebie. Potrzebuje zdrowia. Może też ciepłych i mądrych maili. Jest w szpitalu, na zakręcie. Wierzę, że każdy z nas może pomóc Aldi przetrwać ból ciała. Wyślijmy w jej kierunku zdrowe, jasne myśli. Proszę.

 

17 maja 2007 „Moje szczęście tkwiło w tym, że spotykało mnie jakieś nieszczęście”- tak mówi bohater Hrabala w filmie „Obsługiwałem angielskiego króla”. To mogą deklarować tylko ci, którzy potrafią spojrzeć wstecz, z dystansu, z wysokości na to co już za nimi. Kiedy przeżywamy w swojej teraźniejszości jakieś nieszczęście warto pamiętać o tym pozornym paradoksie. Nieszczęście może być początkiem szczęścia. Tylko trzeba umieć patrzeć. Nic nie widziała niewidoma pani, którą dziś rano zauważyłam na przystanku. W godzinach szczytu wysiadła z tramwaju i ostrożnie, ze swoją białą laską przemierzała „wysepkę. Nie mogła zobaczyć, ale mogła poczuć, że wokół jest mnóstwo ludzi. Wsiadających, wysiadających, zbiegających po schodach. Ona zamknięta w swoim świecie, powoli, ostrożnie, krok po kroczku przesuwała się w stronę barierek oddzielających przystanek od jezdni, szła w złym kierunku. Usiłowała pewnie odnaleźć zejście do przejścia podziemnego. Kiedy inni przyglądali się jej staraniom, ja przyglądałam się innym. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że nikt ze stojących tuż obok do niej nie podszedł, nikt nie zapytał czy pomóc, przeprowadzić, wskazać drogę. Chłopak rozmawiający przez komórkę, który stał na jej drodze zdołał się tylko usunąć. Grzecznie. Czy z tej samej grzeczności wszyscy udawali, że ten obrazek jest normalny? Mój tramwaj ruszył zostawiając niewidomą panią zagubioną na przystanku. Byłam zła. Na ludzi, którzy widzą, a zobaczyć nie mogą. PS Dziękuję za słowa otuchy dla Aldi. Wszystkie jej przesłałam. To taka nasza ożywcza „kroplówka”. Moja historia pojawi się w programie TVP 3 „Zdrowie na żywo” o godzinie 11 w sobotę.

 

24 maja 2007 Nie udaję, że wiadomości o śmierci młodego aktora, czy też dyskusja o decyzji młodej matki, która w ciąży z lęku o dziecko nie zgodziła się na chemię i umarła pokonana przez przerzuty- nie udaję, że to po mnie spływa. Czasem wraca w snach, czasem dotyka wprost, w biały dzień przy okazji pojawiającego się nieznanego wcześniej bólu kości. Ulotność. Zdrowia. Życia. Nic nie jest nam dane na zawsze. Ta świadomość tak mocno wryła się w moją głowę, że zaczynam rozumieć zdanie, które kiedyś było tylko teorią, literaturą-żyj tak, jakby to miał być twój dzień ostatni. Moje minuty stały się cenne. I gdyby nie praca i konieczność śledzenia aktualnych zdarzeń chyba częściej przyglądałabym się kosom, słowikom i wróblom niż politycznej siłowni w codziennych gazetach. Nie gonię. Nie ścigam się. Nie robię już niczego wbrew sobie. I wcale sobie tego nie wyrzucam. Postęp.

 

28 maja 2007 To dobrze, że sprawiedliwie nie znaczy po równo i to samo. Różnorodność zachwyca. Pomyślałam o tym wczoraj na koncercie Starego Dobrego Małżeństwa, zachwycona połączeniem talentów, pisania wierszy i ilustrowania ich dźwiękiem Okazało się, że nie tylko ja mam ogromny sentyment do tych „starożytnych piosenek” jak powiedział lider ciesząc się z reakcji publiki na stare kawałki. Boże, ile w tych tekstach Stachury jest prawdy o człowieku. „Czas płynie i zabija rany. Tylko dajcie czasowi czas.” Ostatnio chciałam czas wyprzedzić, nerwowo reagując na dziwne sygnały z ciała. Spokój został zburzony, harmonia zachwiana. Może tylko po to, abym znów przyłożyła się do życia na 100%, tu i teraz? „Będziemy smucić się starannie, będziemy szaleć nienagannie, będziemy naprzód niesłychanie, ku polanie!” Poezji każdego dnia Wam życzę.

 

1 czerwca 2007 Przez media znów przechodzi fala zainteresowania nowotworami i chorującymi na nie ludźmi. To dzięki ministrowi Relidze. Bez owijania w bawełnę powiedział o swojej chorobie. Zrobił coś wyjątkowego? Czy raczej naturalnego? Chciałabym żyć w kraju, w którym ktoś kto przyznaje się do raka nie jest traktowany jak umarły, niezdolny do pracy, przegrany. Jak ktoś nad kim można tylko się poużalać, by za chwilę przejść do własnej codzienności. Konferencja prasowa, na której ważny polityk mówi-chory idzie na zwolnienie lekarskie, a nie zwalnia się z pracy-pokazuje jasno-choroby są częścią życia. Jestem w środowisku ludzi o pięknej wrażliwości i dobrych sercach. Nikt nie wyrzucił mnie z pracy, ani nie zaczął unikać. Ale wiem jak wiele osób razem z diagnozą dostaje wypowiedzenie. Od dotychczasowego życia. Dlatego w takich chwilach warto pamiętać-każdy chory, zanim zachorował, był zdrowy. Na dzień dziecka życzę Wam odkurzenia wiary w marzenia.

 

4 czerwca 2007 „Nie przepuszczasz żadnej okazji”- powiedział mój brat na wieść o tym, że zamierzam się wybrać na jubileusz swojego liceum. Fakt. Nie przepuszczam. Tam gdzie chcę być-tam jestem. Bo może drugiej okazji już nie będzie? Słucham siebie, jeśli tylko pojawia się ochota, zaraz potem jest realizacja. Znam zbyt wiele osób, które dryfują zamiast żeglować. Nie mają na nic czasu i wiecznie wszystko odkładają na potem. Nie obrażam się na nich, nie mam żalu, nie każę żyć po mojemu. Każdy idzie swoją ścieżką i dzieli swój czas na to co chce. A ja tak jak w pewnej reklamie- nie chciałabym, żeby zabrakło mi czasu na to, by okazać uczucia. Innym. I sobie też.

 

11 czerwca 2007 K. napisała, że 9tego minęły dwa lata jak w dzienniku napisałam o swojej chorobie. Nie sprawdzałam. Chyba boję się powrotu tamtych emocji. Wolę chuchać i dmuchać na to wypracowane, wyuczone, odzyskane poczucie, że jestem zdrowa i bezpieczna. Z drugiej strony niczego co przeżyłam się nie wypieram. Jest częścią mnie samej. Całe zło, którego doświadczałam także w relacjach z drugim człowiekiem pozwala mi siłą kontrastu wyraźniej dostrzegać dobro i szczęście. Teraz, a nie wówczas, gdy mija. Zbyt często słyszę od innych o ich szczęśliwych czasach. Z dzieciństwa, studiów , z kiedyś. Mało kto przyznaje się do spełnienia teraz. Może by nie zapeszyć? Od niedawna udaje mi się częściej niż zwykle wpadać na basen. Rano, w towarzystwie emerytów, gdy nie trzeba się ścigać z trenującymi swe motylki wyczynowcami, pływam sobie żabką, z głową i uszami koniecznie nad taflą wody i czaruję rzeczywistość. To wtedy zgarniam te wszystkie dobre myśli jakie dostaję od innych. Ładuję akumulatory. I wiem już, że potrzebuję na to czasem tylko pół godziny. Czas własny. Odzyskany.

 

15 czerwca 2007 Rzucił na mnie czar. Swoim istnieniem pokazał, że tak zwane momenty zwrotne mogą nastąpić w każdym momencie. Tak jak u niego, w 35 roku życia. Zafascynował mnie nie tylko talentem, ale też przekonaniem, że zwykli ludzie też mają prawo do piękna. Był za tym, by przedmioty użytkowe cieszyły oko. Projektował pudełeczka na herbatniki, rysował reklamy na których nie było reklamowanego przedmiotu, rysował cykle, zwykle z kobietami w rolach głównych. Ł. powiedział, że to najseksowniejsze ubrane kobiety jakie widział. Kto kocha Paryż kocha też Muchę, może nawet nie wiedząc o jego istnieniu. Po świecie jeździ wystawa z jego dziełami. Jest teraz w Warszawie. Obejrzałam ją w Muzeum Narodowym, a kiedy przyszłam do domu wnikliwie przyjrzałam się przedmiotom, które mnie otaczają. Te ładne czynią ludzi lepszymi i szlachetniejszymi. Ja też w to wierzę.

 

19 czerwca 2007 Przychodzi weekend, a ja mam dziesiątki pomysłów na to jak spożytkować swoje cenne minuty. Złoszczę się, że współczesny świat oferuje tak wiele, że nawet , gdy wybieram celebrowanie nic nie robienia to zewsząd docierają do mnie informacje o ciekawych filmach, artykułach, wydarzeniach, spotkaniach i tak wabią, że zmieniam plany, wychodzę z domu, korzystam, chłonę. Nie mogłam być na festiwalu filmów dokumentalnych Planete Doc Review, ale mogłam zobaczyć jeden z filmów na pikniku w Królikarnii. Znów nieznany mi świat ludzkich spraw. W tym samym czasie, ale w innym miejscu toczy się życie. „Księga rekordów Szutki” to taki dokumentalny „Borat”. Zostałam świadkiem emocji mieszkańców miasteczka w Macedonii, gdzie każdy chce być mistrzem. I jest. Mistrzem kiczowatego śpiewania, mistrzem boksu, hodowli kanarków, czy gołębi. Patrzyłam i myślałam o tym jak dziwny potrafi być człowiek i jak można tę dziwność zaakceptować. Różnorodność jest kolorowa. Tolerancja jest możliwa. I ten znak zapytania-rodzimy się w jakimś miejscu na ziemi i tam mamy osiągnąć swoje mistrzostwo. Tak jak mieszkańcy Szutki, którzy mogliby wyjechać do Stanów, ale tam nie byliby już mistrzami…

 

21 czerwca 2007 Lucky wraca z tarasu zawijając smakowicie językiem wokół pyska. Wydaje mi się to podejrzane. Kiedy widzę jak nie może sobie znaleźć miejsca, gdy obserwuję jego drgające mięśnie, moją głowę oświeca jedna myśl. Trutka na ślimaki. Wyłożona na tarasie, tak by szkodniki odczepiły się od kwiatków i roślin. Wystarczyła chwila nieuwagi, by łakomy na wszystko co ładnie pachnie Lucek posmakował trucizny. Od tego momentu działam jak w transie. Telefon do toksykologów (odbierają , przełączają, w tle kawowe komentarze, odczytują objawy- zgadzają się co do joty, mówią, że nie ma nic co by zneutralizowało toksyny. Wszystko ma zależeć od metabolizmu, im chyba zależy, by szybko wrócić do kawy) Pies w oczach zamienia się z radosnego zwierzaka w dziwnie drgające, poruszające się nieskoordynowane stworzenie. Żal, strach, bezsilność. Jadę do weterynarza. Potem po kapustę kiszoną. Zalewamy mu to wodą utlenioną. Na siłę. Żeby zaczął zwracać. Czas nagli. Muszę zdążyć do radia. Zwołuję posiłki. Lucky ląduje pod kroplówką w szpitalu. W klatce. Dobrze, że tego nie widzę. Kiedy dziś w nocy dostanie kolejne lekarstwo mogę go odebrać. (po znajomości) Po to ,by następnego dnia, znów tam go odstawić. Niezaplanowana seria niefortunnych zdarzeń. Akurat w przeddzień wyjazdu na wakacje.

 

9 lipca 2007 Kamienie te same, a ja taka inna. Pomyślałam siadając na tych samych schodach, w tym samym średniowiecznym miasteczku słynącym kiedyś z największej liczby wież, świadczących o bogactwie mieszkańców. Dzień w dzień jechałam 10 km żeby napić się cappuccino i zjeść ciastko w tym samym co zawsze barze, w którym barman witał mnie z uśmiechem i tylko potwierdzał czy podać to co zawsze. Ostatniego dnia, gdy żegnając się powiedziałam „mam nadzieję, do zobaczenia za rok” upewnił się czy jestem z Polski, a zaraz potem dodał wskazując na drugą barmankę – „ona też jest z Polski”. Wróciłam po dwóch tygodniach nie czytania gazet i nie słuchania wiadomości. Mogłam. Ale broniłam się przed językiem polskim, nie próbowałam nawet ustawiać satelity na odbiór informacyjnych stacji. Dobrze było żyć tym co przynosił dzień, emocjonując się nieznanym. Zaskakiwało tak wiele. Pogoda-tym razem bez upałów, za to z wiatrem i przyjemnymi temperaturami. Włoska kuchnia – z pysznymi grzybami smażonymi jak frytki w głębokim tłuszczu, albo z polentą, czyli kaszą kukurydzianą lub kapeluszami z rusztu przyprawionymi w tajemniczy sposób przez mistrza restauracji w środku cudnego lasu. Toskańskie góry, widok na dolinę Arno, kołujące nad głowami jastrzębie, hałasujące po nocach dziki zajadające się czereśniami, myszkujące jeże i całe mnóstwo jaszczurek wygrzewających się w słońcu. Tyle się działo wokół. Wtopiłam się w życie miasteczka. Obserwowałam, chłonęłam. Dotarłam do tego o czym łatwo zapomnieć-najwięcej szczęścia jest w prostocie. Proste jedzenie, proste rozrywki, proste rozmowy. Nie potrzebowałam niczego więcej. cdn.

 

15 lipca 2007 Czy mogłabym zostawić małą stabilizację, to co znane i oswojone, żeby żyć inaczej? Za każdym razem, gdy widzę nowe miejsca, nowy, tak inny od mojego rytm życia zadaje sobie to pytanie. Amerykanka, która napisała książkę „Pod słońcem Toskanii” tak przecież uczyniła. Zaczęła od nowa, w nowym miejscu. Co takiego musi się wydarzyć, by człowiek miał odwagę wywracać wszystko do góry nogami, by próbować nowych smaków? Nie lubię na wakacjach dużych zatłoczonych miast, ale kiedy jest się tak blisko Florencji, trudno tam nie wpaść. Pierwsze łzy popłynęły z moich oczu, gdy z okien samochodu zobaczyłam Plac Michała Anioła. Stamtąd widać czerwone dachy miasta, a pomiędzy nimi to co najcenniejsze – kopułę katedry. Nie wiem ile razy będę stawała pod nią zadzierając w górę głowę i ile razy poczuję, że ten widok czyni człowieka pokornym i szczęśliwym. Chciałabym po wielokroć. Toskania ze swoją stolicą to dla mnie region, gdzie naturalne piękno zostało uzupełnione dziełami człowieka. Gdzie kolejne pokolenia ożywiają stare budowle, dawne mury, nadając nowy charakter historycznym miejscom. Przywiozłam masę zdjęć, potrzebuję chwili, by je uporządkować. Nabrać dystansu. Wracam do polskiego, chłodnego lata i usiłuję odnaleźć w nim to co pozytywne. A co najważniejsze! Znów jest ze mną Lucky, szczęściarz, który wydobrzał na dobre. Ślimaki się wyniosły, ale gdyby kiedyś wróciły mogą czuć się swojsko – trutki nie będzie. 🙂

 

24 lipca 2007 Słońce, wakacje, spełnianie marzeń o podróżach. Do takiej sielanki nie pasuje to co wydarzyło się ostatnio na alpejskiej drodze we Francji. Przypuszczam, że wielu z nas patrząc na wrak autokaru leżący w przepaści dostrzegło ten kontrast. Cudny widok, piękna przyroda i dymiący kawał żelastwa. Możliwe, że gdyby nie siła mediów rozkładających to nieszczęśliwe zdarzenia na części pierwsze przemknęlibyśmy obok, nie zmieniając swych myśli, działań czy samopoczucia. Ale w świecie obrazów, to było niemożliwe. To jasne, że coś takiego może spotkać każdego. Jeśli z nieszczęść może wynikać jakaś lekcja- to ją przyjmijmy. Na co dzień zdaje nam się, że jesteśmy jak w piosence Maanamu po prostu ze stali. Nieśmiertelni.

 

28 lipca 2007 Opowieść o 2 paniach, chłopaku w czapeczce, 9-letniej dziewczynce i dwóch psach – yorku Luck’ym i suczce Klusce. I o wściekliźnie w warszawskim parku. Umówiłam się z dawno nie widzianą koleżanką A. pod znaną cukierenką Misianką, w której kocha się nie tylko ciastka ale i psy. Wszędzie tam porozstawiane są miski z wodą, a wnętrze zdobią fotki czworonogów. Jest też piaskownica, do której na chwilę po jakiś plastikowy kubeczek weszła córeczka A. trzymając na smyczy suczkę. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że tuż obok było dziecko znajdujące się pod opieką wściekłej babci. Starsza, elegancko ubrana pani rzuciła agresywną wiązkę pod adresem dziewczynki z psem, a gdy A. zwróciła jej uwagę dała upust swym emocjom i rozwinęła wachlarz słów jeszcze bardziej niegrzecznych, chamskich, obraźliwych. Zaintrygowana poziomem dyskusji, a raczej brakiem tego poziomu, postanowiłam zwrócić pani uwagę. Tym samym zostałam dołączona do grupy „łachudrów”, którzy napadli ją w parku. Pani dzwoniąc na policję, krzycząc, że nie pozwoli nam uciec odbyła z nami spacer, wysłuchała relacji z urlopów, dowiedziała się co nie co o naszych problemach dnia codziennego, ponaglając policję, by zareagowała czym prędzej, bo ci, którzy na nią napadli mogą wejść w krzaki, uciec, ale ona do tego nie dopuści, bo ich tu trzyma, pilnuje itp. Byłam pod wrażeniem frustracji i złej energii jaka się z pani w okularach Channel wylewała. Przyjechał radiowóz, z przystojnymi policjantami. Panowie wysłuchali stron, zrobili co do nich należy, udzielili pouczenia, że pies winien być w kagańcu, nałożyli mandat… poczekali aż usatysfakcjonowana wściekła babcia pójdzie w swoją stronę, uśmiechnęli się porozumiewawczo… i dali sobie spokój z karaniem. Być może w tym samym czasie okradziono dwa mieszkania, albo dokonano innego poważnego przestępstwa. Ale policja musiała interweniować w parku, gdzie znerwicowana pani o plugawym języku poczuła się napadnięta. Lekcja dla małej N. – świat jest pełen wariatów i należy się do tego przyzwyczaić. Jestem duża, a wciąż takie odkrycia przeżywam. Wszak przed złym psem można innych ochronić kagańcem, krótką smyczą itp. A jak się chronić przed agresywnymi, sfrustrowanymi, wściekłymi, kłamliwymi ludźmi?

 

 

4 sierpnia 2007 Mogłabym pisać o tym co mnie martwi. O polityce, która angażuje nasze myśli i energię. O politykach, którzy mają czas na wszystko, tylko nie na zwykłą pracę. A przecież Euro 2012 z każdym dniem bliżej. Mogłabym… ale obiecałam sobie, że nie dam się wciągnąć w bicie piany, w życie na niby, w wirtualny świat. Co prawda te gierki wpływają na moje życie, bo nie istniejemy w innych światach, ale na tyle na ile mogę bronię czystości swoich myśli. Wolę otworzyć książkę niż czytać w dziennikach o kolejnych koalicyjnych problemach. Pójść na spacer niż emocjonować się faktami. Wypić lampkę wina gadając o wszystkim i o niczym. To chyba mój własny, prywatny bunt. Czy marzenie o władzy, która dba o obywateli to zbyt wiele? Przypominam sobie miasteczko z Toskanii, gdzie kawę parzyła 100 letnia babcia a na zmywaku stał jej jeszcze starszy mąż. Gawędzili z gośćmi, przyglądając się lokalnemu świętu. Był rynek, zjechało się mnóstwo sprzedawców, całość przypominała stadion 10-lecia upchnięty na kilku uliczkach i placykach starego miasteczka, ale najważniejsze było poczucie lokalnego święta. Poczucie wspólnoty. Wspólne kupowanie, wspólna zabawa, wspólne plotkowanie. Od rana do nocy. Wśród mieszkańców znaleźli się amatorzy chórów (występy najlepszych, oczywiście za darmo), koncertów w filharmonii( taka dziura, a ma swoją salę koncertową) albo orkiestry dętej i kiełbasek z grilla. Patrzyłam na nich, młodych i starych i wiedziałam, że tak właśnie wygląda samorządność. Tymczasem, gdy na moim osiedlu w rocznice Powstania pojawiła się zapowiadana w prasie kapela uliczna, grająca dawne piosenki ochroniarze wyprowadzili ich z placyku. Zapewne jakiś mieszkaniec, zamknięty w swoich czterech ścianach zgłosił, że mu to przeszkadza. Well. Nie siedzimy w barach, bo ich nie mamy, albo nas nie stać. Nie spędzamy czasu przed domami, bo nie ma ławeczek, a jak są okupują je podchmieleni małolaci. Nie uczestniczymy w życiu lokalnej społeczności bo takie życie najczęściej po prostu nie istnieje. Ponieważ jednak zostałam w kraju nadal będę patrzeć władzy na ręce. Licząc, że pewnego dnia w wiadomościach więcej będzie newsów o nowych drogach, przedszkolach i szpitalach niż o Lisach, Pisach i innych stworzeniach.

 

12 sierpnia 2007 „Demony wiedzą, że mogą dopaść mnie wczesnym rankiem, kiedy leżę w łóżku. Nachodzą mnie wtedy ze wszystkich stron. Ale mam niezawodny sposób, żeby je zwieść. Zrywam się szybko. Bez względu na pogodę – wychodzę na spacer. Demony nie znoszą świeżego powietrza!” Uśmiechałam się czytając to wyznanie zmarłego niedawno reżysera Ingmara Bergmana. Najpierw mnie rozbawił, ale zaraz potem uświadomił, że każdy z nas tak ma. Taka atawistyczna, często odruchowa potrzeba restartowania umysłu. Odkąd pracuję południami wyrobiłam w sobie nawyk ładowania akumulatorów. Czas kiedy nikogo nie ma w domu mogłabym wykorzystać na tysiące sposobów. Zapewne pięknie przepływałby mi przez palce gdybym krzątała się po domu. Tu zawsze jest co przestawić, poprawić, udoskonalić. Mogłabym też przesiedzieć przed monitorem komputera. W sieć wpada się tak łatwo! Ale życie jest tam gdzie ruch, przestrzeń. Idę do lasu. Wsiadam na rower. Na polance przyglądam się z nad książki emerytom. Ludziom, którzy nie mają już wyjścia – muszą się cieszyć dniem codziennym. To od nich się uczę.

 

29 sierpnia 2007 Życie jest tak skomplikowane, czy też my mamy dar gmatwania? Słuchałam pewnej relacji o życiu, które zamiast cieszyć męczy. Współczułam i myślałam jaki los potrafi być przewrotny. Szczęście jest pojęciem względnym. Ktoś w oczach świata ma wszystko – w swoich własnych nie ma tego co najważniejsze. Każdy chce być kochany. Tylko nie każdy umie kochać. Czasem prościej jest dawać niż dostrzec siebie i swoje potrzeby. Łatwiej rozwiązywać cudze problemy niż skupić się na własnych. A potem szybko przychodzi moment, gdy wszystkiego wokół za dużo. Tylko miłości do siebie samego za mało.

 

4 września 2007 Kiedy kończą się wakacje spotykam się ze swoimi przyjaciółmi z nad morza, czyli z rodziną, która spaceruje nad morzem może tylko przy takich okazjach 🙂 To nowa świecka tradycja. Docenienie polskiego bezkresu Bałtyku i naszego rodzimego odcienia żółtego koloru na plaży. Bez względu na zagraniczne zachwyty, staję w końcu nad naszym morzem i czuję wzruszenie, które podchodzi do gardła. Lubię ten weekend, gdy po nocach spędzonych na Sopot Festivalu jemy późny brunch, próbując omówić wszystkie tematy na raz. Tym razem odkryliśmy, że tzw. wspaniała sopocka publiczność to w dużej mierze lanserzy czyhający tylko na oko kamery, robiący wszystko, by zatrzymało się właśnie na nich. Z koncertu Norah Jones pamiętam niewiele, za to dużo mogę powiedzieć o życiu pewnej pani, która wypijając kolejnego drinka z maskującego papierowego kubeczka, zwierzała się swojemu towarzystwu dlaczego k… tak bardzo k… kocha swoją córkę. Zrobione małym kosztem lampucery, niczym gwiazdy serialu „Dynastia”, obrzydziły mi skutecznie tę imprezę. Bawiły się świetnie, z panami, którzy nie wytrzymywali ilości wypijanego alkoholu i przy pomruku niezadowolenia widowni przemieszczali się co chwila do toalet. Generalnie nie było ważne kto i po co jest na scenie. Zresztą najlepszą atrakcją i tak stało się wypatrywanie VIPów wśród publiczności, fotografowanie ich, a w najlepszym razie pozowanie z nimi do zdjęć.( są takie gwiazdy, które to lubią) Panie wyglądające jak imitacje króliczków Playboya 20 lat później, po raz 10 ty pojawiły się na festiwalu, o czym wszystkim wokół przypominały, podkreślając ile to kosztowały bilety, co zapewne miało tłumaczyć ich pęd do niczym nieograniczonej zabawy. Wrzeszczały, piszczały i bujały się tylko po to, by kamery pokazały „tę wspaniałą sopocka publiczność”, a kiedy się od nich oddalały zabawiały się rozmową skutecznie zagłuszając artystkę ze sceny. Kiedy po koncercie na parkingu zobaczyłam busiki z rejestracjami z całej Polski zrozumiałam, że bilety na tego typu imprezy mogą być formą nagrody, a wyjazdy przypominają te integracyjne, na których nie ważne gdzie, ważne ,że jest powód. Ponieważ człowiek uczy się całe życie tym razem też się czegoś nauczyłam, a pyszne śniadania celebrowane z rodziną M. Wynagrodziły mi każdą gorszą chwilę.

 

7 września 2007 „Słowa jak węże do ucha.” Chyba wiem o czym śpiewa Małgorzata Ostrowska. Przychodzi do mnie pani H. Pomaga ogarnąć dom, kiedy ja nie nadążam. Znamy się już dość długo. Ufam jej, tak jak ufa się każdemu komu zostawia się klucz i prawo zaglądania do szuflad. H. przyszła dziś smutna i przygaszona. Ktoś słowami wyrządził jej przykrość. Potraktował jak kogoś gorszego. H. ma swój honor. To, że jej narzędziami pracy są mopy i odkurzacze nie znaczy, że nic nie czuje, albo jest głupia. Ma serce, wielką wrażliwość i pokorę o jakiej niektórzy czytają tylko w biblii. Feministycznie podburzam ją czasem, by dała sobie prawo do szczęścia. Bo ona, tak po wschodniemu, żyje by uszczęśliwiać innych (czyt. dzieci i męża) Widzę jak delikatnie zmienia się na moich oczach, podsuwam książki, rozmawiam o nich i cieszę się, gdy mówi o zrealizowanych pragnieniach. H. kupiła sobie ostatnio wymarzony kosz na kwiaty. Mąż nie mógł wyjść ze zdumienia. Taki drogi, taki zbędny. Nie wiedział, że uczucie, które towarzyszy spełnianiu kiedyś nieosiągalnych marzeń jest… bezcenne.

 

10 września 2007 Zaczarowała mnie Warszawa Singera. Mamy w Warszawie ulice, która jest kompletnie zdewastowana. Ruina. Na co dzień bez życia. Większość z nas nie ma powodu, by tam bywać. Ale dzięki niesamowitej kobiecie Goudzie Tencer we wrześniu to jedna z najpopularniejszych ulic stolicy. Nazywa się Próżna. I o tej porze roku przypomina Próżną sprzed lat. Kiedy istniał świat, którego już od dawna nie ma. Fascynuje mnie dawne współistnienie kultur, ten czas kiedy nikomu nie przeszkadzały synagogi stojące niedaleko kościołów. Lubię przeszłość. I w tę przeszłość przenosi mnie Festiwal Kultury Żydowskiej. Na Próżnej jest gwar, wisi pranie, są dawne szyldy. Można zjeść cymes galicyjski, zatańczyć, posłuchać muzyki, w której ja słyszę tylko tęsknotę. A propos tęsknoty. Gouda Tencer powiedziała, że wielu ludzi przychodzi tu wówczas z ciekawości, ale wielu też z tęsknoty za światem, którego nie ma. Ja należę do tej drugiej grupy.

 

15 września 2007 Na moim biurku, wśród wielu ważnych papierów jest jeden, na którego często zerkam. To artykuł z jakiejś gazety, z tytułem, który razi moje oczy: Żyjemy pod presją osiągania sukcesu, który zbyt często mylimy ze szczęściem. Człowiek bez sukcesu w naszych pędzących czasach niewiele znaczy. Stąd obecność w mediach rozmaitych osób zwracających na siebie uwagę, każdymi metodami. Kto nie uprawia autopromocji ten ginie. Sukces to kariera, albo założenie rodziny. A przecież można mieć dom, syna, posadzone drzewo i być… nieszczęśliwym. Szczęśliwe życie to życie bez przymusu. Tego wewnętrznego i zewnętrznego. Wiem o tym, bo kiedyś nie mogłam głęboko oddychać. Teraz ten czas zniewolonych myśli i nie moich ścieżek jest niezrozumianą przeszłością. Przydarzyło się. Może po to, abym teraz potrafiła o tym pisać już bez rozczarowania światem i ludźmi? Kiedyś T. mówił mi, że jestem fantastycznie pogodzona z życiem. Wtedy nie byłam. Mówił na wyrost, a może czuł więcej? 🙂 Dziś to ja czuję, że jedynym sukcesem jaki można osiągnąć jest życie szczęśliwe. I mocno w to inwestuje każdego poranka zadając sobie pytanie czy decyzje, które podejmuję służą dobru i zbliżają mnie do życia szczęśliwego. Nic nie muszę – tak wiele mogę.

 

27 września 2007 Dojrzewam. Wszystko przez pytania, które obiecałam sobie zadawać – czy to co robię jest w zgodzie ze mną. Czy podążam własną ścieżką? To bezlitosne, bo odpowiedzi przed samą sobą nie da się zafałszować. Chciałabym spróbować czegoś nowego. Pewnie po to, by się sprawdzić w innej materii, ale też, by poczuć radość tworzenia. Może też, by kiedyś w przyszłości nie mieć poczucia zaniedbania. Na życie trzeba mieć czas. Czas na bezczynność, na smakowanie urody świata, na wchłanianie tego co ci przed nami napisali, namalowali, nakręcili – stworzyli. Czas na własne działanie. Doskwiera mi powierzchowność. Wiem o wszystkim po trochu. Chciałabym inaczej. Głębiej. Spokojniej. Wiem już czego potrzebuję i czego mi brak. Szukam teraz sposobu na realizację planu pt. zatrzymać życie. Nadać mu nowy sens. Wzbogacić. W weekend zbierałam grzyby w lesie gdzieś bliżej Mazur. Zobaczyłam światło o poranku. Usłyszałam jak budzi się dzień. Poczułam, że i ja chcę się obudzić na nowo.

 

1 października 2007 Opadają liście z mojej magnolii. Winobluszcz nabrał koloru wina. Przerzedziło się. Za chwilę zamiast ściany drzew będę miała ścianę bloku z naprzeciwka. Cóż, prawa nowej pory roku. Myślę o tym jak minęło lato (szybko), jak mimo dystansu do tak zwanej kariery potrzebuję docenienia i jak smutno bywa mi z powodu ludzi. Myślę o tym co nas łączy. Co buduje relację z drugim człowiekiem. Dzielenie się emocjami. Obecność. W słowach w milczeniu, ale zawsze jakaś. Nie ma przyjaźni bez obecności. Myślę o tym co chcę jeszcze zrobić. Jak sprawdzić się w nowej dla siebie dziedzinie, jak dać sobie szansę na posmakowanie świata obrazu. Czuję tremę , ale też podekscytowanie nową materią. Ostatnie, 17ste urodziny radia przeżyłam trochę tak jak przeżywa się swoje kolejne urodziny. Dotarła do mnie świadomość lat spędzonych za mikrofonem, długiej drogi, zmieniających się wokół ludzi, programów, koncepcji. Myślę, że tak piękne, pierzaste chmury są chyba tylko na naszym niebie. Oplata mnie babie lato. Grzeje jesienne słońce. To szczęście.

 

8 października 2007 W piątek rano narodziny pomysłu. Wieczorem jego realizacja. Kierunek -> Bieszczady. Czas- za krótki. Ale skoro nie może być dłuższy, trzeba zagospodarować ten, który jest. Narzekam na brak autostrad i tłukę się do północy po podrzędnych drogach, które dla dowcipu nazywają się krajowymi. Śpię w całkowitych ciemnościach (zawsze, gdy wyjeżdżam z miasta to mnie zdumiewa) krótko, bo przecież szkoda dnia. A ten spędzam na szlakach. I znów zachłystuję się urodą tych gór. Choć wchodzę na Wielką Rawkę we mgle, to schodząc dostaję nagrodę. Słońce oświetla połoniny. Wiem gdzie jestem. Widzę. W niedzielę dużo jeżdżę, a z Tarnawy idę w kierunku nieistniejących już wsi. Wzdłuż rzeki, wzdłuż granicy. Nikogo nie ma. Tylko hałas zbierających się w klucze dzikich gęsi. I przydrożne krzyże świadczące o tym, że kiedyś było tu życie. Znów jestem w świecie z przeszłości, zniszczonym, przez politykę, przesuwanie granic, rozdzielanie na pół. Przed wojną w tej wsi mieszkało 1200 osób. Dochodzę do cmentarza. Rozpoznaje owocowe drzewa, znak, że kiedyś stał tu dom. Stare lipy na miejscu dworu. Szukam śladów. Jestem uzależniona od Bieszczad. Z ich poplątaną historią i współczesnością, która przyciąga nieco innych ludzi, niż tych, którzy jadą do Zakopanego. CDN.

 

19 października 2007 Gdybym zadała sobie pytanie który okres życia był najbardziej twórczy i odważny to niewątpliwie były to lata liceum. Bojowość, świeżość i otwartość. Chłonęłam świat jak gąbka, a czasy były fascynujące. Przeczytałam masę książek, skonfrontowałam swoje myśli z cudzymi, określałam swoje miejsce w świecie. Perspektywa była szeroka. Świat stał otworem i był przyjazny. Kiedy na 100-leciu „Słowackiego” patrzyłam na twarze absolwentów czułam, że uważają podobnie i dlatego pojawili się w tych samych murach. Każdy z nas został tu przywiedziony tęsknotą do początków. Choć przecież to były lata, gdy uczeń nie miał zbyt wielu praw, poza prawem do wkuwania. Szkoła cisnęła, gnębiła, prześladowała. Dlaczego więc wracam? Czy to powrót do przeszłości beztroskiej? Pewnie tak. Bo jak porównać troskę o stopień z troską o życie, swoich czy bliskich. Jak porównać rozczarowanie nauczycielem do rozczarowania z powodu kogoś znacznie ważniejszego. Nie sądziłam wówczas, że tamten cudowny idealizm tak bardzo mi zaciąży, gdy dorosnę. Może więc z tęsknoty do czasów przed…, przed tym jak życie utarło mi nosa wracałam w dawne mury. I chodziłam tymi samymi schodami co Halina Poświatowska, Kalina Jędrusik i wielu innych uczniów tej szkoły. Nawet w dawnej prof. od polskiego po raz pierwszy zobaczyłam człowieka, a nie czepiającą się purystkę językową. I zrobiło mi się głupio, że przez tyle lat od matury nigdy do niej nie zadzwoniłam. Elżbieta Wojnowska, kobieta estrady, też nasz absolwentka opowiadała jak po ostatnim jubileuszu odwoziła swoją profesor z naręczem kwiatów do domu opieki. Mimo, że wychowała pokolenia to starość miała samotną. Smutne i prawdziwe.

 

24 października 2007 Mówią, że jesteśmy w nowej Polsce. Inni ironizują, że w Irlandii. A ja tak zwyczajnie się cieszę, że wreszcie wygrał mój kandydat. Długo mi się to nie zdarzało. Aż do niedzieli. Żaden polityk nie mówił do mnie tak ciepło i po ludzku jak mój zwycięski numer jeden na liście. Niewielu też ma w sobie elementarną kindersztubę, którą on ujmuje. To zwykły uśmiech, gdy wchodzi do studia, przywitanie się z tymi, którzy tu pracują. Zagadanie. Od zawsze. Bo do radia wpadał od lat. Przy okazji widzę jak bardzo jesteśmy spragnieni tej normalności. Może już niedługo zamiast emocjonować się zdarzeniami politycznymi będziemy mówić o pogodzie, bo w polityce wreszcie będzie spokojnie, wreszcie będzie normalnie. Idealizuje? Skądże! Ja po prostu wierzę w zwycięstwo prostych pragnień. Życie jest za fajne, by je dodatkowo komplikować.

 

2 listopada 2007 Zaczął się listopad. Kiedy tylko zrobi się chłodniej znikną liście, które wciąż leżą w moim mini ogródku. Trzeba je będzie zgrabić, zrobić porządek przed pierwszym śniegiem. Zwlekam z tym. Bo lubię te liście, ogromne, czerwone, w których szuram, którym się przyglądam, do których nawet się uśmiecham. Winobluszcz żegna się ze mną cudnymi kolorami. Za chwilę będę miała wrażenie, że sąsiedzi zaglądają mi w oczy, a na suchych gałęziach drzew pojawią się sikorki. Ptaki lubią tu zaglądać, tak samo jak nowa mieszkanka okolicy-kuna. Udało jej się rozkopać ziemię w żabie( moja ulubiona donica) ,poszukiwała też korzonków w skrzynce, w której swoje życie zaczyna bluszcz. To podobało mi się już mniej, ale ponieważ po ostatniej akcji przeganiania ślimaków obiecałam sobie, że z żadnym przybyszem ogrodowym walczyć nie będę-kuna ma tu swój azyl. Gdyby tylko trochę ciszej poruszała się po dachu. Wszystko wydaje się nowe w nowym zimowym czasie. Tylko ta sama ciemność od połowy dnia. Podobno wśród minusów inwestowania w Polsce podawana jest pogoda. Cóż. Przyzwyczailiśmy się, że nie możemy czekać tylko do wiosny, albo lata. Bo przecież nikt nam zaprzepaszczonego czasu jesienno-zimowego nie zwróci. Zaczęłam więc szukać stymulacji. Jakaś podróż (mam już coś upatrzonego, właśnie pokonuję trudności) Nalewka wiśniowa, bardzo pachnąca i bardzo domowa (cudem odnaleziona wśród toskańskich win na półce). Kolejne odcinki ulubionych seriali. Tiramisu. I wszędzie, gdzie się da zapalone świeczki. Z nimi cieplej. Lubię listopad.

 

8 listopada 2007 Jesteśmy kim być chcemy my czy kim chcą abyśmy byli nasi rodzice? To pytanie siedzi we mnie odkąd przeczytałam buńczuczne wyznania ojca szachistki. Założył sobie, że jego córka będzie grać. I podobno grała. Co więcej. Pan przechwalał się, że jeśli ktoś chce mieć w domu łyżwiarza to proszę bardzo, to też można zrobić. Temat powrócił, gdy przygotowywałam się do wywiadu z Agnieszką, najlepszą polską tenisistką. Poznając jej życie, poznałam historię dwóch dziewczynek, które przyszły na świat w rodzinie sportowca, tenisowego trenera. I co? Są tenisistkami, odkąd pamiętają. Graja, na szczęście wygrywają, zarabiają pieniądze i są sławne. Czy można chcieć czegoś więcej? Myślałam o tym zastanawiając się jaka trzeba mieć psychikę, by tak dać się wyhodować, ale też jakim trzeba być, by hodować. Agnieszka jest szczęśliwa w swojej skórze. Ale innej nie zna. I chyba nawet nie chce poznać. Czy coś traci? W naszych czasach wystarczy być dobrym, wybitnym w jednej dziedzinie. A jeśli do tego praca jest frajdą i przynosi pieniądze można mówić o spełnieniu. Agnieszka jest zatem na swoim miejscu. Tylko dlaczego miałam wrażenie, że to jej życie bez pytań, wątpliwości jest jak spacer wąską ścieżką w wąwozie. Byle przed siebie, bez rozglądania się na boki. Zresztą i tak niewiele widać.

 

12 listopada 2007 Fajnie byłoby raz w tygodniu być tradycyjnym wyznawcą religii Mojżeszowej. Zgodnie z zasadami szabasu piątek byłby ostatnim dniem aktywności. Od zmroku zaczynałby się szabasowy weekend. 25 godzin bez sprzątania, gotowania, jazdy samochodem, bez windy i bez myślenia o pracy. Za to z odpoczynkiem, który pewnie na początku jest prawdziwą męka, a po pewnym czasie staje się błogosławieństwem. Czyżby Stwórca już na samym początku przewidział, że trzeba nas będzie uwalniać od nas samych? Od poczucia, że tyle rzeczy musimy jeszcze zrobić? W pociągu, którym wracałam z Krakowa jechali ludzie czynu. Poznałam to po dzwoniących komórkach. Był wieczór, ale oni wciąż coś załatwiali, czymś dyrygowali, byli potrzebni. Przypomniała mi się historia pewnego managera, który z zawałem wieziony był na sygnale do szpitala i jednocześnie domagał się telefonu. Nie żeby powiadomić rodzinę, ale żeby zadzwonić do pracy, miał przecież tyle zawodowych obowiązków. Dopiero ostra reakcja lekarza, (może się okazać, że już nigdzie do nikogo pan nie zadzwoni) pozwoliła mu postawić siebie w centrum. I zająć się sobą. Tak często jest w nas poczucie odpowiedzialności za świat, za kraj, za pracowników, za rodzinę. Tylko brak odpowiedzialności za samych siebie.

 

24 listopada 2007 Przeczytałam w Wyborczej historię 30latka. Zachorował nagle na rzadką postać raka. Zaczął pisać blog. Zdążył po zakończeniu leczenia nacieszyć się zwykłością życia, ale nie zdążył z niczym więcej. Przy nawrocie choroby nie dał rady. Umarł. Czytałam w metrze i właśnie tam po raz kolejny dotarło do mnie, że raz może być dobrze, a zaraz potem bardzo źle. To niesprawiedliwe. Ale nic z tym zrobić nie mogę. Pod moją skóra wciąż jest port. Lekarze nie chcą go wyciągać przed upływem przydatności do użycia. On mi przypomina o tym co było. Każąc każdy dzień witać jak ten ostatni. Czasem się udaje.

 

28 listopada 2007 Kiedy pojawia się czas badań, a po jednej wizycie u lekarza przynoszę do domu kolejne skierowania to przedpołudnia z basenem, czy innym fizycznym wysiłkiem, wydają mi się luksusem niedocenianym. Brakuje mi tego rytmu, którego dopełnieniem była domowa kawa zagryzana jakimś ciasteczkiem. Wszak odpowiedni poziom cukru wyzwala dodatkową porcje endorfin. Teraz pędzę, żeby w krótkim przedpołudniowym czasie przed pracą zdążyć ze wszystkim. Hierarchia jakaś musi być. Pokornie godzę się na powtórkę badań krwi (choć moje żyły z tej jednej używanej do badań ręki w niczym się nie zmieniły), bo jakieś odczyny są podwyższone i mogą wskazywać na problemy reumatologiczne. Dziwne uczucie skupiać się na kolejnych częściach ciała, badać je po kolei, tak jakby człowiek nie był jedna całością. Ponieważ jest jeszcze siła ducha, to nią właśnie zamierzam wpływać na te gorzej pracujące części większej całości. A na siłę ducha najlepiej robią przyjemności! Sernik, tiramisu, founde, babski wieczór z sentymentalnymi wspomnieniami. Tak musiało być, bo gdy znalazłam w książce z dzieciństwa dawne opakowania po czekoladach i stare , zasuszone liście, które były zakładkami- to wiedziałam już, że musze się tymi zbiorami pochwalić. I zapytać czy one tez pamiętają. Swoja drogą jak to możliwie, by widok dawnych czekoladowych papierków wyzwalał zmysł zapomnianych smaków.

 

14 grudnia 2007 Zaczęło się od snów. Niedobrych, dziwnych, pełnych lęku. Potem przyszło rozdrażnienie. Poczucie, że sprawy mają się inaczej niż chciałam. Dziennikarka umówiła się ze mną, by porozmawiać o umieraniu w Internecie, ktoś napisał o śmierci osób, które miały już być zdrowe. Lekarz przy badaniu skomentował mój optymizm co do pełnego wyleczenia po nowotworze- widać czytaliśmy inne książki. Za dużo. Złych, smutnych, mrocznych historii. Odkładają się we mnie, wyzwalając chęć zmian. Nie wszystko możemy w życiu przestawić, ale to co się da zmieniam. Kilka dni spędzę w Bawarii. Z przewodnikami i świeżą ciekawością nowych miejsc. A, gdy wrócę, może uda mi się porozmawiać o tym co we mnie…jeśli ci, którzy mają słuchać znajdą czas.

 

19 grudnia 2007 Na poplątane myśli – podróż. Na złe sny – nowe otoczenie. Na rozchwiane emocje-proste cele. Udało się!! To stary wypróbowany sposób. Wyjechać i na ten krótki czas zmęczyć się chodzeniem, zwiedzaniem, podziwianiem, kontemplowaniem. Szukałam i znalazłam. Barwną historię, niezwykłe wnętrza, dzieła sztuki malarskiej, smak grzanego wina, kiełbasek w bułce, piwa z litrowego kufla. Nigdy wcześniej tak mocno do mnie nie dotarło, że grudzień to dni nadziei i oczekiwania. Ale nie w przygnębieniu i szarości, ale w kolorach i radości. Wieczorne rozświetlone miasta, ze świątecznymi kiermaszami, kręcącymi się szopkami i wyszynkiem, serwującym grzane wino dla dorosłych i bezalkoholowy punch dla dzieci. Rozgadane, rozgrzane towarzystwo. W każdym wieku. Gdzie się nie spojrzeć adwentowe świece, wieńce, lampiony. Także w rękach Bawarczyków, którzy z lampionami wyskakują na codzienne piwo do Bierhalle. Gra orkiestra, Japończycy w amoku robią zdjęcia, dzieci jeżdżą na hulajnodze, a ja na co dzień nie gustująca piję białe piwo w gwarze i tłoku i jestem szczęśliwa. Dam radę.

 

29 grudnia 2007 Kiedy podejmujemy jakieś działanie myślimy o tym co zyskamy, czy raczej o tym co stracimy? Poszłam z tym zdaniem na spacer. I wróciłam, zastanawiając się, kiedy w życiu pojawia się lęk przed ryzykiem, albo przywiązanie do stabilizacji. Czy odpowiedzialność oznacza brak polotu? Mamy jedno istnienie, tu na ziemi, a tak wiele pomysłów i pragnień na wypełnienie danego raz czasu. Najgorsze co może nas spotkać to poczucie straconego czasu. Może jest tak jak mówiła Wanda Rapaczyńska w świetnym wywiadzie w świątecznej Gazecie, w Nowym Jorku panuje twórczy ferment, przekonanie, że wciąż można się uczyć, zmieniać, coś budować. W Polsce wszystko jest przewidywalne, ale też trudniejsze. Szczęśliwie brałam udział w narodzinach radia, od zera, od malutkiej konsolety w mikroskopijnym pokoiku spełniającym funkcję studia. Zobaczyłam jak przez te lata firma złożona z grupy zapaleńców, kierowanych przez grupkę starszych od nich pomysłodawców, zmienia się w prężną korporację. Znam smak budowania czegoś z niczego. Stęskniłam się za nim. Chciałabym go jeszcze poczuć. Życzę sobie tego w Nowym Roku.

Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies? AKCEPTUJĘ